KOBIETY W NAUKACH ŚCISŁYCH

Odczyt wygłoszony w Związku Naukowo - Literackim we Lwowie w r. 1912.

Człowiek starej daty, który znalazłby się na dzisiejszym zebraniu, zadziwiłby się niemało już samym doborem tematu, o którym mam mówić. Kobiety w naukach ścisłych? Wszak aż do ostatnich czasów tymi naukami nie zajmowały się w ogóle nigdy i przyczynek kobiet do rozwoju nauk ścisłych jest znikomo mały. Na tym też istotnie opierał się jeden z głównych argumentów mających uzasadnić rzekomą niższość intelektualną kobiet. Nie zajmują się matematyką ani fizyką, ani chemią, gdyż nie są zdolne do tego, gdyż w ogóle nie potrafią myśleć logicznie! Sztuka, literatura są dla nich jeszcze przystępne; ale nauki wymagające przed wszystkimi innymi matematycznej ścisłości myślenia i chlubiące się mianem nauk ścisłych, te nauki zawsze pozostaną im obce.

Dziś zapatrywania ogółu na tę sprawę już znacznie się zmieniły. Dogmat o zasadniczej nielogiczności umysłu kobiecego przeszedł do składu starych przesądów. Zapewne, dużo jest i takich kobiet, które mówią, podług Sienkiewicza, że dwa i dwa to jest lampa; ale odkąd szkoły średnie, a częściowo i wyższe, otworzono kobietom, odkąd w ogóle poziom wykształcenia ich zbliżył się do poziomu wykształcenia męskiego, spostrzeżono ze zdziwieniem, że kobiety potrafią całkiem dobrze myśleć, jeżeli przeszły odpowiednie wyszkolenie i jeżeli do tego mają ochotę.

Absolwentki gimnazjów naszych niezgorzej i nielepiej znają się na sinusach, cosinusach, logarytmach niż chłopcy; na uniwersytecie słuchają również wykładów matematyki wyższej, fizyki, chemii, z równym skutkiem. Profesorowie, którzy pod tym względem nabrali doświadczenia, twierdzą, że studentki nawet może przewyższają studentów w bystrości pojmowania, sumiennej pilności oraz w łatwości przyswajania sobie materiału, jakkolwiek pod innym względem, co do samodzielności myślenia, mężczyźni stoją wyżej.

W Anglii i Ameryce od znacznie dłuższego czasu niż u nas studium uniwersyteckie jest dostępne dla kobiet; początek zrobiły Queen's College i Bedford College należące do Uniwersytetu w Londynie, które już od roku 1848 dają im wyższe wykształcenie; tam też liczba kobiet, które złożyły egzaminy uniwersyteckie, które zdobyły stopnie naukowe, bakalaureaty, doktoraty w dziedzinie nauk ścisłych jest olbrzymia. W Ameryce kobiety jako nauczycielki w szkołach niższych i średnich zajmują miejsce pierwszorzędne, wypierają nawet coraz bardziej mężczyzn; nie dziwmy się temu, wszak wiemy, że posiadają w ogóle zamiłowanie i zdolność do pracy pedagogicznej, a zrozumienie dla nauki mają takie samo jak mężczyźni. Spotykamy się tam z coraz bardziej rosnącą liczbą kobiet - profesorów wykładających matematykę, fizykę, chemię i nauki opisowo przyrodnicze na stopniu uniwersyteckim. Słynny uniwersytet w Cambridge, ognisko nauk ścisłych w Anglii, obejmuje w liczbie 17 kolegiów także dwa kolegia wyłącznie dla kobiet przeznaczone, Girton College i Newnham College, w których cały personel nauczycielski jest kobiecy. W Stanach Zjednoczonych istnieją dwa uniwersytety dla kobiet: Bryn Mawr College w Pensylwanii i Wellesby College w Massachusetts. Pierwszy posiada personel mieszany; profesorami fizyki i chemii są tam mężczyźni, podczas gdy katedrę matematyki wyższej zajmuje od przeszło 20 lat panna Charlotte Scott, podobno matematyczka niepośledniej miary. W drugim wszystkie profesury są zajęte przez kobiety.

Nie ulega wątpliwości i każdy to dzisiaj przyznać musi, że między kobietami znajduje się spora liczba, może nie mniej niż między mężczyznami, takich, które potrafią zdobyć gruntowne wyszkolenie w zakresie nauk ścisłych, które są zdolne objąć cały obszar i całą głębię tych nauk. Są one zdolne do samodzielnej twórczej pracy naukowej i czy dorównują mężczyznom w produktywności naukowej?

Pod tym względem niewątpliwie sprawa przedstawia się odmiennie. Do tego stosują się słowa na wstępie powiedziane, że aż do bardzo niedawna zasługi kobiet koło postępu nauk ścisłych były prawie równe zeru. Nawet i dzisiaj produktywność kobiet, z wyjątkiem jednej o której będzie mowa, w zakresie tych nauk jest une quantité negligealblé, pomimo że ich twórczość w literaturze, sztuce, poezji tak zaszczytne, często pierwszorzędne zajmuje miejsce.

Można by przytoczyć z pewnością sporo nazwisk kobiet uczonych, które stworzyły prace pewnej wartości naukowej. Niedawno np. zwrócono uwagę na badania pewnej Angielki, Mrs. Fulhame, z zakresu chemii, wydane w Londynie 1794 r., w której autorka podała różne zajmujące spostrzeżenia nad tym, co dzisiaj nazywamy roztworami koloidalnymi złota i srebra.

Z dzisiejszych czasów wymienię Mrs. Sidgwick, siostrę byłego premiera Balfoura, wdowę po profesorze H. Sidgwick, stojącą dzisiaj na czele Newnham College w Cambridge, która w latach 1880 - 84 brała udział w nadzwyczajnie starannych, precyzyjnych pracach doświadczalnych słynnego fizyka Lorda Rayleigh nad ustaleniem jednostek elektrycznych. Wymienić wypada dalej Mrs. Herthę Ayrton, żonę profesora Ayrthona w Londynie, która wykonała interesujące badania nad łukiem elektrycznym, ogłosiła dzieło naukowe o tym przedmiocie, w roku 1902 nawet była proponowana na członka Royal Society w Londynie, jednak ze względów formalnych (tj. z powodu, że jest kobietą) nie została wybraną. Można by wymienić p. Agnes Pockels, Miss Benson, p. Van der Noot, które wykonywały badania eksperymentalne z dziedziny zjawisk włoskowatości, p. Lizę Meitner, pracującą na polu promieniotwórczości; zapewne jeszcze niejedno inne nazwisko można by dorzucić z zakresu matematyki, chemii lub astronomii.

Przyznać jednak trzeba, że nazwiska te utkwiły nam w pamięci właśnie tylko dlatego, że były to kobiety, sam zaś przyczynek naukowy od autorek tych pochodzący jest tak drobny, że ginie w powodzi prac równie ważnych lub bez porównania ważniejszych, które inni uczeni wykonali i wykonują.

Ażeby nie polegać wyłącznie na własnym subiektywnym sądzie, biorę do ręki Auerbacha Geschichtstafeln der Phisik zawierające wyliczenie wszystkich ważniejszych odkryć i badań na polu fizyki oraz nauk pokrewnych, i żadnego z owych nazwisk nie znajduję. Pośród przeszło 1300 nazwisk tam wymienionych spotykamy tylko trzy nazwiska kobiet; sądzę, że istotnie jedynie te trzy nazwiska mają znaczenie więcej niż efemeryczne w historii nauk ścisłych; wypada nam obecnie zająć się nimi nieco bardziej szczegółowo, jeżeli pragniemy wyrobić sobie zdanie o istotnych zasługach uczonych kobiet.

Są to: Modemoiselle Sophie Germain, Zofia Kowalewska i p. Maria ze Skłodowskich Curie. Mademoiselle Sophie Germain jest znana w fizyce teoretycznej jako autorka słynnej pracy o drganiach płyt sprężystych, która co prawda później okazała się błędna, ale mimo to miała pewne znaczenie dla postępu nauki. Ażeby przedmiot tych badań bliżej objaśnić, pozwolę sobie przypomnieć efektowne doświadczenia, w których płyty sprężyste, np. okrągłe albo kwadratowe kawały grubej blachy mosiężnej, umocowane na odpowiednim statywie, zostają pobudzone do drgań poprzecznych, np. za pomocą pociągnięcia smyczka skrzypcowego w jednym punkcie brzegu. Jeżeli na taką płytę nasypiemy nieco miałkiego piasku, wówczas drgania układają go w ładne regularne figury, których kształt zależy od kształtu płyty oraz od sposobu, jak została pobudzona do drgań. Odkrył to zjawisko Chladni pod koniec XVIII wieku; podług niego nazwano je Chladni'she Klangfinguren; doświadczenia te, spopularyzowane przez dzieła Chladiniego (1802 r.) i przez jego wykłady publiczne, nabyły szerokiego wówczas rozgłosu w Niemczech i Francji. Na życzenie Napoleona, którego zajęły te doświadczenia, Akademia paryska rozpisała w roku 1809 nagrodę za pracę, która by te zjawiska teoretycznie wyjaśniła. Chodziło tu zatem o rozwiązanie problematu matematycznego: jak drgania takiej płyty odbywają się, a było to tym trudniejsze, że ogólna matematyczna teoria zjawisk sprężystości wówczas jeszcze nie była znana. W roku 1811 panna Germain nadesłała pracę Akademii; słynny matematyk Lagrange jednak, który zasiadał w Komisji sądzącej, odkrył błąd w rachunkach. W poprawionej postaci praca znów została przedstawiona Akademii i w roku 1815 nagroda została przyznana autorce, która w dalszym ciągu jeszcze uzupełniała swe badania nad tym przedmiotem.

Wiemy dzisiaj, jak wspomniałem, że część wyników owych prac, także poprawionej, była błędna. W tego rodzaju zagadnieniach chodzi o wyprowadzenie tak zwanego równania różniczkowego, które wyznacza zachowanie się punktów powierzchni płyty, po wtóre o wyprowadzenie tzw. warunków krańcowych, które określają sposób, jak brzegi płyty podczas ruchu zachowują się. Pierwsze równanie było poprawne, ale warunki krańcowe były błędne; wskutek tego też sam rezultat końcowy mylny.

Jest to zresztą przedmiot najeżony niezwykłymi trudnościami. Znany matematyk Poisson, powracając do tego samego problematu w roku 1829, podał inne warunki krańcowe niż panna Germain, ale również błędne. Dopiero Kirchoff w r. 1850 znalazł właściwe, do owego przypadku stosujące się warunki krańcowe, i podał zupełne rozwiązanie zagadnienia dla płyt okrągłych, ale odpowiedni rachunek dla płyt kwadratowych przedstawia takie trudności, że po licznych usiłowaniach różnych fizyków i matematyków dopiero przed trzema laty (1909) jego rozwiązanie zostało znalezione. Dokonał tego niezwykle utalentowany w wieku młodocianym (trzydziestu lat) zmarły fizyk szwajcarski Walter Ritz, któremu została przyznana za to nagroda Akademii paryskiej Prix Lecomte, niestety już po śmierci.

Powracając do pracy panny Zofii Germain przyznać trzeba, że był to czyn naukowy wybitny na owe czasy i jako taki też mimo późniejszej krytyki zachowuje miejsce zaszczytne w historii fizyki matematycznej. Co do osobistości autorki niewiele podać potrafię szczegółów interesujących, gdyż życie jej nie odznaczało się barwnością wypadków, w jaskrawym przeciwieństwie do epoki, na którą przypadało: 1776 aż do 1831. Znakomity leksykon biograficzny nauk ścisłych Poggendorffa powiada lakonicznie: "Keine nähere Nachricht von Ihren Lebensverhältnissen; war unverheiratet"[1] "; natomiast w Biographie Universelle Milhaud znajdujemy życiorys szczegółowy, napisany z dużym ciepłem. Zdaje się, że nie przypadkowa to koincydencja, iż właśnie na burzę rewolucji francuskiej przypada pojawienie się osobistości tak niezwykłej jak panna Germain.

Nie dążyła ona jednak śladem kobiet, które na równi z mężczyznami walczyły na barykadach. Przeciwnie, przerażał ją zgiełk wojny domowej, w której i jej rodzina bezpośredni brała udział, gdyż ojciec jej był członkiem de l'Assemblée Constituante. Za ideał jako dziecko 13 - letnie obrała sobie Archimedesa, który zadumany w geometrycznych poszukiwaniach, nie zauważył, że nieprzyjaciel zajął miasto oblężone i wtargnął do jego domu. Odtąd, mimo oporu rodziców, poświeciła się studiowaniu dzieł matematycznych, kształcąc się jako samouk, często nawet potajemnie spędzając noce nad książką.

Słynny matematyk Lagrange poznał się na jej zdolnościach, gdy później pod przybranym nazwiskiem, podając się za ucznia szkoły politechnicznej, jemu przesłała swe wypracowania matematyczne. Dowiedziawszy się przypadkowo, kto był ich autorem, odwiedził pannę Germain; odtąd zapoznali się z nią i schadzali się w jej domu wybitni uczeni, pociągani przez osobistość uczonej matematyczki i przez jej dar konwersacji; biograf powiada, że jej rozmowa posiadała elegancję pięknego wzoru matematycznego Laplace'a, a często nawet odznaczała się natchnieniem poetycznym. Panna Germain ubóstwiała przede wszystkim harmonię i porządek; badała prawidła matematyki, podziwiała wieczny porządek; w prawach przyrody, pragnęła porządku, harmonii i sprawiedliwości w urządzeniach społecznych. Nie znając nawet bliższych szczegółów biograficznych, sądząc jedynie podług działalności naukowej panny Germain, poznajemy, że trzeba ją zaliczyć do typów umysłowych, które Ostwald nazywa klasykami w przeciwstawieniu do romantyków. Czyż nie jest to charakterystyczne, że w ciągu 17 lat wciąż zajmowała się tym samym zagadnieniem, że napisała pięć prac o tym przedmiocie, stopniowo poprawiając i uzupełniając swoje badania, że żadną inną wybitniejszą pracą nie wsławiła się. Świadczy to o skłonności do ciągłych, cierpliwych i starannych usiłowań w jednym kierunku, jakiej niejeden mężczyzna mógłby pozazdrościć.

Odmiennym typem umysłowym była druga uczona, przedtem wymieniona: Zofia Kowalewska; jej umysłowość, objawiająca się w nauce, łączyła się ściśle z usposobieniem, które znamy z biografii, z listów i pamiętników. Charakter niestały, zmienny w sympatiach i antypatiach, działający impulsywnie, często wprost nierozsądnie, bez zastanowienia, usposobienie wahające się między ekstazą a przygnębieniem, umysł nadzwyczaj ruchliwy, garnący się z zapałem do wszystkiego, co zajmujące i porywające, do nauki, literatury, socjalizmu, prądów wolnościowych. A w badaniach naukowych: czyż to nie uderzające, że prace, które ogłosiła w liczbie sześciu, odnoszą się do pięciu najzupełniej różnych i odrębnych przedmiotów. Pierwsza, rozprawa doktorska, dotyczyła teorii cząstkowych równań różniczkowych; w drugiej autorka opracowywała pewne zagadnienia z nadzwyczajnie trudnej i nieprzystępnej dziedziny matematyki, tzw. całek Abela; trzecia z zakresu fizyki teoretycznej: do załamania światła w ośrodkach krystalicznych, czwarta do badań Laplace'a nad obręczami Saturna, wreszcie piąta i szósta praca do pewnego klasycznego zagadnienia z dziedziny mechaniki, ruchu obrotowego ciała sztywnego. Te ostatnie dwie prace wsławiły imię Kowalewskiej i za nie została ona nagrodzona przez Akademię paryską przyznaniem nagrody Prix Bordin (1888).

Ażeby kilku słowami wyjaśnić, co jest przedmiotem tego zagadnienia, pozwolę sobie przypomnieć zabawkę dziecinną: bąk wirujący. Jeżeli postawimy na stole bąk nie wprowadzając go w ruch obrotowy, tak ażeby koniec jego osi utkwił w małym wydrążeniu, bąk mimo to przewróci się pod działaniem ciężkości. Jeżeli mu jednak nadamy ruch obrotowy, bąk zachowuje się odmiennie, nie wywraca się pod wpływem ciężkości, lecz tak się porusza, że oś jego opisuje rodzaj stożka naokoło pionu. Ruch ten można obliczyć z całą ścisłością na podstawie zasad mechaniki; można dokładnie przewidzieć, jakie kolejne pozycje oś będzie zajmowała, z jaką prędkością będzie zmieniała swój kierunek itd. Już Lagrange rozwiązał to zagadnienie pod koniec wieku osiemnastego. Natomiast mimo licznych wysiłków nie udało się matematykom rozwiązać zagadnienia ogólnego, w przypadku gdy kształt ciała obracającego się nie ma symetrii obrotowej jak bąk, lecz jest dowolny, i gdy stały punkt, około którego obrót odbywa się, ma dowolne położenie. Kowalewskiej udało się znaleźć jeszcze jeden specjalny przypadek, w którym to obliczenie daje się wykonać; w ostatnich latach matematycy, pobudzeni do dalszych badań przez pracę Kowalewskiej, udowodnili, że są to w ogóle jedyne przypadki, w których rachunek może być w ten sposób wykonany.

Jak dalece współcześni uczeni cenili talent Kowalewskiej, świadczy o tym nekrolog, ogłoszony w "Neues Journal für Mathematik" przez słynnego niemieckiego matematyka Kroneckera, w którym czytamy: "Sie verband mit einem ausserordentlichen Talent, sowohl für allgemeine mathematische Spekulation, als auch fur die bei der Ausfuhrung spezieller Untersuchengen notwendige Technik, gewissenhaften und undermündlichen Fleiss; hielt bei intensivster Fachtatigkeit stets ibren Sinn für andere geistige Interessen offen; bawahrte dabei immer ihre Weiblichtkeit und erwarb und erhielt sich darum im Verkehr auch die Sympathien derjenigen, die ausserhalb ihres fachwissenschaftlichen Kreises standen. Due Geschichte der Mathematik wird von ihr als einer der merkwürdigsten Erscheinungen unter den überhaupt äusserst seltenen Forscherinnen zu berichten wissen. Ihr Gedächtnis wird durch die zwar nicht zahlreichen, aber wertvollen Arbeiten, welche sie veröffentlicht hat, in der ganzen mathematischen Welt fortdauern"[2] .

W przeciwieństwie do Zofii Germain umysłowość Zofii Kowalewskiej uwydatnia cechy typu romantycznego (wg Ostwalda): ruchliwość albo raczej burzliwość umysłu, wrażliwość, intensywność wysiłków krótkotrwałych. Ażeby uniknąć nieporozumienia, zaznaczam wyraźnie, że słowo romantyczność oznacza tu wyłączenie pewne usposobienie intelektualne, a nie romantyczność uczuciową w powszednim tego słowa znaczeniu. Pod tym względem, przeciwnie, pisma i listy pozostałe dowodzą, że Kowalewska, która wyszła za mąż tylko dlatego, ażeby wydostać się z nieznośnych stosunków domowych i móc oddać się nauce, przez całe życie pragnęła na próżno poznać, co nazywała ptakiem niebieskim i co zajmuje naczelne często miejsce w życiu kobiet. Zdaje się, że żywo odczuwała ten brak i że to było jedną z tragedii jej życia. Co do tej strony jej życia powstała polemiczna literatura dzięki biografom Kowalewskiej, których interesowały zdarzenia jej prywatnego życia o wiele bardziej niż jej znaczenie w nauce. Uczony mężczyzna występuje zawsze niemal nieosobowo, jako autor pewnych prac naukowych; według wartości tych prac sądzimy o jego znaczeniu, bez względu na jakie bądź strony życia prywatnego. Gdy zaś chodzi o uczoną kobietę, wszyscy interesują się przede wszystkim jej prywatnym życiem, które przecież jest obojętne przy ocenie zasług naukowych; jakże łatwo przy tym o rzucanie podejrzeń, nic do rzeczy nie mających, a przecież krzywdzących w oczach ogółu. Ponieważ obchodzi nas tu strona naukowa, a nie prywatna życia Kowalewskiej - burzliwego z resztą, jak burzliwy był jej umysł i zajmującego jak jej osobistość - ograniczę się do kilku dat biograficznych. Była córką generała rosyjskiego Korwin - Krukowskiego, urodzona była w 1851 roku w Moskwie; mając 17 lat wyszła za mąż (na razie tylko pozornie) za profesora paleontologii Kowalewskiego, co umożliwiło jej studiowanie matematyki w Heidelbergu, Berlinie i Getyndze, gdzie w 1874 roku złożyła doktorat. Życie rodzinne nie było szczęśliwe; spędzała ten czas na wyjazdach za granicę. W roku 1883 w Paryżu doszła ją wiadomość, że mąż wskutek trudności finansowych popełnił samobójstwo. Wówczas została powołana w roku 1884 jako docentka, a wkrótce jako profesorka matematyki do Uniwersytetu w Sztokholmie; na tym stanowisku rozwinęła działalność naukową, zbyt krótką niestety, gdyż w roku 1891 nagle zmarła na zapalenie płuc. Gdyby śmierć nie była tak przedwcześnie położyła kresu jej działalności, rola Kowalewskiej w dzisiejszej matematyce i fizyce teoretycznej byłaby niewątpliwie donioślejsza. W ciągu siedmiu lat profesury dała świadectwa niezwykłego uzdolnienia, przebłyski genialne; są to jednak raczej drobiazgi, nie zdołała stworzyć nowych dziedzin wiedzy, otworzyć nowych dróg postępu badaniom w nauce, do czego prawdopodobnie przed wszystkimi innymi kobietami była uzdolniona.

Pod względem znaczenia ogólno - naukowego działalność naszej rodaczki pani Curie - Skłodowskiej, do której obecnie przechodzę, jest niewątpliwie w skutki o wiele donioślejsza. Imię to dzisiaj nabyło rozgłosu, jakim żadna inna kobieta uczona nie cieszyła się nigdy; niewątpliwie też zostanie trwale zapisane na wybitnym miejscu w historii fizyki i chemii.

Trudno jest podać krótko chociażby pobieżny zarys działalności pani Curie - Skłodowskiej; jest to dziedzina zjawisk nowych, niezwykłych; a jak rozległy jest materiał na tym polu nagromadzony, o tym świadczy objętość dzieła pani Curie Traité de Radioactivité; w dwóch tomach łącznej objętości blisko 1000 stron autorka daje lakoniczny, zwięzły opis pracy swej (oraz innych uczonych) na polu zjawisk promieniotwórczości. Ograniczyć się musimy do zaznaczenia rysów zasadniczych.

Co do szczegółów osobistych wspomnę, że Maria Skłodowska urodziła się w Warszawie w 1867 roku, studiowała w mieście rodzinnym, później w Paryżu pracując w Sorbonie; poznała tam pana Pierre Curie, wówczas już wybitnego, znanego uczonego, który jednak tylko powoli w karierze postępował. Był wówczas asystentem w Sorbonie i równocześnie charge de cours (tj. docentem płatnym) w miejskiej szkole techniczno - przemysłowej École de Physique et Chimie Industrielle. W roku 1895 został profesorem i ożenił się z panną Skłodowską; odtąd małżonkowie po części wspólnie, po części z osobna zajmowali się pracą doświadczalną w prymitywnym, prowizorycznie urządzonym laboratorium owej szkoły. Odkrycie promieni Röntgena (1895) o cudownych, niespodziewanych właściwościach wstrząsnęło było wówczas światem naukowym; w ślad za nim poszło odkrycie Becquerela (1896 r.) promieni wydawanych przez uran. Wydawało się ono jeszcze dziwniejszym; dla promieni Röntgena przynajmniej wskazać możemy źródło energii; prąd elektryczny, który je wytwarza; natomiast uran i związki chemiczne uranu wysyłają stale i trwale promienie Becquerela nie podlegając same przez się żadnym na pozór zmianom, tak że początkowo było zagadką, skąd bierze się energia owych promieni. Kwestiami tymi zajęła się także p. Curie; podjęła naprzód systematyczne studium doświadczalne promieniotwórczości w różnych substancjach, celem wyszukania tych, które to zjawisko wyraźnie okazują. Osobliwością promieni Becquerela jest, że nie działają one bezpośrednio na oko ludzkie (przynajmniej jeżeli nie są zbyt silne), dają się więc wykryć tylko drogą pośrednich skutków, które wywołują; ponieważ działają na płytę fotograficzną, można je więc fotografować; po wtóre jonizują powietrze i w ogóle gazy, przez które przechodzą, tj, zamieniają je w przewodniki elektryczności. W zwykłych warunkach powietrze jest izolatorem, tak że elektroskop naładowany elektrycznością, jeżeli dobrze jest skonstruowany, może swój nabój zatrzymywać przez czas kilku miesięcy. W obecności promieni Becquerela powietrze jonizuje się, staje się przewodnikiem; objawia się to opadaniem listków elektroskopu; szybkość, z którą to zjawisko zachodzi, będzie (w jednakowych warunkach) miarą natężenia promieni Becquerela będących źródłem przewodnictwa. Becquerel i inni fizycy używali przede wszystkim metody fotograficznej, natomiast p. Curie zaczęła używać systematycznie metody elektrycznej, która tę posiada wyższość, że daje bezpośredni sposób ilościowego, liczbowego porównania promieniotwórczości, podczas gdy metoda fotograficzna daje tylko grube wskazówki jakościowe.

Pomiary wykonane przez panią Curie dowiodły, że ze znanych wówczas pierwiastków chemicznych jedynie uran i tor (metal odkryty niegdyś przez Berzeliusa) oraz wszystkie związki chemiczne tych pierwiastków posiadają właściwość promieniotwórczości w dostrzegalnym stopniu; pomiędzy różnymi minerałami, które były dostępne p. Curie, tylko rudy uranowe i torowe odznaczały się tą właściwością. Co jednak było najdziwniejsze: pokazało się, że rudy uranowe, np. blenda smolna z Joachimstal w Czechach, posiadają promieniotwórczość trzykrotnie wyższą od promieniotwórczości uranu czystego. Nie dało się to inaczej wytłumaczyć, jak tylko w ten sposób, że w owej rudzie oprócz uranu jest zawarta jeszcze inna, dotychczas nieznana substancja promieniotwórcza; pani Curie postawiła sobie za zadanie znaleźć tę nieznaną substancję; do tego badania przyłączył się także Piotr Curie, porzucając dawniejsze swoje poszukiwania z zakresu magnetyzmu.

Jakim sposobem miano wydzielić tę substancję, o której nic a priori nie było wiadome, jak tylko, że jest promieniotwórcza? Metoda była zupełnie oryginalna i dobrze obmyślona. Przy zwykłej analizie chemicznej rozpuszcza się zazwyczaj dane ciało kwasami; potem przez dodanie tzw. odczynnika wytrąca się z roztworu substancje, które z odczynnikiem łączą się w związek nierozpuszczalny. Jakie odczyniki strącać będą ową substancję, naturalnie powiedzieć nie było można; próbowano więc za każdym razem przy rozdziale substancji na dwie części, która część była silniej promieniotwórcza. Ruda uranowa zawierała rozmaite pierwiastki: U, Pb, Fe, Hg, Si, Bi, Ba, itd. Pokazało się, że frakcja zawierająca bizmut oraz frakcja zawierająca bar były silnie promieniotwórcze, podczas gdy zwykły bizmut i bar z innych rud otrzymany ani śladu tej właściwości nie okazują. Państwo Curie wyprowadzili więc wniosek, że ruda uranowa zawiera dwa nowe pierwiastki silnie promieniotwórcze, jeden podobny do bizmutu w swych właściwościach chemicznych, który nazwano polonem, drugi podobny do baru, który nazwano radem. To odkrycie ogłoszono w roku 1898, drugą część wspólnie z p. Remont, który był pomocny przy badaniach chemicznych. Równocześnie p. Demarcay, specjalista na polu spektroskopii, stwierdził, że bar, zawierający według zdania państwa Curie nowy pierwiastek rad, przy analizie widmowej okazuje istotnie linię dotychczas nieznaną; potwierdziło to odkrycie państwa Curie ponad wszelką wątpliwość.

Chodziło teraz o to, żeby wyosobnić większe ilości tych substancji i bliżej poznać ich właściwości. Rząd austriacki, właściciel kopalni w Joachimstal, dostarczył 10 centarów odpadków rudy uranowej, które zawierają owe substancje; później różne towarzystwa francuskie dostarczyły dalszego materiału. Jakie trudności zadanie przedstawia, to będzie zrozumiałe, gdy powiem, że ilość radu zawarta w 1000 kg rudy wynosi mniej więcej jedną dziesiątą część grama. Woda rzeczna, woda morska, zawiera ślad złota mniej więcej w podobnym stosunku. Nikt jednak złota nie wydobywa z wody morskiej; tymczasem wydobycie radu z rudy uranowej jest zadaniem jeszcze trudniejszym, gdyż rad tak jest podobny chemicznie do baru, tak stale mu towarzyszy we wszystkich reakcjach, że ich oddzielenie jest procesem nadzwyczajnie mozolnym i trudnym. Użyto do tego sposobu krystalizacji frakcjonowanej. Zauważono, że chlorek radu jest mniej rozpuszczalny w wodzie niż chlorek baru. Jeżeli zatem odparowujemy roztwór mieszaniny, tak że kryształy osadzają się na dnie naczynia, okazuje się, że te kryształy zawierają stosunkowo więcej radu niż ciecz unosząca się nad nimi. Można zatem te kryształy na nowo rozpuścić w wodzie, na nowo odparowywać; otrzymuje się kryształy o większej jeszcze koncentracji soli radowej. Powtarzając takie operacje według systematycznego plany, setki i tysiące razy, starannie i sumiennie, można otrzymać wreszcie minimalną ilość prawie czystej soli radu. To oczyszczenie radu, a później też polonu, było dziełem pani Curie. Postawiła sobie za zadanie znalezienie sposobem czysto chemicznym ciężaru atomowego radu, zadanie nadzwyczajnie śmiałe ze względu na trudności oczyszczania oraz na minimalne ilości materiału. Natomiast Piotr Curie, pozostawiając stronę chemiczną tych poszukiwań żonie, zajął się fizycznymi badaniami nad promieniami wysyłanymi przez owe substancje. Nie mogę wchodzić w przedstawienie szeregu badań doniosłych, które wykonał po części sam, po części z żoną albo innymi współpracownikami. Podkreślę tylko badania, które pani Curie wykonała sama, przede wszystkim znaczenie atomowego ciężaru radu, jeden z klasycznych przykładów tego rodzaju. Pani Curie zajmowała się przez dziewięć lat tym problematem i podejmowała wciąż nowe próby z coraz rosnącą precyzją, aż wreszcie w roku 1907 jako ciężar atomowy radu otrzymała liczbę 226,45.

Współpraca małżonków Curie zostało niestety przerwane zrządzeniem losu brutalnie tragicznym; 19 kwietnia 1906 roku pan Curie został przejechany przez automobil; śmierć zaskoczyła tego pierwszorzędnego uczonego w 47 roku życia. Po śmierci męża pani Curie została powołana jako jego następczyni na katedrę Sorbony stworzoną dla jej męża w roku 1904; od tego czasu stoi na czele laboratorium instytutu radiologicznego miasta Paryża.

Pośród prac w ostatnich latach wykonanych wypada jeszcze wymienić wydzielenie radu metalicznego z soli radowych przedtem otrzymanych - fakt naukowy stanowiący niejako uwieńczenie badań p. Curie - Skłodowskiej nad promieniotwórczością. Odtąd zwróciła swoją czynność przede wszystkim w kierunku badań nad polonem, o którym znacznie mniej wiemy niż o radzie.

Chcąc scharakteryzować typ umysłowy pracy pani Curie - Skłodowskiej według trafnego podziału Ostwalda sądzę, że jest ona (podobnie jak jej mąż) wybitną przedstawicielką typu klasycznego. Ścisłe logiczne rozumowanie, praca metodyczna, wytrwała, w kierunku jasno wytkniętym, zadowolenie w precyzyjnym wykańczaniu badań, ostrożność w formułowaniu hipotez i wniosków, są to cechy nadzwyczajnie charakterystyczne, odróżniające ją np., od Sir J. J, Thomsona, Sir E. Rutherforda, Sir Williama Ramsaya, typowych romantyków.

Doniosłość badań państwa Curie dla nauki nie potrzeba objaśniać, Stworzyły one podstawę nauki o promieniotwórczości, dzisiaj już samodzielnej gałęzi wiedzy, pośredniej między chemią i fizyką, nauki, która na jedną i drugą umiejętność rzuciła nowe, nieoczekiwane światło. Wspomnę tylko, że badania Sir E. Rutherforda stwierdziły słuszność teorii transformacji atomów, wygłoszoną jako hipotezę przez panią Curie już w roku 1899; według tego poglądu atomy pierwiastków promieniotwórczych nie są niezmienne, lecz z biegiem czasu starzeją się i kruszeją, a okruchy odpadające są to promienie α i β składające się z cząstek wyrzucanych przez atomy z olbrzymią prędkością. Wiemy też dzisiaj, że polon jest potomkiem, produktem transformacji atomów radu, a rad znów jest zapewne potomkiem uranu. Kolejnych stadiów transformacji, które zachowują się chemicznie jako pierwiastki, krótko mówiąc pierwiastków promieniotwórczych, znamy dzisiaj już 35.

Punktem wyjścia naszych rozważań była sprawa uzdolnienia umysłu kobiecego do nauk ścisłych. Starałem się dać obraz sprawiedliwy naukowej działalności trzech kobiet uczonych; wystarczy to do zbicia przesądu jakoby kobiety nie były w ogóle zdolne do pracy twórczej w zakresie tych nauk. Zasług naukowych naszej rodaczki mogliby pozazdrościć nawet pierwszorzędni uczeni. Tym dziwniejszym wydaje się, czemu są to tylko rzadkie wyjątki, czemu do dziś dnia panuje olbrzymia taka dysproporcja w pracy kobiet i w pracy mężczyzn na polu twórczości ściśle naukowej, a nawet w obrębie samych nauk ścisłych nie ustępują mężczyznom w działalności reproduktywnej: w uczeniu się i nauczaniu innych. Często słyszy się zdanie, że jest to skutek dziedziczności, konsekwencja wiekowego zaniedbania umysłu kobiecego. Zdaje mi się, że takie tłumaczenie nie wytrzymuje krytyki. Każdy przyrodnik wie, jak nadzwyczajnie trudno dziedziczą się cechy nabyte podczas życia indywidualnego. Iluż pokoleń na to potrzeba, żeby wytworzyć stałe skłonności psychiczne! Z pewnością o wiele więcej niż obejmuje okres historyczny, odkąd młodzież męska pobiera systematyczną naukę szkolną. Skłonności psychiczne (a przeważnie też fizyczne) nie dziedziczą się zresztą w ten sposób, żeby zdolności ojca przechodziły na syna, a zdolności matki na córkę; w równym stopniu prawdopodobieństwa dzieje się też na odwrót.

Nie sądzę, ażeby istniała wybitna różnica w usposobieniu intelektualnym obu płci, ażeby umysł kobiecy posiadał mniejsze zdolności w kierunku nas zajmującym. Owa dysproporcja pochodzi od pewnych przyczyn odmiennej natury; od różnicy upodobania, różnicy zajęcia i różnicy charakteru.

Nauki ścisłe dla kobiet mniej są pociągające na ogół niż nauki humanistyczne, owe nauki, które Herbert Spencer nazwał "ornamentacyjnymi". Kobiety z naury mają pociąg do ornamentacyjności; wolą też historię, literaturę, filozofię, nawet medycynę i nauki biologiczne niż matematykę, fizykę, chemię. Tamte ogniskują się około człowieka, około życia; te zajmują się przyrodą martwą i prawidłami abstrakcyjnymi; wydają się kobietom zazwyczaj suche i nudne. Czy te upodobania zmienią się z czasem? Nie przypuszczam.

Pomijając różnicę upodobania, przejdźmy do psychologii twórczości naukowej; sądzę, że tu także kobiety są w mniej korzystnym położeniu. Twórczość naukowa wymaga zupełnego oddania się nauce, myśli skupionej w jednym kierunku. Dyletantyzm jest tu wykluczony; uczony jest zawsze do pewnego stopnia dziwakiem, wpatrzonym w swoją naukę, ignorującym względy i obowiązki życia codziennego. Kobieta zaś jest niewolnicą drobnych codziennych obowiązków. Jeżeli uprawia naukę, czyni to zazwyczaj nie w zamiarze poświęcenia jej całego życia, lecz tylko po dyletancku.

W sztuce, a zwłaszcza literaturze, dyletantyzm nie jest przeszkodą do osiągnięcia pierwszorzędnych wyników. W nauce to niemożliwe, tam trzeba przechodzić długie lata trudnego, systematycznego studium, zanim wolno marzyć o pracy samodzielnej; chcąc dojść do poważniejszych wyników trzeba duszę całkowicie zaprzedać nauce. Dzisiaj wprawdzie zawody "uczone" są w znacznej części dla kobiet otwarte (i byłby już czas, żeby znikły jakiekolwiek w tym względzie ograniczenia), lecz znaczna większość kobiet będzie zawsze zajęta tym zawodem, jak powiada J. St. Mill, "w którym mężczyzna konkurencji jej czynić nie potrafi".

Wreszcie, gdy mowa o kobietach, które mają upodobania do nauki i które poświęcają się jej całkowicie przecież nie ulega wątpliwości, że mężczyźni zazwyczaj odznaczają się większą inicjatywą i samodzielnością. Jest to raczej właściwość charakteru niż umysłu; ale właściwość ta istnieje i odgrywa rolę nadzwyczaj ważą w samodzielnej twórczości naukowej. Składają się na nią różne cechy: pewna awanturniczość, odwaga w wypowiadaniu zdania, upór i zaufanie do siebie samego, pewne zacietrzewienie w swych przedsięwzięciach - w ogóle cechy charakteru, które obserwujemy u chłopców bijących się na ulicy. One były źródłem powodzenia Kolumba i one też dają natchnienie uczonym badaczom do odkrywania nowych dróg badania naukowego; one są źródłem tego, co nazywamy genialnością. Nie wydaje się to prawdopodobnym, żeby na polu twórczości naukowej mogła zapanować z biegiem czasu równość zupełna, choć dysproporcja obecna niewątpliwie z czasem zmaleje, kobiety odznaczają się przecież pewnymi specjalnymi zaletami: drobiazgowością sumiennością i mrówczą pilnością pracy, które powinny im dawać wybitne uzdolnienie w kierunku np. chemii, gdzie ważną rolę grają systematyczne, mozolne poszukiwania doświadczalne.

Kobietom, które wstępują na drogę naukową, powinno się ułatwiać ich powołanie; powinny nareszcie zniknąć wszelkie zewnętrzne przeszkody, owe śmieszne przesądy, owe przestarzałe poglądy, które zamykają dostęp kobietom do niektórych instytucji naukowych, które im utrudniają kształcenie się, pracę naukową, dostęp do katedr uniwersyteckich. Niech tu (jak na każdym innym polu) panuje zasada wolnej konkurencji. Oby ta konkurencja była jak najżywsza.