Kościół w Polsce wobec cywilizacji/Kościół jako polityczny wychowawca narodów

Dobrze byłoby, gdyby mówiący i piszący na temat Kościoła w Polsce zechcieli ograniczać się do jakiejś części tego mnóstwa zagadnień, zawartych w tym jednym zagadnieniu. W taki sposób dojdzie się stopniowo, po cegiełce, da jasnego obrazu całego problemu, jego stanu i jego możliwości. Ja chciałbym obecnie zastanowić się nad stosunkiem Kościoła do cywilizacji w Polsce.

Co to jest cywilizacja? Krócej byłoby powiedzieć, czym ona nie jest. Nie sposób wymyślić jakiś przejaw życia wewnętrznego czy zewnętrznego, który by nie należał do cywilizacji, podnosząc ją lub obniżając. Nie ma niczego takiego, co by nie stanowiło cząstki czy cząsteczki ogólnej całości, zwanej cywilizacja.

Mylny to pogląd, jakoby w zasadzie istniała jedna tylko cywilizacja właściwa, tj. nasza, a inne jakoby stanowiły niższe szczeble cywilizacji. W każdej cywilizacji są rozmaite jej szczeble. Można w naszej cywilizacji być bardzo a bardzo niewiele tkniętym cywilizacją i stać na szczeblu wcale pierwotnym, a można być wysoko cywilizowanym na modłę chińską.

Inaczej układają się, grupują, przyczynowo czy celowo wszelkie czynniki i przejawy życia w Paryżu a inaczej w Pekinie. Inna jest cywilizacja w Polsce, a inna w Afganistanie. Chociaż ludzie wszędzie bywają głodni i syci, miłują i nienawidzą, nie jednakowo jednak prowadza walkę o byt i rozmaicie szafują swymi uczuciami; powiedzmy: inna metoda. Wytwarzają się rozmaite metody życia zbiorowego.

Cywilizacja jest to metoda ustroju życia zbiorowego (tj. rodzinnego i publicznego).

Stosunek tych metod do religii jest rozmaity. Religie żydowska i bramińska są identyczne z takimiż cywilizacjami. Ale religia nie musi stanowić zarazem pewnej cywilizacji, tj. nie musi ograniczać swych wyznawców do jednej tylko metody ustroju życia zbiorowego. Są religie powszechne pod tym względem. Na przykład buddyzm i chrześcijaństwo wschodnie dostosowują się do każdej cywilizacji, podczas gdy katolicyzm może każdą dostosować do siebie (byle zachowano monogamię dożywotnią, zniesiono niewolnictwo, byle w ogóle przyjąć etykę katolicką). Religia powszechna może objąć kilka cywilizacji.

Katolicyzm, jako religia powszechna, nie utożsamia się wyłącznie z żadną cywilizacja. Nawrócony Chińczyk pozostaje w swej cywilizacji, zatrzymując z niej wszystko a wszystko, co nie jest sprzeczne z etyka Kościoła. Kanonizuje się już świętych murzyńskich; stali się świętymi nie mając zgoła pojęcia o naszej metodzie ustroju życia zbiorowego!

Ale ta kwestia stosunku katolicyzmu do cywilizacji ma dwie strony. W Kościele mieścić się może każda cywilizacja, ale Kościół danego kraju i danego czasu musi się oczywiście łączyć z jedną jakaś określona cywilizacją, boć duchowieństwo musi należeć do którejś cywilizacji wyraźnie. Jak każdy, podobnie i kapłan musi się trzymać jakiejś określonej metody życia zbiorowego. Kościół jako taki stoi ponad cywilizacjami, ale duchowieństwo danego kraju musi się zżyć nim cywilizacyjnie, bo inaczej nic nie sprawi: a zresztą pochodząc z danego kraju, i tak przejęte jest jego cywilizacja bo z niej wyszło. Powszechna jest religia, ale cywilizacji powszechnej nie ma. Żadna a żadna cywilizacja nie jest całego świata. Ani telefony, ani muzyczka przez radio nie skłaniają Japończyka, by przyjął nasza metodę do ustroju swego życia zbiorowego. Każdy tedy katolik należy osobiście do pewnej cywilizacji, do jednej tylko.

Nie można być cywilizowanym równocześnie na dwa sposoby.

W Europie zachodniej wytwarzała się długo i zwolna cywilizacja chrześcijańsko-klasyczna, którą nazywamy krótko: łacińska. Język łaciński jest w niej i dla niej nie tylko znamieniem zewnętrznym. Tworzył tę cywilizację stanowczo Kościół, a ustaliła się w wieku X dzięki geniuszowi Cassiodora, założyciela benedyktyńskiego Monte Cassino, jednego z największych mężów całej historii powszechnej. Apostołując na obszarach innych cywilizacji, nie narzuca Kościół nigdzie chrześcijańsko-klasycznej, gdyż nie utożsamia się z nią, bo przeszkadza temu powszechność. Ale czy w Europie mógłby Kościół porzucić tę cywilizację i szerzyć inna? A w Polsce?

Chrzest Polski przypada na same początki skrystalizowania się cywilizacji łacińskiej. Mieszko I nie był oczywiście pierwszym Polakiem, który się ochrzcił, lecz raczej jednym z ostatnich: a wiadomo, że początki chrześcijaństwa w Polsce cofnąć należy przynajmniej o cale stulecie przed Mieszkiem. Państwo Piastowskie tworzyło się na łonie młodej cywilizacji łacińskiej, a sprawy religijne splatają się od początku z cywilizacyjnymi, które Kościół sam wywołuje, stojąc często na czele prądów, nie mających w sobie - gdyby brać to ściśle - nic z pierwiastka religijnego, lecz wyłącznie i całkowicie cywilizacyjnych.

Jak w zachodniej Europie, podobnie w Polsce tworzył Kościół cywilizację chrześcijańsko - klasyczną. Ponieważ katolicyzm wypowiedział się historycznie dotychczas w całej pełni tylko w tej cywilizacji, zatem na jej tle najlepiej jest dociekać samej jego istoty historycznej, tj, czym, jakimi czynnikami prowadzi nawrócone ludy do życia historycznego, sam w nim uczestnicząc partykularnie, jakkolwiek zawsze na tle uniwersalizmu.

Zdaje mi się, że historyczna istota Kościoła wojującego polega na dwóch katolicyzmu cechach. Jest to religia intencji i intelektu. Prostaczkom wystarcza intencja, żeby być wobec porządku nadprzyrodzonego równymi mędrcom. Ale prostaczkowie nie utrzymaliby Kościoła pomimo najszlachetniejszych intencji bo do tego trzeba jeszcze intelektu. Toteż Kościół uprawia nauki i sztuki, zajmuje się od początku tymi dziedzinami bytu, które w nowoczesnej terminologii zwiemy społecznymi, a które istniały oczywiście zawsze i wszędzie, a więc i w Polsce od samego początku. Kościół potrzebuje i ma od początku swoich "doktorów". Oczywiście intelekt musi się opierać na intencji.

Na historii polskiej można obserwować doskonale intelektualne działanie Kościoła, tworzącego chrześcijańsko klasyczna metodę ustroju życia zbiorowego.

Genezę państw w dawnej cywilizacji klasycznej i w następnej chrześcijańsko-klasycznej upatruję nie w podboju nie we wzrastającym coraz silniej i rozleglej synojkizmie. Na podstawie własnych studiów twierdzę, że i tą i tamtą drogą dochodzi się w historii do wielkich zrzeszeń, ale to jeszcze nie państwa. Geneza wszelkiej państwowości w cywilizacji naszej i naszych przodków cywilizacyjnych, tj. w świecie klasycznym tkwi w momencie, gdy instytucja msty zostaje przekazana władzy wspólnej nad całym ludem. Któż u ludów europejskich tępił mstę, jeżeli nie Kościół, który też obmyślał sposoby wymiaru sprawiedliwości, mającego zastąpić mstę prywatną? Robi to Kościół wszędzie a wszędzie, robi to dziś pośród ludów pierwotnych, niemal zaczynając misjonarstwo od wykorzeniania msty.

Następnie wprowadził Kościół do Polski własność osobistą, w przeciwieństwie do rodowej i do wspólnot w ogóle: własność bezwzględna w przeciwieństwie do ograniczonej prawem rodowym lub książęcym. W walce dwóch systemów własności: rodowej i osobistej, opowiedział się Kościół za Bolesława Śmiałego po stronie osobistej, w taki sposób, iż nie zakazując rodowej, nakazywał jednak uznawanie każdej własności osobistej, czy to wyodrębnianej przez jednostkę ze wspólnot, czy to świeżo nabytej, a nie chcącej stanowić zawiązku nowej wspólnoty. Ten proces historyczny trwał w Polsce bardzo długo, bo jeszcze w XV wieku znajdujemy ku wschodowi, w belzkiem i okolicy, wspólnoty rodowe, podczas gdy widoczny już początek własności osobistej sięga w czasy Śmiałego.

Trzecim postulatem intelektu kościelnego, działającego na niwie polskiej, było prawo testamentu. Polakom zgoła nieznane. Testament stanowi najwyższe i najradykalniejsze stwierdzenie prawa bezwzględnej własności. Do czego Kościołowi potrzebne było wprowadzenie prawa testamentu, wiadomo już powszechnie: można się o tym poinformować z obfitej literatury. Cały przypadek św. Stanisława, powikłany przez uczonych zgoła niepotrzebnie, tłumaczy się po prostu walką o uznanie testamentu, zwalczanego przez obóz przeciwny nowościom, przez zwolenników wyłączności prawa rodowego, dotychczasowego polskiego prawa majątkowego.

Poszła za tym walka o wpływ społeczeństwa na państwo. Kościół kroczy na czele, biskupi i opaci wiodą świeckich wielmożów. Zaczyna się ten prąd od walki o uznanie prawa kanonicznego, a gdy już pozyskano to na synodzie łęczyckim, wyłaniają się - przez prostą konsekwencję - postulaty dalsze, pozakościelne, Kościół sprzyja dążnościom wielmożów do pozyskania wpływu na sprawy państwowe.

A zatem Kościół trzyma się w Polsce (podobnie jak w całej zachodniej Europie) pojęć prawa rzymskiego co do własności; w Polsce tym mocniej, iż nie było u nas feudalizmu ograniczającego w rozmaity sposób własność osobistą. Testament z rzymskiego prawa pochodzi. Od dawien stwierdzono, że prawo kanoniczne opierało się w znacznej części na rzymskim i stanowi do pewnego stopnia jego ciąg dalszy. Przebłyska świadomość prawa rzymskiego u Kadłubka. Na ogół biorąc, występowano na zewnątrz tylko z kanonicznym prawem, w którym mieszczono to, co z rzymskiego Kościół pragnął zachować, a co już wypróbowane było na Zachodzie.

Kościół powołuje się na prawo, pragnie praw określenia, teoretyzuje prawniczo. Na wielką skalę widzimy to we Włoszech, we Francji: u nas widzi się tylko odblaski tamtego działania, a obok nich pewne swoiste uzupełnienia, a czasem wyjątki, potrzebne ze względu na osiągnięcie tego samego celu w odmiennych polskich warunkach.

Kościół przyłącza się do walki przeciw absolutystycznym zakusom książąt, popiera zaś tych, którzy uznają powagę prawa. Od synodu łęczyckiego możemy mówić o kierunku praworządnym w Polsce, który zatriumfował potem w ustawodawstwie Kazimierza Wielkiego i w pakcie koszyckim, pierwszej polskiej ustawie finansowej. Praworządność jest moralnością życia publicznego. I oto piąty z kolei punkt społecznej działalności kleru w Polsce średniowiecznej, moralność publiczna czyli praworządność. Intelekt kościelny nadał kierunek nie tylko sprawom państwowym i społecznym. Od Kadłubka do Kopernika cała nauka wychodzi od kleru - jak wszędzie zresztą początkowo. Kapłani chrześcijańscy nie otaczają tajemnicą swej wiedzy. Jest ona od samego początku dostępna każdemu w szkole i w książce, ale rzadko kto decydował się na długie lata ślęczenia, a kto się zdecydował, ten w ówczesnych warunkach bytu nie mógł nauki prowadzić dalej inaczej, jak tylko przyjmując stan duchowny.

Ale i poezja polska od kapłana się poczyna, od Ładysława z Gielniowa. Humanizmu zawiązki datujemy od biskupa Grzegorza z Sanoka, historyków polskich ojcem jest kanonik Długosz i podobnie wszelka nauka nowoczesna od księży się wywodzi. Banalnym byłoby rozwodzić się tu nad tym. Każdemu też wiadomo, że uniwersytety były pierwotnie instytucjami kościelnymi.

Poziom cywilizacyjny Polski odpowiadał zawsze poziomowi polskiego Kościoła: stosunek jednego z drugim był zawsze prosty - i śmiem twierdzić, że tak jest dotychczas. Tyczy się to nawet polityki. Ileż straciło państwo polskie na braku ścisłości związku z Rzymem, gdy biskupi polscy zataili bullę, wydaną w obronie praw Władysława Ił - i drugi raz, gdy wbrew Rzymowi podpisywali akt sekularyzacji Prus (jak wiadomo, jeden tylko biskup lwowski sprzeciwił się)? Czyż to nie są dwa najważniejsze momenty historii politycznej polskiej?

Z drugiej zaś strony stwierdza historia, że odrodzenie państwa nastąpiło przez Władysława Niezłomnego (Łokietka), który był kandydatem papieskim - tudzież, że najwyższą potęgę osiągnęło państwo następnie w tych czasach gdy Zygmunt August sprawił zawód nadziejom innowierców przyjmując księgę ustaw soboru trydenckiego, i gdy wnet potem wielki Zamojski, wiodąc Batorego daleko na wschód toruje drogę kolegiom jezuickim.

Zwrócę uwagę, że w okresie rozbiorów nie katolicyzm miał władzę nad umysłowością polską, lecz deizm "wolnomyślny", a potem aż do czasów Kongresówki wyłącznie - wolnomularstwo. Nie brakło uczonych księży w okresie stanisławowskim, napoleońskim, czy Królestwa Kongresowego; ale czy była w Polsce wówczas nauka katolicka? Dźwiga się Kościół polski dopiero w drugiej połowie wieku XIX i wraz też przybywa sił narodowi, pomimo tego, że nastają srogie prześladowania. Po szczęśliwym odzyskaniu niepodległości, po obronieniu jej w roku 1920 (dzięki temu, że ogół pojmował patriotyzm tak, jak ksiądz Skorupka) wśród przeraźliwego smętku naszego oblicza państwowego i społecznego otucha nasza w tym, że Kościół pracuje z całych sił.

Czym jest katolicyzm dla Polski, stwierdził dosadnie rząd moskiewski, powtarzając nam przy każdej sposobności, że nie prześladowałby Polaków, gdyby opuścili Kościół. Dostrzeżono w Petersburgu zaraz po drugim rozbiorze, że w Polsce więź religijna i cywilizacja są wzajemne i tworzą właściwie jedną całość. Niegdyś słowiańska szlachta na Bałkanie przyjęła islam i zostali begami. Gdyby polska szlachta XIX wieku w zaborze rosyjskim przyjęła była prawosławie, stałaby się warstwa panującą nie tylko na ziemiach polskich, ale nad Rosją całą, przerastając Rosjan inteligencją, ale przestaliby z czasem być Polakami. Gdyby tylko katolicka książka do nabożeństwa, jaka dostawała się w ręce ludu miejskiego i wiejskiego, drukowana była grażdanką (o co zabiegano kilkakrotnie), gdyby choć do nabożeństw dodatkowych powiodło się wprowadzić język rosyjski, znaleźlibyśmy się na równi pochyłej, której koniec wiadomy. Nie byłby to koniec, że tak powiem, czynowniczy. Intelekt rosyjski zmierzał już silnie ku nihilizmowi. Gdybyśmy byli opuścili katolicyzm, nie tylko polskość szwankowałaby, ale nastąpiłby rozkład polskiego społeczeństwa wskutek zgnilizny.

Cywilizacja turańska objęła całą wschodnia Słowiańszczyznę. Na Rusi mieszała się z polskimi wpływami, a więc z pierwiastkami cywilizacji łacińskiej, lecz mieszanina taka, zazwyczaj mechaniczna nie wydaje nic trwałego. W tym przyczyna wielce znamiennego objawu, że na Rusi praca cywilizacyjna tak łatwo przepada i całe krainy co kilka pokoleń stają się pod względem cywilizacyjnym jakby pustkowiem i znowu nowizna. Gdzie na Ukrainie jakie ślady historyczne? Nigdy na Rusi nie dokonało się stanowcze zwycięstwo tej lub tamtej cywilizacji; ani nawet unia cerkiewna sprawić tego nie mogła, sama bezsilna w tym względzie. Dalej na Wschód w Moskiewszczyźnie, zwyciężyła i to mocno, walnie cywilizacja turańska nad nikłymi wpływami bizantyjskiej wytworzyła się nowa odmiana cywilizacji turańskiej, kultura turańsko-słowiańska, którą można zwać krótko moskiewską. Już za Iwana III w drugiej połowie wieku XV zwycięstwo było zupełne. Po rozbiorach uderzyła ta fala turańszczyzny silnie o Litwę, po roku 1831 także o Polskę, a po roku 1865 nastąpił istny nowy najazd mongolski. Osad pozostał dotychczas i doprawdy, aż "strach o tej skórze pisać".

Gdyby nie Kościół, nie dalibyśmy rady fali turańskiej cywilizacji. Kościół w Polsce bronił nie tylko katolicyzmu przeciw prawosławiu, lecz równocześnie cywilizacji chrześcijańsko-klasycznej przeciw turańskiej. Ta walka cywilizacji, prowadzona pod przewodem Kościoła, stanowi jeden z najciekawszych rozdziałów tak historii kościelnej, jak też powszechnej. Nigdy bowiem i nigdzie nie zdarzyło się to, a tylko w Polsce XIX wieku, że Kościół utożsamił się całkowicie z daną cywilizacją. Owładnęło naszym Kościołem słuszne poczucie, że wszelkie ustępstwo na rzecz cywilizacji turańskiej mieści w sobie groźne niebezpieczeństwo dla katolicyzmu jako takiego. Kultura moskiewska łączyła się również ściśle z prawosławiem, a pozwolę sobie zwrócić uwagę, że Kościół walczył z prawosławiem na ziemiach polskich ponad religijną potrzebę tej walki.

Działało tu głębokie przeświadczenie, że w tym wypadku katolicyzm nie wytrzymałby w Polsce jakiegokolwiek wdania się duchowieństwa prawosławnego w jego sprawy kościelne. Odczuwano to nie szukając wytłumaczenia teoretycznego. Obecnie przedstawia się to jako prąd wyjątkowy w historii Kościoła, osadzający losy Kościoła na jednej cywilizacji przeciwko drugiej. Odzyskawszy niepodległość, możemy spojrzeć na ten szczególny, jedyny fakt, z historyczną przedmiotowością, a musimy stwierdzić, że nasi biskupi i kler cały miał słuszność.

Oto jak Kościół uznał, że w Polsce byt jego, rozwój czy osłabienie, zależy nie tylko od czynników ściśle religijnych, ale zarazem od cywilizacji łacińskiej, od tego, czy ona rozwija się czy upada. Tkwiło to w podświadomości niejako. Wydobywszy ten fakt na pełne światło świadomości, wypadnie sens jego określić w te słowa:

W Polsce katolicyzm stanowi z cywilizacją łacińska jedna sprawę.

Znaczy to, że bez tej cywilizacji nie ma Polsce katolicyzmu. Jestem głęboko przekonany, że prawidło to stosuje się do całej zachodniej Europy, ale ograniczam się tu do spraw polskich. A zatem przez prostą konsekwencję wynika z tego, że w Polsce Kościół nie może być ponadcywilizacyjny, wznoszący się w neutralnej tolerancji ponad cywilizacjami spotykanymi na ziemiach polskich i potykającymi się, walczącymi ze sobą. We współzawodnictwie cywilizacji na ziemiach polskich Kościół musi się utożsamić z łacińską, gdyż inaczej poderwałby swe własne fundamenty. A zatem konsekwencją dalszą, musi nam dopomagać. We współzawodnictwie cywilizacjami, rozsiadającymi się w krajach polskich, bo w ten sposób dopomaga samemu sobie.

Bizantynizmu bywało na ziemiach Rzeczypospolitej zawsze minimalnie. Fałszywe w tej kwestii mniemanie pochodzi stąd, iż kulturę moskiewską zalicza się popularnie błędnie do bizantynizmu, podczas gdy ona jest odmiana turańszczyzny. Jest atoli inna cywilizacja, rozsiadła potężnie, najpotężniej, z całego świata w Polsce, mianowicie cywilizacja żydowska. Nie sposób wchodzić tu w jakiekolwiek bliższe wyjaśnienia, bo by nas to odwiodło od właściwego tematu. Zwrócę tylko uwagę na dwie okoliczności.

Zdarzyło się już raz przedtem, że żydzi narzucili narodowi chrześcijańskiemu swe wpływy cywilizacyjne i to nader wielostronnie, mianowicie w Hiszpanii od połowy wieku XIV do końca XV. Bodaj nie dojdzie w Polsce do tego, by kapituły miały składać się po większej części z wychrztów, jak to było w Hiszpanii w połowie wieku XV. Ale i ten przykład Hiszpanii i całe doświadczenie historyczne Iberyjskiego półwyspu poszło na marne. Od XVII wieku zaczyna się żydów poważać wielce, niemal czcić w krajach Zachodu. Zawdzięczają tu żydzi nader wiele protestantyzmowi i anglikanizmowi. Pewne sekty odnosiły się ze szczególnym pietyzmem do judaizmu, chrzciły we dzieci żydowskimi imionami Starego Zakonu, który duchowieństwo ich studiowało bardziej i chętniej niż Nowy Testament. Ale najwięcej zawdzięczają żydzi omyłce historiograficznej wielkiego teologa katolickiego, zwanego ostatnim Ojcem Kościoła. B o s s u e t a (1627-1704), który w swym dziele Discours sur l'histoire universelle jusu'a l'empire de Charlemagne (1681) wprowadził tzw. judeocentryzm, jako oś historii powszechnej w czasach przed przyjściem Zbawiciela. Dzieło rozpowszechniło się po całym świecie naszej cywilizacji. Pijarzy po reformie Konarskiego przyjęli je za podstawę przy nauczaniu historii i do dnia dzisiejszego wynosi każde dziecko od swego katechety szkolnego to przekonanie, że historia żydowska była głównym trzonem historii starożytnej, a żydzi moralną osią świata. To jest "robota" wielkiego Bossueta: trudno: i największe umysły ludzkie są omylne. U nas o Bossuecie długo nie wiedziano, ale za to gdy raz pogląd jego wprowadzono, doprowadzono aż do tego, iż Mickiewicz nazywał Izraela -"starszym bratem", z którym w pewnym okresie naprawdę się bratał (reakcja zaczęła się od Krasińskiego).

Dotychczas rzadko kto w Polsce zdaje sobie z tego sprawę, że żydostwo nie jest tylko religią, lecz całą cywilizacją zarazem i że ta cywilizacja stanęła do walki z łacińską nad całym jej obszarze, a w Polsce ma tę walkę ułatwioną wieloma okolicznościami. Rzadko kto z Polaków zdaje sobie sprawę ile jest już łat żydowskich na cywilizacji w Polsce, jak w pewnych działach cywilizacja nasza poczyna już przestawać być chrześcijańsko-klasyczną, a staje się stopniowo jakąś niesamowitą mieszaniną. Ileż pojęć czysto żydowskich grasuje miedzy nami!! Nasza literatura, pojęcia prawnicze poglądy polityczne - wszystko a wszystko podlega judaizacji. Grozi nam mieszanka cywilizacyjna - i te same takiej mieszanki skutki, jak w Rosji. Nie można być cywilizowanym na dwa sposoby!

Kto ocali cywilizację łacińską w Polsce od takiego upadku? Jeżeli Kościół nie zachowałby się w tej kwestii podobnie jak zachował się wobec niebezpieczeństwa przeszczepienia do Polski cywilizacji turańskiej, kto wie, czy dalibyśmy radę? W Hiszpanii Kościół ocalił cywilizację, ocali ją także w Polsce.

Oto znowu moment, dla którego zachodzi konieczność nieuchronna, iż Kościół w Polsce musi utożsamiać się z cywilizacją łacińską. Pozostać ponadcywilizacyjnym w polskiej praktyce absolutnie nie może. Jak nie mógł dopuścić do panowania w umysłowości polskiej turańskiej metody ustroju życia zbiorowego (od rodzinnego poczynając), podobnie jakżeż może dopuścić, by następne pokolenie - stopniowo, krok po kroku - było już tak dalece przejęte metodą cywilizacyjną żydowską, iżby przyjęło ją za swoja i w życiu zbiorowym polskim zapanowała metoda żydowska? Gdzieś wtenczas byłoby miejsce na katolicyzm? Stałaby się nasza Polska chyba krajem misyjnym?

Może tedy (a może musi) Kościół stać na stanowisku ponadcywilizacyjnym w Azji, w Afryce i gdzie wytworzyły się cywilizacje inne. Tam łacińskiej nie narzucać, a raczej nawet popierać tamtejsze swoiste cywilizacje, ale w Polsce musi się utożsamiać na wskroś z cywilizacją łacińską.

I nawzajem, dzięki wspólnej więzi religijnej i cywilizacyjnej w Polsce, my Polacy musimy ze wszystkich sił dopomagać Kościołowi. Kto w Polsce działa przeciw Kościołowi działa poniewoli przeciw Polsce. Choćby był największym patriotą, z pracy jego wypłyną skutki szkodliwe dla Polski i dla cywilizacji chrześcijańsko-klasycznej.

***

Jeżeli przyjmiemy tezę, że cokolwiek zmierza do wyrządzenia ujmy Kościołowi, jest zarazem szkodliwe dla Polski, wyniknie z tego, że Polak powinien we wszystkim trzymać się Kościoła, nie tylko w życiu prywatnym, ale także w życiu publicznym.

Nie ma obawy o jakaś "teokrację", o "rządy klerykalne", bo to w ogóle jest wręcz niemożliwe przy naszym wielce skomplikowanym ustroju państwowym. Choćby przez jakiś zbieg okoliczności wszyscy ministrowie byli ze stanu duchownego, nie powie im Ewangelia, czy dążyć do centralizacji czy do decentralizacji, czy też może przeprowadzić dekoncentrację; w prawie kanonicznym znajdą zupełną obojętność na zagadnienie monarchii czy republiki: w całej literaturze teologicznej próżno szukać pouczenia, czy kościec budżetu oprzeć na podatkach pośrednich, czy lepiej na bezpośrednich itd. itd. W islamie teologia zajmuje się niemal wszystkimi wymienionymi zagadnieniami tak z dziedziny prawa publicznego, jak z dziedziny prawa prywatnego, bo to jest w Koranie: ale w Ewangeliach nic z tego nie ma. Państwa islamskie utknęły na tym: w rozwoju życia nowoczesnego znalazły się wobec zagadnień, o których Koran milczy, które tedy dla prawego muzułmanina jakoby nie istniały. Wyniknął stąd ów ogromny rozłam pomiędzy rzeczywistością życia a rządami z życiem się nie liczącymi, o ile chciały pozostać prawowiernymi. Koran przeżywał się prędko, gdy tymczasem Ewangelia nie przestaje być źródłem ożywczym coraz nowych form życia.

Ten, którego królestwo "nie jest z tego świata" nie podał wzorów na zręby państwa. Ewangelia nie z tego świata czerpie swą treść, jakkolwiek jest ona dla tego świata i dla niego została objawiona. Droga życia chrześcijańskiego polega na tym, żeby do życia na ziemi czerpać wskazówki z ponad ziemi; a w takim razie nie mogą one być szczegółowe! Mieszczą się wszystkie w etyce chrześcijańskiej.

Chrześcijański polityk bada każdy problem życia państwowego i społecznego z dwóch punktów widzenia: po pierwsze - co będzie pożyteczniejsze dla udoskonalenia życia, po wtóre - co będzie sprawiedliwsze. W ten sposób rozważy i kwestie podatkowe i administracyjne i wszystkie w ogóle. Duch Ewangelii może spocząć na wszystkim a wszystkim, czego w Ewangelii nie ma bezpośrednio: w ten sposób jest w niej pośrednio wszystko. Zresztą: in dubois libertas, in omnibus caritas. Nie boimy się różnicy zdań pomiędzy katolikami np. co do szczegółów ordynacji wyborczej, gdy tymczasem pomiędzy muzułmanami torują takie rzeczy drogę nowej sekcie, lub wiodą do niedowiarstwa.

Katolik jest obowiązany przyczyniać się w miarę możności do tego, by zapanowała Civitas Dei na ziemi. W tej dziedzinie intencja bez intelektu będzie z natury rzeczy zgoła jałową i przy największej żarliwości nie posunie sprawy ani o krok. Byłyby to niejako same krucjaty dzieci. Czy nie z powodu tej konieczności, żeby rozwinąć jak najwyżej intelekt dla podniesienia życia publicznego, tkwi "pierwsza przyczyna", dlaczego Kościół uprawiał zawsze nauki świeckie, dlaczego katolicyzm stał się religią uczoną, filozoficzną?

Ma tedy dobry katolik obowiązek wprost religijny dbać o jak najwyższe podniesienie intelektu w sobie i w swym otoczeniu. Nie każdy czytuje św. Tomasza z Akwinu, nie każdy zorientuje się od razu w encyklice Rerum Novarum; ale chodzi o to, żeby było jak najwięcej osób takich, które by posiadały wiadomości i zdatności myślenia na tyle, iżby z nimi można było roztrząsać takie tematy.

Oczywiście musi Kościół objąć ze swej strony przodownictwo nauki i oświaty. W Polsce trzeba odrobić zaniedbania półtorawieczne. Rządy wrogie katolicyzmowi, schizmatyckie, protestanckie i przepełnione józefińskimi tradycjami krępowały w tym Kościół, a nie pozostało to bez skutków. Nigdzie w Europie nie ma Kościół tyle do odrabiania i doganiania jak u nas. Musi też domagać się od świeckich współdziałania więcej niż w jakimkolwiek innym kraju.

Jeżeli Kościół polski podniesie śmiało sztandar Civitate Dei, skupi około siebie współpracowników u więcej niż pozwalałyby przypuszczać rozmaite pozory. Można o katolickości przeciętnego Polaka mówić "siła złego": zazwyczaj katolickość ta nie dopisuje w chwili potrzeby i mówi się o naszym katolicyzmie biernym, powierzchownym, niemali wyłącznie liturgicznym, obyczajowym itp. Niech mi WOLNO będzie zapytać, czy w kwestiach świeckich przeciętny Polak okazuje się inny? Proszę się zastanowić, czy tedy Polak ma dwa oblicza, jedno dla religii, a drugie dla świata, czy też jedno i to samo w tym i w owym? Czy ma osobną głowę i osobna parę rak do spraw religijnych i etycznych, a osobną np. do handlu i przemysłu? Czy też we wszystkim jednaka to głowa, nie bardzo myśląca, i ta sama para rąk, nie bardzo w pracy wprawna i rozmiłowana? A sprawy religijne nie należą przecież do łatwiejszych!

Pracy wszelkiej, fizycznej czy umysłowej, trzeba się uczyć... pracując. Pływać można się nauczyć tylko w wodzie. Tylko w niepodległym państwie może ogół nabierać zmysłu politycznego i społecznego. Jesteśmy nowicjuszami pod wielu względami. Jesteśmy terminatorami w terminie państwowym, toteż napsujemy trochę materiału i narobimy sporo galimatiasu, zanim się czegoś nauczymy.

Skróciłby się wielce czas terminowania, gdybyśmy mieli nauczycieli nie tylko w zbieranych doświadczeniach! Spod czerwonego znaku pędzi cała rzesza nauczycieli, całe hordy instruktorów życia publicznego - a jakżeż nieśmiało jeszcze stąpają obok nich katoliccy nasi nauczyciele!

W naszych czasach wszystko dzieje się głośno, publicznie, na zgromadzeniu i... w dzienniku. Zuchwalstwo stanowi reklamę, potulność wzbudza... wzruszanie drwinkowate ramion. Zuchwalstwo nie dla nas, wystarczy śmiałość, odwaga. Zuchwalec osiąga tylko cele niedalekie, na krótka metę: po dłuższym czasie wywraca się jak każdy wóz, kierowany przez zuchwałego woźnicę. Ale czyż nam grozi niebezpieczeństwo zuchwałości?! Zwróćmy raczej myśl naszą w stronę przeciwną i nawołujmy się z całych sił hasłem: Precz z potulnością!

Bądźmy śmielsi! Przypomnijmy sobie, że sztandar chrześcijańskiego życia publicznego w Polsce wcale nie jest nowiną: owszem, ma swe tradycje i stare i stosunkowo świeże, bo z XIX wieku, wcale żywe, a wielce szanowane. Jest do czego nawiązać! Nasi trzej wieszcze schylali się przez całe życie przed tym właśnie sztandarem, głosząc prawdziwe królestwo "nie z tego świata", lecz dla świata. Weźmy do rąk głównych filozofów polskich - tendencja ta sama, żeby obmyślić królestwo Boże na ziemi. O czymże marzył polski intelekt, wysilając się w niewoli na utrzymanie patriotyzmu w i pragnienia niepodległości, jeśli nie o tym, że ta Polska, gdy wreszcie wstanie z martwoty politycznej, gdy stanie się na nowo państwem niezawisłym, wprowadzi chrześcijaństwo w życie publiczne, w stosunki publiczne u siebie i w stosunki międzynarodowe. Wprowadzenie etyki chrześcijańskiej do polityki jest hasłem Mickiewicza, Krasińskiego, Słowackiego Cieszkowskiego, Libelta, Trentowskiego, Supińskiego, Goluchowskiego, Szujskiego, Kalinki - ależ wszystkich a wszystkich, którzy stanęli na świeczniku polskiej umysłowości! Gdzież jest choć jeden znakomity Polak, poeta czy uczony, który by był nie uważał tego za cel celów, za misję polską? Niejeden nie bardzo licował sobie z Kościołem niejeden nie bardzo uważał się za katolika: ale wszyscy wpatrzeni byli w hasło De Civitate Dei.

Przez Polskę niepodległą spodziewali się tego. Czyż to możebne, żeby w pokoleniu współczesnym nie było wyrytych śladów tych dróg, tych marzeń i nadziei? Ależ są i to bardzo silne. Przypomnijmy sobie ten czas jedyny, jesień 1918 roku, kiedy to poczuliśmy się szczęśliwcami, kiedy nam wzbierały serca i pałały głowy od jakiegoś bezmiaru błogości z odzyskanej wolnej Ojczyzny. W tym czasie każdy myślał o tym, jak by zrobić coś dobrego, jak by być pożytecznym jak najpożyteczniejszym, jak najofiarniejszym. Górnie myślano, a odczuwano szczerze. Wszystko, co najszczytniejsze nagromadziło się w intelekcie polskim, było popularne i doprawdy, trzeba będzie sumiennej pracy historycznej, ażeby wytłumaczyć szczególną zagadkę, jak to wszystko mogło zostać zmarnowane!!

A dokądże rwały się naówczas serca i ręce polskiej inteligencji jeśli nie do tego, by z Polski zrobić państwo chrześcijańskie. Zapał jest potężną dźwignią czynu i nie godzi się lekceważyć go. Gdy wybiła godzina Etosu, zapał jego koroną. Chodzi jednak o to, by do czynu być dobrze przygotowanym by Logos wypełnił się wszechstronnie... przedtem mówiąc popularnie by Polak był mądry przed szkodą.

Przygotowanie umysłów do trafnego wyboru środków, ażeby ziścić wielkie pomysły, należy przede wszystkim do Kościoła; ogół polski nie będzie z pewnością materiałem opornym. Dążność umysłowości polskiej kroczy w kierunku zgodnym z celami Kościoła bo od Mickiewicza nieustannie przejmował się umysł polski tendencją chrześcijańska. Z tego źródła zrodziły się hasła takie, jak "Kościół św. Jana". Usunąwszy trochę nieporozumienia, jakie towarzyszyło temu hasłu, zgodzimy się wszyscy na Kościół św. Ducha, jako na nowy, upragniony okres dziejów Kościoła i historii powszechnej. Bądź co bądź jest to faktem niezaprzeczalnym, że w Polsce marzenia o lepszej przyszłości osnute są około przyszłości Kościoła. Tkwi w tym wskazówka dla Kościoła, że umysłowość polska chce pracować i kroczyć razem z Kościołem, ale żąda, żeby Kościół szedł na przedzie, żeby przewodził.

Jeżeli Kościół polski trafi w te wyżłobione tradycją narodową koleje, nie na opokę trafi zaiste. Jeżeli nie trafi, utrudni sobie wielce sytuację. Wiemy na przykład wszyscy, że nie załatwi się kwestii społecznej poza Kościołem, i przekonanie o tym staje się coraz powszechniejsze; ale i to pewna, że nie załatwi się jej w Polsce bez tła patriotycznego poza Ojczyzną. Lecz czyż duchowieństwo polskie potrzebuje żeby mu przypominać miłość Ojczyzny? Doprawdy byłoby to samo, co nosić sowy do Aten!

Póki świeża jest ta świadomość, że kapłan polski to zarazem patriota, dopóki faktu tego nie zamaże w myślach ogółu wroga agitacja: póki zmieszana z obcymi cywilizacjami literatura nie poderwie tradycji wieszczów, niechajże Kościół nie omieszka chwycić w ręce sztandaru wielkich celów historycznych. Te cele wskazując, określając je, polonizując je torujmy przez Polskę drogę ku Civitas Dei. Wtedy Polak zrośnie się z tymi celami, a przez to pośrednio jeszcze mocniej z katolicyzmem.

Jest w naturze polskiej sporo czynników tego rodzaju iż otwierają się Kościołowi w Polsce prawdziwie wspaniałe możliwości. Ku szczytom prowadzić trzeba i śmiało iść! Okoliczności historyczne współczesne sprawiają, że Polakowi łatwo jest zrozumieć Kościół wojujący w Polsce, ale niełatwo jest nie przyłączyć się do niego. Wojuje bowiem z niebezpieczeństwami zagrażającymi zarazem Polsce, choćby na przykład z bolszewizmem. Któż może w tym boju objąć przewodnictwo snadniej niż Kościół?

Katolicki naród polski - ta Polonia semper fidelis - odzyskał niepodległość w takiej właśnie chwili dziejowej kiedy wszystkie siły katolickie muszą być rzucone na szalę walki, kiedy przybytek nowego państwa katolickiego może być decydującym dla korzyści Kościoła. W każdym razie wiele zależy od tego, na którą stronę padnie ciężar Polski.

Gdyby wskrzeszona Polska miała przyczynić sił masonerii, socjalizmowi, bolszewizmowi (a są to trzy ogniwa tego samego łańcucha), to należałoby się spodziewać zbolszewizowania całej Europy; a choćby ten okres bolszewicki trwał wcale niedługo, byłby wystarczający do tego, by zrujnować całą naszą cywilizację, a Kościół pogrążyć na długo w bezsilność co do życia publicznego.

Zapewne, wszyscy wiemy doskonałe, że Kościoła nie przemogą bramy piekielne. On przetrzyma wszystko, trwający aż do końca, choćby w katakumbach. Zapewne! Ale wśród czytelników moich nie ma chyba żadnego, który by pragnął to widzieć? Nie po to żyjemy, by Kościół wieść do katakumb! Gdy tak się stanie, nie puścimy kapłanów naszych do katakumb samych, pójdziemy i my tam za nimi: gdy Kościół będzie w Polsce prześladowany, padnie to i na nas świeckich, ale wtedy nie będziemy się łasić prześladowcom, nie zdradzimy Ołtarza. Lecz pierwszym naszym obowiązkiem, nie dopuszczać do żadnej próby żadnych "katakumb", ani w przenośnym znaczeniu tego słowa. Po stokroć nie! Naszą rzeczą wojować w wojującym Kościele! Kto chce usuwać Kościół z życia publicznego, musi wpierw stoczyć z nami walkę i pokonać nas, pozbawić nas wszelkiej siły. Bo my wiemy dobrze, że ze wszystkich spraw publicznych najbardziej publiczna jest religia i że Polska albo będzie katolicka, albo jej nie będzie.

W Polsce toczy się walka o przyszłość Europy. Nasze położenie geograficzne sprawia, że póki my nie ulegniemy zarazie, tamci dalej na zachodzie są bezpieczni. Wykazało doświadczenie, że agitacja bolszewicka nie jest słabsza nad Tamizą niż nad Wisłą i że szanse tej w Anglii wcale nie słabsze niż u nas. A jednak da sobie Anglia radę, póki nie ulegnie Polska. Lecz gdyby przednie straże bolszewizmu przeniosły się do Polski, jakżeż trudno byłoby Zachodowi obronić się! Od losu Polski zawisł w tymi względzie los całej Europy. A skoro losy tej walki w Polsce zawisły od tego, czy Kościół podniesie śmiało sztandar swój, który jest zarazem sztandarem Ojczyzny nie tylko naszej, ale wszelkiego pojęcia ojczyzny w ogóle, to losy Europy zawisły od losów Kościoła w Polsce .

W Polsce okaże się - i to stosunkowo w czasie krótkim - czy Kościół nie przestanie na kilka pokoleń być czynnikiem życia publicznego, czy też stanie na czele nowego okresu dziejów.

Tu chodzi o grę tak wielką, jak rzadko w historii. Hasła wielkie same się tu narzucają. Chcąc zwyciężyć, trzeba zwyciężyć w tym boju w Polsce. Tu pole chwały, lub tu rozłogi klęski. Tu rozstrzygnie się wszystko.

Oto współczesna rola i znaczenie Kościoła w Polsce

A my, szczęśliwcy odzyskanej niepodległości, osłabieni 150-letnim uciskiem, znaleźliśmy się od razu na głównym szlaku historii powszedniej, skupiającej się niejako na ziemiach polskich. Czy my podołamy? czy nie za wielki ciężar na barki, okaleczone zbyt długą niewolą, i na intelekt zbiorowy, osłabiony 150-letnim brakiem ćwiczenia państwowego.

Nil desperandum! Pomnijmy, że Kościół jest matką narodów, jest opiekunem indywidualizmu i partykularyzmu, ale w zasadzie jest uniwersalny i pracuje dla uniwersalizmu. On zna auream mediam viam - złoty środek - miedzy jednym a drugim, wiedząc, kiedy poruszyć ducha partykularyzmu, a kiedy dać się rozwinąć uniwersalizmowi.

Na tym decydującym polskim pobojowisku religii i cywilizacji bój rozstrzygający musi liczyć się z polskością, ze wszystkim co polskie: i Kościół nasz nie będzie uważać sobie za obce nic z tego co jest polskie, nil poloni alienum sibi putabit. Nigdy jeszcze w całej historii powszechnej nie było momentu, w którym by Kościół Święty powszechny tak przywarł do pewnej partykularności narodowej, jak obecnie siła wypadków łączy się z narodem polskim, który nowy swój byt państwowy zaczyna od tego, iż na nowo tworzy antemurale christianitatis przedmurze chrześcijaństwa.

Ale czy to przedmurze nie za słabe?

Dopomoże nam uniwersalizm Kościoła. Gdziekolwiek Kościół coś znaczy, zewsząd możemy spodziewać się posiłków. Bój toczony w Polsce o cały Kościół będzie przez cały Kościół wspomagany. Wszystko, co w narodach Zachodu jest katolickiego, utożsamia się z Polską. Takim sposobem wzmogą się nasze siły, na tych liczyć możemy sprzymierzeńców. Cały Kościół katolicki stanie za Polska zainteresowany w jej potędze państwowej.

Ze wszystkich międzynarodowych sił jedynie katolicyzm ma interes dbać o potęgę naszego państwa, podczas gdy masoneria, socjalizm i bolszewizm dążą przy każdej sposobności do osłabienia Polski. I oto widzimy, jak Kościół w Polsce jest instytucją najbardziej polską ze wszystkiego, co w ogóle polskie jest. Ten Kościół powszechny dostarcza nam wzoru polskości.

Taki jest ogólny związek wielkich spraw naszego pokolenia. Jeszcze rzadko kto zdaje sobie z tego sprawę! Jeszcze zbył małe zrozumienie współczesnej naszej rzeczywistości. Szerząc świadomość tego związku, tego splotu przyczyn i skutków, celów i środków, świadomość ta powszechno-dziejowego naszej chwili historycznej, świadomość wzajemnej zawisłości spraw, tyczących Kościoła, cywilizacji Europy, Polski, zyskiwać będziemy towarzyszów broni - i często tam, gdzie byśmy się tego zgoła me spodziewali. Wielu bowiem stoi po tamtej stronie dlatego tylko, ponieważ nie wiedzą, jak się rzeczy mają. Głośmy więc uświadamiajmy, pouczajmy rodaków, czym jest Kościół w Polsce! Róbmy propagandę na ten ton a zdziwimy się wkrótce, ile się ozwie tonów pokrewnych!

Zgromadzą się żołnierze, niech tylko sztandar będzie rozwinięty widocznie, a wzniesiony wysoko i trzymany śmiało!

Ku wielkim idziemy godzinom Historii. Wojna powszechna - to (był) dopiero wstęp do nich. A chcąc sprostać sprawom wielkim, trzeba mieć umysł i serce nastrojone ku wielkości. Gdzież tego szukać, jeśli nie w katolicyzmie? Bądźmy tedy pełni intencji katolickiej, a dbajmy o wzmożenie w sobie intelektu religijnego i naukowego. Bądźmy godni rzeczy wielkich! I miejmy otuchę, ze doczekamy zwycięstwa, którego znakiem Krzyż, ponowne; in hoc signo vinces! W tym przekonaniu służmy Kościołowi w Polsce!

I. O METODACH

Rozważając zagadnienia państwa chrześcijańskiego, a zwłaszcza temat "Kościół jako polityczny wychowawca narodów", zastosujemy do tych problemów metodę indukcyjna, jedyną, która wiedzie do odkryć w naukach historycznych. Jest ona też dziełem historyka zawodowego. Historykiem bowiem był jej twórca, Bacon werulamski (1561-1626), który wychodząc od historii ogarnął najrozleglejsze rozłogi wiedzy, a którego wiedza miała w jego myśli służyć jednakowo naukom humanistycznym i przyrodniczym.

Ale zjawiły się metody inne, a wśród nich medytacyjna. Nazywam ją tak od Condorceta, który w 1793 oświadczył, że w naukach humanistycznych "odkrycia stanowią nagrodę samej medytacji". Przypomnę też, jak zdaniem Wrońskiego (1778-1853), "wiedza, jak taka, jest z góry czysto kontemplacyjną lub spekulatywną", co wychodzi zupełnie na to samo, co tamta "medytacyjność". Należy te sposoby rozumowania odróżnić od dedukcji naukowej, która musi mieć wpierw przed sobą jakieś założenie (już przedtem udowodnione), ażeby z niego snuć wnioski. Medytacyjna metoda nie wymaga w ogóle żadnych uprzednich studiów. Cała szkoła Condorceta poprzestawała na tym, że coś komuś wydało się jakimś, bo tak sobie "wyspekulował". Sądzono, że człowiek inteligentny (a zwłaszcza matematyk lub literat) może samą siłą swej inteligencji rozwiązywać wszelkie zagadnienia humanistyczne, nie potrzebując wcale studiów specjalnych "fachowych". Metoda ta żyje dotychczas, a typowym jej piastunem jest znów matematyk, Bertrand Russel. Metodę tę trzeba śledzić i poznawać, żeby wiedzieć czego się wystrzegać, w jaki sposób nie należy i nie można rozumować o żadnej a żadnej sprawie z zakresu humanistyki. Rezultaty pewne otrzymuje się tylko indukcją. Pierwszym warunkiem indukcji w tematach historycznych jest, żeby się zawsze liczyć z... chronologią.

Pozwolę sobie na mała dygresję, ażeby okazać na przykładzie, jak dana kwestia może przybrać zgoła inne oblicze, stosownie do tego, czy się będzie pedantem wobec chronologii, czy też potraktuje się ją bardziej liberalnie. Wybieram dla przykładu ciekawą sprawę o Macchiavella.

Wiadomo, jak obfitą jest tu literatura, ile studiów pochłonęło pytanie, czy krytyczny Florentczyk na serio urabiał swego "księcia"; jak to wytłumaczyć i usprawiedliwić (warto przypomnieć zdanie wielkiego Rankego, że Macchiavelli uważał Italię za dość silną, żeby jej w celach leczniczych móc zastrzyknąć truciznę). Ileż komentarzy do tego dzieła, ileż wyłoniło się argumentów, że w polityce nie sposób trzymać się moralności! Uznać trzeba, że piśmiennictwo naukowe, rozwinięte wokół "Księcia" obfituje w dzieła godne wszelkich pochwał dla wielu a wielu względów naukowych. Budzi atoli zdziwienie pewna okoliczność:

Jeżeli "Książe" miał służyć księciu na usprawiedliwienie (rządowi żołniersko-uzurpatorskiemu), jeśli miał tej państwowości dostarczyć duchowych fundamentów, czemuż książe nie łożył w wydanie "Księcia"? A gdyby przyłożyć do sprawy noniusz chronologii, sprawa będzie jeszcze ciekawsza: Dzieło było napisane w r. 1514, autor trzymał je w ukryciu i wyszło drukiem (w Rzymie) dopiero osiem lat po jego zgonie (1527-1535). Chronologia świadczyłaby tedy raczej, że Macchiavelli "sobie pisał, nie ludziom", bo drukować nie mógł dla łatwo zrozumiałych okoliczności; a w takim razie nie będzie żadnej sprzeczności pomiędzy życiem autora, a chowanym przez niego pod kluczem... aktem oskarżenia. Ale nastać miały takie czasy, że książkę jego potraktowano pozytywnie, zamiast negatywnie.

II. CZTERY POSTULATY MISYJ KATOLICKICH

Żeby tedy nie uchybić pedantyzmowi chronologicznemu, zaczniemy roztrząsania o stosunku Kościoła do życia publicznego od samego początku; jeżeli nie od samego Adama i Ewy, to przynajmniej gdzieś blisko nich, jak najbliżej. Wejdźmy z naszym problemem pomiędzy lud prymitywny i to choćby w zawiązkach protohistorii. Nie trzeba sobie czegoś "wyobrażać"; wyobraźnią nie udowodni się niczego w tej dziedzinie nauk! Nie trzeba się "wyobraźnią cofać" do prawieku naszych przodków, bo ludy prymitywne, nawet arcyprymitywne, istnieją dotychczas, a misjonarze do nich jeżdżą i przysyłają stamtąd sprawozdania.

Nadspodziewanie okazuje się, że tkwi w Kościele sama geneza państwowości. Samym misjonarstwem swym wytwarza Kościół urządzenia państwowe czyli państwowość, i rozsiewa zarodki państwa. Nie ma wprawdzie w Nowym Testamencie przepisów, jak urządzić państwo; nie ma w Ewangelii prawa ni prywatnego ni publicznego, a Kościół nigdy nie wybrał pewnych form dla państwa, ażeby się z nimi utożsamić, a inne potępić; ale Ewangelia osnuwa wszystko kategorią DOBRA, MORALNOŚCIĄ, ETYKĄ, i to wystarcza do wytworzenia wyraźnych drogowskazów we wszystkim, również w dziedzinie państwowej.

Każda misja katolicka niesie z sobą cztery postulaty : monogamię dożywotnią, dążenie do zniesienia niewolnictwa, zniesienie msty, wreszcie niezawisłość Kościoła od władzy państwowej, a to w imię niezawisłości czynnika duchowego od siły fizycznej. Te cztery wymagania są od samego początku te same i niezmienne i jednakie dla wszystkich rodzajów i szczebli cywilizacji, dla wszystkich krajów i ludów.

Fundament wychowania do wyższego szczebla życia zbiorowego, kamień węgielny organizacji państwowej mieści się w znoszeniu msty rodowej. Rodowe wykonanie msty stanowi obowiązek moralny, który trzeba od rodów przejąć i wypełnić go za rody, wyręczając je przez sądownictwo publiczne i publiczny wymiar kar. Polityczny zwierzchnik, a więc panujący (od kacyka do cesarza) staje się generalnym mścicielem za wszystkie rody, wykonawcą wszelkiej msty. Taki jest zaczyn sądownictwa państwowego.

Na najniższych nawet szczeblach, wśród najprymitywniejszych ludów, zaszczepia tedy misjonarz - nawet nieświadomie - państwowość, boć chcąc znieść mstę, musi przygotować ponadrodową władzę sadową, a naczelnik ludu nawróconego staje się nie tylko wodzem wojennym, ale też sędzią. Jest to pierwsza pokojowa funkcja państwowa.

Nie łatwo to przeprowadzić. Często głowa państwa sędzią być nie chce, ażeby nie ukrócać rodowego prawa zwyczajowego. Kiedy biskupi zażądali od Włodzimierza Kijowskiego, ażeby zajął się z urzędu sądownictwem kryminalnym, książę sprzeciwił się temu i postępował nadal "według urządzeń ojca i dziada".

W Europie Zachodniej msta powikłała stosunki społeczne do tego stopnia, iż stałym stanem społeczeństwa stała się "wojna wszystkich przeciwko wszystkim". Wieków trzeba było, żeby "treuga Dei" ograniczała mstę stopniowo; a wciągu tych pokoleń panujący zasiadał na sądach tylko na żądanie strony. Taki, który udawał się do swego księcia, żeby go wyręczył w mście i ukarał krzywdziciela, narażał na hańbę nie tylko siebie, lecz cały swój ród, bo usuwał się od osobistego spełnienia swych obowiązków i uznawał się być słabym. Długo też wyręczały się sądownictwem książęcym same tylko niewiasty, gdy im zabrakło męskiego mściciela. Działał "Treuga Dei" i robiła swoje, rozszerzana coraz bardziej, lecz jakżeż powoli i pod jakimże naciskiem kar kościelnych i nierzadkich klątw! W Polsce już za pierwszych Piastów wprowadzono za zabójstwo grzywny pieniężne, lecz krwawe zwady rodów zdarzały się jeszcze w XIV wieku. W Niemczech zaś dopiero na samym końcu XV w. ogłoszono "Landfrieden" w czym mieścił się zakaz wykonywania msty i przymus przekazywania krwawych sporów władzy państwowej. Minęło jednak jeszcze nieco czasu, zanim ustawa zdobyła sobie powszechne uznanie.

Wykonywanie msty, dziedziczne w rodach z pokolenia na pokolenie, wytworzyło i rozgałęziło długi szereg nadużyć i zbrodni; nadużywano bowiem msty i podszywano się chytrze pod nią, okrywając jej płaszczem liczne przestępstwa - aż do rozbojów włącznie. Ze stanu wojennego między rodami wytwarzały się walki całych okolic, aż wreszcie książę panujący w imieniu całej ludności swego kraju wypowiadał wojnę księciu ościennemu, stwierdzając krzywdę i urazę popełnioną względem wszystkich. Wojny rodziły się wprawdzie nie tylko z samej msty na wielką skalę, ale w znacznej, a może nawet po większej części taką miewały genezę i dlatego uważano je za uprawnione. Zbrodniczość i wojny stały się niejako ubocznym produktem msty. Gdy zaś po kilku już pokoleniach niktby już nie zdołał osądzić, która strona pierwsza zawiniła i czy obie strony utrzymywały się w granicach prawa zwyczajowego, gdy przepadła nawet pamięć pierwotnego przedmiotu zwady, gdy wreszcie wygasły nawet rody, które mstę wszczęły, a jednak niebezpieczeństwo życia groziło na każdym kroku, widocznym stawało się coraz bardziej, ze ma się do czynienia już nie z mstą, lecz z jawnym opryszkostwem. Jak jedno z drugim wikłało się, widać było na Korsyce jeszcze poza połową XIX wieku.

Wypleniając mstę, staje się Kościół politycznym wychowawcą społeczeństw podwójnie: obdarzał ludy sądownictwem publicznym i zarazem zwiększał bezpieczeństwo życia i mienia. Oddając obie te dziedziny w ręce zwierzchności świeckiej, wytwarzał tym samym, a następnie rozszerzał i wzmacniał władze państwową.

Powiedziano już dawno o Kościele, że stał się rodzicem i wychowawcą narodów, i to przyjęło się już powszechnie. Należy to jeszcze rozszerzyć, stwierdzając, że był również twórcą władzy państwowej, takiej, która by posiadała moc działania także poza sprawami wojennymi. Stałość i nieprzerwalność państwowości w państwie jest dziełem Kościoła (Wyrazy "państwo" i "państwowość" nie są bynajmniej synonimami; państwowość oznacza urządzenia państwowe).

Przejdźmy do dalszych postulatów, stawianych przez Kościół zawsze i nieodmiennie każdej nawracanej społeczności. Kwestia monogamii dożywotniej jest już dostatecznie opracowana pod względem stosunku Kościoła do życia zbiorowego. Wiadomo powszechnie, że wyłoniło się z tego poszanowanie kobiety, przyznanie jej praw, w końcu równouprawnienie moralne i majątkowe.

Monogamia czyni z kobiety czynnik twórczy w życiu zbiorowym, podwaja ilość pracowników cywilizacyjnych. Mniej jest wiadomym, ze monogamia stanowi podstawę własności osobistej, że jedno z drugim łączy się nierozerwalnie. Bardzo się więc mylą utopiści, którym się wydaje, że dałby się pogodzić komunizm z katolicyzmem. Nie można przystać na komunizm, bo wraz przepadłaby monogamia, a po niedługim czasie rodzina w ogóle.

Również decydującym o życiu społeczeństw jest postulat znoszenia niewoli. Niewolnicy bywali w olbrzymiej większości robotnikami fizycznymi, podczas gdy wolni zajmowali się pracami umysłowymi. Orzeczenie apostoła narodów św. Pawła: ""Kto nie pracuje, niech nie je" zawiera w sobie moralny przymus pracy, który staje się w katolicyzmie przykazem etycznym. Kogo nie stać na pracę umysłową, spełni ten przykaz fizyczną. Skoro zaś fizyczna staje się koniecznością etyczną, tym samym godną jest szacunku ludzkiego, a zatem nie hańbi taka praca człowieka wolnego. Tkwi w tym cały przewrót społeczny, dokonywany stopniowo, ewolucyjnie, i wreszcie dokonany. Na tym tle nastąpił ogromny rozwój rękodzieła, a następnie tego wszystkiego, co zwiemy techniką, a która wyłoniła się bądź co bądź z rzemiosł. Klasycznemu światu nie brakło odkryć naukowych, lecz nie powstawały z nich odpowiednie wynalazki, bo praca fizyczna, pozostając we wzgardzie, pozostała na zbyt niskich szczeblach. Zniesienie niewolnictwa, zrównanie w wolności zajęć fizycznych z umysłowymi, sprawiały, że praca umysłowa przenosiła się także na rękodzieła i w tym tajemnica, dlaczego starożytność nie celowała wynalazczością, czemu wynalazki stanowią przywilej świata chrześcijańskiego.

Przejdźmy do czwartego postulatu katolickiego życia zbiorowego, do kwestii o niezależności Kościoła od władzy świeckiej. Jak wiadomo, ani Kościół wschodni, ani konfesje protestanckie nie uznają tego postulatu. Katolicyzm ma bowiem swoje własne pojęcia o państwie i o życiu zbiorowym w ogóle a od tych pojęć odstąpić nie może. Istnieje katolicka nauka o państwie. Istnieje ideał "Civitas Dei", któremu dał początek św. Augustyn przed lat półtora tysiącem. Zarzucano w owych czasach chrześcijanom, że usuwają się od przyjmowania urzędów w państwie rzymskim, mówiąc dzisiejszym językiem, że bojkotują rzymską państwowość. Bywało tak istotnie często (chociaż nie zawsze i nie wszędzie), ponieważ państwowość owa była wówczas tego rodzaju, iż nie zasługiwała na szacunek nawet uczciwych pogan. W umysłowość chrześcijańską wdziera się zaś poprzez wszystkie wieki aż po dzień dzisiejszy, powstały wówczas okrzyk: "Quid sunt regna remonta justitia, nisi magna latrocinia?". Nie chcieli tedy chrześcijanie służyć i służbą swa dopomagać owemu latrocinium - lecz obowiązki względem państwa traktowali pozytywnie i spełniali zawsze bez szemrania. Tym się jednak wyróżniali od początku, iż znali nie tylko obowiązki względem państwa, ale też obowiązki państwa względem obywatela. Związek jednostki z państwem był w etyce katolickiej od samego początku splotem wzajemnych praw i wzajemnych obowiązków; państwo zaś winnym było podlegać etyce tak samo, jak jednostka. Ilekroć państwowość jakiegoś państwa nie pozostawała w zgodzie z tym postulatem, nie mogła cieszyć się poparciem Kościoła. Albowiem postulat niezawisłości Kościoła od władzy świeckiej stanowi cząstkę tezy ogólniejszej: o wyższości pierwiastków duchowych ponad materialne.

Ideał zaś - "De Civitate Dei" - spełniał się niemało w ciągu wieków, lecz (jak każdy Ideał) w miarę spełniania urastał i nabierał nowych działów, nowych postulatów szczegółowych, stosownie do tego, jak komplikowało się coraz bardziej życie zbiorowe. Pomysł państwa Bożego na ziemi, tj. państwa urządzonego po Bożemu, nie jest bynajmniej nieziszczalny, lecz wymaga się od niego coraz więcej. Ledwie ziści się, czego w danym czasie się wymagało a narosło niemało wymagań nowych! Był czas, gdy wzdychano, by "Treuga Dei" mogła się ziścić, a dziś wymagamy bez porównania więcej, i daj Boże, żebyśmy mieli wymagania jeszcze większe!

III. ZASADY ŻYCIA PUBLICZNEGO NARODÓW

Metody życia zbiorowego kształcą się w katolicyzmie, doskonalą się w miarę, jak zbliżają się do ideału "Civitatis Dei", a gdy się od niego odchylają, obniżają się i psują. W każdym razie są niezmienne. Jak wiadomo, Kościół nie identyfikuje się z żadną specjalna formą rządów, wymaga tylko od każdej, żeby zachować moralność według etyki katolickiej. Ale pośród wielości najrozmaitszych sposobów rządzenie istnieją pewne wytyczne zasadnicze, według których Kościół postępuje w swej wielkiej misji wychowawcy politycznego.

Głębie etyki katolickiej wywodzą się od poczucia osobistego stosunku do Boga i w tym właśnie tkwi największa siła moralna katolika. Bo choćby zrzeszenie dopuszczało się najcięższych przewinień, stosunek jednostki do Boga pozostaje czystym, skoro tylko nie aprobuje się zła. Ale też za to każdy z osobna ponosi osobistą odpowiedzialność za swe myśli, mowy i uczynki czego symbolem jest spowiedź osobista, podczas gdy protestantyzm, judaizm i buddyzm znają spowiedzie tylko gromadne. Odpowiedzialność gromadna z reguły nie jest odpowiedzialnością wystarczającą do ułożenia stosunku do Boga. Kto na niej chce poprzestać, ten prędzej czy później poderwie same zasady etyki.

Najdobitniej występuje ten stosunek w żydostwie, bo Żyd nie staje w myśli przed Bogiem, jako jednostka człowiecza, lecz zawsze jako Żyd. Wobec Jehowy jest się albo Żydem, albo nie Żydem: o stosunku do Boga decyduje według żydowskiego przekonania przede wszystkim przynależność do pewnego zrzeszenia, czy też do reszty ludzkości, która znajduje się poza tym zrzeszeniem. To jednak jeszcze nie wszystko, bo wszyscy ludzie należą do jakichś zrzeszeń, katolicy również; lecz chociaż w zrzeszeniu działa się nieraz gromadnie, katolik jest w swym sumieniu odpowiedzialnym nawet za czyn gromadny każdy osobiście, jakby każdy z osobna czynu tego dokonywał w całości. Stosunek bowiem między zrzeszeniem a członkiem zrzeszenia może być dwojaki, i zrzeszenia są pod tym względem również dwojakie; jedne tłumią osobowość i wyrabiają gromadność, inne zaś nie tylko nie przeszkadzają osobowości, lecz nawet pielęgnują ją. Takie przeciwieństwo gromadności zwiemy personalizmem. Gdy zrzeszają się osoby przejęte tą cechą ducha, powstają zjednoczenia personalizmów; zrzeszenia najtrwalsze, najmocniejsze i sięgające najwyższych szczebli cywilizacyjnych.

Cała filozofia religijna katolicyzmu i cała cywilizacja łacińska oparte są na personalizmie. Wyraźnie Kościół naucza, jako każda dusza ludzka tworzy odrębną całość i jest obdarzona wolną wolą.

Jednostki, zrzeszając się do życia publicznego, natenczas tylko robią to prawdziwie, jeżeli działalność ta jest dobrowolną. Wtedy bowiem tylko formy tego życia stanowią prawdziwy wyraz woli danego zrzeszenia. A skoro zrzeszenie ma być tak urządzone, ażeby nie hamowało personalizmu, a zatem nie może opierać się na jednostajności, lecz musi posiąść trudną sztukę, żeby utrzymywać jedność przy rozmaitości. Tym się różni państwowość katolicka od wszelkiej innej, a zwłaszcza od bizantyjskiej. W cywilizacji bizantyjskiej nie rozumie się jedności inaczej jak w zupełnej jednostajności. To zaś sprzeczne jest z naturą ludzką tak dalece, iż da się przeprowadzić tylko przymusem, niekiedy tylko terrorem. Jednostajność jest sztuczna, naturalną jest rozmaitość. Wszystko, co jest naturalnym wyrasta samo z siebie, jest organiczne i przechodzi w coraz nowe organizmy, których spójnią dobrowolność, do których przystaje się z przekonania. W rozmaitości życia publicznego każdy służy mu takimi środkami, jakie zezwala mu rozwinąć maximum sił, maximum zdatności i sprawności. Tak powstają zamiłowania i powołania i miłość pracy koło wspólnego dobra; tak wytwarza się zapał, gotowość do poświęceń, wiara w sprawę i wiara w samego siebie, że wysiłki nie będą próżne i że ziarno trafi w końcu na właściwą glebę. To wszystko dostarcza radości życia, które staje się twórczym, a co możebnym jest tylko w życiu publicznym organicznym.

Tylko organizm bywa twórczym; tej właściwości brak przeciwieństwu organizmu - mechanizmowi. Życie publiczne musi być organiczne lub mechaniczne. W przeciwieństwie do samorództwa organizmu, mechanizm musi być sztucznie obmyślony. Spotykamy się tu z dwiema metodami myślenia, o którym była mowa na początku: z indukcją i medytacyjnością, a których następstwami wżyciu zbiorowym są aposterioryzm i aprioryzm. "Mechanikom" życia publicznego wystarczy coś, co sobie wymedytują i uznają za pewnik, ażeby z tego wysnuwać potem wnioski do wszystkich działów życia, tym niebezpieczniejsze, im konsekwentniejsze. Np. wszystkie wnioski z materialistycznego pojmowania historii z socjalizmem na czele, zmierzającym do tego, by cały świat zamienić w mechanizm.

Mechanizm żadną miarą nie da się apriorycznemu układowi stosunków, musi być w mechanizmie zgnębione w imię jednostajności.

Idzie się więc od personalizmu przez aposterioryczność do organizmu, od gromadności przez aprioryczność do mechanizmu. Organizm a mechanizm powstają z innych metod i odmienne są też warunki ich powodzenia. Im bardziej rozwinięty organizm, tym bardziej komplikuje się pośród swoich rozmaitości, gdy tymczasem jednostajny mechanizm dąży do jak największych uproszczeń. Ciekawego zaś zaiste doświadczenia dostarcza nam historia powszechna. Oto wszystkie rewolucje myślały apriorycznie, a działały mechanicznie. Dokonują się też rewolucje przez zanik personalizmu a gromadności, a gromadność nie zdołała utrzymać nawet powierzchownego, zewnętrznego ładu inaczej, jak mechanicznie.

Zmierza przeto z całych sił uproszczeń we wszystkim, a występuje zaciekle przeciw rozmaitości rozmaitych równoległych objawów życia publicznego.

Co więcej, inna jest etyka organizmów, a inna mechanizmów. Cóż mówić o moralności, gdzie zasługą jest gnębić i łamać, terroryzować i odbierać godność osobistą, nierozdzielną od wolności przekonań? Bo też godność osobista rodzi się tylko z personalizmu.

Ze wszystkiego tego wynika, ze pomiędzy organizmem a mechanizmem zachodzi proste a bezwzględne: albo - albo. Łączyć zaś w jakimś zrzeszeniu, np. w państwie, w pewnym dziale państwowości obowiązuje mechanizm (np. w wojsku), dział taki odgradza się zazwyczaj z wielka stanowczością od innych, traktując go z całą wyłącznością.

Państwo jakie takie musi także być albo organizmem albo mechanizmem. Zależy to od cywilizacji. Np. w turańskiej jest ono mechanizmem, a gdzieby przetwarzało się w organizm, tam runęłaby cywilizacja turańska. W cywilizacji łacińskiej państwo może być tylko organizmem.

Łączy się to z pewną szczególną tej cywilizacji właściwością. W każdej innej może się wytwarzać siła polityczna niezależnie od stanu społeczeństwa. Mongołowie wytworzyli olbrzymie i potężne państwo uniwersalne, chociaż sił społecznych u nich nawet dostrzec trudno; podobnie Turcja; w bizantyjskim cesarstwie społeczeństwo ledwie było tolerowane przez państwo, w jednak państwo to posiadało okresy siły. Wszędzie tam rodziła się siła polityczna poza społeczeństwem, powstając samodzielnie, działając samoistnie. Lecz nie zdarzyło się ani razu w historii cywilizacji łacińskiej, żeby państwo było silne, choć społeczeństwo słabe. Tu siła polityczna rodzi się z sił społecznych. O cywilizacji łacińskiej można by raczej powiedzieć, że w niej o siłę polityczną - o potęgę państwową - nie trzeba zabiegać wprost i bezpośrednio, lecz całą staranność życia publicznego obrócić w krzewienie sił społecznych. Te bowiem nadzwyczaj łatwo i w razie potrzeby automatycznie zmieniają się w siłę polityczną, gdy tymczasem największa nawet polityczna siła społecznych w sobie nie mieści. W cywilizacji łacińskiej państwo musi być oparte na społeczeństwie, bo inaczej pozostanie słabym, i tym słabszym, im bardziej chciałoby górować nad społeczeństwem. Z silnego społeczeństwa wyłania się silne państwo samo przez się. W naszej cywilizacji niema obawy o to, iżby siła społeczna mogła nie wydać siły politycznej; lecz na nic wszelkie zachody o potęgę państwa, gdzie społeczeństwo osłabione. Albowiem państwo w cywilizacji łacińskiej jest organizmem, wytwarza się w sposób naturalny ze społecznego podłoża. Wszelkie próby, żeby państwo wyemancypować niejako od społeczeństwa, dezorganizują tylko społeczeństwo, mącą i obniżają stan cywilizacyjny.

Państwo, wychylające się ze wspólnoty cywilizacyjnej ze społeczeństwem, należącym do cywilizacji łacińskiej, musi się stawać coraz bardziej mechanizmem i przystąpi do walki z personalizmem. A zatem nastałby rozłam pomiędzy państwem a społeczeństwem, co stanowiłoby klęskę najcięższą dla obu.

Przyczyna istotna (owa przyczyna przyczyn) takiego związki tych spraw w naszej cywilizacji jest bardzo prosta. Nie można robić jednej i tej samej rzeczy równocześnie dwiema metodami: prawo to sięga od robót najgrubszych i najłatwiejszych aż do wyżyn twórczości państwowej. W ten błąd popadłoby się jednak, gdyby się chciało osadzić państwo mechanizmowe na podłożu organicznym, gdzie społeczeństwo (naród) wytworzyło się i rozkwitać ma nadal z jednoczenia się rozmaitych organizmów społecznych. Nie da się wytworzyć zrzeszenia, które by było równocześnie organizmem i mechanizmem, bo mieszanina tego z tamtym posiada własności trujące; stanowi truciznę i dla państwa i dla społeczeństwa. Gdyby zapanowało gdzieś powszechne pomieszanie metod organicznych a mechanicznych, gdyby udzielało się stopniowo wszystkim dziedzinom życia zbiorowego, wyniknęłyby z tego następstwa absurdalne a straszne. Wspólna cywilizacja stanowi bowiem więź zrzeszeń: naruszanie przeto zwartości cywilizacyjnej jest robotą destruktywną, jest druzgotaniem więzi i narodowej i państwowej. Jest to gonitwa za zerem. Dodajmy, że mechanizm nie wytworzy moralności, oświaty, ni dobrobytu.

Jeżeli więc chcemy się utrzymać przy cywilizacji łacińskiej, musimy trzymać się personalizmu, zasady rozmaitości, aposterioryzmu i organizmu z zasadą supremacji sił duchowych.

Tak jest i tak pozostać winno we wszystkich społeczeństwach, które "wychowywał Kościół", ten Kościół, którego dziełem jest cywilizacja łacińska.

Do cech państwowości łacińskiej należy odrębne prawo państwowe, odrębność prawa publicznego w ogóle. Co innego prawo prywatne, co innego publiczne. Ten dualizm prawny należy do węgłów naszej cywilizacji, a zatem stanowi tez węgiel węgielny naszych pojęć politycznych.

Przeciwieństwem naszych pojęć w tej dziedzinie jest monizm prawny, znający jedno tylko prawo prywatne, albo samo publiczne. Monizm taki pochodzi z cywilizacji turańskiej. Tam władca jest właścicielem całego państwa i całej jego ludności. Te przejawy prawnicze, które my zwiemy prawem publicznym, wywodzą się tam ze zamplifikowanej własności prywatnej głowy państwa, skutkiem czego nastąpiło tam pochłonięcie prawa publicznego przez prywatne. Słowem, w turańskiej cywilizacji prywatne prawo władcy wobec ludności staje się prawem publicznym, które nie jest niczym odrębnym od prywatnego, lecz tylko rozbudową prywatnego dla interesów władcy.

Obecnie powstaje w Europie monizm prawniczy metodą całkiem odmienną. Zmierza się do zniszczenia prawa prywatnego przez publiczne, mianowicie przez prawo państwowe, bezetyczne, a w imię omnipotencji państwa. Apriorycznie określa się jaką ma być państwowość i gnębi się personalizm w imię gromadności, byle zmusić do poddania się koncepcjom powziętym z góry, sztucznym, którym sama tylko przemoc udziela życia.

Wpada się obecnie w monizm prawniczy, polegający na wyłączności prawa publicznego. A rozstrzygać o tym, co jest prawne, będzie pięść. Gdy zaś omnipotencja państwa obejmie władzę nad wszelkimi sprawami dotychczasowego prawa prywatnego, będzie musiało wszystko być postawione do swobodnego uznania władcy (i jego biurokracji), któremu nadane będzie prawo dowolnego dysponowania wszystkim i wszystkimi. Wyjdzie się więc w końcu najzupełniej na turańszczyznę, choć się zaczęło z przeciwnej strony.

Etyka cywilizacji łacińskiej nie może się pogodzić z linią rozwojową wszechwładzy państwa, a więc ani z etatyzmem ani z biurokratyzmem, ni z elephantiasis ustawodawczą, ni z ex lex podczas pokoju. Nasza etyka musi zmierzać do państwa opartego na społeczeństwie, a wiec ku samorządowi. Wszelki zaś krok, który by odsuwał państwo od omnipotencji, będzie zarazem krokiem postępu dla etyki, oświaty i dobrobytu.

Fundamentalnym zaś wszystkiego warunkiem jest pielęgnowanie personalizmu. Toteż w życiu publicznym musi być szanowana jednostka.

Nasz ks. Prymas gnieźnieński woła donośnym głosem na całą Polskę, jako "jednostka ludzka istniała wpierw, niż państwo i posiada swe przyrodzone prawa"... a zatem "nie można pogodzić z prawem przyrodzonym pewnych współczesnych dążeń do zupełnego podporządkowania obywateli celom państwowym, do wyznaczania obywatelom jakiejś służebnej roli i do rozciągania zwierzchnictwa państwowego na wszystkie dziedziny życia. Regulowanie każdego ruchu obywateli, wtłaczanie w przepisy państwowe każdego ich czynu, mechanizowanie ich obywateli w jakiejś globalnej i bezimiennej masie sprzeczne jest z godnością człowieka i z interesem państwa, bo zabija w obywatelach zdrowe poczucie państwowe... Państwo nie jest antytezą jednostki, lecz uzupełnieniem jej prywatnego bytu" ((Ks. Prymas August Hlond: " O chrześcijańskie zasady życia państwowego 1934 ")

A zatem nie należy pogrążać prawa prywatnego w publicznym; monizm prawny nie mieści się w katolicyzmie.

Wymaga natomiast katolicyzm monizmu, monizmu w innej dziedzinie. Wbrew rozpowszechnionemu mniemaniu, jakoby istniały dwie etyki, odrębna dla życia prywatnego a odrębna dla publicznego, stoi Kościół na stanowisku monizmu etycznego. Ta sama musi być moralność w życiu prywatnym i w publicznym, nie wyłączając ani nawet polityki. My, katolicy, chcemy etyki totalnej.

IV. UNIWERSALIZM A IDEA NARODOWA

Skoro mowa o wychowaniu politycznym i o państwie, niesposób pominąć kwestii państwa uniwersalnego.

Ideał uniwersalizmu politycznego będzie zawsze przyświecać filozofom katolickim, lecz niema polegać na zaborach, na wspólności jarzma. Ideologia takiego państwa uniwersalnego jest orientalna, azjatycka: Babilon, Asyria, Partowie, Persowie, a potem Aleksander Wielki, i wreszcie Rzym schodzili również na szlaki orientalne. W wiekach średnich wypłynął uniwersalizm turański, gdy państwo dzingishanów sięgało od pogranicza polsko-rumuńskiego aż po Koreę.

Nie na zaborze, nie na niewoli polega uniwersalizm polityczny katolicki, gdyż i na tym polu trzyma się zasady, że do jedności droga w uznawaniu rozmaitości. Zresztą praktycznie raz tylko w historii powszechnej Kościół sam bezpośrednio przyłożył ręki do tworzenia państwa uniwersalnego, mianowicie gdy papież Leon III ustanowił cesarstwo zachodnie (rzymskie Karola W.) przeciwko bizantyjskiemu. Nie miało to wcale być państwo jedno, rozszerzające zabory na inne, lecz zjednoczenie pod przewodnictwem cesarza państw zachowujących swa niepodległość ku wspólnym celom, ażeby siły państwowe używane były do wprowadzania zasad religijnych w życie publiczne i ażeby nie były marnowane na wojny pomiędzy państwami chrześcijańskimi.

Ideał na nasze nawet czasy może jeszcze za wysoki, jakżeż miał się spełnić wówczas? Wspomnijmy, że jeszcze ani jeden kraj Zachodu nie był zjednoczony państwowo. Wszędzie pełno było wojen i wojenek pomiędzy lokalnymi dynastiami. Wszystkie umysły wyższe musiały być zaprzątnięte przede wszystkim myślą, jak usunąć ten stan rzeczy. W tym chaosie nasuwała się sama z siebie idea dynastyczna, jako droga do tworzenia państw rozleglejszych, obejmujących całe kraje. Która dynastia okaże się silniejsza i obali szereg słabszych, przyczyni się tym samym do zbliżenia uniwersalizmu.

Następne cesarstwo, "rzymskie narodu niemieckiego" (nie mające nic wspólnego z tradycją Karola W. (powstało przeciwko papiestwu, jako zdwojenie bizantyjskiego; powstało podczas jawnej walki z Kościołem i później większą część jego dziejów wypełnia "walka cesarstwa z papiestwem". A jednak uczeni katoliccy, a więc katoliccy kapłani stawali nieraz na rozstajach. Nie wszyscy orientowali się co do istoty cesarstwa niemieckiego; oświadczali się za nim jedni dlatego, bo wmówili w siebie, ze to wznowienie idei Karola W., drudzy zaś wprost dlatego tylko, że król niemiecki, zostając cesarzem, rozporządzał największą siłą, przez długi czas jedyną, która by mogła złączyć pod jednym berłem Niemcy z Włochami. Im dynastia jakaś bardziej zaborcza, tym sympatyczniejszą bywała tym marzycielom politycznym uniwersalizmu, lecz pod jednym warunkiem: żeby wyprawom zaborczym towarzyszyło szczęście.

I oto na tle ideologii uniwersalistycznej zjawia się podrzutek: kult silniejszej dynastii, z czego wyłania się niebawem kult siły w ogóle. Czciciele siły pasożytują na szlakach uniwersalizmu. Toteż przez ideę dynastyczną został w końcu doprowadzony do absurdu ideał uniwersalizmu politycznego i stał się niewykonalnym przez długie pokolenia.

Dla przykładu sięgnijmy do historii skrajnego Zachodu, pomiędzy Anglią i Francją. Prze lat 114 toczyła się wojna pomiędzy tymi krajami. O co? Jest to wojna czysto dynastyczna. Obowiązujące we Francji prawo usuwało kobiety od tronu, ale pomimo to w r. 1328 król angielski wystąpił z uroszczeniem, że tron francuski należy mu się po kądzieli. Miejmyż na uwadze, ze według ówczesnych pojęć legitymizmu dynastycznego, panujący miał prawo nawet handlować swoim krajem, sprzedać go lub zamienić, czego przykładów całe tuziny. Ludność z reguły nie pytano o wolę, a narody jakby nie istniały, bo idei narodowej jeszcze nie było.

Idea narodowa najwcześniej wykształciła się w Polsce. Kiełkowała na dworze kaliskim już w drugiej połowie XIII w., a Przemysław i Władysław Niezłomny stali się jej wykonawcami. Kiedy Kazimierz Wielki zmuszony był fatalnymi okolicznościami uznać następstwo Ludwika węgierskiego, przedstawił ten układ dynastyczny do zatwierdzenia Stanom polskim. Władysław Jagiełło został królem, bo go społeczeństwo polskie samo na tron powołało. Działalność polityczna społeczeństwa w imię idei narodowej zaczęła się u nas wcześnie.

A tymczasem we Francji i Anglii nie dzielono się jeszcze na obozy francuski i angielski. Najpotężniejszy z książąt francuskich, burgundzki, walczył po stronie angielskiej i miasto Paryż oddało się angielskim dynastom. Wielu francuskich dostojników Kościoła opowiadało się przeciw Karolowi VII. Ogół inteligencji obu krajów, ogół współczesnych teologów nie zadawał sobie całkiem prostego pytania : Anglia czy Francja, w sensie narodowym. Tego się nie odczuwało. Widziano tylko wojnę dwóch dynastii o tron francuski i oddawano się badaniom, która z nich ma większe prawo do tego tronu. Badano genealogie, układy, dokumenty, kroniki, prawo angielskie i francuskie - ale nikomu nie przyśniło się, ze można by sprawę osądzić według zasady, ze dla Anglików jest Anglia, a Francja dla Francuzów. Nie wpadł nikt na pomysł, że mogłoby istnieć kryterium narodowe.

To wygłosiła pierwsza dopiero św. Joanna d'Arc. Ona wołała, że należy walczyć nie za dynastię, lecz za Francję i że w imię Francji trzeba stanąć przy tym królu, który może stać się francuskim królem narodowym. Z tego też hasła powstała cała tragedia Dziewicy Orleańskiej. Wnosiła do życia publicznego na Zachodzie hasło nowe, obce uczonym teologom i prawnikom, a nawet nienawistne. Bronić Karola VII bez względu na to, czy przy nim słuszność prawna prawa dynastycznego, nie brać zgoła pod uwagę względów prawniczych? Czyż tak można, czyż tak słusznie, a zatem czy to zgodne z religijnym punktem widzenia, z moralnością publiczną? A więc to herezja? Nie rozumiano nowego ideału, wnoszonego przez Dziewicę Orleańską.

Kościół, ogłosiwszy ją świętą, uświęcił zarazem jej hasło: pojęcie narodu i państwa narodowego. Idea narodowa skupiała się także nieraz około pewnej dynastii, lecz pod warunkiem, ze dynastia narodowa będzie służyć, a nie odwrotnie. Tym samym przeciwstawiała się taka dynastia narodowa wszelkim innym dynastiom na danym obszarze, a umowy handlowe o ten kraj były wykluczone. Miał być koniec politykom dynastycznym. Nastała tedy walka pomiędzy ideą narodowa a dynastyczną. Równocześnie z akcją św. Joanny d'Arc toczy się w Polsce i na Litwie wojna z "całą nacją niemiecką " tj. z pojęciami prawa międzynarodowego dynastycznego, opartego na systemie cesarstwa niemieckiego. Ciężką tę walkę, rozpoczętą w 1410, zakończono w cztery lata po podpaleniu stosu w Ronen - walnym zwycięstwem pod Wiłkomierzem (1431-1435), które współcześni zestawiali ze zwycięstwem grunwaldzkim.

Ale walka dwóch tych idei trwała dalej w całej Europie, prowadzona ze zmiennym szczęściem, aż wreszcie idea dynastyczna odniosła zwycięstwo i zawładnęła na nowo losami Europy - co skupiło się na Polsce (rozbiory dokonane przez ościenne wielkie państwa dynastyczne) i na Włoszech (rozbicie na rzecz drobnych dynastów obcokrajowych). Zjednoczenie Włoch stanowiło początek triumfu idei narodowej, a wznowienie niepodległej Polski jest triumfu tego ukoronowaniem.

V. OBECNOŚĆ KOŚCIOŁA W HISTORII (OKREŚLONA W DWÓCH ZDANIACH)

Przejdźmy do spraw polskich. Ale przede wszystkim trzeba zdawać sobie sprawę, że nie może być dla jednego narodu jakichś specjalnych praw dziejowych, może zachodzić tylko specjalne wykonywanie i sprawdzanie praw powszechnych. Chcąc wiedzieć jasno, jakim było polityczne wychowanie narodu naszego przez Kościół, musimy mieć wciąż na uwadze, jakie są powszechno-dziejowe cechy działalności Kościoła w tej dziedzinie. Zrekapitulujmy więc najpierw to, cośmy dotychczas roztrząsali. Da się to streścić w dwóch zdaniach:

1/ Kościół urządza życie publiczne narodów, pielęgnując personalizm, aposterioryzm, jedność w rozmaitości, narodowość, dualizm prawny, a monizm etyczny.

2/ Kościół wymaga, by życie zbiorowe oparte było na monogamii, na szacunku pracy fizycznej, by zaś nie było w nim niewolnictwa ni msty rodowej, tudzież by Kościół był niezależnym od władzy świeckiej.

W tych dwóch zdaniach zawarta jest obecność Kościoła w historii powszechnej - a zatem także w historii polskiej.

VI. STOSOWANIE ZASAD KOŚCIOŁA W DZIEJACH POLSKI

Zdaje się, ze na ziemiach polskich monogamii zaprowadzać nie było trzeba, że Kościół już ją tu zastał. Pewnym zaś jest, jako najstarsi nasi rodowcy własnymi rękoma uprawiali gospodarstwo, a zatem nie trzeba też było wzbudzać dopiero szacunku dla pracy fizycznej. Niewolnika zaś w Polsce kupowano rzadko (od Żydów), lecz go nie sprzedawano; raz kupiony stawał się domownikiem. Pod koniec XII w. już nie słychać o niewolnikach.

Wiele natomiast trudu wymagało wprowadzenie czynnika personalizmu w ustrój społeczny. Gromadność organizacji rodowej z jej swoistym trójprawem, tj. z rodowym prawem familijnym, majątkowym i spadkowym, ustępowała zwolna i nader ciężko przed emancypacją rodziny, z czym łączyła się własność osobista, a więc czynnik personalistyczny. W łączności z tym propaguje Kościół prawo testamentu, ten najdotkliwszy wyłom w rodowym prawie majątkowym i spadkowym. Przejście od ustroju rodowego do rodzinnego nie obywa się nigdzie bez walki i ofiar. Przejawami tego są u nas spór Bolesława Śmiałego ze św. Stanisławem biskupem, a potem wstecznicze a uparte próby Mieszka Starego. Cały zaś przebieg tych walk łączył się zarazem z kwestią niezawisłości Kościoła od władzy świeckiej, co w zasadzie rozstrzygnięto na rzecz Kościoła na pierwszym Synodzie łęczyckim. Wobec zagadnień ustroju państwowego pragnie Kościół od początku, żeby państwowość polska opartą była na społeczeństwie: przeciwnicy mechanizmowi samowoli książęcej, opartej o przymus siły fizycznej, staje Kościół po stronie samorządu organizmów społecznych. Kierunek ten przyjął się w Polsce tak dalece, iż następnie rozumiano przez "wolność" nie co innego, jak samorząd; ten zaś niesie z sobą decentralizację.

Uwzględnienie wszelkiej rozmaitości w polskich krainach nie miało oczywiście przeszkadzać jedności państwa.

Tej bronił Kościół energicznie. Sami papieże stanęli w obronie praw zwierzchniczych Władysława II; niestety biskupi polscy nie posłuchali wówczas (tym jednym razem) wskazówek z Rzymu i dopomogli porobić z dzielnic państewka samoistne. Ale później następcy ich stanęli na czele prądu zjednoczeniowego. Przywrócenie królestwa zawdzięczamy papieżowi Bonifacemu VIII i następnie prymasowi gnieźnieńskiemu Śwince. Nie obce też były wpływy duchowieństwa przy kształtowaniu idei narodowej od Bolesława Pobożnego kaliskiego aż do Przemysława i Władysława Niezłomnego (Łokietka).

W walkach z zakonem krzyżackim kościół objął kierownictwo umysłów polskich i Kościół sam demaskował "chytrych nieprzyjaciół Chrystusa". Zbijane też były przez Kościół wszelkie dynastyczne uroszczenia do Polski ościennych dynastii. Wziął Kościół w swą opiekę Władysława Jagiełłę, popierał dynastię Jagiellońską i przyczyniał się niemało do wytworzenia tego, co zowiemy ideą Jagiellońską.

Nową formułą kierunku uniwersalistycznego były unie, a formuła "wolni z wolnymi, równi z równymi" wyrażała katolickie pojmowanie uniwersalizmu najlepiej. Zawsze też Kościół polski strzegł autonomii litewskiej i pruskiej. Czyż "unia" nie była politycznym rozszerzeniem samorządu aż w stosunki międzypaństwowe? Nigdy państwo centralistyczne nie byłoby się zdobyło na ideę polityczną tego rodzaju! Lgnęli ościenni do Polski, pragnęli z nią związków prawnopolitycznych, ponieważ pociągała ich polska państwowość, tj. decentralizacja samorządowa.

Bronił oczywiście Kościół samorządu własnego, co przytrafiło się jeszcze raz za Kazimierza Jagiellończyka; poza tym rządy polskie uznawały zawsze niezawisłość Kościoła. Ale bo też Kościół stanowił jeden z filarów państwa; a czyż lektura Długosza, Skargi, Starowolskiego, Konarskiego nie stanowi dotychczas doskonałej szkoły patriotyzmu polskiego? Sprzęgł polskość z katolicyzmem Skarga, gdy wielkim głosem stwierdził, jako Polska jest "postanowienia Bożego".

W dziejach naszych są tedy pewne pasma z wieczystej osnowy "de Civitata Dei". Wydobywajmy je na światło i starajmy się, by tych czynników nie zabrakło w powołanej na nowo do życia Najjaśniejszej Rzeczypospolitej, której państwowość, oby jak najrychlej opierała się na etyce katolickiej. Należy przyjąć za Mickiewiczem i Krasińskim, że misja dziejowa Polski polega na tym, by wprowadzić chrześcijańskiego ducha do polityki.