Rozdział I

Dzieje ludzkości i narodów nie idą równą, prostą droga w jednym ciągle zmierzając kierunku. Co czas pewien drogi, którymi szedł od stuleci rozwój i poszczególnych państw i międzynarodowych stosunków, raptownie się zatrzymują - w całym życiu społeczno-politycznym następuje głęboki wstrząs, upadają potężne państwa, zanikają dotychczasowe instytucje, zawodzi istniejący porządek społeczno - państwowy, ci co byli u góry zostają poniżeni, a maluczcy zostają wywyższeni; tracą swą moc obowiązującą wyznawane powszechnie i od dawna prawdy, a po tym wszystkim, po przejściu burzy rewolucyjnej czy wojennej, czy obu jednocześnie - rozpoczyna się nowy okres dziejów, nowymi idących drogami. Przeszłość jednak nigdy nie ginie kompletnie. Odrzucane całkowicie w dniach wielkich kryzysów tradycje kulturalno-społeczne i polityczno-narodowe odżywają i dostosowując się do nowej rzeczywistości - stają się jednym z czynników dalszej jej ewolucji.

Tak było po podboju prowincji zachodniego Cesarstwa Rzymskiego przez plemiona germańskie. Upadło potężne to imperium, rozpadło się na szereg pomniejszych, będących w ciągłej wzajemnej walce, przeważnie krótkotrwałych państw i państewek; zanikł kilkusetletni pokój rzymski i wraz nim uwarunkowany tym pokojem rozwój miast oraz koncentrujący się w nich postęp nauk i sztuk; skończyła się historia starożytna - zaczęła się średniowieczna państw feudalnych, stanowo - korporacyjnych, bez legionów, stałą będących armią, a z pospolitym tylko wasali ruszeniem, bez złożonych z zawodowych urzędników państwowych władz administracyjnych, skarbowych i sądowych - a z autonomicznym sądownictwem panów feudalnych (immunitetami) oraz komun miejskich, z prawem salickim, zasadniczo odmiennym od dawnego rzymskiego. Ale germańscy zdobywcy Galii, Iberii i Italii: Frankowie, Burgundowie, Ostrogoci, Wizygoci, Longobardowie przyjęli niezadługo mowę łacińską, przetwarzając ją na nowe języki: francuski, hiszpański, włoski. I przyjęli oni duchowe przewodnictwo kościoła Chrystusowego z całą jego w Imperium Rzymskim wytworzoną hierarchią. A już na przełomie VIII i IX stulecia odżyła koncepcja "pokoju rzymskiego" i odnowienia zapewniającego go wszystkim narodom chrześcijańskim - cesarstwa. Podejmuje się jej realizacji Karol Wielki i nadal przez cały czas wieków średnich oraz doby Odrodzenia dążenie do uzupełnienia jedności moralno-religijnej świata katolickiego przez polityczne również jego zespolenie pod przewodnictwem władzy cesarskiej oddziaływuje silnie na historię wszystkich krajów i narodów europejskich, a więc i na nasze własne dzieje.

Nowe drogi dziejowe nie zaczynają się w próżni. Zmieniają one nieraz pod ostrym kątem kierunek ewolucji społecznej, politycznej i kulturalnej. Ale zawsze stoją w jakimś związku z dawniejszymi drogami historycznego rozwoju ludzkości i zaczynają się, jeśli nie u końca tych ostatnich, to przynajmniej gdzieś w ich środku Renesans czerpał swe inspiracje nie z chrześcijańskiego już Rzymu, ale z pogańskiego jeszcze. Może jeszcze radykalniej niż na zachodzie Europy zmieniły się drogi historii krajów Europy wschodniej i tak zwanego dziś azjatyckiego Bliskiego Wschodu wraz z północną Afryką, wskutek spowodowanego zaborczą ekspansją islamu upadku Cesarstwa Bizantyjskiego. Tradycje wszakże i tego cesarstwa nie znikły bezpowrotnie. Znalazły one swój dalszy ciąg nasamprzód w Carstwie Moskiewskim, a następnie w Imperiom Rosyjskim.

Potężną też burzą rewolucyjno-wojenną była Reformacja wraz i zanikiem feudalnych autonomii stanowych i prowincjonalnych na rzecz centralizmu państwowego i absolutnej władzy monarszej. W jej wyniku zmieniły się tak dalece drogi dziejowe państw Europy zachodniej i środkowej, iż utarło się w historiografii określenie ich w przeciwieństwie do dziejów średniowiecznych, dziejami nowożytnymi.

Wszyscy niemal historycy, socjolodzy, prawnicy i ekonomiści końca XIX w. byli przeświadczeni, że kapitalistyczny ustrój społeczno-gospodarczy wraz z parlamentarno liberalny m ustrojem prawno-państwowym, jaki się ustalił w konsekwencji potężnego wstrząsu, wywołanego wielką rewolucją francuską, wojnami napoleońskimi i technicznymi wynalazkami, zwiększającymi wielokrotnie wydajność pracy ludzkiej, wytworzył trwałe podstawy dalszego spokojnego w tym samym kierunku rozwoju cywilizacji w ciągu szeregu stuleci. Ale podobnie jak w przyrodzie i w ludzkości burze zjawiają się zazwyczaj niespodzianie. Spodziewano się raczej stopniowego "w majestacie prawa", jak mówił Daszyński, przeobrażenia się ustroju kapitalistycznego przez coraz pełniejszy jego kompromis z socjalizmem. A tymczasem sprowokowana nadmierną zaborczością niemiecką wojna światowa 1914 - 1918 r., doprowadzając do upadku monarchię rosyjską stworzyła podatny grunt dla zrodzenia się i tryumfu rewolucji bolszewickiej, która ze swej strony wywołała Nasamprzód spotęgowanie się prądów rewolucyjnych w Europie zachodniej, a w dalszej konsekwencji - kryzys demo - liberalnego parlamentaryzmu w licznym szeregu państw. Gdy okazało się że parlamentaryzm ten nie był w stanie skutecznie zabezpieczyć kontynentu europejskiego przed groźbą rewolucji społecznej - zjawiły się " uprzedzające kontrrewolucje" faszyzmu i narodowego socjalizmu.

Traktat wersalski zrobił tylko przerwę w burzy dziejowej, wywołanej pierwszą wojną światową, a która przejawiła się runięciem trzech największych na kontynencie monarchii oraz radykalnym przewrotem społecznym zmieniającym cały tryb życia stu kilkudziesięciu milionów ludności dawnego Imperium Rosyjskiego. Wkrótce zjawiły się nowe jej porywy, tzw. rewolucja faszystowska we Włoszech, dyktatora Hitlera w Niemczech. wojna domowa w Hiszpanii, najazd Japonii na Chiny przewrót majowy nas, analogiczne przewroty w Jugosławii, Rumunii, a wreszcie - droga wojna światowa. Nie był to szereg oddzielnych epizodów historycznych. Był to cykl przyczynowo związanych ze sobą kryzysów i wstrząsów, stanowiących poszczególne tylko etapy trwającej z krótkotrwałymi przerwami przez przeszło ćwierć wieku dziejowej nawałnicy. Czy ustała już ona - czy tylko nastąpiła w niej ponowna przerwa? Horyzont polityczny jest jeszcze zachmurzony. Ale wolno wierzyć, że ludzkość nie popełni samobójstwa, jakim byłoby ponowne rozpoczęcie walk orężnych w epoce energii atomowej. I nie tylko wolno w to wierzyć - należy przede wszystkim realnie tego pragnąć by rozpoczął się jak najprędzej nowy okres pokojowej ewolucji wszystkich narodów. I choć wielkie mocarstwa nie rozbrajają się jeszcze - to jednak i Stany Zjednoczone, i Wielka Brytania przechodzą już na nowe drogi dalszego rozwoju zarówno wewnętrznego swego życia, jak i swej międzynarodowej polityki. Stany Zjednoczone, które po poprzedniej wojnie nie wzięły udziału w Lidze Narodów, pomimo, że istotnym jej twórcą był prezydent Wilson - bo chciały być gospodarczo i politycznie jak najbardziej samowystarczalne - obecnie uznają swą specjalną misję dziejową zapewnić mocą swej potęgi ekonomicznej i militarnej trwały pokój i demokratyczny tryb życia całemu światu. A Wielka Brytania, która przez ostatnie dwieście lat w podstawie całego swego ekonomicznego i kulturalnego postępu miała ekspansję imperialistyczną za pomocą siły zbrojnej - obecnie gotuje się do wycofania swych wojsk z Egiptu i do przyznania Indiom niepodległości. Nie będzie też powojenna Francja dalszym ciągiem III Republiki Nastąpią duże przemiany w jej organizacji prawno-państwowej i w gej strukturze społeczno-gospodarczej w wyniku dokonującego się silnego przeobrażenia politycznej mentalności narodu francuskiego. Nie sposob też nie doceniać wpływu na dalsze dzieje świata wysunięcia się Chin które do niedawna były tylko przedmiotem polityki międzynarodowej, na pozycję jednego z czterech największych mocarstw.

Zaczyna się nowy okres dziejów ludzkości różniący się niemniej od tego, co było przed 1914 r., niż różniły się wieki średnie od starożytnych, a historia nowożytna od średniowiecznej.

I wraz całym światem wchodzi i nasz naród na nową drogę swoich dziejów. Nie ma powrotu do tego, co było przed wrześniem 1939 r., ani do ówczesnego naszego terytorium państwowego, ani do ówczesnego składu etnograficznego Rzeczypospolitej Polskiej ani do poprzedniego uwarstwowienia społecznego, ani do przedwojennych programów partyjnych, ani do ideologii Wielkiej Polski czy Polski Mocarstwowej. Może niejednemu być żal minionej przeszłości. Żaden wszakże żal po niej nie wskrzesi jej, nie przedłuży dziejowej drogi, po której szedł nasz rozwój narodowo-polityczny w ciągu ubiegłych 600 lat ale która zwężała i rwała już od połowy XVII wieku by ostatecznie zamknąć się przed nami w wyniku ostatniej, dopiero co ukończonej wojny. Więc porzućmy próżne badania nad tym cośmy stracili i tęsknoty nie do zaspokojenia. Skierujmy natomiast całą naszą myśl i wolę, całą naszą życiową energię ku nowej drodze dziejowej, która się przed narodem naszym otwiera równocześnie z tym, jak dotychczasowa się zamyka. Bo naprawdę możemy - jeśli tylko zechcemy - dojść na niej do lepszej, niż to było poprzednio możliwe, pozycji wśród cywilizowanych narodów i osiągnąć szybszy postęp materialnych i duchowych sił naszych.

Czy więc mamy wyrzec się całej naszej dotychczasowej historii, poniechać wszystkie nasze tradycje, cały dorobek cywilizacyjny tysiącletnich naszych dziejów - by siać się zupełnym nowotworem narodowo-państwowym na wzór choćby Nowej Zelandii?

Nie - bo nowa nasza droga dziejowa nie zaczyna się w próżni. Ma om swą historyczną podstawę w naszych własnych dziejach doby piastowskiej, która trwała od X po koniec XIV stulecia. Skończyła się tylko historia tzw. Polski Jagiellońskiej, państwa polsko-litewsko-białorusko-ukraińskiego. Ale nie skończyła się historia państwa narodu polskiego. I wszystkie nasza dobre, piękne i rozumne tradycje polityczne i kulturalne możemy i powinniśmy nadal utrzymywać, i kształcić, dostosowując je jeno do warunków i potrzeb nowego życia, w nowym naszym pochodzie dziejowym ku lepszej własnej i całej ludzkości przyszłości.

* * *

Są jednak ludzie mówiący; "Druga wojna światowa przesunęła granice Polski na zachód, a trzecia wojna światowa może je ż powrotem przesunąć na wschód. To co się dziś dzieje z nami to nie początek nowej naszej dziejowej drogi, a s tylko chwilowy ostry jej zakręt; nie warto kłaść zbyt wiele wysiłków w zagospodarowanie Dolnego Śląska, Zachodniego Pomorza i Prus Wschodnich - bo przyszłość tych ziem jest wątpliwa."

Oczywiście, nikt nie jest w stanie zaręczyć, iż już nigdy więcej nie będzie wojny światowej, pomimo powszechnego dziś wśród narodów cywilizowanych pragnienia trwałego pokoju. Ale ci spośród nas, którzy z myślą o trzeciej wojnie światowej łączą nadzieje na powrót państwowości polskiej nad Zbrucz, Wilejkę i Dzisnę - popełniają w swym myśleniu ten zasadniczy błąd, iż w utracie naszych wschodnich województw widzą tylko skutek burzy wojennej. Naprawdę było to ostateczne tylko, pod naporem nawałnicy wojennej, runięcie gmachu Rzeczypospolitej polsko-litewsko-białorusko-ukraińskiej, gmachu, którego ściany kurczyły się i fundamenty słabły coraz bardziej już od wojen kozackich, w ciągu trzech ostatnich stuleci. Przypomnijmy sobie fakty historyczne.

W XIV stuleciu poczęła szybko słabnąć potęga chanów mongolskich, panujących nad ziemiami ruskimi. Równocześnie zaczęła je wyzwalać spod pasowania tatarskiego Moskwa i Litwa. Najstarsze ziemie ruskie zdobyli dla siebie książęta litewscy. Książęta moskiewscy poddali swej władzy ziemie późniejszej kolonizacji słowiańskiej na terytoriach plemion turko-fińskich. Ruś podzieliła się na dwie części: zachodnią - niemal czysto słowiańską, choć podległą władzy litewskiej, i wschodnią - o bardziej mieszanym składzie etnograficznym i silnych tradycjach mongolskich metod rządzenia.

Unia z Litwą złączyła Ruś Zachodnią z Polską. Mało jest prawdopodobne, by w zjeździe w Krewie, na którym zostało postanowione małżeństwo Jagiełły z Jadwigą, nie brali udziału obok panów litewskich i panowie ruscy. Faktem jest bowiem, iż mieli oni poważną pozycję na dworze wileńskim. Ale ważniejsze od tego jest, iż w licznych następnie starciach wojennych i politycznych między Litwą a Moskwą żaden z możnych panów ruskich wyjątkiem Glińskiego nie opowiadał się za zespoleniem zachodnich ziem ruskich t Moskwą. Polska wolność była bardziej pociągająca dla szlachty ruskiej spod Witebska. Mohylewa, Mińska, Ostroga Kijowa od wyznaniowej jej jedności z prawosławnym, ale despotycznym caratem moskiewskim.

Niemniej przeto carowie moskiewscy tytułowali stałe carami całej Rusi i istniał nieustanny konflikt między zjednoczoną z Polską Litwą a Moskwą. Konflikt ten stał się szczególnie niebezpieczny, bardziej dla Polski, ale w niemałym stopniu i dla Moskwy, wskutek rosnącej coraz silniej agresywnej potęgi tureckiej. Tu i tam zjawiły się tendencje do uzupełnienia unii polsko-litewskiej przez unię dynastyczną polsko-litewsko-moskiewską. Były u nas pomysły powołania Iwana Groźnego na tron polsko - litewski po śmierci Zygmunta Augusta. Uniemożliwiły jo jedynie nazbyt krwawe rządy tego wschodniego despoty. Zwycięstwa zaś Batorego podniosły znakomicie prestiż Rzeczypospolitej obojga narodów w oczach bojarów i nawet kościelnych dygnitarzy moskiewskich. Atrakcyjną silę polskiej wolności przekroczyła wschodnie granice Rzeczpospolitej, poczęła działać i w Moskwie, szczególnie po śmierci Iwana Groźnego i tego małoletniego syna Dymitra. Nie w Warszawie, ani w Wilnie, czy Kijowie, jeno w carstwie moskiewskim powstał pomysł odnalezienia Dymitra, uratowanego jakoby od nasłanych nań morderców i wprowadzenia go na tron moskiewski przy pomocy polskiej. A gdy cała ta impreza skończyła się tragiczno-błazeńską (dwa dalsze sobowtóry Dymitra) katastrofą, to nie tylko nie zanikły w Moskwie rachuby na Polskę, lecz po zwycięstwie Żółkiewskiego pod Kłuszynem przybrały całkiem już wyraźną formę powołania na tron moskiewski polskiego królewicza Władysława IV.

Niestety, dalekowzroczną politykę Stanisława Żółkiewskiego przekreślił egoizm i nietolerancyjny bigotyzm Zygmunta Wazy oraz samowola naszych magnatów kresowych i kondotierów typu Lisowskiego, którzy swymi łupieżczymi wyprawami w głąb całej Rosji, nie cofając się nawet przed grabieniem klasztorów, spowodowali powszechną reakcję zbrojną przeciwko Lachom mas prawosławnego duchowieństwa, bojarów i mieszczaństwa. Po krótkotrwałym okresie prób zespolenia wszystkich ziem ruskich pod wspólnym polsko litewsko ruskim monarchą, rozpoczął się znów szereg wojen polsko-moskiewskich.

Ale dynastyczna polityka Zygmunta Wazy uwikłała jednocześnie Polskę w długotrwały spór ze Szwecją. Polska, naciskana od południa i północy, traciła swą poprzednią przewagę nad swym wschodnim konkurentem. Do tego dołączył się za Władysława IV, owego niedoszłego kandydata na tron moskiewski, nieszczęsny bunt Chmielnickiego. Szykował Władysław wielką wyprawę na Turków i dla niej starał się pozyskać Kozaków. Stało się inaczej. Sie potrafił on bowiem zabezpieczyć należycie włościańskich osadników nad Dnieprem, łączących z pracą na roli kozakowanie, tj. chodzenie na zbrojne wyprawy, przed rozszerzaniem przez naszych "królewiąt" ich "prawa pańskiego" na świeżo kolonizowane tereny. Carowie moskiewscy "dzikie pola" nad Donem, brane pod uprawę przez chłopów szukających lepszej doli, a nade wszystko wolności. ogłosili, za ziemię swoją i nic obarczali osadników żadną inną poza wojskową wobec siebie powinnością. U nas panowie Ostrogoscy, Wiśniowieccy zmuszali Kozaków. powracających z wypraw wojennych pod dowództwem nieraz Hetmanów królewskich, do "pracy na pańskim" i opłaty rożnych czynszów.

Stąd rósł antagonizm ukraińskich i podolskich chłopów-rycerzy do panów. Był szereg buntów kozackich jeszcze przed Chmielnickim. Bez zapewnienia Kozakom, wracającym z wypraw wojennych, równej ze szlachtą wolności - powołanie wielkiego wojska kozackiego było na prawdę niemożliwe. Władysław IV tego zapewnienia dać nie mógł. Wywołany zaś przezeń zapał bojowy wśród ludu kozakującego i kozackiego wyzyskała nader zręcznie Turcja. Zamiast wraz z chorągwiami królewskimi ruszyć przeciwko Turcji, Kozacy ruszyli wespół z Tatarami przeciwko panom polskim. Nie Chmielnicki sam, jeno po społu z Tuhaj-bejem pobił wojska hetmańskie pod Żółtymi Wodami i Korsuniem, a następnie oblegał Zbaraż. A potem przyszedł "potop". Bohaterskim porywem w chwili największego niebezpieczeństwa uratowała Polska byt państwowy na sto lat jeszcze. Ale utraciła na rzecz Rosji całą lewobrzeżną Ukrainę, a za Wiśniowieckiego i Podole na rzecz Turcji. Sobieski mimo wspaniałych swych zwycięstw nad Turkami - Kamieńca nie odzyskał, natomiast oddał Rosji Kijów.

Za Jana Kazimierza hetmaństwo kozackie przeszło "pod wysoką rękę prawosławnego cara"; za Sobieskiego przeszła pod władanie carskie stolica kulturalna i religijna całego prawosławnego ludu Ukrainy, Podola i Wołynia.

Gdy w XV i XVI stuleciu życie całej Ukrainy kształtowało się pod coraz silniejszymi wpływami polskimi, to w końcu XVII stulecia zaczęły górować na nim wpływy rosyjskie. Wzmogły się one jeszcze, gdy w wyniku wojny północnej Piotr I objął protektorat nad Polską. Za Jana Kazimierza zaczęło się tracenie wielkich połaci naszych kresów wschodnich na rzecz Rosji. Za Augusta II dołączyło się do tego ograniczanie naszej niepodległości na rzecz Rosji, aż skończyło się zupełnym wykreśleniem Polski z mapy Europy w 1795 roku.

Nie brakowało wysiłków i bohaterskich porywów na sam przód w XVIII stuleciu dla ratowania zanikającej niepodległości, a następnie w XIX wieku dla odzyskania jej. Tak się jednak składało, że wszystkie one niemal kończyły się pogarszaniem naszego losu, Porwanie króla przez konfederatów barskich dało pożądany przez Fryderyka Wielkiego pretekst dis zainicjowania I rozbioru. Przeprowadzenie Ustawy Konstytucyjnej 3 Maja niezupełnie legalnym zaskoczeniem jej przeciwników w chwili, gdy znaczna ich część była poza Warszawą - głównie dla przeforsowania dziedziczności tronu, której większość Sejmu Czteroletniego była przeciwna, gdy natomiast uchwalenie normalną większością wszystkich innych reform naszego ustroju państwowego było pewne - dało licznych zwolenników konfederacji targowickiej. A zawierzenie dobrej woli króla pruskiego i zawarcie z nim przymierza z ostrzem wyraźnie zwróconym przeciwko Rosji - sprowokowało wojnę 1792 roku, zakończoną drugim rozbiorem, gdy tymczasem doczekanie się w granicach pierwszego rozbioru epopei napoleońskiej dałoby Polsce siłę militarną, niezbędną dla trwałego zabezpieczenia swej niepodległości, oraz przywróciłoby jej ziemie zagrabione w 1772 roku przez Prusy i Austrię, a może i uchroniłoby Francję przed nieszczęsną dla niej wojną 1812 roku.

Również gdybyśmy się doczekali wojny krymskiej z polskimi ministrami, własnym skarbem, sejmem i wojskiem w Królestwie oraz polskim uniwersytetem w Wilnie i Liceum Krzemienieckim - dzieje nasze poszłyby następnie w o wiele lepszym kierunku.

Uważam za wielce szkodliwą doktrynę, że wszystkie nasze powstania wraz z Sejmem Czteroletnim były "tragedią Polski", prowokowaną stale przez masonerię. Nie wolno obniżać wartości dla moralnych sił narodu bohaterskich porywów, nie wolno bez największej szkody dla tej właśnie moralnej siły narodu szkalować go, wmawiając w siebie i innych, że porywał się na czyny choćby -szaleńcze, nierozważne, ale wzniosłe i szlachetne - z obcego tylko podszeptu.

Ale jeśli historia ma być mistrzynią życia, to musimy oddając w pełni cześć szlachetnym intencjom autorów Konstytucji 3 Maja, patriotyzmowi i męstwu wszystkich naszych powstańców stwierdzić jednocześnie, że dziwnie źle wybierali oni momenty swych poczynań, że wszyscy oni orientowali się jak najgorzej we współczesnym im położeniu międzynarodowym i - ulegając w swych analizach sytuacji nadmiernie własnym życzeniom - stale nie doceniali siły nieprzyjaciół, a przeceniali i siłę i gotowość do podjęcia walki w naszej obronie naszych niekiedy prawdziwych, ale nieraz wręcz urojonych przyjaciół.

Naprawdę rozumną, bo dała doskonałe skutki, była jedynie polityka krakowskich konserwatystów tzw. "stańczyków", w końcu sześćdziesiątych lat oraz w siedemdziesiątych i osiemdziesiątych latach ubiegłego wieku [1], a także Romana Dmowskiego - między 1905 a 1919 rokiem.

Pierwsza dała nam pełną swobodą narodowego rozwoju w ramach autonomii galicyjskiej; draga - miejsce wśród zwycięskich w pierwszej wojnie Światowej narodów i glos na paryskiej konferencji pokojowej. Jednak nie potrafiliśmy pozyskać tej konferencji dla koncepcji odbudowania przedrozbiorowej Rzeczypospolitej polsko - ukraińsko - białorusko - litewskiej. Przywrócenie niepodległości Polsce było tam rozumiane przez przedstawicieli Imperium Brytyjskiego, ale w pewnym stopniu i przez prezydenta Wilsona, jawo danie narodowi polskiemu możności organizowania własnego bytu państwowego na ziemiach, na których ma on liczebną przewagę.

Toteż w pierwotnym tekście traktatu wersalskiego Polska otrzymywała bezwarunkowo cały Górny Śląsk po Odrę i dopiero później Lloyd George, stawiający bardziej na "dobrych Niemców" niż na siłę Francji i zaprzyjaźnioną z nią Polskę, przeforsował zamianę tego postanowienia na zarządzenie plebiscytu na powyższym terytorium.

Natomiast większość konferencji odnosiła się bardzo podejrzliwie do naszych praw historycznych na wschodzie, nawet w byłym zaborze austriackim. Dopiero po licznych staraniach i zabiegach dyplomatycznych oraz całkowitym wyparciu wojsk ukraińskich poza Zbrucz, przy silnym poparciu marszałka Focha uzyskaliśmy od wielkich mocarstw w roku 1919 nasamprzód warunkowe, a następnie i pełne włączenie do Polski całej Galicji. Co więcej - wielki rozum Dmowskiego oraz wyjątkowa popularność w obozie alianckim Paderewskiego nie wystarczyły dla przekonania twórców traktatu wersalskiego, że dziejowa sprawiedliwość wymaga przywrócenia Polsce ziem oderwanych od niej podczas rozbiorów nie tylko przez Prusy i Austrię ale również przez Rosję.

Dnia 8 grudnia 1919 r., gdy już od szeregu miesięcy posiadaliśmy Wilno i Pińsk, Rada Najwyższa Sprzymierzonych oświadczyła, iż "nie przesądzając późniejszego ustalenia definitywnej wschodniej granic. Polski" przyznaje ona obecnie Rządowi Polskiemu prawo organizowania normalnej administracji polskiej na ziemiach byłego Imperium Rosyjskiego, leżących na zachód od linii..,", która była identyczną z linią trzeciego rozbioru. W zakończeniu tej swej deklaracji Rada Najwyższa oświadczyła: "Prawa, które Polska mogłaby uzasadnić do terytoriów leżących na wschód od powyższej linii, są wyraźnie zastrzeżone".

Mieliśmy do ziem tych duże i dobre, bo oparte nie na zbrojnym zaborze, ale na dobrowolnej unii prawa historyczne. Mogliśmy się też nie bez racji powoływać na naszą na ziemiach tych pracę kulturalną, na liczni założone tam przez panów polskich miasta, na kreowane przez królów polskich wyższe zakłady naukowe, na świetną działalność polskiego na wskroś uniwersytetu wileńskiego który przetrwał aż do 1831 roku, na pochodzących i województw wschodnich: Kościuszkę, Mickiewicza, Słowackiego, Moniuszkę. Paderewskiego, na dobrowolne przyjęcie polskiej mowy i kultury przez litewskie i ruskie bojarstwo oraz mieszczaństwo. Ale te nasze prawa historyczne nie miały dość siły przekonywającej dla kierowników polityki brytyjskiej. Zaproponowana w 1920 roku przez lorda Curzona linia zawieszenia działań wojennych polsko radzieckich szła znów granicą trzeciego rozbioru, na południu, na terytorium tzw. wówczas Galicji tj. zaboru austriackiego, skręcała bardziej jeszcze na zachód. Do rozejmu nie doszło - bo odrzuciło go dowództwo Armii Czerwonej. Ale jeszcze podczas rokowań pokojowych w Rydze rząd brytyjski wywierał nacisk na delegację polską, by zgodziła się na granicę wschodnią na linii Curzona - bo za tą linią ludność polska jest w mniejszości. Z interwencja tą zwrócił się był do mnie osobiście Brytyjski wysoki komisarz na Łotwę. A że nie wynikało to jedynie ze znanej niechęci do Polaki ówczesnego premiera brytyjskiego Lloyd George'a, ale z zasadniczej tendencji brytyjskiej polityki mocarstwowej, świadczy o tym fakt, że pierwszym zdaniem, którym w Poczdamie przywitał był premier Churchill delegację polską, były słowa: ,.Po wojnie poprzedniej Polska poszła za daleko na wschód, obecnie chce iść za daleko na zachód".[2]

To prawda - byliśmy poza Bugiem i Sanem etnograficzną mniejszością. Ale też jest prawdą, że pomimo usilnej po 1831 r, a jeszcze bardziej po 1863 r., rusyfikacyjnej działalności urzędów carskich i pomimo że uwłaszczenia włościan dokonała Rosja a nie Polska, kulturalne wpływy polskie aż do 1914 r. przeważały nad rosyjskimi i w grodzieńszczyźnie, na ziemi wileńskiej, i nawet w Mińsku, czego wymownym wyrazem był stale powtarzający się wybór polskich burmistrzów i w Wilnie, i Mińsku, oraz polski przeważnie skład tamtejszych "ziemstw", tj samorządów powiatowych. Nie mógł więc naród polski wyrzec się ani kilku milionów rodaków, żyjących od wieków poza linią Curzona, ani swych poza nią znajdujących się ośrodków kulturalnych. Ale nie mógł też żaden poważny polityk polski nie zdawać sobie sprawy, że spowodowany wojną światową upadek monarchii w Rosji, Niemczech i Austrii wraz z rewolucją bolszewicką zwiększy ogromnie w państwach, które na gruzach tych monarchii powstaną, znaczenie mas ludowych, a zarazem w masach tych rozbudzi silne separatyzmy narodowe. Ujawniły to w całej pełni walki polsko-ukraińskie 1918 r. w Galicji Wschodniej. W ciągu 400 lat, od końca XIV po koniec XVIII wieku, zjednoczyło się z narodem polskim i szlachtą polską rycerstwo litewsko-ruskie. Również przyjęły całkowicie polską cywilizację i świadomość polityczną miasta województw wschodnich. Ale Polska ekspansja kulturalna nie dotarła do mas chłopskich. Ogromna większość ludu wiejskiego pozostała wyraźnie nie polską, przy tym na Ukrainie, Podolu i Wołyniu, gdzie przetrwały tradycje wojen kozackich i najdamaczyzny, nawet nie przyjazną Polsce.

Nikt tez z ówczesnych polskich przywódców politycznych nie dążył do odtworzenia przedrozbiorowej Polski w granicach 1772 r. Nawet Piłsudski rozumiał, że Polska taka, w której byłoby niecałe tylko 50% Polaków, nie miałaby trwałej egzystencji. Chciał on nie tyle rozszerzenia wschodnich granic Polski, co odsunięcia jak najdalej na wschód Rosji i oddzielenia się od niej sojuszniczymi i samoistnymi państwami; Litwą, Białorusią i Ukrainą. Uważał on bowiem imperializm rosyjski za najgroźniejszego wroga Polski i nie wierzył w trwałość jakiegokolwiek sojuszu z Rosją zarówno czerwoną jak białą. Inny był zasadniczo program Dmowskiego i Narodowe Demokracji. Według niego jedynym, naprawdę nieprzejednanym wrogiem Polski są Niemcy z ich odwiecznym parciem na wschód. Natomiast możliwe i potrzebne jest kompromisowe załatwienie granicznego z Rosją sporu. Rozstrzygnięcie zaś takie wtedy tylko będzie trwałe o ile uwzględni ono w równej mierze żywotne interesy zarówno Polski, jak i Rosji. Obydwa te państwa mają duże prawa historyczne do spornego między nimi terytorium. Obydwa one mają też poważne na tych ziemiach wpływy kulturalne i polityczne oraz związki etnograficzne. A wobec tego możliwy do przyjęcia i przez Polskę i przez Rosję byłby jedynie podział oderwanego od Rzeczpospolitej Polskiej podczas jej rozbiorów terytorium tak by Polska uzyskała zachodnią ich połać o silniejszych wpływach kultury polskiej i znaczniejszym procencie polskiej tam ludności, a przy Rosji zostały ziemie, których ludność jest bardziej zrusyfikowana. W 1919 r Dmowski przedłożył paryskiej konferencji pokojowej odpowiednio opracowany projekt wschodniej granicy Polski. Koncepcji tej przeciwstawiała się stanowczo biała emigracja rosyjska, z którą liczyły się poważnie rządy państw sprzymierzonych, przekonane, że przy ich pomocy zwyciężą w Rosji przeciwnicy rewolucji komunistycznej.

Ale nie uważała jej za nie do przyjęcia Rada Komisarzy Ludowych z Leninem na czele. W styczniu 1920 r. zwróciła się ona do rządu polskiego z propozycją rokowań pokojowych, zapewniając, że wojska czerwone nie przekroczą linii ówczesnego frontu, niemal identycznej z zaprojektowaną w Paryżu przez Dmowskiego granicą, i że nie ma takich spornych między Rosją a Polską spraw, których by się nie dało załatwić zgodnym porozumieniem.

Były więc bardzo duże szanse na początku 1920 r zawarcia z Rosją radziecką pokoju niemniej dla Polski korzystnego od zawartego później w Rydze, a o wiele trwalszego. Toteż wraz z większością komisji zagranicznej Sejmu, której byłem przewodniczącym, usilnie nalegałem na Piłsudskiego, by przyjąć propozycję radziecką, zaprzestać działań wojennych i rozpocząć rokowania pokojowe. Miałem przy tym początkowo poparcie wiceprzewodniczącego komisji Ignacego Daszyńskiego oraz całej niemal Polskiej Partii Socjalistycznej. Niestety udało się następnie Piłsudskiemu przeciągnąć Daszyńskiego a swoją stronę. A w ślad za nim i chwiejny zawsze premier i szef centrowej grupy "Zjednoczenia Chrześcijańsko Narodowego" Skulski dał Piłsudskiemu zgodę swą na projektowaną przezeń ofensywę na Kijów. Komisja zagraniczna, zwołana przeze mnie dla zapobieżenia zerwaniu przygotowań do konferencji pokojowej sporem o miejsce, w którym miałyby się odbyć rokowania pokojowe, w większości swej składająca się z przedstawicieli lewicy i centrum, zaaprobowała wbrew memu protestowi odezwę Piłsudskiego, proklamującą wojnę o wyzwolenie Ukrainy. Nieszczęsny jej przebieg stwierdził całkowitą słuszność przestróg, którymi starałem się odwieść Piłsudskiego od jego ówczesnych zamierzeń wojennych, tłumacząc mu, że lud ukraiński, który dobrze poznałem w 1917 i 1918 r., nie ma żadnych naprawdę dążeń do odrębnej od Rosji niepodległości państwowej i że nie uwierzy nigdy, by wojska polskie przychodziły na Ukrainę po co innego, jak po odebranie chłopom zabranej przez nich polskim panom ziemi. Niestety, dawał on więcej wiary zapewnieniom Pelury i kilku naszych podolskich i ukraińskich magnatów. Wprawdzie po klęsce odwrotu spod Kijowa przyszło następnie zwycięstwo pod Warszawą i zawarty na podstawie "równomiernego uwzględnienia żywotnych interesów obu stron" traktat pokojowy, mocą którego spór polsko - radziecki o ziemie oderwane przez Rosję od Polski w traktacie trzech rozbiorów został załatwiony przez podział ich między Polskę a Ukrainę i Białoruś radziecką. Została więc zrealizowana zasadnicza koncepcja Dmowskiego, która gotowa była przyjąć za podstawę rokowań pokojowych, proponowanych w styczniu 1920r., i Rada komisarzy ludowych. Ale pomimo że ustalona w Rydze granica była korzystniejszą dla Związku Republik Radzieckich i od linii Dmowskiego i od linii frontu, która Rada Komisarzy Ludowych akceptowała jako linię rozejmową od jakiej zazwyczaj niewiele się różni i definitywna granica- wyprawa kijowska pozostawiła głęboką nieufność w kierowniczych kołach Związku Radzieckiego do Polski i jej rzeczywistych zamiarów. Dmowski i Witos, Narodowa Demokracja i Polskie Stronnictwo Ludowe (Piast) dążyły naprawdę do ustalenia trwałej przyjaźni politycznej z Rosją radziecką. W opublikowanych w 1923 r. "Uwagach o bieżącej chwili historycznej Polski" postawiłem sprawę wyraźnie. Pisałem wówczas:

"Jedno z dwojga: albo skierujemy ekspansję mocarstwową Polski na wschód, przeciwko Rosji i wtedy oddamy w ręce Niemiec rozstrzygnięcie prowizorycznie tylko uregulowanej sprawy Prus Wschodnich - albo skierujemy cały wysiłek, na jaki nas stać, by sprawa Prus Wschodnich została przez Polskię zgodnie z interesami Polski rozstrzygnięta. A gdy tak się rzeczy mają, szkodliwe jest wszelkie wahanie. Bez dostępu do Dniepru Polska może istnieć , ale nie może istnieć bez trwałego dostępu do morza. Jest to wzgląd rozstrzygający_ By zapewnić Rzeczypospolitej pokój na wschodzie - trzeba tylko, by ekspansja nasza tam nie była zbyt rozlewna. Tego wymaga geograficznie nasze położenie, z którego wynika nieuniknione starcie z Niemcami o Bałtyk_ O ile więc ekspansja nasza ku północy ma na celu wzmocnienie elementów zwycięstwa w niedokończonej walce z Niemcami - o tyle na wschodzie dążyć musimy do wzmocnienia podstaw pokojowego współżycia Polskie z Rosją. Nakazują to nie tylko względy bezpieczeństwa Polski w ciągu najbliższy dziesięcioleci, lecz w równej mierze wzgląd na cywilizacyjną przyszłość Polski. Ekspansja Polski ku Bałtykowi - to jednocześnie szybkie uprzemysłowienie Polski, rozwój miast, demokratycznej kultury obywatelskiej, ustalenie się praworządnej organizacji państwa, postęp cywilizacji zachodniej. Ekspansja Polski na wschód - to wciąganie Polski w chaos przewrotów, to polityka nieobliczalnych eksperymentów społecznych i szalonych ryzyk dyplomatycznych i wojennych. O zadaniach polityki zagranicznej nowoczesnych państw decyduje kierunek ekspansji narodu. Pierwszym i najważniejszych więc zadaniem naszej polityki zagranicznej jest wzmacnianie elementów zwycięstwa w nieuchronnym po pewnym czasie starciu z Niemcami. Stąd płynie nasamprzód ścisły sojusz Polski z Francją, a następnie staranie o utrzymanie pokoju na wschodniej naszej granicy... Ale dokonać tego można pod jednym tylko warunkiem, że nie będzie się głosiło programu rozczłonkowania Rosji, że porzuci się stanowczo nieszczęsne pomysły, przejęte od Niemiec, państwa buforowych białoruskiego i ukraińskiego."

Nie były to wówczas moje tylko poglądy. Tak samo rozumieli zadania naszej polityki zagranicznej i premierzy przedmajowi: Witos, Sikorski, Władysław Grabski, Skrzyński wraz z prezydentem Wojciechowskim. Tak rozumiała przyszłość narodu i większość społeczeństwa polskiego. Książkę powyższą napisałem w przededniu zebrania się drugiego Sejmu Rzeczypospolitej, w którym najsilniejszym stronnictwem był wytworzony przeze mnie z dawnej Narodowej Demokracji i szeregu pokrewnych grup Związek Ludowo - Narodowy. Toteż w latach 1923 - 1926, za prezydentury Stanisława Wojciechowskiego, stosunki polsko-radzieckie stawały się coraz poprawniejsze, coraz nawet szczersze. Zacierało się w Moskwie złe wrażenie nielojalnego, wbrew wyraźnemu postanowieniu traktatu ryskiego, nawiązywania kontaktów z nacjonalistami ukraińskimi w granicach Związku Radzieckiego przez agentów Piłsudskiego.

Niestety zamach majowy położył kres tej rozumnej, należycie przewidującej przyszłość polityce Rzeczypospolitej. Nastąpiło to, przed czym tak silnie przestrzeałem: ekspansja na wschód i polityka szaleńczych ryzyk dyplomatycznych i wojennych. A wraz z tym straciliśmy możność trwałego zespolenia z Polską naszych województw. Bo pierwszym nieodzownym warunkiem tego zespolenia, istotnej normalizacji stosunków polsko - ukraińskich i polsko - białoruskich w granicach Rzeczypospolitej, była trwała przyjaźń polityczna z Rosją oraz Ukrainą i Białorusią radziecką. Tylko wtedy gdyby Ukraińcy województw: lwowskiego, stanisławowskiego, tarnopolskiego i wołyńskiego wiedzieli, że sojusz obronny radziecko - polsko - czechosłowacko - francuski uniemożliwił agresję Niemiec na Polskę i że ich usiłowania oderwania południowo - wschodnich województw od Polski nie mogą liczyć na poparcie Związku Radzieckiego - tylko wtedy staliby się oni, nie zaraz wprawdzie, ale po kilkudziesięciu latach lojalnymi obywatelami Rzeczypospolitej Polskiej.

Rządy jednak pomajowe uważały za najlepsze zabezpieczenie naszych dzielnic wschodnich łudzenie nacjonalistów ukraińskich mirażem ponownej wojny polsko - radzieckiej dla oderwania od Związku "samoistijej Ukrainy" oraz stałą, wyraźnie okazywaną niechęć i nieufność wobec republik radzieckich. Niemniej fatalne było i ciągłe przeskakiwanie polityki sanacyjnej od kokietowania nacjonalistycznych partii ukraińskich do brutalnych "pacyfikacji", które zaszkodziły nam szalenie w opinii świata zachodniego i pogłębiły znacznie antagonizm ludu ukraińskiego do Polski. W roku 1918 i 1919 zbrojna walka Ukraińców o oderwanie Galicji Wschodniej od Polski była dziełem głównie inteligencji ukraińskiej. Masy włościan ruskich na ogół nie okazywały nienawiści ani do współżyjących z nimi w tych samych gminach i powiatach chłopów polskich, ani nawet do dworów. Niewiele było wypadków napaści sąsiednich wsi ruskich na istniejące wśród nich wsie polskie. Natomiast dość często włościanie ruscy ochraniali rodziny obszarników polskich przed szykanami powstańczych władz ukraińskich. Po trzynastu latach kresowej polityki sanacyjnej masy ludu ukraińskiego w czasie okupacji niemieckiej wzięły udział w gorszym od rzezi humańskiej wymordowywaniu całych wsi i miasteczek polskich nasamprzód na Wołyniu, a następnie w tarnopolskim, stanisławowskim i lwowskim województwie.

Myliłby się gorzko, kto by sobie wyobrażał, że po tym co się działo na południowo-wschodnich naszych kresach w 1943 roku, możliwe byłoby kiedykolwiek zgodne współżycie ludu ukraińskiego i polskiego w tych samych wsiach, powiatach, województwach. Separacja ludności polskiej od ukraińskiej stała się nieuchronna koniecznością. Gdyby nawet nie zapadła była w Teheranie decyzja trzech mocarstw przesunięcia granicy Związku Radzieckiego na Zachów do linii Curzona, gdybyśmy byli w czas porozumieli się z Moskwą o pokojową rewizję granicy ryskiej, to - wobec konieczności oddzielenia terytorialnego ludności ukraińskiej i białoruskiej od polskiej - siedem i pół miliona Ukraińców i Białorusinów odeszłoby w każdym razie wraz z odpowiednim terytorium od Polski do radzieckiej Ukrainy i Białorusi. Państwo polsko-ukraińsko-białorusko-litewskie w okresie ogarniających najszersze masy ludowe nacjonalizmów- nie mogło przetrwać tak potężnego wstrząsu, jakim była świeżo zakończona wojna.

Tak skończył się w trakcie tej wojny bieg dziejów Polski Jagiellońskiej, który początkowo dla niej więcej niż korzystny, wręcz świetny, gdy za Zygmunta III zostały zmarnowane silniejsze nawet podówczas w Moskwie niż Polsce i na Litwie dążenia do dynastycznej unii polsko-litewsko - moskiewskiej, stopniowo Rzeczpospolitą tę pomniejszał i osłabiał wewnętrzną jej spójnię.

Przypominam za Jana Kazimierza utraciła Rzeczpospolita lewobrzeżną Ukrainę, za Sobieskiego zrzekła się Kijowa, za Augusta II dała cesarzom i cesarzowym rosyjskim tytuł gwarantów swego bezpieczeństwa i przywilejów szlachty. Podczas rozbiorów wszystkie ziemie - zespolone z Polską przez związek Z Litwą zabrała Rosja, a resztę Rzeczpospolitej podzieliły między siebie Prusy i Austria. Klęska Napoleona w Rosji w 1812 r., przekreśliła nadzieje odbudowania przedrozbiorowej Rzeczpospolitej i spowodowała zajęcie Księstwa Warszawskiego przez wojska rosyjskie. Upadek powstania listopadowego pozbawił nas kulturalnego przewodnictwa na Litwie, Białorusi, Wołyniu, Podolu i Ukrainie, niszcząc rozwijający się doskonale w dwudziestych latach XIX wieku na ziemiach tych polski system szkolny. Przeprowadzone w 1861 r. przez cesarza rosyjskiego uwłaszczenie włościan wzmogło wpływy rosyjskich władz państwowych na prawosławną ludność "zabranego kraju" a represje i konfiskaty, jakie spadły po 1864 r. na tamtejsze ziemiaiństwo polskie osłabiły znacznie jego pozycję, szczególnie na terenie pierwszego i drugiego rozbioru. Traktaty wersalski i ryski włączyły do odbudowującego się po pierwszej wojnie światowej państwa polskiego poza Królestwem oraz zaborami pruskim i austriackim, tytko jedną trzecią zaboru rosyjskiego. Ale i na tej jednej trzeciej odzyskanych w 1920 roku ziem, co się były w końcu XIV stulecia złączyły dobrowolną unią z Polską, wzmagał się w ciągu 19 następnych lat raczej separatyzm narodowościowy mas ludu białoruskiego i ukraińskiego niż wpływ na myśl polityczną tych mas państwowości polskiej. W czasie zaś drugiej wojny światowej dawne współżycie pokojowe Polaków z Ukraińcami na tym samym terytorium stało się wręcz niemożliwe, a Wielka Brytania wraz ze Stanami Zjednoczonymi uznały za słuszne cofnąć naszą granicę wschodnią do linii Curzona.

Można się pytać wiele w tym wszystkim było naszych błędów i przewin, a wiele zaborczości sąsiadów czy też nie szczęśliwego dla nas zbiegu okoliczności i fatalnego działania takich prądów dziejowych, jak rozrost w masach ludowych separatyzmów narodowo-państwowych. Ale jakąkolwiek na to pytanie damy sobie odpowiedź, nie zmieni ona ostatecznego wyniku tego szeregu aktów historycznych.

Wobec nowoczesnego rozwoju nacjonalizmów można można było myśleć w 1919 i 1920 r. o kontynuowaniu przerwanych przez rozbiory w końcu XVIII wieku dziejów Rzeczpospolitej obojga narodów" (Korony i Litwy, tzw Polski Jagiellońskiej tylko już pod nową posiacią poczwórnej federacji: polsko-litewsko-ukraińsko-białoruskiej. Była to myśl Piłsudskiego i jego obozu. Być może była ona piękna, ale nieziszczalna w istniejącym wówczas naprawdę - a nie wyimaginowanym - układzie sił. Bo silami samego tylko narodu polskiego zrealizować jej nie było można. Konieczne dla tego celu musiałoby być silne ku temu również dążenie i gotowość do zbrojnej dla osiągnięcia go walki wśród mas ludności ukraińskiej i białoruskiej. A tymczasem ludność białoruska nie miała żadnych aspiracji narodowo-państwowych, ukraińscy zaś chłopi, pomimo że na ogół niechętnie a miejscami wrogo odnosili się do bolszewików niemniej nieufnie patrzyli i na wojsko polskie.

Z nierealności koncepcji Piłsudskiego zdawał sobie w pełni sprawę obóz narodowy. Toteż programem jego było państwo narodu polskiego - państwo narodowe, a nie narodowościowe

Czemuż w takim razie Dmowski przedkładał w Paryżu konferencji pokojowej program wschodniej naszej granicy idącej dalej na wschód od granicy ryskiej? Czemuż tak ofiarnie i wytrwale walczyliśmy o utrzymanie przy Polsce całej Małopolski Wschodniej z trzema milionami Ukraińców? Czemu domagaliśmy się w Rydze granicy, która włączyła do Polski około 7 milionów Białorusinów, Poleszuków i Ukraińców?

Otóż po pierwsze dlatego, że obóz narodowy zdawał sobie doskonale sprawę, iż drobna i słaba Polska w tym geograficznym położeniu, w jakim znajduje nie utrzyma się. A Polska złożona tylko z Królestwa, Poznańskiego Pomorza i Galicji zachodniej byłaby niewiele co większa od Księstwa Warszawskiego - państewka naprawdę sezonowego; znaczniejsze zaś rozszerzenie granic naszych na zachód uniemożliwiał wówczas sprzeciw przemożnego w świecie alianckim Lloyd Geofge'a. Po drugie zaś ponieważ mieliśmy silne poczucie solidarności narodowej i płynącego z niej obowiązku zespolenia w państwie polskim możliwie całego narodu polskiego. Gdy jednak podówczas nie były możliwe masowa przenoszenia ludnośc,. jedynie przez włączanie do Polski całej Galicji oraz całej ziemi wileńskiej wraz z Nowogródkiem Polesiem i zachodnim Wołyniem mogliśmy przywrócić wolną ojczyznę czterem i pół milionom Polaków, zamieszkujących te ziemie. By skupić w państwie polskim 20 milionów Polaków trzeba było w ówczesnych warunkach włączyć do niego 7 milionów Ukraińców i Białorusinów.

Tych 7 milionów Ukraińców i Białorusinów w granicach Rzeczpospolitej Polskiej nadawało jej pozór mocarstwa - pozór wszakże złudny i przez to samo wysoce niebezpieczny. W rzeczywistości ma bowiem istnienie na połowie nieomal naszego terytorium państwowego ludności, w dwóch trzecich niechętnej, nieraz wrogiej państwu polskiemu, a co najmniej obojętnej na jego losy - było źródłem nieustających bolesnych fermentów, podkopujących wewnętrzna zwartość państwa i osłabiających moralną pozycję Polski w świecie. Ale powtarzam nie było po pierwszej wojnie światowej innego sposobu włączenia z odzyskującą wolność Polską czterech i pół milionów Polaków, którzy w o wiele cięższych warunkach, niż mieszkańcy Królestwa, Galicji a nawet Wielkopolski i Pomorza, nie tylko utrzymali swą narodowość, ale i wnosili niemało do rozwoju naszej tworczości naukowej, literackiej, artystycznej i społecznej.

Dziś jednak możemy tworzyć państwo narodu polskiego nie obciążone żadnymi mniejszościami narodowymi. I możemy je tworzyć na terytorium lepszym, niż posiadane przed wrześniem 1939 r. mocą ekspansji naszej ku Bałtykowi, Odrze i Nysie Łużyckiej - ekspansji istotnie niosącej z sobą ,,szybkie uprzemysłowienie., rozwój demokratycznej kultury obywatelskiej i postęp cywilizacji zachodniej".

Więc nie mamy po co oglądać się wstecz na dotychczasową drogę dziejową Polski Jagiellońskiej kontynuowania jej tradycji nie tylko dlatego że została ona przez bieg wypadków ostatecznie zamknięta ale przede wszystkim dlatego, że otworzyła się przed nami nowa droga dziejowa, po której, nawiązując do najdawniejszych i najlepszych bodaj naszych tradycji, możemy zdążać pewnym równym krokiem ku lepszej od posiadanej w ostatnich 400 latach pozycji Europie i całej cywilizowanej ludzkości.