Rozdział II

Wchodzimy na nową drogę dziejową raczej pod naciskiem wypadków niż w wykonaniu z góry powziętego planu. Bo w przedwojennym układzie sił międzynarodowych takie przesunięcie naszego terytorium narodowo - państwowego, jakie dziś się dokonywa ku Bałtykowi, Odrze i Nysie Łużyckiej - było wręcz niemożliwe. Prócz mnie, wielu jeszcze innych działaczy politycznych i publicystów natychmiast po skończeniu się w 1920 r. walk o granice od zyskującej byt państwowy Rzeczpospolitej - propagowało skierowanie głównej naszej ekspansji ku morzu i na zachód. Gdy jednak podówczas o przesiedlaniu milionów ludzi marzyć nawet nie było można, ekspansja ta nie mogła iść za daleko na ziemie już całkowicie zniemczone, ograniczać się musiała do ziem zamieszkałych, jeśli nie w większości, to co najmniej w około 40% przez ludność mówiącą po polsku, Najśmielsze nasze ówczesne dążenia nie wykraczały poza włączenie kiedyś do Polski Prus Wschodnich i przeważnej części Śląska Opolskiego. Ale też wobec tego nie mogliśmy rezygnować z naszych dzielnic wschodnich o ludności polsko-ukraińskiej i polsko-białoruskiej.

Nie tyle więc o przesunięciu, co o rozszerzeniu Polski na zachód i północ mogliśmy myśleć między pierwszą a drugą wojną Światową. Takie rozszerzenie Polski zmniejszyłoby w niej znaczenie kwestii ukraińskiej i białoruskiej ale nie przemieniłoby Polski z państwa wielonarodowego w państwo jednonarodowe - czysto polskie. Nie byłoby to więc wejściem na nową drogę dziejową po poniechaniu dawnej - lecz skierowaniem ku dalszym czy większym, zasadniczo jednak takim samym celom polityki mocarstwowej kierowanego przez naród polski państwa wielonarodowego: ukraińsko-białorusko- litewsko-niemiecko-polskiego.

Nie my sami wprawdzie położyliśmy kres dziejom Polski Jagiellońskiej. Uczyniły to siły z zewnątrz działające. Z mocy uchwały teherańskiej trzech wielkich mocarstw odeszły wszystkie nasze województwa wschodnie z ludnością polsko-ukraińską i polsko-białoruską do radzieckiej Ukrainy i Białorusi. Ale własny nasz Rząd Jedności Narodowej uznał to następnie. A jeszcze wcześniej Polski Komitet Wyzwolenia Narodowego ogłosił program Polski jednolitej narodowo, z granicami na Bugu z jednej, a na Odrze z drugiej strony. Niewiele później i ja, podówczas prezes londyńskiej Rady Narodowej, na audiencji u Marszałka Stalina delegacji polskiego londyńskiego rządu w sierpniu 1944 r. oświadczyłem się wyraźnie za przesunięciem Polski na zachód na dawne terytorium piastowskie. I uczyniliśmy to będąc pewni aprobaty ogromnej większości działających wówczas w kraju stronnictw. Co się zaś tyczy naszej zachodniej granicy na Odrze i Nysie Łużyckiej, tośmy sami, delegaci prezydium Krajowej Rady Narodowej i Rządu Jedności Narodowej, usilnie zabiegali w Poczdamie o pozyskanie dla niej prezydenta Stanów Zjednoczonych oraz premiera brytyjskiego wraz z ministrem spraw zagranicznych jego gabinetu. I samiśmy też uzasadniali słuszność tych naszych zabiegów: oczywiście odniosły one skutek przede wszystkim dzięki silnemu poparciu ich przez generalissimusa Stalina. Nie zmienia to jednak faktu, że granica zachodnia Polski na Nysie Łużyckiej i Odrze, ze Szczecinem, a północna nu Bałtyku od Szczecina po okręg Królewca - było to w czasie konferencji poczdamskiej nasze własne polskie żądanie, a nieprzyjęte tylko przez nas obce dyktando

Więc choć pod naciskiem wypadków, spowodowanych burzą wojenną - wchodzimy jednak dobrowolnie świadomie na nową drogę dziejową kontynuacji w XX stuleciu przerwanej w XIV wieku historii Polski ściśle narodowej z wyraźną na zachód i północ ekspansją, a nie zostaliśmy na nią tylko wepchnięci cudzą wolą w myśl obcych zamierzeń. Nie wszyscy czynią to równie ochoczo, lecz z wyjątkiem przebywającej jeszcze za granicą emigracji i bardzo nielicznych oglądających się na nią grup, wszystkie jawnie działające stronnictwa - a takie tylko mogą być poważnie dziś brane w rachubę - współdziałają planowo dla utrwalenia przy Polsce "ziem odzyskanych" przez najszybsze i jak najlepsze ich zasiedlenie ludnością rdzennie polską oraz zagospodarowanie własną naszą polską przed przedsiębiorczością i pracą.

Naród nasz w olbrzymiej twej większości, gdy zdał sobie sprawę, że rozpoczęta przez unię polsko-litewska historia państwa polskiego z terytorium zamieszkałym we wschodniej jego połowie w większości przez ludność nie polską, ostatecznie została przerwana - zdecydował się nawrócić do dziejów Polski Piastowskiej i całą swą energię skierował ku odzyskaniu utraconych w przededniu unii z Litwą ziem zachodnich z granicami na Nysie Łużyckiej, Odrze i Bałtyku.

Wiemy wszyscy, że rozpoczął się nowy okres historii Polski, że rozwój dziejowy naszego narodu i państwa pójdzie zgoła odmiennymi torami od tych, którymi szedł i przed rozbiorami i po odzyskaniu niepodległości między pierwszą a drugą wojną światową. Wszyscy też z pewnością pragniemy, by ta nowa droga dziejowa wiodła nas nie ku gorszej, ale ku lepszej od tego co było dotychczas przyszłości.

Ale historia państw i narodów jest zawsze wynikiem nie tylko ich własnych zamierzeń i działań, ale również wpływów okoliczności zewnętrznych, cudzych zamierzeń i działań.

Złe, nieszczęsne są dzieje narodu, kształtujące się pod wpływem obcych przede wszystkim sił, a nie własnej jego woli. Takie były nasza dzieje XVII i XVIII wieki Nie miała wówczas rządząca Polską szlachta żadnej przewodniej myśli politycznej, poza rozszerzaniem swych przywilejów stanowych. Z obawy, by nie zechciał uszczuplić ich król, gdy posiadać będzie silne wojsko, nie zezwalała ona nawet na należyte ubezpieczenie siłą zbrojną granic Rzeczpospolitej. Tym bardziej była przeciwną jakiejkolwiek czynnej roli Polski w polityce międzynarodowej. Wyjątkowo tylko raz jeden udało się Sobieskiemu poprowadzić wojsko polskie poza granice państwa na odsiecz Wiednia. "Byle polska wieś spokojna" niech się dzieje na świecie co chce... Ale właśnie dlatego nie były w owych dwóch stuleciach polskie wsie spokojne, grabili je Tatarzy, podbijali Turcy, zajmowały i rekwirowały wojska szwedzkie i rosyjskie, porywali z nich rekrutów werbownicy pruscy - aż się to skończyło rozbiorami.

Naród, który nie tworzy sam, własną swą czy swych kierowników myślą i wolą swojej przyszłości - idzie niechybnie ku katastrofie. Ale by tworzyć samemu własną wolą swą przyszłość - musi mieć jasną świadomość celów, do których chce dojść w swym dalszym rozwoju, i pozycji jaką pragnie zająć wśród innych narodów, musi wiedzieć czego chce nie tylko na dziś, ale i na jutro, musi mieś twoją myśl dziejową.

* * *

Żaden naród nic może odgrodzić się od reszty świata, żyć tylko swym życiem wewnętrznym. Nie było to możliwe i dawniej. Doznały tego w przeszłym stuleciu Chiny. Japonia, Tybet-choć wszystkie one broniły się usilnie i skutecznie przez szereg wieków przed obcymi wpływami. Wyprowadziła wszakże kraje te z ich izolacji nasamprzód zbrojna interwencja mocarstw europejskich. Po czym dopiero Japonia poczęła z własnej woli szybko europeizować swą wiedzę i technikę, szczególnie wiedzę i technikę wojenną. a Chiny - naśladować amerykańskie urządzenia polityczne i obyczaje.

Ale nikt nie zmuszał Stanów Zjednoczonych de porzucenia doktryny Monroego "Ameryki dla Amerykanów". A jednak logika wypadków skłoniła potężną republikę północno-amerykańską do wzięcia udziału i w pierwszej i w drogiej wojnie światowej. Po doświadczeniach tej ostatniej nawet republikanie, którzy nie dopuścili byli w 1919 do wejścia Stanów Zjednoczonych do Ligi Narodów, dziś popierają międzynarodową politykę prezydenta Trumana, głoszącego przewodnictwu Ameryki w walce o trwały pokój i porządek demokratyczny w świecie.

W epoce samolotów pędzących z szybkością kilkuset kilometrów na godzinę, łączności radiowej, dozwalającej przemawiać do wszystkich narodów świata, bomb wyrzucanych stratosferycznie, energii atomowej - nawet najpotężniejsze, najbardziej gospodarczo samowystarczalne mocarstwo nie może prowadzić polityki izolacyjnej. Więc myśl dziejowa narodu musi nie tylko formułować jego ideały społeczno-gospodarcze, kulturalno-narodowe i prawno-polityczne oraz wskazywać prowadzący do ich realizacji kierunek wewnętrznej jego ewolucji-lecz również wytyczać jego dążenia w stosunku do innych narodów i do postępu wszechludzkiej cywilizacji. I nie może być zasadniczej rozbieżności między celami do których ma zmierzać doskonalenie własnych sił i urządzeń narodu, a jego ambicjami na terenie międzynarodowym.

Naród, którego największą ambicją są podboje, będzie stawiać zawsze sprawność organizacyjną władz państwowych ponad prawo człowieka, swobodę jego myśli i bezstronny dlań wymiar sprawiedliwości. Odwrotnie, naród o ideałach szczerze demokratycznych - dążyć będzie do zaspokojenia swych dziejowych ambicji raczej przez zajęcie poczesnego stanowiska w międzynarodowych współpracach cywilizacyjnych niż przez rozszerzanie granic swego państwa i podporządkowywanie swej władzy innych narodów.

Ale czy musi i powinien naród kierować się jakimiś ambicjami dziejowymi? Toć są ludzie, którzy niczego więcej me pragnąc poza zachowaniem posiadanego majątku czy dochodu, żyją spokojnie, rozważnie z dnia na dzień, nikomu w drogę nie wchodząc, a więc i przez nikogo nie napastowani. I są to bodaj najszczęśliwsi ludzie. Czyż nie może podobnie żyć i naród? Otóż nie. Całe dotychczasowe doświadczenie historyczne mówi, że naród nie może stać w swej drodze dziejowej przez czas dłuższy na miejscu Jeśli me idzie on naprzód - to nieuchronnie pocznie się on cofać, jeśli nie wznosi się on coraz wyżej w swym postępie cywilizacyjnym, czy rozwoju swej potęgi mocarstwowej, zależnie od tego, ku czemu zmierza - to będzie niechybnie spadać w dół.

Czy jednak nie wystarczy, ażeby uniknąć stagnacji i regresu, kierować się dobrze zrozumianym własnym interesem, tzw. egoizmem narodowym, który nakazuje dotrzymywać kroku sąsiadom w rozwoju bogactwa, wiedzy i siły militarnej?

Gdy się jednak narodowi przed oczy stawia, jako naczelny drogowskaz jego polityki narodowo-państwowej, tylko własny interes egoistyczny i z interesu tego wynikające współzawodnictwo z państwami, które mogłyby interesowi temu zagrażać - to pojedynczy członkowie narodu zaczynają też w stosunku do współobywateli, a nawet do państwa, kierować się przede wszystkim swymi własnymi rachunkami egoistycznymi. Teoria Rousseau'a, że społeczeństwo jest ugodą jednostek, które z dobrze zrozumianego egoizmu godzą się na ograniczenia własnych pożądań, by nie zagrażały im cudze pożądania - dawne w naukach społecznych zbankrutowała. Nie wyrozumowana, ale bezpośrednio wyczuwana, jako nakaz sumienia jest więź społeczna, zespalająca rodziny, stany, zawody, narody, kościoły, państwa. Od siły odczucia solidarności zbiorowej i poczuwania się do płynących w niej obowiązków zależy zwartość grupy społecznej. Zwarty jest naród, gdy i silniejsze jest w nim odczuwanie solidarności narodowej niż interesów poszczególnych klas. zawodów, prowincji, miast. Zwarta jest warstwa społeczna, gdy silniejsze w niej jest poczucie solidarności klasowej czy zawodowej niż interesów poszczególnych rodzin. Zwarta jest rodzina, gdy silniejsze jest poczuwanie się jej członków do wzajemnych obowiązków od własnego "widzi mi się".

Co może jednak skłaniać ogół robotników czy chłopów albo pracowników umysłowych do podporządkowywania swych interesów klasowych interesem narodowym, do większej dbałości o stanowiska swego narodu w i świecie niż o pozycję swej warstwy w narodzie? W żadnym razie nie jakaś egoistyczna rachuba. Toć nie brak w historii przykładów warstw, które stojąc na czele państw, a więc z interesem całości narodowo-państwowej własnymi interesami najściślej związane - przez swój egoizm stanowy gubiły państwo, niepomne, że wraz z nim gubią i siebie. Dzieje naszej szlachty są pod tym względem niezwykle pouczające. Tylko silne zbiorowe ambicje wywołują w społeczeństwach, u ogółu ich członków, tak silne napięcia uczuciowe, że poszczególne w skład ich wchodzące ugrupowania gotowe są do ofiar z najbliższych własnych interesów dla wspólnego zwycięstwa.

Różne są wszakże zbiorowe ambicje narodów - bywają dobre, ale bywają i złe, niebezpieczne dla ludzkości i źle się dla danego narodu kończące.

Taką złą ambicją jest odwieczne dążenie Niemiec do podboju ziem słabszych sąsiadów i władztwa światowego. Bo nie dopiero Hitler kazał Niemcom wierzyć, ze są stworzeni na panów Świata. Uwalali się oni za takich już w wiekach średnich. Jeno rozmiary "świata" były wówczas o wiele mniejsze. Był on niewiele większy od dawnego zachodniego Imperium Rzymskiego. Władztwo nad nim dawała korona cesarska. Walkami o nią przepełnione są też średniowieczne dzieje Niemiec.

Ale nie tylko ambicje zaborcze są złe. Złe są także ambicje nazbyt ciasne, nazbyt poziome. Taką się stała, niestety, ambicja większości Francuzów po pierwszej wojnie światowej; by we Francji było najłatwiejsze i najprzyjemniejsze życie, by najlepsze były nadal wina francuskie, najlepszą kuchnia francuska, najelegantsze mody francuskie, najpiękniejszą riwiera francuska. Zapomniane zostało dumne hasto Francji średniowiecznej: "Gesta Dei per Francos" (działa Boże przez Francuzów), zapomniane zostały tradycje wojsk nasamprzód rewolucyjnych, potem napoleońskich, roznoszących po całej Europie hasła równości ludzi przed prawem i osobistej ich wolności. I dlatego właśnie, że tak skarlały ambicje narodu francuskiego - tak niesławnie skapitulowały w 1940 r. jego armie. Daj Boże, by podniosły się on znów na dawne swoje wyżyny. Życzymy mu tego z całego serca - bo dla należytego postępu cywilizacyjnego Europy potrzebna jest na jej zachodzie siła duchowa niemniejsza od niemieckiej.

A jaka ma być nasza ambicja narodowa? Czy ma być nią "potęga mocarstwowa", którą głosił Piłsudski, a po nim Rydz i Beck, czy też "Wielka Polska", która była naczelnym hasłem obozu Dmowskiego? Niestety potęga mocarstwowa Polski okazała zakłamanym frazesem, poza którym kryło się lekceważenie najżywotniejszych interesów państwa i jego wojska przez koterię, dbającą jedynie o utrzymanie się przy władzy narzuconej narodowi zbrojną przemocą. A w imię "Wielkiej Polski" młodzi Stronnictwa Narodowego raczej myśleli o wszystkim innym, niż naszej ekspansji ku Bałtykowi i Odrze, ku granicom Chrobrego, którego mieczykami się dekorowali.

Historia ostatnich dwudziestu kilku lat świadczy, że dziś, jak i przez cały ciąg naszych dziejów, nie mamy w sobie rzeczywistych dążeń do ekspansji mocarstwowej. Ale gdybyśmy je nawet w sobie teraz wzbudzili - nie moglibyśmy ich realizować. Dziś bowiem prawdziwe mocarstwo musi mieć co najmniej osiemdziesiąt milionów ludności. Nie było nigdy polską ambicją narodową podbijanie sąsiednich krajów. Nawet po złamaniu, za Kazimierza Jagiellończyka, potęgi najgorszego naszego wrogi - Krzyżaków, nie włączyliśmy w pełni ich ziem do naszego państwa. Możemy za to krytykować naszych praojców, oskarżać ich o krótkowzroczność, o brak należytego zrozumienia dziejowych interesów Polski ale jednocześnie musimy sobie powiedzieć, że minęły czasy, kiedyśmy mogli nasze bezpieczeństwo opierać na własnej naszej potędze mocarstwowej. Dziś gwarancją naszego bezpieczeństwa jest trwały w Europie pokój.

Czy jednak troska o trwałe zabezpieczenie pokoju świata nie należy całkowicie do wielkich mocarstw a nie do nas? Odpowiedzią aż nadto jasną na to pytanie jest fakt, że przedstawiciel Polski wchodzi do Rady Bezpieczeństwa Narodów Zjednoczonych. Już choćby z tego względu nie możemy zwolnić się z obowiązku dbania o trwały w świecie pokój. A co jeszcze ważniejsze - nie pozwala nam na to najprostszy instynkt samozachowawczy. Toć nie tak dawno temu dwa ówczesne wielkie mocarstwa Francja i Wielka Brytania, nalegały na Czechosłowację, by dla dobra pokoju światowego" zgodziła się dobrowolnie na oddanie Niemcom Sudetów. I Czechosłowacja uległa temu naciskowi - bo własne swe bezpieczeństwo wraz z bezpieczeństwem reszty Europy zdała całkowicie w ręce mocarstw europejskich. Interesy, a nawet samodzielność państwa, które staje się przedmiotem tylko, a nie samodzielnym, choć niekoniecznie silnym czynnikiem polityki międzynarodowej - są łacno poświęcane dla pokoju, choćby tylko czasowego, przodujących w świecie mocarstw. Nie mamy żadnej pewności, że nie jest już nigdy możliwe nowe Monachium. Musimy więc z naszej strony robić wszystko możliwe, by nas przed taką ewentualnością uchronić, a wobec tego musimy być na terenie polityki międzynarodowej, nie tylko europejskiej, ale i światowej, nie bierni, lecz czynni, jak najbardziej czynni.

Ale tak samo jak pojedynczy człowiek, również i naród gdy bardzo czynnie i skutecznie zabiega o własne tylko dobro, o jak największy własny udział w postępie powszechnego bogactwa - dopóty tylko ma przyjaciół, dopóki ma powodzenie; gdy jednak zagrożą sra potężni przeciwnicy - przez wszystkich zostaje opuszczony. Na politykę egoizmu narodowego mogą robie pozwalać tylko najsilniejsze narody i państwa - i to nie zawsze bezkarnie. W 1939 r. Niemcy były niewątpliwie największą w świecie potęgą militarną, I miały przy tym najzręczniejszą dyplomację, świetnie wykorzystującą błędy upatrzonych przez się ofiar. Sprzeciwy, jakie stawiał Beck zawarciu przymierza obronnego między Wielką Brytanią, Francją a Związkiem Radzieckim, zużytkował mistrzowsko Ribbentrop dla porozumienia się z Moskwą, które nie szło na naszą korzyść. A jednak ostatecznym wynikiem polityki i działań wojennych niemieckich stała się klęska. Bo nawet wobec neutralnego i lojalnie dotrzymującego paktu nieagresji Związku Republik Radzieckich nie potrafił Hitler nie dać upustu swej zaborczości. Kto innym chce tylko zabierać, a niczego nie chce dawać - kończy zawsze fatalnie, choćby był tak potężny, jak było na początku nowych wieków królestwo hiszpańskie, "w którego granicach słońce nigdy nie zachodziło", bo miało swe posiadłości na obu półkulach, a na przełomie XVIII i XIX wieku imperium Napoleona. Tym mniej wolno mniejszym narodom kierować się w stosunkach swych do innych narodów jedynie dążeniem do własnych jak największych z tych stosunków korzyści, by jak najwięcej uzyskać samemu, a jak najmniej w zamian dać! Należymy nie do najmniejszych, ale I nie do wielkich narodów. Nie możemy mieć ambicji mocarstwowych, ale nie możemy też zrzec się wszelkich samoistnych dążeń na terenie międzynarodowym, by biernie się tylko dostosowywać do każdorazowej politycznej w świecie koniunktury. I nie możemy też mieć zbyt małych dążeń, ograniczać ich do obrony jedynie naszych bezpośrednich interesów w każdej sytuacji, jaka wytwarzać się bidzie naokoło nas.

Kto chce jednak być współtwórcą życia międzynarodowego, czynną jego ewolucji siłą - musi mieć własny tego życia ideał i mieć ambicję dania z siebie jak najwięcej do jego realizacji.

Nasza myśl dziejowa musi być drogowskazem nie tylko własnego naszego postępu, ale i dążeń naszych ku lepszej przyszłości ludzkości, będąc własną naszą myślą narodowa, musi być równocześnie myślą o wszechludzkim zasięgu, trafiać do przekonania sumień możliwie jak największej ilości narodów.

Ale takiej myśli dziejowej narodu nie wytworzy zimna tylko rachuba zysków i strat, jakie dać nam mogą takie czy inne nasze programy polityki międzynarodowej. Stworzyć ją może tylko silna, wielka ambicja zbiorowa narodu zajęcia poczesnego w ludzkości stanowiska przez jak największy swój wkład w udoskonalenie jej życia międzynarodowego.

Aby ambicja taka nie była pustym tylko frazesem, jakim było choćby sanacyjne przechwalanie się mocarstwową potęgą, musi ona mieć w swej podstawie silne i jasne w kierowniczych kołach narodu, a zarazem znajdujące mocny oddźwięk w najszerszych warstwach społeczeństwa, poczucie specjalnych zadań, szczególnego powołania, nie waham się nawet powiedzieć - misji historycznej, jaką ma naród nasz i państwo nasze do spełnienia w dziejach ludzkości, a co najmniej naszej części świata.

Tak misja historyczna. Niech nas nie straszy to słowo wspomnieniem mesjanizmu romantycznego doby nasamprzód Mickiewicza i Słowackiego, a następnie przedpowstaniowych manifestacji patriotycznych 1861 i 1862 r. Wyrządził nam ten mesjanizm romantyczny wiele realnych szkód, ale zarazem schronił od największego zła, jakim było załamanie się w Królestwie Kongresowym wszelkiego idealizmu po upadku rewolucji listopadowej. I w żadnym razie nie było złem w mesjanizmie naszym połowy ubiegłego stulecia, że budził w nas przeświadczenie, iż mimo poniesionych klęsk i dążącej nad nami niewoli - Polska ma do dania z siebie cenne wartości i za ten swój wkład do cywilizacji wszechludzkiej odzyska utraconą niepodległość. Złe było w nim tylko przecenianie tego naszego wkładu i roli czynników ideowych w ówczesnym świecie a nie docenianie znaczenia w nim sił materialnych. Zasadnicza bowiem myśl Mickiewicza, że przywrócona będzie Polska niepodległa za to, co naród polski niezłomnością i szlachetnością swego ducha wniesie do moralnej atmosfery świata - nie była nierealną. Jako jeden z kierowników proalianckiej polityki naszej w czasie pierwszej wojny światowej i członek Komitetu Narodowego w Paryżu, a jasnego przez zwycięskie nad Niemcami i monarchią austro -węgierską państwa sprzymierzone za jedyną legalną reprezentację Polski na kongresie pokojowym, stwierdzam z cała stanowczością: argumenty nasze na rzecz przywrócenia Polsce niepodległości nie dlatego trafiły do przekonania kierownikom polityki Stanów Zjednoczonych i Francji oraz Wielkiej Brytanii, żeby były szczególnie dobrze skonstruowane, ale ponieważ naród nasz zdobył sobie na przełomie XIX i XX wieku swą twórczością naukową, literacką, artystyczna, uczciwością i pracowitością, a zarazem głębokim patriotyzmem robotników polskich emigrujących za zarobkiem do Fracji, Belgii, Danii, Ameryki - poważny u większości narodów zachodnich szacunek.

Gorszące i śmieszne były późniejsze spory wśród stronnictw naszych, kto przywrócił Polsce niepodległość: Piłsudski czy Dmowski. Odzyskanie niepodległości nie było dziełem samych tylko polityków. Było ono nie w mniejszej, a może większej jeszcze mierze dziełem tych wszystkich, którzy wytwarzali dobrą o Polsce opinię świata, poczynając od Matejki i Siemiradzkiego, Sienkiewicza, Skłodowskiej-Curie. Paderewskiego aż do polskich robotników u Forda. Niestety, rządy sanacyjne podważyły silnie szacunek narodów zachodnich dla imienia polskiego. Ale przywróciło go w pełni bohaterstwo naszych lotników, marynarzy, żołnierzy naszych spod Narwiku, z Tobruku. Monte Cassino, z pól Normandii, z frontu wschodniego u boku armii czerwonych, forsujących Odrę, zdobywających Berlin. Na uznanie przez prezydenta Trumana i ministra Bevina naszego prawa do odzyskania prastarych naszych dzielnic Piastowych z Wrocławiem i Szczecinem wpływała niemniej od poczucia słuszności takiej rekompensaty za odstąpione republikom radzieckim wschodnie nasze województwa - poważna ocena wkładu, jaki wniosło do zwycięstwa narodów sprzymierzonych obok wojska naszego- całe społeczeństwo polskie swą nieugiętą postawą wobec okupantów niemieckich.

Gdy sami nie jesteśmy dość silni, by własną mocą zapewnić sobie skuteczną przed wrogą napaścią obronę, musimy być światu potrzebni przez to, co mu z siebie cennego i dobrego dajemy.

Czy zawsze jednak będziemy mieli genialnych uczonych pisarzy i artystów? Opierać przyszłe nasze bezpieczeństwo na indywidualnych twórczości jednostek, zdobywających sobie, a wraz z tym i narodowi swemu uznanie cywilizowanego świata - byłoby zbyt ryzykownym. Trwałym na przyszłość zapewnieniem naszej niepodległości musi być zbiorowe, konsekwentne narodu wraz z kierownictwem naszej polityki państwowej dążenie, by Polska była naprawdę potrzebna światu przez swą cywilizacyjną w nim misję.

* * *

Zmieniła się droga naszej historii. Nie może też być nadal drogowskazem naszych dalszych dziejów żadna z przewodnich myśli politycznych Polski Jagiellońskiej. Nie możemy nadal widzieć naszej misji historycznej w obronie cywilizacji zachodniej przed grożącymi jej ze wschodu wrogimi siłami islamizmu czy prawosławia. Nie może nasza ambicja narodowo-państwowa sięgać od morza do morza, od ujścia Wisły po ujście Dniepru.

Wchodząc na nową drogę dziejową, jeśli chcemy dalszy jej bieg sami sobie wytyczyć, a nie iść tylko tam, gdzie nas wypadki popchną, czy też wola silniejszych sąsiadów skierowywać będzie - musimy wytworzyli sobie jasną, zrozumiałą przez całe społeczeństwo i trafiającą mu do przekonania nową myśl dziejową, wskazującą nowy kierunek naszej ambicji narodowej, wyznaczającą Polsce nowe do spełnienia w ludzkości zadania. Nie można jednak rozbudzić w masach społeczeństwa ambicji narodowej, jeśli nie odczuwa ono jej potrzeby.

Na szczęście jednak mylą się ci, którzy wyobrażają sobie, że nasze masy ludowe, w szczególności chłopskie, pragną tylko lepszego bytu materialnego i że na niczym im więcej, poza większymi rozmiarami ich gospodarstwie oraz usunięciem rozpiętości między cenami towarów rolniczych a przemysłowych serio nie zależy.

Ale już 50 lat temu powstaje w Galicji Stronnictwo Ludowe pod znakiem wyboru z kurii wiejskiej posłów chłopskich. I przez te 50 lat rosło w ludzie wiejskim najpierw w Galicji, ale następnie i w Królestwie, z dziesięciolecia na dziesięciolecie, coraz silniejsze poczucie własnej wartości i godności obywatelskiej. A rosło ono tym bardziej, im więcej ziemi folwarcznej przechodziło drogą dobrowolnej parcelacji w ręce chłopskie. Wraz z poczuciem przewagi zbiorowej swej siły gospodarczej nad wielką własnością - kształtowała się w ludzie wiejskim ambicja jak najsilniejszego wpływu na dalsze dzieje ziemi polskiej i narodu polskiego. Ta ambicja kazała coraz większym zastępom chłopów w początkach obecnego stulecia brać udział w bynajmniej nie stanowych, chłopskich, a ogólnonarodowych pracach Sokoła, Towarzystwa Szkoły Ludowej w Galicji, w pracach konspiracyjnych i walkach Ligi Narodowej w Królestwie.

Toteż w 1906 roku przy pierwszych wyborach parlamentarnych w zaborze rosyjskim wchodzi do Koła Polskiego Dumy kilku wybitnych działaczy chłopskich, z których głosem, szczególnie z głosem Nakoniecznego i Manterysa, Koło poważnie się liczyło. [2]

W Galicji w 1907 roku podczas pierwotnych powszechnych wyborów do parlamentu wiedeńskiego Stronnictwo Ludowe szło pod znakiem odrębnej frakcji parlamentarnej. Ale uzyskawszy znaczną ilość mandatów i poczuwszy się na siłach - niedługo potem uznało wyznawany przez wszystkie inne stronnictwa postulat solidarności narodowej w obliczu państwa zaborczego i złączyło się z Kołem Polskim. A gdy ster ruchu ludowego w Galicji przeszedł od Stapińskiego do Witosa - myśl o Polsce i ambicja narodowa poczęła się w świadomości mas chłopskich łączyć coraz bardziej w jedną harmonijną całość z myślą o doli chłopskiej i ambicją stanową zajęcia równego w życiu społeczno - politycznym stanowiska z przodującymi w nim do tej pory warstwami większych właścicieli ziemskich oraz zamożnego mieszczaństwa. Po odzyskaniu niepodległości ambicja ta poszła jeszcze wyżej. Znalazła ona swój najsilniejszy wyraz nasamprzód w premierostwie chłopa Witosa w dniach największego niebezpieczeństwa, jakie zawisło nad odrodzonym po stuletniej przeszło niewoli państwem polskim - a następnie w strajku chłopskim bynajmniej nie ekonomicznym, lecz czysto politycznym, którego celem było nie uzyskanie gospodarczych jakichś dla chłopów korzyści - ale przywrócenie całemu narodowi zniszczonej przez rządy sanacyjne praworządności i podeptanych przez rządy te swobód obywatelskich.

Dziś szczególnie, po doświadczeniach okupacji niemieckiej, ogół chłopów o wiele bardziej ceni sobie swą godność obywatelską od lepszego kawałka chleba. Tego ostatniego od nikogo nie wyczekuje - bo ma silną ambicję j zdobywać samemu własną inicjatywą i pracą lepszą dla siebie i swych dzieci przyszłość gospodarczą i kulturalną; byle mu w tym biurokracja państwowa nie przeszkadzała. Żywiołowy od paru dziesięcioleci pęd ku górze mas chłopskich, coraz szybsze doskonalenie się ich gospodarki, stałe podnoszenie się poziomu wykształcenia młodzieży wiejskiej, coraz większy napływ synów chłopskich do szeregów inteligencji zawodowej - stanowi dziś główny czynnik postępu naszej nowoczesnej kultury demokratycznej. A kultura ta nie pomniejsza, ale potęguje naszą ambicję narodową właśnie dlatego, że przodujące dziś w Polsce miejsce zdobywa sobie warstwa rosnąca od paru pokoleń w siłę oraz znaczenie i nieustająca w swym dążeniu do coraz lepszej przyszłości.

Również w klasie robotniczej ambicje klasowe rozrastały się tym silniej w ambicje narodowo-państwowe, im większy uzyskiwała ona wpływ na życie polityczne Polski. Byłem na przełomie osiemdziesiątych i dziewięćdziesiątych lat ub. wieku jednym z promotorów robotniczego ruchu socjalistycznego w zaborze rosyjskim i pruskim, a po części i austriackim. Z bezpośrednich obserwacji stwierdzam: pierwsza polska partia socjalistyczna "Proletariat" głosiła obok rewolucji społecznej dla przebudowy ustroju społecznego polityczną również rewolucję dla obalenia caratu; nie tylko jednak o niepodległości Polski, ale nawet o jakiejś autonomii Królestwa nikt z proletariatczyków nie myślał. Druga z kolei polska partia socjalistyczna w zaborze rosyjskim, "Związek Robotniczy" uważając, że walkę z caratem można skutecznie prowadzić tylko w jego stolicy, Petersburgu, a może jeszcze i w Moskwie, ale nie w Warszawie - ograniczał się do rozwoju wśród robotników świadomości klasowej i organizowania ich walki o lepsze warunki pracy. W zaborze pruskim polskie organizacje socjalistyczne wchodziły w skład Socjalnej Demokracji niemieckiej. W Galicji miały one większą autonomię, wiedeńska centrala Austriackiej Partii Socjalno-Demokratycznej nie mieszała się do taktyki towarzyszy galicyjskich, niewiele się zresztą o nich troszcząc, ale i w Krakowie i we Lwowie uznawana była bez zastrzeżeń zasada jednolitości dążeń i działań politycznych i społecznych całego ruchu robotniczego cesarstwa austriackiego.

Jednakże wśród robotników warszawskich było dość dużo takich, w których rodzinach żywe jeszcze były na przełomie 9. i 10. dziesięciolecia, przeszłego wieku tradycje manifestacji patriotycznych 1861 i 1862 roku oraz powstania 1863 i 1864 r. Kilkakrotnie na zebraniach konspiracyjnych związków zawodowych, na których mówiłem jedynie o zagadnieniach walki klasowej, spotkałem się z krytyczną uwagą, że póki będą Polską rządzić władze rosyjskie, nie będzie w niej żadnej wolności, a więc i wolności zrzeszania się robotników, konspiracyjne zaś związki zawodowe będą zawsze słabiutkie. Tak było wszakże tylko w Warszawie i to raczej wśród robotników mniejszych zakładów przemysłowych: stolarskich, garbarskich, białoskórniczych. W wielkich zaś fabrykach, szczególnie tkackich fabrykach Łodzi i Żyrardowa, hutach Sosnowca i Dąbrowy, metalurgicznych Częstochowy - ogół robotników składał się ze świeżego stosunkowo napływu małorolnych i nie miał żadnej politycznej tradycji, ani orientacji.

W 1891 r. redagowałem wydawaną w Berlinie dla robotników polskich socjalno- demokratyczną "Gazetę Robotniczą". Pomimo że była ona organem Socjalnej Demokracji Rzeszy Niemieckiej, ogłosiłem w niej cykl artykułów, propagujących wprowadzenie do polskiego programu socjalistycznego postulatu niepodległości Polski i uzyskałem zgodę na to nie tylko stowarzyszeń polskich robotników-socjalistów w Berlinie, w Westfalii, w Poznaniu i Bytomiu, ale również centralnego zarządu Socjalnej Demokracji niemieckiej [5] Wkrótce zajął podobne stanowisko wydawany w Londynie przez Mendelsona i Jodkę-Narkiewicza miesięcznik "Przedświt" , oraz wypowiedział się w tymże sensie w Galicji Daszyński Jesienią 1892 r. w Paryżu, na zjeździe przedstawicieli i kierowników szeregu krajowych i emigracyjnych organizacji socjalistycznych został założony "Związek Zagraniczny Socjalistów Polskicn", który już po roku zorganizował w Królestwie Polską Partie Socjalistyczną z programem, łączącym z walką o lepszy ustrój społeczny walkę i o niepodległość Polski.

Część jednak studiującej na uniwersytetach zagranicznych młodzieży z Różą Luksemburg i Juliuszem Marchlewskim na czele wystąpiła z namiętną walką przeciwko "socjal-patriotyzmowi" i założyła na terenie Królestwa ostro przeciwstawiającą się P.P.S. - "Socjalną Demokrację Królestwa Polskiego i Litwy" W 1893 r. na międzynarodowym kongresie socjalistycznym w Zurychu wystąpiła po raz pierwszy jednolita z trzech zaborów delegacja polska. Zgłoszony przeciwko niej protest Róży Luksemburg, która domagała się, by polscy delegaci socjalistyczni rozdzielili się i weszli do delegacji trzech państw, z których terytoriów pochodzą, został przez olbrzymią większość kongresu odrzucony. To wzmogło znakomicie wpływy P.P.S. wśród polskiej inteligencji socjalistycznej oraz bardziej polityczne wyrobionych - bo od dawna korzystających ze swobód konstytucyjnych, rzesz robotniczych zaboru pruskiego i austriackiego. Ale w zaborze rosyjskim wahał się ciągle stosunek sił między P.P.S. a S D "socjalpatriotami" a "socjalugodowcami".

W czasie wojny japońskiej, gdy w całej Rosji rozpoczęły się wrzenia rewolucyjne skierowane bardziej jeszcze przeciwko samowładnej monarchii i policyjnemu systemowi jej rządów niż ku poprawie warunków pracy, nie tylko S.D. całkowicie się w Królestwie z tym ogólnorosyjskim ruchem zespoliła, lecz i większość P.P.S. wypowiedziała się za nie rozbijaniem jedności walki robotniczej przeciwko caratowi przez wysuwanie nadal postulatu niepodległości Polski Wobec tego Piłsudski opuścił PPS. i założył w Krakowie. Frakcję Rewolucyjną Polskiej Partii Socjalistycznej", na razie złożoną z kilkudziesięciu zaledwo osób. Gdy wszakże w 1907 r, Stołypin stłumił ruch rewolucyjny w Rosji, ruch ten stracił swą siłę atrakcyjną w masach robotniczych Królestwa. Wraz z tym zaczęły brać wśród nich górę z powrotem wpływy PPS, a w niej samej - wpływy Piłsudskiego. Gdy zaś w 1912 r, stało się widoczne, że zbliża się wielka wojna, w której rozstrzygać się będą losy Polski - ogół robotników i w Galicji i w Królestwie darzył największą sympatią i zaufaniem tych, co zapowiadali w wyniku wojny wyzwolenie Polski spod niewoli rosyjskiej.

Mozolnie, w ostrych, dramatycznych nieraz walkach ideowych kształtowała się myśl narodowo-państwowa warstwy robotniczej. Ale już w przededniu pierwszej wojny światowej ambicje jej wyszły daleko poza szranki dążenia do lepszej tylko skali życiowej i większego udziału w dochodzie narodowym. Bez żadnego przymusu tysiące robotników zaciągały się do wojskowych formacji polskich, gdzie jakiekolwiek się tworzyły: i do legionów Piłsudskiego, i do korpusu Dowbora, i do armii Hallera. Do pierwszego zaś i drugiego sejmu Rzeczpospolitej robotnicy wybierali wyłącznie niemal pepesowskich "socjalistów". W sprawie walki o odzyskanie utraconych podczas rozbiorów wschodnich prowincji byli oni bardziej nawet bojowi i romantyczni od "endeków". Z porównania stanu umysłów w Polsce sprzed 60 laty z tym, co jest w niej dzisiaj, wynika niewątpliwie ta nadzwyczaj krzepiąca nas prawda, że w warstwach ludowych, obejmujących dziś ster naszej polityki państwowej, silniejsza i większa jest bodaj ambicja narodowa, niż była w popowstaniowej generacji naszej inteligencji. Nie mamy więc co się obawiać ustania na naszej drodze dziejowej z powodu braku w narodzie naszym silnych dążeń. Chodzi tylko o to, by szły one w należytym kierunku.

Ku czemu ma więc zmierzać obecnie nasza ambicja narodowa, jaką wyznaczamy sobie rolę w postępie wszech ludzkiej cywilizacji, do jakiego mamy się poczuwać dziejowego posłannictwa?

* * *

Jedno jest niewątpliwe: Polska nie ma nic do zyskania natomiast wiele do utracenia w nowej zawierusze wojennej. Nie może więc być w rozpoczynającym się nowym okresie naszych dziejów najwyższą naszą ambicją narodową chwała orężna. Raczej powinniśmy chcieć stać się cennym dla całego świata, a przede wszystkim dla naszego kontynentu, czynnikiem trwałego pokoju. Nie znaczy to jednak, bynajmniej, byśmy mieli przestać dbać o naszą siłę militarną, o należyte wyszkolenie uzbrojenie naszego wojska, o kształtowanie w młodzieży naszej ducha gotowości do śmiałej, ofiarnej, w razie potrzeby, bohaterskiej walki nie tylko o własną ojczyzną, lecz i o ideały wszechludzkie. Póki istnieją narody żądne podbojów - a niewątpliwie nie zmieni się pod tym względem mentalność niemiecka ani w dorastającym dziś, ani w przyszłym jeszcze pokoleniu jedynym skutecznym zabezpieczeniem powszechnego pokoju jest gotowość do walki zbrojnej przeciwko tym, co by go zamierzali naruszyć! Musi więc pozostać nadal, jako jeden z czynników naszego wychowania narodowego kult bohaterstwa. I musi pozostawać też nadal jednym ze wskazań naszej ambicji narodowej - byśmy utrzymali nie pomniejszone w opinii świata zdobyta w tej wojnie chlubne uznanie bohaterstwa nie tylko naszych wojsk, ale i ludności, walczącej nieustraszenie przeciwko okupantom niemieckim [6]

Ale wraz z kultem bohaterstwa musimy wykształcić sobie instynktowną wręcz odrazę do wojny niesprawiedliwej, zaborczej, czy wszczynanej dla błahych powodów, dla zaspokojenia jedynie prestiżowych urojeń lub drugorzędnych interesów. Musi młodzież nasza umieć należycie odróżniać zasługujące na szacunek i podziw bohaterstwo obrońców życia i mienia współobywateli, walczących odważnie przeciwko o wiele silniejszej bandzie rabusiów, od wściekłej odwagi gangsterów. Działalność bejowa jest cnotą tylko wtedy, gdy służy dobrej sprawie. I ambicją naszą narodową powinno być posiadanie dobrej w świecie sławy, dzielnych bojowników w dobrej zawsze sprawy, przede wszystkim sprawy trwałego, sprawiedliwego pokoju.

Na tym się ona jednak kończyć mc może. Trzeba by Niemcy wiedziały, że Polska całą swoją siłą orężną stanie zawsze do watki przeciwko nim, jeśli tylko zechcą znowu zaatakować któregokolwiek ze swych sąsiadów. Ale ważniejsze jest jeszcze, by nie próbowały one nawet rozpoczęcia nowej wojny, wiedząc, żeby ją niechybnie przegrały po raz trzeci. Czy nie wystarczy jednak dla tego prawidłowe funkcjonowanie Organizacji Narodów Zjednoczonych, w szczególności jej Rady Bezpieczeństwa?

Zapewne - nie rozpoczną Niemcy kroków zaczepnych przeciwko któremukolwiek z narodów zjednoczonych, dopóki narody te będą naprawdę zjednoczone a nie zwaśnione. Nie ma dziś jednak doskonałej między nimi harmonii. W wielu sprawach dużej międzynarodowej doniosłość: występują na jaw zasadnicze różnice pogląd i dążeń między państwami zachodnimi a wschodnimi, w szczególności między Wielką Brytania i Stanami Zjednoczonymi a Związkiem Socjalistycznych Radzieckich Republik. Gdyby, nie daj Boże, powstające na tym tle dyplomatyczne konflikty miały doprowadzić do orężnego starcia - zjawi się natychmiast na terenie wałki wojsko niemieckie. Nie ma dziś chyba w Polsce żadnej poważnej grupy politycznej, która by nie rozumiała, iż choć bliższa jest nasza kulturalna łączność z zachodem niż ze wschodem Europy - miejsce Polski będzie zawsze przeciwko Niemcom, a więc i po stronie Związku Radzieckiego. Musimy to wyraźnie i głośno mówić, by wiedziano nie tylko w Moskwie, ale i w Londynie, i w Paryżu, i w Waszyngtonie, że taka jest nieodwołalna decyzja olbrzymiej większości narodu polskiego, skupiającej się około 6. naczelnych stronnictw Polskiej Partii Robotniczej, Polskiej Partii Socjalistycznej, Polskiego Stronnictwa Ludowego, Partii Pracy, Stronnictwa Demokratycznego i Stronnictwa Ludowego. Bez względu wszakże na to, kto by wojnę wygrał[7] nowa wojna byłaby katastrofą cywilizacji całej białej rasy. A Polska byłaby jednym z najciężej katastrofą tą dotkniętych krajów.

Więc obecnie najważniejszym ze wszystkiego jest, by nie doszło do zbyt ostrego ani zbyt przewlekłego konfliktu między światem anglosaskim a ZSRR. I powinno się stać szczególną naszą ambicją byśmy nie byli nigdy przegrodą, ale byli zawsze łącznikiem między naszym wielkim wschodnim sojusznikiem i równie wielkimi naszymi zachodnimi sojusznikami z czasów wojny. Skończyła się bezpowrotnie rola jaką niegdyś spełnialiśmy najbardziej na wschód wysuniętej strażnicy cywilizacji zachodniej ale nie po to, byśmy mieli się znów stać najbardziej na zachód wysuniętą awangardą cywilizacji wschodniej. Nie możemy stać frontem ani przeciwko wschodowi ani przeciwko zachodowi. Ale też nie możemy między wschodnią a zachodnią Europą lawirować - jak tego próbował Piłsudski. Lawirowaniem takim wzbudzilibyśmy tylko uzasadnioną do nas nieufność, zarówno ZSRR jak i wielkich demokracji zachodnich. Raz już zemściło się to na nas straszliwie. Usilnym staraniem naszej polityki międzynarodowej powinno być zyskanie powszechnego zaufania do Polski, jako do uczciwego i rozumnego pośrednika, który szuka zawsze sprawiedliwego kompromisu, uwzględniającego w równej mierze żywotne interesy, spierających się stron. Jesteśmy bardziej do tego powołani od wielu innych. Bo z Rosją. Ukrainą i Białorusią radziecką łączy nas bliskie pokrewieństwo językowe i płynące ze wspólnego słowiańskiego pochodzenia etnicznego podobieństwo obyczajowe i kultury uczuciowej. A i zachodnimi demokracjami łączy nas łacińska cywilizacja i liczny szereg wspólnych przeżyć dziejowych, poczynając od wypraw krzyżowych po ogólnoeuropejską rewolucję 1848 r. [8].

Ludzkość dąży do jednego państwa światowego nie tylko dlatego, że wszelkie odległości maleją i że lądowe granice państw tracą na znaczeniu wobec faktu, że decydujące walki rozstrzygałyby się w przyszłych wojnach w powietrzu - ale również przez rosnące we wszystkich narodach kultury chrześcijańskiej poczucie solidarności wszechludzkiej. Przeżywamy obecnie niezwykłe ciekawy pod tym względem moment. Niewiele było w historii równie straszliwych wyładowań pychy i nienawiści rasowej i narodowej - jak morderczy szał hitlerowskich Niemiec na któryśmy tak niedawno patrzyli. Ale nie było bodaj nigdy jeszcze w dziejach ludzkości takiej też gotowości jednych narodów do pomagania innym, ograniczając w tym celu własną konsumpcję, jak to, na co patrzymy dzisiaj. Olbrzymia działalność humanitarna UNRRA, budowane przez Szwedów w Otwocku sanatorium, setki dzieci naszych zapraszanych na kuracyjno-odżywcze wyjazdy do Szwajcarii, Danii_ Dokonywa się głęboki przełom w poczuciu narodowym.

W czasie wojny osiągną najwyższe swe szczyty pełen nienawiści do obcych egoizm narodowy - i to nie tylko w Niemczech. Bo każda nienawiść budzi reakcję odwetowych również nienawiści: kto z nas nie odczuwał radości na wieść o tym, jak gruntownie eskadry amerykańskich i brytyjskich bombowców niszczyły miasta niemieckie, jak armie czerwone zaścielały dziesiątkami tysięcy trupów niemieckich pola walk. Ale, dzięki Bogu, nie pomogły nic Niemcom ich zbrodnie, które miały im zapewnić panowanie nad światem; spotkała je zasłużona klęska. I obie doktryny: faszystowska i narodowo-socjalistyczna, głoszące nienawiść narodową za najwyższą cnotę obywatelską, zbankrutowały sromotnie. I na tle tego ich bankructwa bierze górę patriotyzm, łączący miłość ojczyzny z pragnieniem nie wyzysku innych narodów, lecz zgodnej z nimi współpracy, dobro i szczęście własnego narodu z dobrem i szczęściem ludzkości. Był czas, u początku wieków średnich, kiedy największą dumą poszczególnych miast i baronii było pobić i złupić sąsiednie miasto czy ziemię. Przyszedł potem okres konsolidowania się nowoczesnych państw narodowych w którym poszczególne miasta i prowincje współzawodniczyły raczej usługami, jaki królowi i państwu oddawały. I wtedy dopiero ustały wojny panów feudalnych między sobą. Podobnie ustaną raz na zawsze wojny między państwami i narodami - gdy złączą się one w jedną federację światową. Wchodzą wszystkie narody, cała ludzkość - na drogę wiodącą do takiej federacji. Ale to długa jeszcze i wielu niebezpiecznymi przeszkodami najeżona droga. I bez dużego wysiłku ze strony tych, co chcą pokojowej współpracy wszystkich ludzi bez względu na ich rasę, narodowość, wyznanie religijne - nie osiągnie się celu tej drogi, nie ustaną egoizmy narodowe i wynikające z nich walki zbrojne.

Chlubiliśmy się zawsze udziałem naszym w walkach o wolność, w wojnie o niepodległość Stanów Zjednoczonych, w berlińskiej, wiedeńskiej, badeńskiej, lombardzkiej, węgierskiej rewolucji 1848 roku, w walkach " wolnych strzelców" francuskicj przeciwko armiom pruskim w 1870 roku w Komunie Paryskiej 1871 roku w rosyjskiej "Narodnej woli"_ I nie należy nam dziś tradycji tej porzucać. Jeno ambicją naszą będzie nadal uznanie zyskiwane dla imienia polskiego nie w rewolucyjnych walkach zbrojnych o wolność ludów, ale w twórczych międzynarodowych pracach cywilizacyjnych, umacniających poczucie wszechludzkiej solidarności, której celem jest by życie każdego człowieka na kuli ziemskiej, a nie tylko we własnym kraju, stawało się lepsze.

W najbliższych kilku latach będziemy musieli, niestety raczej otrzymywać pomoc od bogatszych, mniej boleśnie od nas dotkniętych zniszczeniem wojennym narodów. Ale już dziś powinniśmy kształcić w młodym pokoleniu naszym szlachetną ambicję, by Polska, gdy tylko odbuduję swoje siły wytwórcze, wnosiła do postępu powszechnego w świecie dobrobytu niemniej, niż z niego korzystać będzie. Musimy ściśle zespalać nasze dążenia do własnego gospodarczego i cywilizacyjnego postępu z dążeniem do realizacji wszechludzkich ideałów.

Jeden i największych naszych myślicieli społecznych Fryderyk Skarbek, profesor ekonomii politycznej na uniwersytecie warszawskim między 1820 a 1830 r , tak określał istotę solidarności narodowej: "Dążenie do własnego doskonalenia się przez doskonalenie społeczności". Parafrazując to powiedzenie, możemy sformułować sobie treść naszego nowego, wiodącego nas na nową dziejowa drogę patriotyzmu: "Doskonalenie życia własnego narodu przez doskonalenie życia ludzkości" Bo naprawdę nie będzie doskonalić się życie ludzi w Polsce, nie ustanie w niej strach przed niewiadomym jutrem, nie zapanuje w niej rzeczywista demokracja i moralność chrześcijańska zarówno publicznego jak i prywatnego życia - dopóki nie ustanie w całej ludzkości strach przed nowymi w przyszłości katastrofami wojennymi, póki nie ustali się demokratyczny porządek międzynarodowy, oparty na równych prawach wszystkich narodów, wielkich i małych, póki pojęcie bliźniego nie obejmie sobą wszystkich ludzi, bezwzględu na to, jaki mają kolor skóry, jakim mówią językiem, w jakim żyją ustroju społecznym i politycznym.

Nowa drogę dziejowa, na którą obecnie wchodzimy, może i powinna doprowadzić Polskę do lepszej od posiadanej dotychczas pozycji międzynarodowej i do zrównania z zachodnio-europejskimi narodami poziomu naszego życia kulturalnego i dochodu społecznego. Ale żeby dojść do tego, wieść nas musi wielka ambicja narodowa o zasięgu wszechludzkim.

Czas ciasnych nacjonalizmów, dla których najwyższym prawem jest dobro własnego narodu, skończył się. Trzeba uznać, że najwyższym prawem (suprema lex) jest dobro ludzkości. Czyżby więc należało od jutra traktować jednakowo wszystkie narody łącznia z Niemcami?

Broń Boże. Dobry Samarytanin z ewangelicznej przypowieści otacza opieką poranionego przez zbójców Żyda a nie bandytów, którzy go napadli Współczucie należy się ludziom i narodom dobrej woli, ale nie tym, co nastają na życie, mienie czy wolność współobywateli albo też innych narodów. Stosowanie represji i kar wobec zbrodniarzy nie jest sprzeczne z przykazaniem miłości bliźniego, ale wręcz nawet z niego wynika. Nie ma bowiem czynnej miłości bliźnich bez gotowości do obrony ich przed ludźmi złej woli. Niemcy, pomimo klęsk, poniesionej po raz wtóry w sprowokowanej przez nie wojnie, nie przestały być groźnym niebezpieczeństwem dla pokoju świata. Postanawia się wprawdzie zniszczenie ich przemysłu wojennego, by nie mogły idę na nowo uzbroić. Ale żyjemy w epoce energii atomowej, która zmieni gruntownie cała technikę wojenna. Mówi się też dużo o reedukacji Niemców, o zrobieniu z nich narodu pokojowego. Ale nie zmieni się w ciągu kilkudziesięciu lat odwiecznej psychologii narodu. Ludy zaś niemieckie od zarania swojej historii po dziś dzień były zawsze zaborcami cudzych ziem i ciemiężycielami obcych narodów, lubującymi się w mordach i grabieży.

Tylko jedno może powstrzymać Niemców od prób nowych wojen zaborczych - wytworzenie stojącej na straży pokoju tak wielkiej siły, by nikt z nich nie mógł wątpić, że porwawszy się na nią Niemcy zostaną ponownie pobite. Wtedy dopiero dojdzie naród niemiecki do przeświadczenia, że wojna jest kiepskim interesem i odechce mu się jej.

Siłą taką ma być Organizacja Narodów Zjednoczonych. Są w niej dziś jednak rozbieżności, które mogą zahamować skuteczne jej w razie potrzeby wystąpienie przeciwko Niemcom. Pomimo to Winston Churchill nie stoi dziś na czele polityki brytyjskiej, me można lekceważyć wpływu jego na opinią publiczną nie tylko angielską. A wypowiedzeń się jego wyraźnie wynika, te w swych planach równowagi sił w Europie bierze w rachubę. podobnie jak to czynił Lloyd George po pierwszej wojnie światowej, o wiele bardziej siłę Niemiec mi Polski. Powinniśmy czynić z naszej strony wszystko możliwe by Rada Bezpieczeństwa Narodów Zjednoczonych była naprawdę skutecznym zapewnianiem trwałego bezpieczeństwa świata przed wszelkim zaborczym imperializmem.

Powinno się słać naszą ambicją narodową, byśmy - jako naród słowiański o kulturze zachodniej łacińskiej uzyskali poczesne w opinii międzynarodowej miejsca uczciwego i skutecznego pośrednika między słowiańskim wschodem Europy a romańskim i anglosaskim zachodem europejsko-amerykańskim. Ale nie możemy wyobrażać sobie, te jesteśmy tak zręcznymi politykami i dyplomatami, iż pośrednictwo nasze, bynajmniej mała twe, odnosić, będzie zawsze dobry skutek. A nie mając pod tym względem pewności - nie możemy ograniczyć naszych starań o zabezpieczenie się przed nową agresją niemiecką do akcji naszej, choćby najrozumniejszej i najenergiczniejszej w Radzie Bezpieczeństwa i na plenum Organizacji Narodów Zjednoczonych. Musimy uczynić wszystko, co jest w naszej mocy, by na granicy Niemiec stała gotowa do wystąpienia w każdej chwili przeciwko ich zaborczości siła zbrojna dość potężna dla zadania im klęski, gdyby nawet miały one poparcie któregoś z mocarstw zachodnich.

Taką siłą będzie zjednoczony ścisłym sojuszem wojskowym i politycznym świat słowiański. Sojusz ten krystalizuje się naokoło Związku Socjalistycznych Republik. Odpowiednie umowy zawarły z nim wszystkie państwa słowiańskie: Polska, Czechosłowacja. Jugosławia, Bułgaria. Są te cztery państwa razem równe Niemcom swą siłą liczebną. A wespół ze Związkiem Radzieckim mają druzgoczącą nad mmi przewagą. Blok słowiański, gdy będzie naprawdę zwarty, wystarczy sam jeden, nawet bez reszty Narodów Zjednoczonych, dla zwycięskiego odparcia nowej wojennej imprezy niemieckiej. Ale niezbędnym warunkiem tego jest, by był rzeczywiście trwale zwarty. A trwałości sojuszów między państwami nie zapewniają dostatecznie same tylko umowy, zawierane przez ich rządy. Trwałe i skuteczne są sojusze państw tylko wtedy, gdy w podstawie swej mają solidarność narodów. Więc trzeba, by było w narodach słowiańskich poczucie zbiorowej ich solidarności. Dotychczas jednak narody słowiańskie częściej z sobą walczyły mi współdziałały. Jest dużo wspomnień przeróżnych krzywd wyrządzanych, przez Bułgarów Serbom i przez Serbów Bułgarom. Jest bodaj jeszcze więcej zadawnionych uraz między Polakami, Rosjanami i Ukraińcami. Nie były też zawsze najlepsze nasze stosunki z Czechami. [9]

Niemcy zaś zawsze umiały wyzyskać znakomicie w swum zaborczym parciu na wschód wszystkie, jakie istniały między państwami i narodami słowiańskimi waśnie i niechęci. Działo się tak już w X stuleciu i nie ustało aż do ostatnich czasów. Toć iście niemieckim produktem była ukraińska OUN (dziś zwana banderowcami) bardziej nienawidzącą Rosję i Polskę niż kochająca Ukrainę. I nie tylko polityczną intrygą osłabiały Niemcy czujność narodów słowiańskich na agresywne swe przeciwko nim zamiary. Niemniej niebezpieczne było przenikanie do narodów słowiańskich niemieckich wpływów ekonomicznych oraz niemieckich doktryn historiozoficznych, filozoficznych, prawno państwowych. Niosły one z sobą duchową zależność, po której przychodziła następnie zależność polityczna.

By położyć kres temu niebezpieczeństwu nie wystarczą najpiękniejsze przemowy na temat przyjaźni polsko-radzieckiej, czy polsko-jugosławiańskiej, czy też Serbów i Bułgarów między sobą a jednych i drugich z Rosją. By zanikła pamięć w masach społeczeństw słowiańskich o ich dawnych i bardzo nawet niedawnych między sobą walkach, którym nieraz towarzyszyła wzajemna nienawiść, gorsza nawet niż do Niemców - trzeba, by powstał nowy, silniejszy od samego tytko pokrewieństwa rasowego, a nawet od nakazów politycznego rozumu, łącznik ideowy, zespalający w pewnym określonym kierunku ich historyczne dążenia. I znów trzeba powiedzieć tego łącznika ideowego nie wytworzy literacka tylko propaganda. Musi się go wypracować konsekwentną w ciągu wielu lat cywilizacyjną o szerokim zasięgu, współpracą społeczeństw słowiańskich w imię wspólnego, wielkiego celu.

Co ma być jednak tym łącznikiem? Czy wspólna ideologia społeczno-gospodarcza, albo wspólne dążenia do realizacji pewnej doktryny prawno-pnństwowej? Nie - boć inna była przeszłość historyczna, inne zgoła są dziś potrzeby i dążenia zarówno ekonomiczne, jak i polityczne olbrzymiej większości Polaków niż Rosjan. Ustrój radziecki wytworzył o wiele większą, niż była za czasów carskich, potęgę państwa i wzmógł olbrzymio świadomość i dumę państwową mas ludowych. Stąd też płynęła przedziwna wręcz odporność ludów radzieckich na trwające przez pierwsze dwa lata niepowodzenia wojenne. Porażki, poniesione w stronie japońskiej, zachwiały były silnie w 1905 r Absolutyzmem cesarzy rosyjskich. A o wiele mniejsze niepowodzenia, raczej brakiem dostatecznych powodzeń będące, w 1916 r spowodowały takie niezadowolenie i zniecierpliwienie społeczeństwa rosyjskiego, iż wywróciło ono tron wraz z całym odwiecznym ustrojem państwowym Imperium Rosyjskiego. W drugiej wojnie światowej, im bardziej w głąb Rosji wrzynały się armie niemieckie, tym bardziej krzepła fanatyczna niemal w masach ludowych ZSRR wola zwycięzkiego odwetu.

Doświadczenie ostatniej wojny poucza wyraźnie, że najlepszym dziś dla Rosji ustrojem społecznym i politycznym jest istniejący tam ustrój radziecki z upaństwowieniem wszelkiej przedsiębiorczości i rządami jedne i tylko partii Ala nie byłby on dobry w Polsce. Próba rządów monopartyjnych spotka się w Polsce zawsze z niemniejszym oporem społeczeństwa niż ten, jaki stawiała olbrzymia większość narodu BBWR czy "Ozonowi". Nie dadzą też nigdy nasze masy chłopskie przyzwolenia na zmianę ich indywidualnej gospodarki na kołchoźną. I nie najgorzej zdaje dziś egzamin życiowy, nie mniejszą od przemysłu państwowego wykazuje żywotność, choć o wiele słabiej przez władze państwowe wspomagany, drobnym średni nasz przemysł.

Inny wiec będzie nadal ustroi ekonomiczny i polityczny Polski niż Związku Socjalistycznych Republik Rad, Prawdopodobnie też różnić się on będzie pod niejednym względem od i ustroju Czechosłowacji oraz Jugosławii i Bułgarii.

Ale nie podobieństwa i różnice ustroju wewnętrznego decydują o współdziałaniu czy też walce państw i narodów. W pierwszej wojnie światowej starły się z sobą trzy monarchie rosyjska, niemiecka oraz austro - węgierska a współdziałała z samowładnym caratem rosyjskim republikańska Francja. Byle żaden naród nie chciał narzucać drugiemu swego ustroju swej ideologii społecznej i politycznej - może istnieć doskonała współpraca nie tylko w zakresie polityki międzynarodowej, lecz również dążeń cywilizacyjnych, między społeczeństwami o różnych zupełnie urządzeniach ekonomicznych, różnej strukturze, społecznej i rożnym ustroju państwowym.

Mogą współpracujące przyjazne narody różnić się silnie trybem swego wewnętrznego życia. Ale musi być w nich jednak coś wspólnego. A jeśli dotychczas istniała między narodami tymi raczej waśń i nieufność, to żeby w przyszłości weszły one w stałą z sobą współpracę - trzeba, by zjawiło się jakieś nowe wspólne im uczucie i dążenie.

Otóż ostatnia wojna zrodziła we wszystkich narodach słowiańskich silne poczucie wspólnego im wszystkim niebezpieczeństwa zagrażającego, ze strony nieprzejednanie wrogiego do nich stosunku narodu niemieckiego, a nie tylko takiego czy innego rządu Niemiec.

W czasie pierwszej wojny światowej ogól i ludu i inteligencji rosyjskiej uważał za wroga państwo niemieckie, ale nie naród niemiecki. Gdy upadł carat, masy żołnierzy rosyjskich bratały się chętnie z żołnierzami niemieckimi i pod wpływem tego bratania się, zręcznie wyzyskiwanego przez dowództwo niemieckie, opuszczały front. Obecni każdy żołnierz radziecki wie, ta każdy Niemoc jest mu wrogiem. W czasie pierwszej wojny światowej walczyły u boku armii niemieckich legiony Piłsudskiego. Podczas ostatniej wojny żołnierze Polacy byli tylko po stronie tych, co przeciwko Niemcom walczyli. Po pierwszej wojnie światowej radziecka już Rosja zawierała w Rapallo z Rzeszą Niemiecką przymierze, a w 1939 r. - pakt nie agresji. I podobny pakt nieagresji zawarł był z Hitlerem znacznie wcześniej Piłsudski. Dziś żaden radziecki czy polski polityk pomyśleć nawal nie może o jakimś sojuszu czy pakcie przyjaźni z Niemcami.

To nowe, w czasie minionej wojny głęboko wkorzenione w świadomość wszystkich Słowian poczucie stałego niebezpieczeństwa grożącego im ze strony zaborczości niemieckiej bez względu na to, kto rządzi Niemcami i jaki jest ich ustrój społeczny i państwowy - stwarza o wiele silniejszy, niż był dotychczas, grunt dla bodowy uzupełniającego solidarną słowiańską politykę międzynarodową systemu szerokiej i owocnej współpracy narodów słowiańskich dla realizacji wspólnego ich cywilizacyjnego celu, wspólnej ich cywilizacyjnej ambicji.

Różne są ustroje państw słowianach różna jest psychika państw słowiańskich, wypływająca z ich przeszłości historycznej, różne są ich tradycje polityczne, społeczne, obyczajowe, różna jest ich religia i organizacja kościelna. Nie ma więc i nie będzie jednego dla wszystkich Słowian trybu, ani nawet ideału cywilizacyjnego ich życia. Każdy z narodów słowiańskich ma i chce mieć własną swą kulturę duchową i dba o zachowanie swych indywidualnych cech narodowych. Czynią to żyjący nawet w jednym ustroju społeczno-gospodarczym z Wielkorusami Ukraińcy i Białorusini.

Ale mając świadomość swej odrębności cywilizacyjnej od innych narodów słowiańskich, każdy naród słowiański miał zawsze instynktowne poczucie, że dzieli go coś o wiele silniejszego od Niemców. Wskazuje na to choćby sama nazwa słowiańska ludów germańskich: "Niemcy". Z innymi Słowianami było zawsze możliwe dogadanie ale nie z Germanami, bo nie sposób było zrozumieć ich dowiedzieć się czego naprawdę chcą, jak gdyby byli niemi. Było też stare nasze przysłowie: "Póki świat i światem nie będzie Niemiec Polakowi bratem" Natomiast na sztandarach wojsk naszych walczących w 1830 i 1831 r., przeciwko armiom rosyjskim widniał napis za naszą i waszą wolność", a już po upadku powstania listopadowego pisał Mickiewicz poetyckie posłanie "Do przyjaciół Moskali''. Nie znajdzie się zaś w naszej poezji ani jedne go zwrotu ,do przyjaciół Niemców", choć pomagaliśmy im nawet w ich rewolucjach skierowanych przeciwko absolutyzmowi monarszemu.

Pomimo instynktownego odczuwania przez ludy słowiańskie nie tylko obcości wszystkiego co niemieckie, ale i nieufności doń - trwało jednak przez wieki przenikanie do państw i krajów słowiańskich wpływów niemieckich napływ kolonistów niemieckich do miast i wsi polskich w XIII i XIV stuleciu, europeizowanie Rosji przez Piotra Wielkiego i jego następców na modłę niemiecką i przy pomocy Niemców, luksemburska a następnie habsburska dynastia na tronie czeskim, niemiecka również dynastia na tronie bułgarskim silne wpływy; filozofii hegliańskiej i na naszą i na rosyjską myśl filozoficzną w połowie XIX wieku, przodownictwo niemieckie w wielkokapitalistycznego przemysłu na terenie całego Imperium Rosyjskiego wraz z Królestwem Kongresowym oraz w Czechach, na Śląsku Cieszyńskim, w Słowenii po części nawet w Chorwacji i Serbii. bardziej atrakcyjna dla naszej młodzieży na przełomie XIX i XX wieku siła uniwersytetów niemieckich i nauki niemieckiej, szczególnie humanistycznej, niż uniwersytetów francuskich, angielskich i amerykańskich [10].

Te infiltracje wpływów niemieckich na życie i myśl społeczeństw słowiańskich doprowadziły do szeregu sojuszów politycznych z Niemcami. Od wojen napoleońskich po 1914 r trwał niezmiennie sojusz imperializmu rosyjskiego nasamprzód z Prusami a następnie z cesarstwem niemieckim. Czeskie pułki pod wodzą czeskiego magnata Windischgrätza w 1848 r. zdobywały dla cesarza austriackiego zrewolucjonizowany Wiedeń, którego obronie prze wodzili Polacy: Smolka i Bem. W 80 łatach ubiegłego wieku serbska dynastia Obrenowiczów czerpała wszystkie inspiracje z Wiednia. W czasie zaś poprzedniej wojny światowej infiltracje te podzieliły naród nasz na dwie "orientacje", z których jedna, pod przewodnictwem nie tylko Piłsudskiego, ale i Daszyńskiego. Thugutta, prof. Jaworskiego, prof. Leo. ks. Lubomirskiego, stojących na czele PPS, Wyzwolenia, konserwatystów k rak owak ich i galicyjskiego stronnictwa demokratycznego, wiązał i przyszłość Polski ze zwycięstwem Niemiec.

Po doświadczeniach ostatniej wojny nie ma dziś - jak już powiedziałem - żadnego polityka słowiańskiego, który by mógł myśleć o jakimś porozumieniu z Niemcami. Żeby jednak, ani jutro, ani pojutrze wobec nowej jakiejś zasadniczej zmiany koniunktury międzynarodowej myśl podobna nie mogła się w żadnym z państw słowiańskich pojawić, niezbędne jest ku temu postawienie trwałej prze grody przenikania niemieckich prądów kulturalnych do społeczeństw słowiańskich. Oczywiście nie zamierzam doradzać zakazu przywozu do krajów słowiańskich książek i czasopism niemieckich, ani też zerwania wszelkiej wymiany towarowej z Niemcami. Zakazy, bojkoty są zawsze zawodne. Trwałe i skuteczne zabezpieczenie świata słowiańskiego przed niemieckimi nań wpływami kulturalnymi i ideologicznymi dać może tylko pozytywna przeciwko wpływom tym, zbiorowym narodowa kontrakcja narodów słowiańskich i to kontrakcja sięgająca daleko poza granice własnych ich krajów na teren międzynarodowej współpracy cywilizacyjnej. Celem zaś tej kontrakcji ma być przewyższenie twórczości niemieckiej słowiańską twórczością kulturalną, postępem nauk, sztuk, piśmiennictw słowiańskich, rozwojem sił wytwórczych krajów słowiańskich oraz większy pożytek tych wszystkich prac i osiągnięć słowiańskich dla doskonalenia się życia innych narodów od tego co im mogą i chcą dawać Niemcy.

Trzeba rozwinąć zbiorową ambicję narodów słowiańskich przewyższenia jak najprędzej wkładu niemieckiego do postępu cywilizacji wszechludzkiej wkładem doń ku tur słowiańskich.

Powiedziałem poprzednio, że naszą ambicją narodową powinno być uzyskanie jak najbardziej poczesnego miejsca w ludzkości tym, co i siebie dla jej postępu cywilizacyjnego dawać będziemy. Postulat ten wymaga jednak uzupełnienia. Nasza ambicja narodowa musi być w rozpoczynającym się nowym okresie naszych dziejów ambicją równocześnie naszą własną i ogólnosłowiańską - osiągnięcia jak największego, większego od niemieckiego, wkładu cywilizacyjnej twórczości słowiańskiej do rozwoju kulturalnego świata.

Może jednak ktoś powie: jest to już nazbyt romantyczne "mierzenie sił na zamiary"; i my i wszystkie narody słowiańskie stały zawsze poniżej cywilizacyjnego poziomu Niemiec i swym dochodem społecznym, i swą produkcją naukową oraz artystyczną. Goethe ma dużo większą pozycję w literaturze europejskiej od Mickiewicza. My mieliśmy jednego Chopina o sławie światowe, Niemcy Mozarta i Schumana, Beethowena i Wagnera. Ale nieraz już w dziełach cywilizacji wyprzedzały jedne narody inne, poprzednio im przodujące. W drugiej połowie wieków średnich i w dobie odrodzenia pierwsze miejsce w Europie swym bogactwem i twą twórczością naukową i literacką zajmowały Włochy. Następnie bierze nad nimi górę Hiszpania, a później jeszcze Francja, Niderlandy i Anglia. W połowie zaś XIX wieku prześciga Francję wraz z Belgią i Holandią i zbliża się coraz bardziej do Anglii swą produkcją przemysłową, wpływem swych doktryn na myśl filozoficzną i moralno-społeczną świata - Rzesza Niemiecka.

mogli osiągnąć Niemcy w stosunku do Francji w drugiej połowie XIX stulecia, to możemy osiągnąć my wraz s resztą Słowian w stosunku do Niemiec w drugiej połowie XX wieku. Byleśmy tego naprawdę wszyscy Słowianie silnie chcieli. Liczne zwycięstwa nad armiami niemieckimi wojsk słowiańskich: rosyjskich, ukraińskich, białoruskich, polskich i jugosłowiańskich, zakończone całkowitym pogromem Niemiec, podniosły z pewnością we wszystkich społeczeństwach słowiańskich poczucie własnej ich siły i wartości. I wraz z tym ostaje tak bardzo rozpowszechnione do niedawna wśród Słowian poczucie cywilizacyjnej swej w porównaniu z Niemcami niższości. A gdy ustaje poczucie niższości, może się zjawić chęć i postanowienie uzyskania wyższości.

Oczywiście, musimy sami przede wszystkim wytworzyć w sobie, w całym naszym narodzie, zarówno wśród kół kierujących naszą twórczością cywilizacyjną, jak i w masach ludowych, stanowczą i silną wolę prześcignięcia Niemców za życia już obecnego młodego pokolenia. Bo nie tylko wojna jest dziś totalna. Totalny musi być obecnie i postęp cywilizacyjny. Na tle powszechnej biedy nie zakwitnie wielka praca naukowa ani twórczość artystyczna, gdy i dla pierwszej trzeba licznych, dobrze uposażonych laboratoriów, bibliotek, katedr uniwersyteckich, stanowisk docentów, asystentów. Skłodowska-Curie kochała bardzo Polskę, ale pracowała we Francji, bo w żadnym z polskich uniwersytetów nie miałaby takich jak w Paryżu urządzeń laboratoryjnych. Również nie będzie wielkiej sztuki w narodzie, w którym malarze rzeźbiarze, architekci nie spotkają się z dość silnym zapotrzebowaniem dzieł monumentalnych i muszą, by nie umierać z głodu, produkować jak najwięcej, jak najpośpieszniej marnie płatnej lichoty.

By wytworzyła się wśród naszych uczonych, artystów, rzeczywista, wyrażająca się w konsekwentnym dużym wysiłku pracy, a nie tylko górnolotnych frazesach, chęć przewyższenia niemieckiej twórczości kulturalnej, musi równocześnie wśród naszych chłopów rozwinąć, ambicja lepszego gospodarowania od chłopów niemieckich, z których metodami i wynikami pracy zaznajomili się dobrze w czasie wojny i w pierwszym roku osadnictwa naszego na ziemiach odzyskanych; musi nasza klasa robotnicza stanąć do wyścigu wydajności pracy z robotnikami niemieckimi; musi ogół naszych kierowników fabryk i kopalni państwowych oraz przedsiębiorstw prywatnych dużo i nieustannie uczyć się z doświadczeń innych narodów, aby organizacja pracy i technika produkcji mechanicznej w naszym przemyśle stała się lepszą od istniejącej w przemyśle niemieckim.

Wszyscy obserwatorzy zagraniczni stwierdzają dziś większą społeczeństwa naszego żywotność niż narodów zachodnich, które przeszły przez mniej od nas uciążliwą okupację niemiecką, tj. Duńczyków, Holendrów, Belgów, Francuzów. Trzeba tylko wskazać społeczeństwu naszemu większy od szybkiej odbudowy zniszczonego przez Niemców majątku cel jego wysiłków i ambicji, jakim będzie położenie raz na zawsze kresu zaborczości Niemców przez przewyższenie ich sił kulturalnych naszą kulturalną mocą, a żywotność wszystkich warstw naszego narodu jeszcze bardziej się wzmoże.

Od tego musimy zaczynać, ale nie możemy na tym kończyć. Nie wystarczy bowiem, byśmy sami chcieli przewyższyć Niemców cywilizacyjnym naszym postępem i udziałem naszym w postępie wszechludzkiej cywilizacji. Trzeba takiego samego zbiorowego dążenia wszystkich Słowian. Usilnym więc dążeniem w wszystkich tych, co przodują w postępie naszej nauki, literatury sztuki, naszego rolnictwa, przemysłu, handlu, naszej kultury społecznej, politycznej. naszego życia religijno-moralnego - powinno być przyczynianie się w jak najwyższym stopniu do powstania zbiorowej wszystkich narodów słowiańskich ambicji zajęcia wyższej od Niemców pozycji kulturalnej w cywilizowanym świecie i do wytworzenia się należycie działającego systemu stałej, solidarnej współpracy słowiańskiej dla osiągnięcia tego celu.

Wraz z przesunięciem się naszego terytorium narodowo - państwowego na zachód ku Odrze i Nysie Łużyckiej staje się znów naszą misją dziejową, jak to było za Chrobrego, tworzyć stałą i skuteczną zaporę niemieckiemu parciu na wschód. Zadaniem naszym jest być łącznikiem a nie przegrodą między wschodnia-słowiańską a zachodnio-romańską i anglosaską Europą; musimy natomiast być przegrodą między wschodnią a środkową Europą, między narodami słowiańskimi a Niemcami.