Rozdział III

Łatwo to powiedzieć: musimy przewyższyć Niemcy noszą siłą kulturalną i naszym wkładem do postępu cywilizacji wszechludzkiej. Ale jeśli nie ma to być buńczuczną jeno przechwałką, jeśli ma się to ziścić naprawdę, choćby pod koniec życia obecnie dorastającego pokolenia - to musimy przede wszystkim zdać sobie jasno sprawę z ogromu wysiłku, koniecznego dla osiągnięcia tego celu i na ten wysiłek stanowczo się zdecydować.

Społeczny dochód Niemiec przed wojną na głowę ludności był przeciętnie trzykrotnie większy niż u nas. Obecnie przez pewien przeciąg czasu będzie on niższy. Ale i nasz dochód społeczny silnie zmalał. W każdym więc razie - o ile zechcemy naprawdę zwiększyć naszą produkcję i podwyższyć skalę naszego życia kulturalnego ponad poziom wytwórczości Niemiec - musimy w ciągu trzech do czterech dziesięcioleci osiągnąć dochód społeczny trzykrotnie większy od posiadanego w 1939 r.

A tymczasem w ubiegłym dwudziestoleciu naszej niepodległości staliśmy na miejscu. Były wprawdzie okresy paru lat silniejszego ożywienia gospodarczego, ale był i szereg lat gospodarczego upadku. W ostatecznym wyniku nasz dochód społeczny, przypadający na głowę ludności. był w 1938 r. akurat taki tan jak w 1913 r., pomimo że wszędzie indziej, nie wyłączając Litwy i państw bałkańskich, podniósł się on co najmniej o kilka, przeważnie jednak o kilkadziesiąt procent.

Między pierwszą a drugą wojną światową byliśmy najbiedniejszym gospodarczo narodem w całej Europie. Żeby nie tylko doścignąć, ale i prześcignąć Niemcy na drodze postępu gospodarczego trzeba, byśmy się stali na przyszłość najaktywniejszym bodaj ekonomicznie narodem naszego kontynentu. Z narodu najbiedniejszego gospodarczo przemienić się za życia jednej generacji w naród gospodarczo najaktywniejszy! Na to trzeba całkowitego, od najgłębszych podstaw po najwyższe szczyty przeobrażenia całego dotychczasowego trybu naszego życia społecznego, kulturalnego, wraz z zamiłowaniami, ambicjami i ideałami młodzieży, zarówno kształcącej się w wyższych zakładach naukowych jak i pracującej na roli, w przedsiębiorstwach przemysłowych, handlowych i transportowych.

Z narodu czysto kontynentalnego, przeważnie rolniczego, musimy się przeobrazić w naród kontynentalno - morski, rolniczo - przemysłowo - handlowo - żeglarski, na podobieństwo Danii, Norwegii lub Szwecji.

Podobne przemiany miały miejsce w innych narodach, ale dokonywały się w ciągu wieków. A my musimy dokonać jej za życia jednej generacji i musimy od razu stworzyć takie tempo naszego postępu gospodarczego, w szczególności uprzemysłowienia kraju oraz rozwoju żeglugi i handlu zagranicznego, by już po kilkunastu latach było jasne, iż włączenie do Polski Dolnego Śląska, Pomorza Zachodniego i przeważnej części Prus Wschodnich w żadnym razie nie spowoduje obniżenia roli tych ziem w międzynarodowej współpracy gospodarczej, raczej ją po pewnym czasie zwiększy.

Nie osiągną jednak tak gruntownej przebudowy całego naszego ustroju społeczno-ekonomicznego i nie wydobędą ze społeczeństwa energii gospodarczej, której dotychczas brakowało, same tytko zarządzenie oraz organizacyjne prace władz paliwowych, choćby najrozumniejsze i najbardziej stanowcze, i nie osiągnie tego również sama tylko inicjatywa prywatna, choćby dla tego, te nie ma i me będzie miała u nas do dyspozycji dostatecznych po temu kapitałów.

Jeśli chcemy spełnić nasze zadania dziejowa, jakie nam narzuca nowo rozpoczynający się okres historii świata i nowa nasza pozycja geopolityczna, to musimy dokonać szybkiej i wielkiej przemiany społeczno-gospodarczej, dla której nie mamy dziś nigdzie w świecie odpowiedniego do naśladowania wzoru.

Bo gdy nie zamierzamy wprowadzać do Polski ustroju komunistycznego, to możemy co najwyżej czerpać niektóre cenne wskazówki z osiągnięć radzieckich pięciolatek. Zasadniczo jednak musi być odmienne planowanie gospodarcze państwa, którego znaczna większość ludności bierze udział w funkcjonowaniu przedsiębiorstw prywatnych, czy to w charakterze ich właścicieli lub współwłaścicieli, czy też w roli pracowników najemnych, niż państwa będącego wyłącznym właścicielem i dysponentem wszystkich sił wytwórczych kraju.

Ale też nie możemy naśladować wzorów polityki ekonomicznej krajów wielkokapitalistycznych, jak Stany Zjednoczone czy Wielka Brytania, a choćby Szwecja czy Szwajcaria. Nie ma bowiem w Polsce ani drobnej części tych, co są tam, kapitałów prywatnych, a co bodaj jeszcze ważniejsze - brak nam niemal zupełnie warstwy przedsiębiorczej, tak wielką dziś odgrywającej rolę w gospodarczym postępie krajów zachodnich, ludzi o dużej inicjatywie osobistej i dużym talencie organizacyjnym oraz dobrej, przekazanej im w znacznym stopniu przez poprzednie już pokolenia, znajomości rynków światowych.

Wiec musimy wytworzyć nasz własny, odmienny od tego co jest i na wschodzie, i na zachodzie [1], i zgoła rożny od tego, co było u nas przed wojną, ustrój społeczno-gospodarczy i system gospodarki pianowej.

Nie będzie to sprawą łatwą, nie wystarczy ku temu znacjonalizowanie przedsiębiorstw, mających wzwyż 50 robotników, z pozostawieniem mniejszych zakładów przemysłowych przedsiębiorczości prywatnej. Trzeba będzie jeszcze ustosunkować należycie rozmiar i tempo rozwoju przedsiębiorstw wielkich o wzwyż 500 robotnikach do przedsiębiorstw średnich o 50 - 500 robotnikach, a jednych i drugich przedsiębiorstw państwowych - do przedsiębiorstw spółdzielczych i komunalnych, jak również przedsiębiorstw, wytwarzających środki dalszej produkcji do przedsiębiorstw, zaspokajających bezpośrednie potrzeby konsumentów. Trzeba też będzie unormować współdziałanie i współzawodnictwo przedsiębiorstw prywatnych ze spółdzielczymi i państwowymi i kierunek oraz szybkość rozwoju tych pierwszych. Doniosłym też będzie zagadnieniem ustalenie optymalnych rozmiarów przedsiębiorstw w każdej gałęzi przemysłu itd.

Łudzi się mocno ten, kto wyobraża sobie, że to wszystko da się z góry dokładnie określić i przewidzieć. Będziemy musieli dużo eksperymentować, poprawiać dużo powziętych poprzednio zamiarów i planów, rozstrzygać dużo nowych problemów, wysuwanych przez sam rozwój życia. I dlatego konieczne będzie jak najżywsze i jak najwszechstronniejsze współdziałanie z władzami państwowymi nie tylko organizacji społecznych i naukowych instytutów badawczych, ale i wielu twórczych jednostek, zarówno ze świata handlowo-przemysłowego jak literacko- naukowego.

Ażeby to współdziałanie osiągnąć, trzeba, by wytworzyło się w szerokich warstwach społeczeństwa, a nade wszystko w kształcącej się i wchodzącej w praktyczne życie młodzieży, żywe zainteresowanie sprawami gospodarczego naszego postępu, o wiele silniejsze, niż to było dotychczas. Nie powinno przy tym zainteresowanie to ograniczać się do zagadnień naszej polityki ekonomicznej planowania gospodarczego przez władze państwowe. Bo wysoce dla nas niebezpieczne byłoby zbiurokratyzowanie naszej myśli i przedsiębiorczości ekonomicznej. Istniała ku tętnu nadmierna tendencja już przed wojną.

Ideałem życiowym olbrzymiej większości naszej młodzieży uniwersyteckiej i politechnicznej była dobra posada. Ażeby otrzymać dobrą posadę i utrzymać się na niej, więcej ku temu pomaga układność i trafne wyczuwanie intencji przełożonych, niż samodzielność myśli i twórcza inicjatywa. Ta ideologia posadowa dziewięciu dziesiątych naszej inteligencji niemało się przyczyniła do tej bierności gospodarczej naszego narodu i państwa, która sprawiła, że - jak to już powiedziałem - przeciętny nasz na głowę ludności dochód społeczny był w 1938 r. takt sam jak w 1913 r. Z ideologią tą trzeba stanowczo zerwać - trzeba wytworzyć w młodym naszym pokoleniu jak najsilniejszą ambicję twórczą, jako naczelny nakaz nowoczesnego naszego patriotyzmu, ambicję robienia własną inicjatywą i pracą czegoś nowego ku własnemu i narodu pożytkowi, a nie zostania czymś, jakąś większą czy mniejszą "figurą".

Znikło dwie trzecie naszej przedwojennej warstwy przedsiębiorczej, która składała się przeważnie z Żydów i Niemców. I pomimo nacjonalizacji większych, ponad 50 pracowników, przedsiębiorstw przemysłowych, rosnąć będzie zapotrzebowanie przedsiębiorczości prywatnej i wraz z tym rozszerzać się będzie pole samodzielnych karier życiowych dla młodych techników i handlowców oraz wszelkich w ogóle ludzi o gospodarczych talentach organizacyjnych. Jeno trzeba zupełnej zmiany panujących wśród naszej inteligencji pojęć o hierarchii społecznej.

Już na kilkanaście lat przed wojną inteligencja nasza składała się w większości z synów i córek chłopskich, rzemieślniczych, robotniczych, drobno-urzędniczych i drobno-kupieckich. Ale pomimo to żyła ona do ostatnich czasów wytworzoną w epoce szlacheckiego przede wszystkim pochodzenia pracowników umysłowych Kulturą o silnych tradycjach pańskich, jeno mocno zdegererowaną przy braku koniecznych dla pańskiego życia dochodów.

Jedną z podstawowych cech tej pseudo - szlacheckiej kultury było szacowanie łudzi nie według tego, jak pracują, dobrze czy ile, ale co robią, do jakiego należą zawodu, jakie zajmują stanowiska, przy czym w hierarchii zawodów i stanowisk najniżej stawiano wymagające pracy fizycznej i osobistego obsługiwania klienteli, a na najwyższym szczeblu umieszczano dające władzę.

Toteż niewielu było urzędników mających służebny a nie władczy do społeczeństwa stosunek. Kierownik poczty w najmniejszej mieścinie miał już najczęściej maniery "pana - władcy". A cóż dopiero naczelnik urzędu skarbowego, albo referent gospodarczy w starostwie! Doprawdy trudno było, patrząc na to, co się działo u nas, szczególnie w czasach sanacyjnych, odpowiedzieć należycie na pytanie, czy jest u nas krowa dla chłopa, czy tez i chłop i krowa są na równi dla władczych zarządzeń referenta hodowlanego!

A że inteligencja nasza składała się w dzielącym dwie wojny światowe dwudziestoleciu coraz bardziej z urzędników państwowych i samorządowych, więc w "dobrym towarzystwie" ledwo był tolerowany majster ślusarski czy szewski oraz kupiec obsługujący osobiście, wraz ze swymi pomocnikami, klientów - choćby jeden i drugi byli najzacniejszymi, ofiarnymi na cele publiczne ludźmi, jednocześnie doskonale prowadzącym swe przedsiębiorstwa; natomiast mile był widziany każdy najbardziej nawet niedołężny "pan dyrektor " albo "pan naczelnik.

Cóż dziwnego, że młodzież wychowująca się w takiej atmosferze nawet kończąca Główną Szkołę Handlową w Warszawie czy Akademie Handlu Zagranicznego we Lwowie, zamiast dążyć do własnych kiedyś przedsiębiorstw w tym celu doskonalić się praktycznie w Handlu prywatnym, szukała usilnie, przy pomocy wszelakiej protekcji, posad w bankach państwowych. komunalnych kasach oszczędności, Polminie, Ministerstwie Przemysłu i Handlu, urzędach wojewódzkich czy wreszcie izbach przemysłowo-handlowych.

Dziś dużo się pod tym wzglądem zmieniło na lepsze, choćby dlatego, że w latach wojny żadne w ognie stanowiska urzędowe nie były dla Polaków dostępne i że obecnie uposażenie większości "dyrektorów" i "naczelników" jest mniejsze od przeciętnego dochodu drobnego kupca detalicznego lub rękodzielnika, zatrudniającego w swym warsztacie paru ledwo czeladników. Od pierwszej chwili osadnictwa polskiego w miastach ziem odzyskanych, najliczniejszą tam warstwą, obok w urzędników państwowych i samorządowych, byli kupcy. W roku bieżącym rośnie też tam szybko liczba polskich rękodzielników. Trzeba jednak by pęd do własnej przedsiębiorczości handlowej i przemysłowej wynikał nie tytko z konieczności życiowej, ale z naczelnych zainteresowań i ambicji życiowych młodego pokolenia oraz jego ideologii narodowo - państwowej.

Demokracja jest dziś na ustach wszystkich. Ale demokracji nie stwarzają tylko demokratyczne urządzenia państwowe. Musi być też demokratyczna kultura społeczeństwa, a w szczególności demokratyczny tryb życia i sposób myślenia przodującej w cywilizacyjnym postępie narodu inteligencji wraz z kształcącą się w średnich wyższych zakładach naukowych młodzieżą. A najistotniejszą cechą prawdziwie demokratycznego społeczeństwa jest powszechne przeświadczenie, że nie ma bardziej i mniej szacownych zawodów, bo wszystkie one są narodowi i państwu potrzebne, a tylko są zasługujący na większy lub mniejszy szacunek ludzie wedle tego, jak swój zawój wykonują - bardzo dobrze, dobrze, znośnie czy źle. Pierwszym niezbędnym warunkiem przełamania naszej przedwojennej bierności gospodarczej i wejścia na drogę szybkiego wstępu ekonomicznego, koniecznego dla spełnienia naszych nowych zadań dziejowych, jest powszechnie wyższe szacowanie dobrego, sumiennego zamiatacza ulic od kiepskiego poety czy lichego dyrektora banku. Wobec niwelacji różnic społecznej pozycji ludzi w czasie wojny nie powinno to być zbyt trudne.

O wiele trudniejsza natomiast będzie niemniej niezbędne podniesienie do normy zachodnio-europejskiej poziomu powszechnej rzetelności, dotrzymywania i wykonywania zobowiązań gospodarczych. Już przed wojną staliśmy pod tym wzglądem niżej nie tylko od Anglosasów, Skandynawczyków, ale i od pobratymczych Czechów Przekraczanie kosztorysów przez przedsiębiorców, podejmujących się wykonywania robót budowlanych i ziemnych - było u nas nagminnym niemal zjawiskiem. A jeszcze częstsze było niedotrzymywanie terminów. Toteż dworzec warszawski, który Amerykanie zbudowaliby w ciągu najdalej dwu lat, budował się lat osiemnaście i nie zbudował się do chwili wybucha wojny. Jeśli to się radykalnie nie zmieni - wszelkie planowanie gospodarcze będzie zawodzić; plan będzie doskonały, ale gdy nie zostanie rzetelnie wykonany - nie spełni swego celu. A tymczasem ogół naszego społeczeństwa wraz z najmłodszą naszą generacją w ciągu sześciu lat wojny i wrogiej okupacji, by nie ginąć z głodu, musiał przekupywać, oszukiwać, przemycać... Sprytny "kant" stał się niemal obowiązkiem rodzinnym, obywatelskim, nieraz nawet cnotą narodową.

A i dziś, przez szereg lat jeszcze, niełatwe będzie u nas życie. Zbyt wielka będzie więc nadal pokusa ułatwienia go sobie podobnymi jak w czasie wojny sposobami

I najsurowsze karanie szabrowników i spekulantów, najenergiczniejsza działalność "Komisji Specjalnej" dla walki z nadużyciami gospodarczymi niewiele tu pomoże, dopóki opinia publiczna zwykłych przeciętnych obywateli nadal będzie "chodzenie lewym" w sprawach gospodarczych tolerować, a nawet pochwalać, gdy towarzyszyć mu będzie dobre powodzenie. Pożądany pod tym względem zwrot opinii może osiągnąć tylko nowy, silny osąd ideowy, stawiający za jeden z naczelnych nakazów patriotycznych i dążeń naszej ambicji narodowej zyskanie powszechnego w świecie szacunku i zaufania do Polski rzetelnością naszych gospodarczych przedsięwzięć i prac.

Ale żeby dał on pożądane wyniki, trzeba, by prąd ten objął sobą i młodzież szkolną, reformując z gruntu jej dotychczasowy stosunek do nauki nauczycieli i kolegów. W szkole angielskiej nie bywa "podpowiadania" bo tamtejsza opinia dzieci potępiłaby taką "nieuczciwą grę". U nas uważane jest ono za koleżeński niemal obowiązek. Bo nie tyle zdobycie wiedzy, co dostatecznej czy dobrej noty jest ambicją większości uczniów zarówno szkół powszechnych, gimnazjów i liceów, jak nawet wyższych zakładów naukowych.

Młodzież nasza jest w znacznej swej większości wrażliwa na hasła ideowe i silnie przemawia do niej każdy apel do jej ambicji narodowej. Grając na tych szlachetnych strunach jej duszy, możni osiągnąć całkowitą nawet zmianę jej dążeń życiowych. Najwięcej dobrego mogą zrobić w tym względzie wychowawczo-ideowe organizacje młodzieży; Harcerstwo, Sodalicja Mariańska, Polski Czerwony Krzyż... jeżeli za naczelny obowiązek i naczelną ambicję swych członków postawią górowanie nad resztą kolegów i koleżanek rzetelnym spełnieniem swych obowiązków szkolnych i uczciwym zawsze, bez żadnych wykrętów i oszustw, postępowaniem, wiążąc organizacyjną tę swą ambicję z ambicją narodową - przewyższenia przez Polskę Niemiec wynikami swej pracy i uzyskania przez to większego od nich w świecie szacunku.

Ale żeby idąca w tym kierunku praca organizacji młodzieży dała pełne wyniki, trzeba, by ku temu samemu zmierzała i praca nauczycieli. Więc i ona musi być gruntownie zreformowana. Zanadto w naszych szkołach średnich ceniono i starano się rozwijać :inteligencję" uczniów, a za mało zwracano uwagi na dokładność ich pracy i nabywanej przez nich wiedzy. Ostatnio przed wojną opracowywane programy licealne wyliczały zagadnienia historyczne, które powinny być rozpatrywane przez uczniów pod kierownictwem nauczycieli, ale pozwalały opuszczać przy tym całe duże działy dziejów Europy. Robiono w liceach pseudo uniwersyteckie seminaria, ale maturzyści nie umieli nieraz wyliczyć choćby następstwa królów dynastii Jagiellonów, a księcia Józefa Poniatowskiego robili panującym księciem Księstwa Warszawskiego [2]. A tymczasem ma nasza młodzież tyle wrodzonej inteligencji, że gdy znajdzie się w zagranicznych szkołach średnich czy wyższych, wysuwa się często na pierwsze miejsce.

Choć inteligencją nie stoimy niżej od Anglików, Francuzów, Niemców, Szwedów - o wiele mamy mniejsze wyniki naszej twórczości umysłowej, bo ustępujemy im ogromnie dokładnością pracy i ścisłością wiedzy. System nauki szkolnej nie może byt oderwany od realnego życia, nie może on realizować abstrakcyjnego tylko ideału doskonalenia człowieka, musi on służyć konkretnym zadaniom jakie ma naród do spełnienia w danym momencie swych dziejów i w danej swej pozycji międzynarodowej. Otóż przypominam: naczelne nasze dziś zadanie - to przewyższyć Niemcy nasamprzód produkcją gospodarczą a następnie całym naszym wkładem do cywilizacji wszechludzkiej.

Niemcy wszakże zdobyli swą potęgę nie lotnością swych pomysłów, lecz ścisłością obliczeń, na których opierali wszelkie swe plany zarówno ekonomiczne jak polityczne i strategiczne oraz dokładnością ich wykonania. Stając do współzawodnictwa z nimi na polu międzynarodowej współpracy ekonomicznej i ogólnokulturalnej, musimy wykształcić w nowych naszych pokoleniach równą im, jeśli nie wyższą, dokładność, ścisłość i rzetelność pracy. A wobec tego ścisłość nabywanej przez młodzież szkolną wiedzy, dokładność jej pracy i rzetelne wykonywanie obowiązków, winny stać się głównym celem pracy nauczycieli.

Inteligentne podchodzenie do zagadnień będzie życiowym zadaniem tych niewielu, którzy staną się badaczami naukowymi, przewodnikami politycznymi, kierownikami wielkich działów pracy państwowej, społeczno-gospodarczej. A szkoła dzisiejsza, demokratyczna, ma za zadanie kształcić nie "elitę narodu", ale całe jego przyszłe generacje, doskonalić typ przeciętnego obywatela, który w ogromnej większości jest nie kierownikiem, ale wykonawcą. O tym powinien pamiętać każdy nauczyciel i mniej się cieszyć jednym najinteligentniejszy uczniem, niż dokładnością "wykutej" choćby wiedzy i rzetelnością pracy ogółu uczniów.

Wraz z postawieniem w naszej pedagogice szkolnej ponad rozwijanie inteligencji kształcenia dokładności wiedzy i pracy, należy równocześnie bardziej rozwijać w młodzieży zamiłowania techniczne od literackich i zainteresowania gospodarcze od teoretyczno - intelektualnych. Mniej nam dziś potrzeba poetów, powieściopisarzy, filozofów, psychologów lingwistów, historyków prawa rzymskiego, a i polskiego, niż mechaników, fizyków, chemików, inżynierów, agronomów, leśników, hodowców, geologów, architektów. Bo dla całej dalszej przyszłości Polaki decydujące będzie to czy potrafimy w ciąga najbliższego 15-lecia jeśli nie dojść jeszcze w pełni do przedwojennego poziomu wytwórczości niemieckiej [3] to przynajmniej rozwinąć równie szybkie, jak było w Niemczech, tempo gospodarczego naszego postępu.

Nie lekceważę bynajmniej znaczenia dla narodu sztuk i nauk najbardziej nawet teoretycznych. Osobiście bardziej mnie w ciągu całej mej działalności naukowej pociągały zagadnienia czysto teoretyczne: metodologii nauk społecznych, istoty wartości kapitału, czynników przeobrażania się ustrojów społecznych - aniżeli kwestie praktycznej polityki ekonomicznej. Ale i postęp badań teoretycznych związany jest z powszechnym dobrobytem narodu. Nie jest dziełem przypadku, że póki ośrodek bogactw i Europy był w miastach włoskich, najsławniejsze były w świecie chrześcijańskim wszechnice włoskie i nie było większych od włoskich poetów i plastyków (Dante, Rafael, Michał Anioł). A gdy na pierwsze miejsce w postępie gospodarczym Europy wysunęły się Niderlandy. Anglia i Francja - wysuwa się równocześnie na front postępu malarstwa szkoła holenderska z Rubensem, Rembrandtem, Van Dyckiem, najwyższe szczyty osiąga poezja dramatyczna w angielskich tragediach Szekspira i podwaliny nowoczesnej filozofii kładą w Holandii Spinosa. w Anglii Bacon, we Francji Descartes.

Fundamentem kultury narodowej jest dziś siła gospodarcza. Jeśli chcemy przewyższyć szczytami naszej kultury kulturę niemiecką, musimy zbudować konieczny ku temu jej fundament ekonomiczny. A fundamenty trzeba kłaść nasamprzód. Więc najpilniejszą naszą potrzebą cywilizacyjną jest obecnie rozwój sił gospodarczych, kształcenie umiłowań i umiejętności, rozwój ten przyśpieszających i zwiększających, wytworzenie odpowiednich do tego ambicji i to nie tylko osobistych, ale i zbiorowych. Bo nie wytworzy się silnego postępu gospodarczego Polski od góry, inicjatywą centralnych władz państwowych, centralnych związków zawodowych, centralnych zrzeszeń producentów, centralnych instytucji spółdzielczych.

Największym hamulcem naszego gospodarczego przed wojna rozwoju była bierność prowincjonalnych ośrodków naszego życia kulturalnego wraz z nim gospodarczego. Było w tym coś wręcz karykaturalnego. Warszawa była naprawdę nowoczesnym miastem dwudziestego stulecia. Ale po niecałej godzinie jazdy samochodem wjeżdżało się do miasteczek w rodzaju Sochaczewa, Góry Kalwarii - brudniejszych i gorzej zabudowanych, mniej uprzemysłowionych od prowincjonalnych osiedli miejskich we Francji czy Anglii w początkach XIX wieku.

Niemało było temu winne nadmiernie centralistyczne nastawienie administracji ministerialnej. Przejawiało się ono już w pierwszych latach naszej nowej niepodległości. A po zamachu majowym doszło do wręcz potwornych rozmiarów, wraz z rosnącą coraz bardziej nieufnością rządzącej koterii do społeczeństwa.

Działały jednak w tym kierunku i inne przyczyny.

W większości miast i miasteczek prowincjonalnych województw centralnych i południowych połowę albo i większość ludności stanowili Żydzi, żyjący odrębnym zupełnie od katolików życiem, do którego nikt inny nie miał należytego wglądu. Przy tym strzegli oni pilnie swej przewagi gospodarczej, mając w swym ręku znaczną większość domów oraz firm handlowych i przemysłowych. Ludność zaś chrześcijańska składała się, przeważnie z robotników oraz z urzędników i funkcjonariuszy państwowych wraz z nielicznymi lekarzami i adwokatami.

W tak niejednolitych narodowo i kulturalnie środowiskach niewiele było pola dla twórczych inicjatyw społeczno- gospodarczych i ogólno-cywilizacyjnych. Sokół, Towarzystwo Szkoły Ludowej w Małopolsce, a Macierz Szkolna w byłym Królestwie, jakieś kółko dramatyczne, Powiatowa Składnica Kółek Rolniczych Towarzystwo Chórów i Teatrów Włościańskich, Społem Stefczykowska Kasa Pożyczkowa, Powiatowe Towarzystwo Rolnicze, Towarzystwo św. Wincentego á Paulo - to niemal wszystkie organizacje społeczne, jakie mogły w ówczesnych warunkach istnieć i funkcjonować na prowincji. A że przy tym członkowie ich, rekrutując się przeważnie z niezamożnej inteligencji urzędniczej, nie mogli własnymi składkami zasilać należycie kas tych organizacji, więc były one zależne od subwencji i kredytów państwowych i musiały skrzętnie zabiegać o życzliwość starostów i wojewodów. A w ostatnim przed wojną dziesięcioleciu starostowie mieli surowe nakazy dbać o to, by w zarządach tych wszystkich stowarzyszeń mieli stanowczą przewagę zdecydowani sanatorzy.

Dla młodego, ambitnego, samodzielnie myślącego i własną posiadającego inicjatywy człowieka życie prowincjonalne było nudnym wegetowaniem. Więc co zdolniejsi starali się wszelkimi sposobami dostać aa posady w większych miastach. Prowincje jałowiała intelektualnie.

A tymczasem o wiele mniejsza niż na zachodzie część społeczeństwa polskiego żyła życiem wielkomiejskim. Gdy jałowiało życie prowincjonalne - olbrzymia większość narodu żyła rutyną z dnia na dzień, troską przede wszystkim o osobiste sprawy, bez większych ambicji twórczych pomimo niewątpliwie gorącego patriotyzmu. szybkiego wzrostu świadomości politycznej mas ludowym. W ostatecznym zaś wyniku był dwudziestoletni, z pewnymi tylko wahaniami, zastój gospodarczy.

Polska musi być pchnięta na drogę szybkiego postępu gospodarczego od dołu przez podnoszenie się ku1tury gospodarczej poszczególnych wsi, gmin, miasteczek, powiatów, miast - własną ich przede wszystkim inicjatywą. A na to trzeba wytworzenia się silnych, zbiorowych ambicji lokalnych dorównania trybem życia kulturalnego i gospodarczego społeczeństwom zachodnim.

Program dorównania Niemcom tempem naszego postępu ekonomicznego dopiero wtedy stanie się realny, gdy w tysiącach wsi i setkach miasteczek naszych powszechnym się stanie dążeniem, by w danej wsi czy w danym miasteczku były nie gorsze drogi, mieszkania, budynki gospodarcze, melioracje rolne, warsztaty rękodzielnicze, urządzenia miejscowej fabryczki - od widzianych w Niemczech lub Francji. A nie ma dziś prawie miejscowości; w których by nie było powracających z paroletniego dobrowolnego czy przymusowego pobytu na zachodzie.

Ale oczywiście nie ci przeważnie życiowo silnie wyczerpani ludzie mogą się stać promotorami dalekosiężnych ambicji zbiorowych współobywateli. Powinno to być dziełem przede wszystkim organizacji ideowych starszej młodzieży, takich jak Wici, TUR, a także pochodzących z danych miejscowości słuchaczy wyższych zakładów naukowych. Nadzwyczaj byłoby dlatego pożyteczne, by wytworzyły się silne tendencje regionalne i pragnienia karier życiowych w stronach rodzinnych pośród młodzieży szkół wyższych. Powinny ją też zachęcać ku temu władze państwowe.

Trzeba zerwać z przedwojennym przesądem, że dobry urzędnik powinien podporządkowywać lokalne dążenia społeczeństwa ogólnemu dobru państwa, zatem lepiej jest, by nie miał on ścisłych związków z miejscowym obywatelstwem i pochodził z innej części kraju. Fałszywe tu było bowiem zasadnicze twierdzenie, jakoby istniała na ogół przeciwstawność potrzeb i dążeń lokalnych z potrzebami i dążeniami państwa. Tak patrzeć może na sprawę tę tylko rząd, trzymający się u władzy przemocą, wbrew woli znacznej większości społeczeństwa, przepojony więc doń nieufnością. Takimi były, niestety, wszystkie rządy sanacyjne od 1926 po 1939 r.

Rząd jednak demokratyczny, czerpiący swą siłę z zaufania doń narodu, musi mieć też ze swej strony zaufanie do dobrej woli, zdrowego rozsądku i patriotyzmu najszerszych warstw społeczeństwa. A ogół obywateli poza stolicą tylko w chwilach tak osobliwych, jak wybory parlamentarne, wielkie wiece, demonstracje polityczne, ma bezpośrednią styczność ze sprawami ogólnopaństwowymi. Normalnie ma on pośrednio tylko łączność z dążeniami planami i pracami całego narodu i państwa. Włącza się w nie przez udział swój w lokalnym życiu społeczno-politycznym i gospodarczo-kulturaInym. I najlepszy jest ten urzędnik państwowy, który włączaniu się tema jak najskuteczniej służy - a to z reguły potrafi lepiej człowiek znający dobrze miejscowe stosunki niż przybysz z dalekich stron.

Poważnym też czynnikiem rozwoju lokalnych ambicji postępowych mogą i powinny być koła pracowników umysłowych, pochodzących z tej samej gminy wiejskiej. Było ich kilka jeszcze przed pierwszą wojną w Galicji. Warto pójść za ich przykładem na terenie całego kraju.

Dla szybkiego uprzemysłowienia Polski, a zarazem utrzymania zdrowej struktury rolnej, jaka powstanie po ukończeniu reformy rolnej i kolonizacji ziem odzyskanych konieczne jest, by cały przyrost ludności wiejskiej przechodził do przemyśla, handlu i żeglugi. Ale nie jest konieczne, by opuszczał on całkowicie wieś.

Różnie może się kształtować przeciętna na głowę ludności wielkość dochodu społecznego. Czy dwóch ma po sto jednostek dochodu, a ośmiu po dwadzieścia, czy też dziesięciu ma ten sam dochód - w obu wypadkach przeciętna na głowę wyniesie trzydzieści sześć. Ale rzeczywisty dobrobyt ośmiu dziesiątych obywateli będzie w tym drugim wypadku większy o 80% niż w pierwszym. Gdyby naczelną naszą ambicją narodową miała być potęga mocarstwowa byłoby dość obojętne, czy skala życiowa ośmiu dziesiątych ludzi jest większa lub mniejsza, byle suma dochodu społecznego jak najszybciej rosła i jak największa jego część szła do dyspozycji władz państwowych. Ale gdy zasadniczym naszym dążeniem dziejowym musi się dziś siać jak największy nasz wkład do postępu cywilizacji wszechludzkiej i zyskanie jak najbardziej poczesnego w świecie miejsca wartością naszej nowoczesnej ludowej kultury- jak najrównomierniejszy rozkład dochodu społecznego jest równie ważny, jak możliwie największy wzrost ogólnej jego sumy.

Z równomiernym wszakże rozkładem dochodu społecznego łączy się ściśle jak najbardziej równomierne uprzemysłowienie kraju na całej jego przestrzeni, a nie tylko w paru "centralnych okręgach przemysłowych". Nie powinno być ani jednego powiatu bez szybkiego rozwoju przemysłu. Nakazują to me tylko względy społeczne, by możliwie cała nasza ludność korzystała z wyższych, jakie daje przemysł w porównaniu z rolnictwem, dochodów. Nakazuje jak największą decentralizację przemysłu również wzgląd na bezpieczeństwo kraju, bo choć usilnym naszym staraniem musi być przyczynianie się wszelkimi możliwymi sposobami do trwałego w świecie pokoju, nikt jednak nie może zaręczyć, że już nigdy więcej wojny me będzie.

Z tego też względu korzystniejsze jest, zamiast budowania jednej wielkiej fabryki w mieście powiatowym, wytworzenie systemu mniejszych fabryczek, rozrzuconych w osiedlach wiejskich, a wytwarzających poszczególne części produkowanego dobra, które następnie są w centralnym zakładzie montowane.

Dla fizycznego i moralnego zdrowia narodu pożądane jest, by przeszło połowa ludności żyła po wsiach, a nie miastach. Ale jeśliby nadal przeszło 50% ludności wdało czerpać swe dochody z pracy rolniczej [4], nie dojdziemy do zachodnio-europejskiej skali życiowej. Na ziemiach odzyskanych w 1939 r. żyło z rolnictwa 29% ludności, z przemysłu 32%, z handlu i komunikacji 13%. Przy tym na Pomorzu zachodnim było 35% rolników, a 25% pracowników przemysłowych, na Śląsku zaś ludność rolnicza stanowiła tylko 22%, natomiast przemysłowa 37%.

Nie jest, oczywiście, konieczne przywrócić ziemiom tym w pełni ich przedwojenną strukturę ekonomiczną. Ale jeśli ma Polska dojść do tego, jaki był we wschodniej części Rzeszy Niemieckiej, dochodu społecznego (a w zachodnich prowincjach Rzeszy był on jeszcze większy), musimy dążyć do powiększenia, istniejących przed wojną na pozostałym przy Polsce terytorium 24% ludności przemysłowej na 32 do 35%, przy równoczesnym obniżaniu odsetka ludności rolniczej z 53% o na 35 do 40%. Jeśli więc przy tym miałoby mieszkać po wsiach wzwyż 50%, to musiałoby około 25% ludności wiejskiej pracować w zawodach nierolniczych. Przeobrażenie wsi z osiedla wyłącznie rolniczego na przeważnie rolnicze, ale posiadając: również podnoszący jego dochody oraz ulepszający jego tryb kulturalnego życia przemysł i handel - powinno się stać w najbliższych latach powszechnym dążeniem młodzieży wiejskiej, przede wszystkim kształtującej się w średnich i wyższych szkołach zawodowych.

Oczywiście, takiej przebudowie struktury gospodarczej wsi szczególnie pomocnym będzie silny rozwój dróg komunikacji samochodowej oraz elektryfikacji kraju. Wprawdzie już przed wojną na ziemiach pozostałych przy Polsce 13% ludności wiejskiej żyło z zarobków w przedsiębiorstwach górniczych i przemysłowych. Była to jednak tylko ludność robotnicza wsi położonych w pobliżu ośrodków wielkiego przemysłu i kopalni, złączona wszystkimi swymi interesami nie ze wsiami ale z miastami fabrycznymi lub osadami górniczymi, w których znajdowała zarobek. Obecnie powinno być ambicją gmin wiejskich wytworzenie na własnym swym obszarze przemysłu, handlu i przedsiębiorstw transportowych, dających zatrudnienie około czwartej części ich ludności. Oczywiście będzie to wyjątkowo przemysł wielki, a t reguły drobny i średni: prywatny, spółdzielczy i komunalny.

Nowa nasza droga dziejowa nie tylko przesuwa na zachód naszą pozycję geograficzną, wiedzie nas ona również do znacznego upodobnienia naszej struktury zawodowej do zachodnio-europejskiej z przewagą liczebną pracowników w zawodach nierolniczych. Od dawna już zresztą popularna była w całym naszym społeczeństwie myśl jak najsilniejszego uprzemysłowienia kraju. I postępowało ono naprzód szybciej w okresie od 1890 po 1914 r., gdy silny był do Polski przypływ kapitałów zachodnio-europejskich oraz stały otworem dla przemysłu Królestwa wielkie rosyjskie rynki zbytu, słabszy między 1919 a 1939 r., bo ledwo nadążający za przyrostem ludności. Ale i w tym drugim okresie podniósł się nieco odsetek ludności żyjącej z górnictwa i przemysłu: w 1921 r. wynosił on 14 %, a w 1931 r. 19% . Obecnie musimy znacznie przyspieszyć tempo rozrostu przemysłu, nie tylko w stosunku do ostatnich przed drugą wojną 20 lat, lecz i do poprzedzającego pierwszą wojnę światową ćwierćwiecza, tak by cały przyrost ludności, zarówno miejskiej jak i wiejskiej, znajdował zatrudnienie w zawodach nierolniczych. Takie jednak wzmocnienie tempa uprzemysłowienie Polski nie da się żadną miarą osiągnąć bez silnego rozwoju handlu zagranicznego. Mamy wprawdzie na ziemiach odzyskanych produkcję towaru, na który istnieje duże zapotrzebowanie w całej Europie. Jest nim węgiel. Ale eksportem samego tylko węgla nie pokryjemy nawet w pełni importu maszyn i surowców koniecznych dla przywrócenia przedwojennej produkcji fabryk Śląska i Pomorza zachodniego, a gdy produkcję tę całkowicie przywrócimy, to przewyższy ona znacznie siłę nabywczą naszego rynku wewnętrznego. Konieczne więc jest już dziś myśleć o lokowaniu poważnej części przyrostu naszej produkcji przemysłowej ca rynkach światowych.

Samo przez się to się nie stanie. Musi to ktoś zrobić. Najmniej się do tego nadają urzędy państwowe zawsze i wszędzie pracujące szablonowo, gdy handel importowy i eksportowy, szczególnie towarami bezpośrednie go użytku i maszynami, a nie surowcami, wymaga dużej pomysłowości i obrotności, by należycie się dostosowywać do każdej zmiany koniunktury.

Najsłabszą jednak dotychczas zawodową warstwą narodu naszego była warstwa handlowa. Wśród rzymsko-katolików Rzeczypospolitej Polskiej należało w 1931 r. do zawodu handlowego zaledwie 3,4%, gdy na ogół w społeczeństwach zachodnio-europejskich handel zatrudnia 12% do 15%, ludności. Obecnie dużo wprawdzie ludzi wzięło się do handlu - ale wyłącznie niemal do handlu detalicznego. A handel zagraniczny to handel hurtowy, mający zgoła inną technikę i kalkulację od detalicznego. Ale i nie każdy kupiec hurtowy może być dobrym eksporterem czy importerem. Potrzeba na to specjalnych jeszcze wiadomości i specjalnego doświadczenia, nabywanego jedynie poza granicami kraju. Stawia więc nas nowa nasza sytuacja gospodarczo - polityczna przed nowym zupełnie zadaniem wytworzenie warstwy zawodowej której dotychczas prawie wcale naród nasz nie posiadał (o ile była w Polsce, to należała do niepolskiego społeczeństwa) - pracowników handlu zagranicznego, importowego i eksportowego. A że nie dokona się tego bez jak najściślejszej i jak najintensywniejszej współpracy władz, państwowych, kierujących zarówno przemysłem i handlem jak i oświatą, ze zrzeszeniami gospodarczymi oraz ideowymi organizacjami młodzieży - więc trzeba, by jak najszersza opinia publiczna została należycie uświadomiona o decydującym dla całego naszego postępu ekonomicznego znaczeniu dostatecznej ilości sprawnie działających firm handlowych, eksportowych i importowych. Mogą to być częściowo firmy państwowe i spółdzielcze. Ale wszelkie tendencyjne krępowanie rozwoju prywatnego handlu zagranicznego zwalniać będzie tempo uprzemysłowienia się kraju.

Ścisłe się też wiąże z powstaniem i rozwojem nowej tej gałęzi naszej twórczości narodowo-gospodarczej i nowej służącej jej warstwy zawodowej pracowników handlu zagranicznego, wielokrotnie silniejszy od dotychczasowego rozrost naszego żeglarstwa, w szczególności marynarki handlowej.

Tragedią Polski Piastowskiej było to, że nie potrafiła utrzymać się trwale na Pomorzu, włączonym do państwa polskiego przez Mieszka I. Utraciwszy ujście Odry utraciliśmy następnie całe jej dorzecze śląskie. Rozumiał jednak ten związek sprawy pomorskiej z bezpieczeństwem swej śląskiej dzielnicy, juz wówczas zagrożonej przez Czechow, Bolesław Krzywousty. To co najbardziej zaogniało jego spór z bratem Zbigniewem - było stałe porozumiewanie się Zbigniewa z Pomorzanami i Czechami Pomimo jednak przeszkód, jakie stawiał Zbigniew jego wyprawom zbrojnym na Pomorze, Krzywousty w 1105 i 1106 r. stoczył o nie cztery wojny. Tak podaje Anonim Gall, rycerstwo jago śpiewało wówczas pieśń, którą warto naszej dzisiejszej młodzieży przypomnieć:


Naszym przodkom wystarczały ryby słone i cuchnące,
My po świeże przychodzimy w oceanie pluskające,
Ojcom naszym wystarczało, jeśli grodów dobywali,
A nas burza nie odstrasza, ni szum groźnej morskiej fali,
Nasze ojce a jelenie urządzali polowanie,
A my skarby i potwory łowim skryte w oceanie

Nie była więc walka Krzywoustego o Pomorze dynastyczną tylko jego polityką, ale wypływała z instynktownego parcia ku morzu, ku ujściom Odry i Wisły, narodu osiadłego w dorzeczach obu tych rzek Wracamy na to samo terytorium, a którym ukształtowało się było państwo polskie czasów Mieszka i Chrobrego i wraz z tym stajemy przed tymi samymi geopolitycznymi koniecznościami, jakie odczuwał tak silnie naród nasz w XI i XII wieku i które dyktowały Bołesławowi Krzywoustemu uporczywą walkę o wybrzeże morskie od ziemi gdańskiej po Szczecin.

W wyniku ostatniej wojny światowej odzyskujemy wybrzeże to w całości. Ale musimy je tak silnie zespolić w jedną organiczną całość z całym naszym terytorium narodowym, by tuż nigdy nie zagrażała -nam możliwość ponownej jego utraty. A dla tego nie wystarczy samo tylko skolonizowanie polskimi chłopami i robotnikami przyznanej Polsce części Prus Wschodnich oraz Pomorza zachodniego. Musi w kierunku wybrzeża tego i jego 18 portów zwracać się stale myśl i uczucie całego narodu, wchodzącej w życie gospodarcze, polityczne i kulturalne młodzieży wszystkich dzielnic Polski, każdego jej miasta i powiatu. Na to trzeba rozwinąć w niej jak najsilniejsza zainteresowanie morzem i zamiłowania żeglarskie, propagując usilnie i otaczając powszechną gorącą sympatią sporty wodne.

Pomimo tyle set lat trwającego odcięcia od morza, są jednak w narodzie naszym duże zdolności żeglarskie, jak o tym świadczą chlubne dzieje naszej marynarki, zarówno wojennej jak handlowej w czasie wojny. I co przy tym najznamienniejsze: najlepszą opinią cieszyli się marynarze pochodzący ze Lwowa i Wilna, a w drugim rzędzie warszawiacy. Świadczy to, że dla powodzenia w karierze żeglarskiej niekoniecznie trzeba się wychować nad morzem. Stoi ona otworem dla wszystkich młodzieńców, których "burza nie odstrasza, ni szum groźnej morskiej fali", bez względu gdzie się urodzili i spędzili lata dziecinne.

Granice obecnej Polski będą niemal identyczne z granicami naszymi za Bolesława Krzywoustego. Utraciła następnie Polska wybrzeże morskie i Śląsk - przede wszystkim wskutek tego, że osłabiły jej siły wewnętrzne walki książąt dzielnicowych, w trakcie których słabła coraz bardziej rola seniora, mającego utożsamiać wspólne interesy całej Polski.

Dziś nie zagrażają narodowi i państwu naszemu zbyt silne wewnętrzne rozterki. Społeczna nasza struktura jest bardziej niż kiedykolwiek jednolita. I nie ma już wśród nas tak zwanych mniejszości narodowych, co najmniej obojętnych na losy Rzeczypospolitej Polskiej, a przeważnie niechętnych jej i wrogich. Lepszą też teraz mamy niż mieliśmy w XIV stuleciu pozycję geograficzną, bo nie ma już zagrażającej nam od północy zaborczej potęgi krzyżackiej, ani jej dziejowego spadkobiercy - niemieckich Prus Wschodnich.

Pomimo to nie wolno się nam łudzić: póki będą możliwe w świecie wojny - nie ustanie zaborczość niemiecka. I niewątpliwie odżyje niezadługo stłumiona obecnie poniesioną klęską militarną i polityczną narodowa ambicja niemiecka odzyskania miejsca przodującego w cywilizacyjnym postępie Europy.

Nowa nasza droga dziejowa, którą wstępujemy w wynika drugiej wojny światowej, może doprowadzić nas do znacznie lepszej przyszłości nie tylko od tej, którą mieliśmy przed 1939 r., lecz i od tej, do której moglibyśmy dojść po pewnym czasie w tym położeniu geograficznym z tym składem narodowościowym i w tej pozycji międzynarodowej, jaki mieliśmy między pierwszą a dragą wojną światową. Możemy - ale tylko przy olbrzymiał powszechnym i wytrwałym wysiłku wszystkich warstw narodu wraz z jego władzami państwowymi.

A na to trzeba silnego prądu ideowego, który obejmie sobą zarówno młodzież jak i starszą generację zarówno masę ludową jak i elitę intelektualna. Treścią zaś tego prądu ideowego musi być jasna, wyraźna myśl dziejowa, budząca silne ambicje twórcze przez wskazanie zadań politycznych i kulturalnych, jakie ma do spełnienia nasz naród w historycznym pochodzie ludzkości.

Są to zadania nie na dziś, ale na cały okres życia dorastającego obecnie pokolenia. Przypominam je raz jeszcze:

1) Polska powinna zająć poczesne w ludzkości stanowisko przez swój wkład do postępu nie tylko demokratycznego wewnętrznego życia narodu, lecz i demokracji międzynarodowej, w której równe będą prawa narodów zarówno wielkich jak i małych;

2)Polska stać będzie czujnie i niezmiennie na straży pokoju świata oraz własnego bezpieczeństwa przed nową agresją niemiecką;

3)a że agresję tę wzbudzić może ostry konflikt, który by wybuchł między światem zachodnim a wschodnio-słowiańskim, szczególnym więc posłannictwem Polski, złączonej z pierwszym tradycją kulturalną, a z drugim wspólnym pochodzeniem etnicznym - jest być dobrym rzetelnym miedzy nimi łącznikiem;

4) Polska ma być promotorem solidarności ogólno - słowiańskiej, której naczelnym celem powinno być przewyższenie słowiańską twórczością kulturalną, jej wkładem do postępu cywilizacji wszechludzkiej twórczości niemieckiej i jej międzynarodowego znaczenia.

Nie osiągnie naród niczego wielkiego bez wielkiej ambicji historycznej. Są narody, których indywidualną i zbiorową energię potęgują wizje wszelkich do osiągnięcia własnych korzyści. My do nich nie należymy. Nie ma u nas tak częstych w powieściach amerykańskich bohaterskich zdobywców majątków. Jest w naszej literaturze piękny typ dorobkiewicza - Marek z Dewajtisa Rodziewiczówny, ale zdobywa on pieniądze nie dla siebie, lecz dla utrzymania w rękach polskich ziemi, która utracjusz brat gotów sprzedać, choć prawo rosyjskie zabraniało sprzedaży jej Polakowi.

Taka jest już odwieczna nasza psychologia: prowadzi nas do wielkich dzieł wielkich ofiar, wielkich wysiłków - tylko idealizm nigdy choćby najlepiej rozumiany egoizm.

Na nowej naszej drodze dziejowej albo osiągniemy o wiele silniejszą od dotychczas posiadanej pozycję międzynarodową, albo w razie nowej burzy dziejowej spotka nas klęska. Z tego powinniśmy sobie wszyscy zdać sprawę. Polska równie bierna gospodarczo i cywilizacyjnie, jak była miedzy pierwszą a drugą wojną światową, przestanie być światu potrzebna. A utrzyma ona całość swego terytorium i swą niepodległość tylko wtedy, gdy w powszechnej opinii cywilizowanych narodów potrzebna będzie dla ich własnego bezpieczeństwa i własnego ich lepszego życia. Na to trzeba byśmy wydobyli z siebie większy niż kiedykolwiek zbiorowy, konsekwentny i trwały wysiłek pracy. A motorem jego stać się musi wielki poryw idealizmu nie mniejszego od tego, który przyświecał nam we wszystkich walkach zbrojnych o niepodległość.

Największy jednak poryw idealizmu nie da dobrych wyników, może nawet zgotować narodowi tragiczną katastrofę, jak to było w latach 1860 -1864 a, jeśli nie będziemy mieli żadnego programu działań wiodących do osiągnięcia narodowych naszych ideałów i nie weźmiemy się natychmiast do jego realizacji.

Na pierwszym miejscu narodowego na dziś i jutro programu musimy postawić - jak najpełniejsze i jak najszybsze zespolenie z resztą Polski ziem odzyskanych i jednocześnie przywrócenie przedwojennej ich produkcji przemysłowej i rolniczej.

Nie wymaga to szczególnych ofiar ze strony innych ziem Polski. Raczej odwrotnie. Kolonizacja robotnicza Prus Wschodnich. Pomorza zachodniego, ziemi lubuskiej, Śląska Dolnego i częściowo Górnego - przyczynia się walnie do usunięcia małorolności włościan Małopolski oraz tak zwanych przed wojną województw centralnych i zachodnich. A uruchomienie o wiele liczniejszych na ziemiach odzyskanych niż na posiadanych przed wojną przedsiębiorstw przemysłowych zwiększać będzie w tempie szybszym od przyrostu ludności zapotrzebowanie robotników, inżynierów, buchalterów i wszelkich w ogóle pracowników biur fabrycznych.

Zawsze jednak szybszy od przyrostu ludności wzrost zapotrzebowania pracy czy to fizycznej czy umysłowej sprowadza podwyżkę zarobków i skali życiowej pracowników. Każdy przenoszący się na zachód chłop polepsza nie tylko własny byt, ale i strukturę rolną opuszczonej przez się wsi. Każdy, kto obejmuje uruchamia warsztat rękodzielniczy , drobną fabryczkę na ziemiach odzyskanych, jak również każdy inżynier górniczy, mechanik czy chemik przywracający przedwojenną produkcję kopalń i fabryk śląskich i pomorskich, wywołując migrację ludności robotniczej ze wschodnich naszych dzielnic na zachodnie - przyczynia się jednocześnie do zwyżki płac roboczych i w tych pierwszych, bo rynek pracy na przestrzeni całego państwa jest jeden.

Będzie oczywiście potrzeba dłuższego szeregu lat, zanim osadnicy wiejscy i miejscy z różnych pochodzący części przedwojennego naszego terytorium, z ziemi wileńskiej, Polesia, Wołynia, Małopolski Wschodniej, Lubelszczyzny, Nowo-Sądeckiego, Podhala, Wielkopolski zżyją się z sobą na tyle, że powstanie wśród nich jeden wspólny obyczaj, jeden sposób pojmowania swego stosunku do gminy, narodu, państwa, jeden styl życia kulturalnego. I wtedy dopiero zacznie odgrywać poważną rolę samorzutna twórczość ludności ziem odzyskanych w cywilizacyjnym postępie naszego narodu. Pożądane jest wszakże, by ta jej rola z biegiem czasu stawała się coraz większa. Bo niewątpliwie będzie ona korzystna.

Warunki materialne nie decydują o wszystkim, wywierają jednak duży wpływ na życie kulturalne społeczeństw. A warunki te, sieć dróg komunikacyjnych, stan zabudowań gospodarczych i domów mieszkalnych po wsiach, rozmiar melioracji rolnych, liczba kopalń i fabryk - pomimo dużego znaczenia kraju spowodowanego wojną - są tam o wiele lepsze niż w Wielkopolsce a tym bardziej na Mazowszu i w Małopolsce.

Powinniśmy się starać o jak najrównomierniejsze uprzemysławianie całej Polski. Ale przodującą rolę w postępie gospodarczym Polski mogą i powinny mieć nasze zachodnie ziemie: śląska, lubuska, pomorska. Na ziemiach tych najprędzej osiągniemy poziom produkcji i dochodu narodowego równy niemieckiemu sprzed ostatniej wojny.

Gdy wszakże na ziemiach odzyskanych jesteśmy w stanie osiągnąć najszybszy postęp gospodarczy w ciągu paru najbliższych dziesięcioleci, to na nich też powinny się znajdować w przyszłości główne ośrodki naszego postępu cywilizacyjnego. Szacowna jest bardzo wielowiekowa tradycja Wszechnicy Jagiellońskiej w Krakowie. I naturalne jest otaczanie przez wadze państwowe największą opieką uniwersytetu miasta stołecznego. Ale najkorzystniejsze byłoby, by najlepszą sławą za granicą cieszyły się prace Wszechnicy Wrocławskiej. Nic bardziej nie ugruntuje w świecie naszego dobrego prawa do dorzecza Odry, jak duży wkład do ogólnoludzkiego postępu nauk polskiego uniwersytetu nadodrzańskiego, nie mniejszy, a nawet większy od wnoszonego dawniej przez niemieckich profesorów wrocławskich.

Polska wracając na terytorium, na którym była za Mieszka i Krzywoustego, wraca równocześnie i do naczelnego swego z owych czasów dziejowego zadania - przedniej straży świata słowiańskiego, frontem przeciwko Niemcom zwróconej. Ale w dzisiejszych czasach nie wystarcza gotowość bojowa. O wyniku sporów dziejowych i walk narodowych decyduje ich ekspansja kulturalna. Musi Polska posiadać na swym pograniczu zachodnim potężny naprawdę wał chroniący ją przed przenikaniem do niej niemieckich prądów ideowo-kulturalnych. A nie łudźmy się: Niemcy, szykując się w skrytości do nowej agresji zbrojnej, będą teraz ostrożniejsze i przebieglejsze, niż po pierwszej przegranej wojnie 1914 - 1918 r. Będą one starały się zdobyć sobie opinię narodu o pokojowych jedynie ambicjach cywilizacyjnych, narodu z powrotem - jak to było sto lat temu - filozofów, poetów, marzycieli.

Przed płynącym stąd dla nas niebezpieczeństwem jedno nas tylko może obronić; wyższy poziom dobrobytu i kulturalnej stopy życia po polskiej niż niemieckiej stronie polsko - niemieckiej granicy. Tak by i w społeczeństwie naszym najbliżej się z Niemcami stykającym, było mocne przeświadczenie o swej nad nimi wyższości: by każdy cudzoziemiec przejeżdżający przez Niemcy do Polski miał wyraźne wrażenie, że minąwszy granicę niemiecko - polską wjeżdża na ziemie o szybszym postępie cywilizacyjnym i gospodarczym.

Czy może się to dokonać za życia jednego pokolenia, czy więc może ono sobie stawiać tak wielkie do osiągnięcia cele, wzbudzać w sobie tak niebosiężne ambicje?

Gdy moje pokolenie wchodziło w czynne życie społeczno - polityczne, wszystko naokoło mówiło nam o przegranym powstaniu 1863 r , dyktatorem politycznym Europy był najzaciętszy i najbardziej konsekwentny wróg narodu naszego, Bismarck, ogół chłopów poczuwał m, się silniej do wdzięczności dla cesarzy: rosyjskiego i austriackiego za trzymane od nich uwłaszczania, niż do tradycji polskich, na ścianach korytarzy w gimnazjach Królestwa wisiały napisy: ,,W murach gimnazjum zabrania się mówić po polsku"... , a jednak za cel swego życia postawiło ono sobie odzyskanie niepodległości i zjednoczenie wszystkich ziem polskich. Był to cel niemniejszy i niemniej trudny do osiągnięcia od tego, jaki postawi sobie dziś nasz naród za drogowskaz nowego swego dziejowego pochodu postanawiając przewyższyć znaczenie światowe niemieckiej twórczości kulturalnej, twórczością polską i ogólno-słowiańską. Myśmy mierzyli nasze siły na zamiary po klęsce. Łatwiej jest potęgować swe ambicje dążenia po zwycięstwie. A dziś mimo wszystkich klęsk i strat, jakie Polska w trakcie minionej wojny poniosła jest ona po zwycięstwie.