Nierówność

Równość, to jednakowość w jednostajności. Tylko utwory sztuczne mogą być tak dalece jednakowe, iżby mogły być aż równymi.

Do równości można zmierzać tylko przymusem i gwałtem, a to obniżając poziom u wszystkich i we wszystkim, i pod każdym względem. W ten sposób mechanizuje się zrzeszenia ludzkie bardziej, co sprowadza często istne degeneracje. Pomiędzy mechanizowaniem a przymusowym zaprowadzaniem równości zachodzi stosunek prosty kwadratowy. Równych w nędzy i tępocie umysłowej najłatwiej urządzać w mechanizmy.

Równość byłaby największą niesprawiedliwością. Sprawiedliwość polega na sprawiedliwym rozdziale nierówności.

Wielką nierówność wprowadziło odkrycie ognia i utrzymuje ją ciągle na znacznej części powierzchni Ziemi. Dotychczas u niektórych plemion tylko starostowie rodowi mają prawo posiadać ognisko; u wielu prymitywnych obowiązują rozmaite zastrzeżenia i przywileje co do użycia ognia. Innym czynnikiem nierówności był stan liczby rodów, a powodzenie zawisło przede wszystkim od stopnia rozrodzenia, od nierównej płodności i różnej śmiertelności. Zasadnicze zaś nierówności powstały wszędzie ze starszeństwa lub młodości linii po wspólnym przodku.

U niektórych ludów wytworzył się postulat równości majątkowej. Znać to dotychczas u Eskimosów, u Murzynów afrykańskich, tudzież u wschodnich Turańców (niedawno jeszcze u Jakutów). Jednostce godzi się posiadać tylko tyle, ile "potrzebuje", a nic wolno pracować ponad konieczną potrzebę. Wszędzie tam nawet najbogatszy jest ubogim, a żadna osada nie zdoła przetrzymać klęski ekonomicznej. Łatwo stwierdzić, że tych wszystkich, którzy sprzeciwiają się gromadzeniu dostatków w jednym ręku, dotknął zastój.

Wolność produkcji i pełna własność owoców własnej pracy umożliwiają indywidualne bogacenie się. Nie ma zaś i nie może być innej drogi do rozwoju, jak naśladowanie jednostki wybitnej przez jednostki następne. A zatem nierówność stanowi konieczny warunek postępu.

Następnie zróżnicowanie się społeczeństw wywołało nowe nierówności, lecz im większe zróżnicowanie, tym lepiej dla rozwoju społeczeństw i państw. Postęp zmierza ku rozmaitości, a wcale nie ku jednostajności.

Wszelkie próby wprowadzenia równości w którejkolwiek z cywilizacji historycznych zawiodły; mogły cywilizacje nabrać mocy tylko przy nierówności. Zwolennikom równości nie pozostaje nic innego, jak zaczynać historię powszechną od samych siebie.

Najgorliwsi bojownicy równości zwykli atoli zaczynać od tego, że wprowadzają nową szlachtę, nową warstwę uprzywilejowaną.

Najgorliwszym nie wystarcza jednak równość majątkowa, lecz domagają się powszechnej wspólności majątkowej.

Komunizm jest wnioskiem najprymitywniejszym, nasuwającym się metodzie medytacyjnej. Zapanował w Chinach około r. 1065 przed Chrystusem i przez lat 18 świat wypadał z zawiasów. W Helladzie pomysłom komunistycznym dawano cięte odprawy w literaturze, układano parodie, ale w Pergamonie w II w. po Chrystusie tłum wziął parodię na serio i próbował stosować do niej życic zbiorowe. W Europie pojawia się praktyka komunizmu po raz pierwszy u Albigensów, w pierwszej połowie XIII w., powtórnie w spokojnym skrzydle taborytów husyckich w XV w. (Adamici). Po raz trzeci z początkiem dziejów protestantyzmu niemieckiego w wojnie chłopskiej i u anabaptystów w Turyngii (1524 r.), w dziesięć lat potem w Monasterze. Za każdym razem łączyła się z komunizmem konfiskata dóbr, zarazem wspólność kobiet. Wznowił agitację komunistyczną Babeuf w Paryżu w r. 1795, a uczniowie jego założyli w r. 1837 na nowo partię komunistyczną, oświadczając się przeciw instytucji rodziny. Nie mieli powodzenia. Bezowocna była też agitacja Roberta Owena, który już od r. 1812 żądał proletaryzowania wszystkich. Komunistyczno-nihilistyczny kierunek pochodzi od Bakunina, wydał on epizod komuny paryskiej w r. 1871. Przeszedłszy następnie przez pewne odmiany, doszedł do szczytu w bolszewizmie.

Przepastne zaiste przeciwieństwa w zapatrywaniach na majątek i pracę możliwe są dlatego, ponieważ poglądy na genezę i przyczyny ubóstwa wywodzą się z dwóch przeciwnych mniemań co do zmienności lub niezmienności dóbr ziemskich. Niektórzy sądzą, że ilość la jest stała, a dostateczna aż nadto do zaspokojenia potrzeb "ludzkości". Nie liczą się z faktem, że od prehistorii aż do naszych czasów, plemiona prymitywne giną często z głodu. Przyroda w ogóle dostarcza niezmiernie mało środków żywności, lecz tylko sposobności do wy pracowania sobie pożytków. Głody usuwa się pracą i wysiłkiem zabiegów, nauką i ulepszaniem komunikacji. Skoro zaś wystarczalność środków do życia zależy od wysiłków człowieka, tym samym trzeba ilość dóbr uznać za zmienną. Ilość dóbr jest niestała, a zależy od produkcji.

Popularnością cieszy się pogląd, jakoby przyczyną ubóstwa jednych była zamożność innych. Od św. Bazylego, w IV w. po Chrystusie, aż po dzień dzisiejszy pokutuje to złudzenie, że "bogacze" mogliby usunąć ubóstwo, gdyby chcieli, podczas gdy indukcja poucza, że gdyby nie było zamożniejszych, wszyscy byliby nędzarzami.

Mylność mniemania, jakoby podział dostatków pomiędzy ubogich mógł zapobiegać ubóstwu, stwierdzona jest przykładem z dziejów apostolskich. Gminy chrześcijańskie posiadały już wówczas swoje kasy zapomogowe, do których zamożniejsi wnosili ofiary (niektórzy nawet oddając cały majątek) na "wspólny pożytek" ubogich według dyspozycji diakona. Jedynie gmina jerozolimska urządziła się komunistycznie, ale też znajdowała się w ciągłych opałach pieniężnych, a św. Paweł kwestował na nie bez ustanku w swych podróżach.

Komunizm "apostolski" mógł łatwo istnieć między dwunastu osobami, lecz trwał niedługo, gdyż apostołowie rozjechali się na cztery strony świata. Powoływanie się na Ojców Kościoła jest argumentacją niefortunną. Z ich pism da się przytoczyć wprawdzie to i owo na pochwałę wspólnego posiadania, lecz dziesięć razy więcej cytat zebrano na obronę własności indywidualnej. O św. zaś Bazylim, jako najstarszym, trzeba pamiętać, że pracował w Azji Mniejszej, w najbogatszym ciągle jeszcze (w drugiej połowie IV w.) kraju świata, lecz jeszcze jakże zacofanym! Około r. 370 własność ojca na dzieciach była uznawana przez państwo tak dalece, iż za zaległe podatki urząd skarbowy konfiskował ojcu dzieci i sprzedawał je na publicznym targu. Zresztą św. Bazyli żąda jałmużny wyraźnie z tego, co zbywa, uznaje dziedziczenie i uważa średnią zamożność za stan najlepszy.

Nie istniał zaś, ani nie istnieje nigdzie rzekomy komunizm łowiecki, ani też "murzyński". Cała historia powszechna i cała etnologia nie dostarczają przykładu komunizmu w jakimkolwiek znaczniejszym zrzeszeniu. Komunizm rodzinny był i jest bardzo względny, gdyż istnieje tylko z woli głowy rodziny, prawego i jedynego właściciela całego mienia.

W ostatnich latach, przeżywszy renesans naiwności ekonomicznej Ojców Kościoła, mnożą się programy polegające na tezie, że nie byłoby ubóstwa, gdyby nie było bogaczy. Wysilają się na rozmaite koncepty, jakby przeszkodzić bogaceniu się. Uznają np. własność osobistą (boć Stolica Apostolska uznała ją wyraźnie tyle razy), ale radzą ograniczyć jej używalność przez właściciela do minimum tego, co mu "potrzeba" (zupełnie jak Murzyni), a wszystko co posiada ponadto, ma być zabrane dla ubogich. Reformatorzy ci powinni się nareszcie zdecydować, czego właściwie chcą, grubej jałmużny, czy grubego podatku na ubogich? Jałmużna jest zawsze czymś dobrowolnym, a co do drugiej ewentualności, warto przestudiować dzieje i urządzenia odpowiedniego podatku angielskiego. Jeżeli jednak ma być zamożnemu odebrany cały dochód ponad niezbędne koszty utrzymania, któż zechce gromadzić dostatki, skoro wie, że zostaną mu odebrane? Któż więc będzie następnie udzielać jałmużny, lub płacić wysokie podatki?

Kwestia zbożnego lub bezbożnego zarządzania własnym majątkiem jest ściśle etyczna, lecz nie ekonomiczna. W starożytnej Helladzie tyle razy zabierano dobra majętnym i nadawano je ubogim! I co z tego wynikło?

Historia dostarcza aż nadto przykładów pomyłek w miłości bliźniego. Taką pomyłką były i są doktryny wszystkie, zwrócone przeciw dostatkom. Do tegoż szeregu należą wymysły o zniesieniu procentów, o stanowieniu z urzędu iustium pretium. O "taksach maksymalnych" na towary (od Dioklecjana po dzień dzisiejszy), merkantylizm, fizjokratyzm, a w końcu socjalizm, z którego najkonsekwentniej wynika komunizm. Zalecają przemianę wstecz społeczeństwa na społeczność jednoklasową i całkowite sproletaryzowanie społeczności. Można być zdania wręcz przeciwnego, że w społeczeństwie zdrowym proletariatu być nie powinno, że tedy należy dążyć do tego, by jak najwięcej bliźnich wyrwać z proletariackiej grzędzieli. Na razie zastrzega socjalizm dla proletariatu stanowisko uprzywilejowane, lecz można być tego zdania, że żadna warstwa społeczna nie powinna być uprzywilejowana przed innymi.

Socjalizm głosi, jakoby był przeciwnikiem kapitalizmu. Aleć nigdy go tępić nie zamierzał, tylko prywatny zamienia na państwowy. Socjalizm opiera się na kapitalizmie bardziej niż jakiekolwiek inne doktryny, lecz państwowym. Kapitalizm państwowy nie przestaje jednak być kapitalizmem.

"Przeobrażenie państwa w proste zarządzanie produkcją" wpisane jest już na postulaty "manifestu komunistycznego" w r. 1848. Socjalizm wydrwiwany jest tam przez Marksa i Engelsa jako jakieś nijactwo, dobre na razie o tyle, że rewolucyjne; lecz celem tylko komunizm. Spełniają się kolejno postulaty marksizmu. Czekamy już tylko na zniesienie prawa dziedziczenia, w owym manifeście również zapowiedziane. Komunizm przybrał zaś formę spółki, do której nie trzeba robić żadnych wkładów, a można z niej wszystko czerpać.

Wszelkie dążenie do równości, jako przeciwne naturze rzeczy, wiedzie do wyników ujemnych. Hasło równości podobne jest do roli ciepła w świecie materii. Gdyby wszyscy stali się naprawdę równymi, ustałby wszelki ruch umysłowy i gospodarczy, nastałby koniec człowieczeństwa w danym zrzeszeniu: martwota całkowita.

O ile chodzi o równość majątkową, my chrześcijanie niepotrzebnie się sprzeczamy o sprawy, określone przed wiekami przez samego Zbawiciela.

Słynny werset z Ewangelii św. Mateusza (VI 26-34), zakończony słowy: "Nie troszczcie się więc o jutro", pragnie tylko i poleca żeby nie oddawać się wyłącznie gromadzeniu dostatków, a dbać bardziej o łaskę o pomoc Bożą przy pracach doczesnych! Gdy pięć tysięcy słuchaczy słowa Bożego poczęło odczuwać głód, nie sprawia Pan cudu, by głód przestał się odzywać, lecz rozmnaża cudownie żywność i nakarmia ich. Gdy zaś Judasz gorszy się, że Maria z Betanii wydała trzysta denarów, by Zbawiciela namaścić wonnościami, padły z ust Boskich wyrazy, które wszyscy umiemy na pamięć: "Ubogich zawsze macie wśród siebie (z sobą), mnie zaś nie zawsze macie".

Zwraca się tu Chrystus Pan najwidoczniej do osób, których znaczna większość nie jest uboga. Ubogim jest ten, kto potrzebuje jałmużny. Nie ma zaś jałmużny bez zamożności z drugiej strony, a zatem zamożność jest potrzebna. Zbawienie nie może być bliższym tych, którzy potrzebują wsparcia, boć w takim razie obowiązkiem naszym byłoby dążyć do powszechnego, jak największego zubożenia. Nie można zaś określać ubóstwa w taki sposób, jako ubogim jest każdy, kto zarobkuje własną pracą. Niektórzy dodają jeszcze: "pracą rąk własnych". W takim razie wirtuoz jest uboższy od ulicznego przekupnia zapałek, który "rękoma własnymi" nie robi nic. Wiadomo zaś, jak pracowitymi są miliarderzy amerykańscy.

Użycie przysłowia o wielbłądzie i uchu igielnym świadczy, że bogacz żyjący zbożnie ma zasługę większą niż ubogi. Bogacz powinien być "ubogim duchem", umieć odczuwać ubogiego.

Nawet najbogatszy - winien posiadać wartości osobiste, które nadawałyby mu wartość w razie straty majątku. Zbieraliśmy co do tego dużo doświadczenia z dwóch wojen powszechnych; czy przyznać wyższość moralną zubożałym "bogaczom", czy ubogim wzbogaconym?

W całej Ewangelii nie ma nigdzie błogosławieństwa ubóstwu, jako antytezy zamożności; błogosławieni są tylko ubodzy w duchu. Ten obowiązek ciąży również na ubogich. Ubogi szemrający całe życie i myślący wciąż o tym, jakby przymusowo zubożyć majętnych - nie jest oczywiście ubogim w duchu.

Zamożność nie jest moralnie niższa od ubóstwa.