Pogląd biologiczny

Gdyby cywilizacja stanowiła sprawę przyrodniczą, byłaby zawisła od rasy, lecz tak wcale nie jest. W tej samej rasie może być cywilizacji więcej; np. rasa semicka mieści w sobie cywilizacje żydowską, arabską i turańską; w tej samej zaś cywilizacji może się mieścić ras kilka, jak np. w łacińskiej rasie: nordycka, śródziemnomorska, dynarska, nadwiślańska, a nawet laponoidalna. O hierarchii ras przy tym nie ma co mówić; z licznych pomyłek naukowych była to podobno najmniej rozumna.

Również wichrowate linie stanowią język a cywilizacja. Ten sam język może służyć dwom cywilizacjom (np. w Niemczech i Jugosławii). Z pidgin english nie wysnuwamy wniosku o przynależności Chińczyków do kultury anglosaskiej, ani też nie wyśledzimy najmniejszego związku z cywilizacją łacińską u brazylijskich kaboklów, mówiących po portugalsku. Istnieje atoli hierarchia języków; nie wszystkie podołają postępom kultury rozwoju, pojęć, rozmnożeniu abstraktów.

Bez porównania bardziej zależna jest cywilizacja od religii. Religie emanatyczne zawierają w sobie przymus despotycznej formy rządu; stanowi to prostą konsekwencję uznawania władzy za emanację bóstwa. Z kreatycznych religii przystosowuje się do cywilizacji islam i chrześcijaństwo wschodnie, gdy tymczasem katolicyzm żąda, żeby cywilizacje przystosowywały się do niego, do jego zasadniczych postulatów w ustroju życia zbiorowego. Religia żydowska i bramińska wytworzyły dwie cywilizacje sakralne. Czy tybetańska należy także do sakralnych, nie da się orzec według dzisiejszego stanu nauki. Poza sakralizmem odrębność religijna nie decyduje o odrębności cywilizacji. Np. żaden misjonarz nie żąda od Chińczyka, by porzucił swą cywilizację chińską. Maluje się już Madonny ze skośnymi oczyma i wytwarza się styl dla kościołów chińskich. Co innego jedność, a co innego jednostajność. Jedność katolicka rozwija się w rozmaitości.

Gdyby który z tych trzech czynników był identyczny z odrębnością cywilizacji, natenczas musiałoby być ich tyle, ile jest ras, języków, religii.

Wielkie różnicowanie duchowe rodzaju ludzkiego zawisło bardziej od różnic trójprawa. Np. wśród Hellenów panował istny chaos w samej dziedzinie prawa prywatnego i w każdej niemal krainie trzymano się innej metody ustroju życia zbiorowego. Toteż ani nie wytworzyli wspólnego państwa, ni narodu, ani żadnej wspólnej cywilizacji helleńskiej. Przeciwnie Rzymianie. Imperium ich powstało z niesłychanej siły atrakcyjnej ich trójprawa, jedynego i stałego; oni też stali się twórcami idei narodu i ojczyzny (które u Hellenów ledwie migały w niektórych umysłach). Wobec zupełnej odmienności metody rzymskiej od metod helleńskich, trzeba odstąpić od mniemania jakoby istniała jakaś wspólna cywilizacja helleńsko-rzymska, tzw. klasyczna. Nie może powstać cywilizacja na większą skalę, historyczna, gdzie każde drobniejsze zrzeszenie ma swą własną, daleką od współ- mierności z cywilizacjami plemion pokrewnych. Wspólność obejmowała tylko naukę i sztukę.

Można zajmować się bliżej tylko cywilizacjami historycznymi, które trwały dość długo, żeby być obserwowanymi, a zaważyły na biegu dziejów. Takich wykazuje historia powszechna dwadzieścia. Z tej liczby wytworzyła epoka starożytna cywilizacji siedemnaście, w wieki zaś średnie zaledwie trzy. Oto ich rejestr: chińska, egipska, bramińska, żydowska, babilońska, irańska, syryjska, tybetańska, punicka, sumeryjska, egejska, numidyjska, turańska, spartańska, attycka, hellenistyczna, rzymska - i trzy średniowieczne: bizantyńska, łacińska, arabska. Historycznymi były również indiańskie cywilizacje Inków i Azteków, których powstania nie umiemy oznaczyć chronologicznie. Razem tedy 22.

Zginęła przeszło połowa, mianowicie 13: egipska, babilońska, sumeryjska, egejska, irańska, syryjska, punicka, spartańska, attycka, hellenistyczna, rzymska, inkaska, aztecka. Pozostało od starożytności cywilizacji sześć i trzy średniowieczne.

Cywilizacje są więc nader nierówne w długości swego życia. Załatwiono się z tym zagadnieniem twierdząc, że każda cywilizacja musi umrzeć, skoro powstała w czasie. Czyż nie jest śmiertelnym wszystko, co ludzkie? Sięgnięto do biologii i ujawniono, że każda cywilizacja ma swoją młodość, następnie wiek dojrzały, i wreszcie starość, zwiastunkę śmierci. Historyk wie atoli, że wiele społeczności nie dojrzewało nigdy; a znane są wypadki, że społeczność jakaś gnije, zanim dojrzała i wiekami całymi wlecze swój stan gnilny. Są też ludy, pogrążone jakby w wieczystej prymitywności i żyjące dłużej od niejednej wysokiej cywilizacji, już zaginionej. Można się jednak spotkać często ze światłym twierdzeniem, że "cywilizacje giną spełniwszy swe zadanie". Istne curiosum. Jakież zadania mają przed sobą owe wielkie zrzeszenia, wiecznie ginące?! Ubite przez Hiszpanów cywilizacje indiańskie "spełniły swe zadanie"! Zabawnym zaś wprost jest zapomnienie, że trzy arcystarożytne cywilizacje - chińska, bramińska i żydowska istnieją dotychczas i kwitną, i u żadnej z nich nie zanosi się na zgon ze starości. Żydowska jest właśnie obecnie najsilniejsza ze wszystkich.

Biologiczny pogląd na historię nie da się niczym uzasadnić. Żadne społeczeństwo, żaden naród, żadne państwo, żadna cywilizacja nie są śmiertelnymi z natury rzeczy, tj. przez to samo, że istnieją, że są i ponieważ są. Zanik jakiejkolwiek cywilizacji nie jest bynajmniej koniecznością dziejową. Upadają twory historyczne, lecz nigdy dlatego, że istniały zbyt długo. Przyczyny każdego upadku muszą być badane osobno.

Z biologizmu, mylnie stosowanego do historii, wyniknęły teorie nawrotów historycznych. Wszczął je Św. Bonawentura (1221-1274) pragnąc wykazać pewną paralelność epok przed Chrystusem i po Chrystusie, pokrewnych sobie jakąś cechą istotną. Przyjmuje w Starym i Nowym Zakonie po siedem okresów, według siedmiu dni stworzenia, i zestawia je jako analogiczne; następują więc po Chrystusie nawroty z okresów z czasów przed Chrystusem (powstała potem z tego Bossueta Historia judeocentryczna). Daleko później, bo aż z początkiem XVIII w. podjął Gian Batista Vico swą koncepcję "historii idealnej, wiecznej", czyli "plan idealnej historii wiecznej". Pragnął wykryć schemat dziejów, obowiązujący raz na zawsze. Pozostała po nim "tablica chronologiczna, ułożona podług trzech epok czasu", okresów wyobraźni, woli i intelektu, tworzących historyczne corso, po którego wyczerpaniu poczyna się na nowo ricorso.

Potem Hoene-Wroński, wielki kapitalista pierwszej połowy XIX w., w swej Philosophie absolue de l'histoire{ 1852), opublikował dwie tablice: jedną ma być tabela genetyczna filozofii historii, a druga przedstawia kolejność prądów dziejowych. Melchizedech jako "Pereparation sociale". W dalszym ciągu przedstawiają reformę socjalną Gustaw Adolf i Fryderyk W. (o historii Wroński nie miał w ogóle pojęcia). Podobnież zabawiał się Hegel dowolnym rozmieszczeniem nazwisk. Czasy Karola W. stanowią u niego nawrót państwa perskiego, Sokrates jest wznowiony w Lutrze itp. Potem Lamprecht na przełomie XIX i XX w. wywodził kolejność stałych okresów, których cechami: animizm, symbolizm, typizm, konwencjonalizm, indywidualizm i subiektywizm, po czym zaczyna znów od początku, od animizmu; obok tego staje jeszcze sześć nawrotów ekonomicznych; wreszcie wystąpił Spengler ze swymi tablicami "morfologii porównawczej dziejów powszechnych", np. plastyka grecka i północna muzyka instrumentalna, czasy Plotyna i Dantego itp. Szczególnie zaś podobieństwo upatruje Spengler w rozwoju kultury antycznej i meksykańskiej. Prusy obejmują hegemonię świata, a w chrześcijaństwie zapanuje duch Dostojewskiego. O ile u Vica znać na każdym kroku (nawet w błędach) wielkość umysłu, o tyle później naśladowcy jego nie przyczyniali sobie sławy wcale tym, że zajmowali się historią.

Teorie nawrotów historycznych należą do lamusa historycznego, gdzie ich miejsce obok "stadności" pierwotnej, obok matriarchatu, totemizmu i innych pomyłek.

Problem ładu dziejowego wymaga nie pomysłów medytacyjnych, lecz mozolnych studiów indukcyjnych około zrzeszeń ludzkich, od rodziny aż do cywilizacji.

Czemu nie dalej, czemu nie aż do ludzkości całej?

"Ludzkość" nie istnieje ani historycznie, ani socjologicznie; ona istnieć może tylko w chrześcijańskiej miłości bliźniego i w misjach. Poza tym jest to tylko wyrażenie literackie, piękne, lecz fantazyjne. Stanowczo nie istnieje nic takiego, co by mogło stopić wszystkie cywilizacje. Jakiekolwiek zrzeszenie "wszechludzkie" (a więc z Czukczami, Papuasami itp.) jest utopią absurdalną. Nigdy nie było i nie ma wspólnej drogi cywilizacyjnej dla całego rodu ludzkiego, bo nie ma żadnej ogólnoludzkiej metody ustroju życia zbiorowego.

Cywilizacje nie łączą ludów Ziemi, lecz dzielą je i nigdy dzielić nie przestaną. Historia powszechna składa się z dziejów cywilizacji i ich wzajemnych stosunków.

Nie zwraca się uwagi na doniosły fakt, że można być pożytecznym tylko w granicach własnej cywilizacji. Jedyny wyjątek stanowi misjonarstwo religijne. Jeżeli jednak np. lekarz biały chce być pożytecznym wśród kolorowych, musi zapewnić sobie pomoc jakichś czynników zewnętrznych. Nie trzeba zresztą uciekać się po przykład aż do "kolorów", nad średnią Wołgą zdarzało się, że wrzucano do rzeki lekarzy, którzy przybyli zwalczać epidemię cholery.

Społeczność, mająca urządzone życie zbiorowe według innej metody, ma też swoiste poglądy na to, co pożyteczne a co szkodliwe, potrzebne a co zbędne. Działać pożytecznie można tylko wśród zrzeszenia mającego takie same pojęcia o pożyteczności. Nie wystarczy chcieć być pożytecznym, nie wystarczy największe nawet poświęcenie, trzeba, żeby ci, którym pragniemy się przysłużyć, gotowi byli przyjąć naszą ochotę. Jeżeli jednak sądzą odmiennie, a może nawet odwrotnie, o pożytku i szkodzie, o dobrze i złu?! Trzeba pewnej współmierności pomiędzy świadczącymi a przyjmującymi świadczenia.

Pożyteczność ułatwiona jest w zrzeszeniu, którego działacz pożyteczny sam jest członkiem. Trudności powstają przy odmienności warstwy społecznej; tym znaczniejsze wobec różnic państwowych i narodowych, a cóż dopiero w odmiennych cywilizacjach?