"System Ekonomii Politycznej"

ROZDZIAŁ XIII

Pieniądz i kredyt.

1. Zagadnienia pieniężno - kredytowe w ogólnej teorii.

Pojęciem pieniądza musieliśmy się już niejednokrotnie posługiwać niemal od początków naszych rozważań. Obszerniej zajęliśmy się subiektywną użytecznością pieniądza, gdyż bez poruszenia tego tematu niepodobna jest wyjaśnić ogólnych zagadnień wartości. Zagadnienie wartości trzeba było rozpatrywać, by sobie uprościć drogę, nie zwracając uwagi na komplikacje które w układzie gospodarstwa społecznego, w problemie ceny i jej równowagi, sprawia pieniądz, ze względu na swoją naturę i wahania swojej wartości. Obecnie wypada nam zająć się osobno tym tematem. W jakim zakresie? Odpowiedź na to pytanie przedstawia trudności. Problematy pieniężne, jak również i problematy kredytowe, rozrosły się ogromnie - niemal do znaczenia osobnej nauki o pieniądzu i kredycie. Zawdzięczają to swojemu praktycznemu znaczeniu, przy czym wyjaśnienie zjawisk bardzo aktualnych, interesujących nawet laików, nie może się odbyć bez zastosowania metod badania teoretycznego. Nawet praktyk, który nie zna lub nie chce uznawać teorii. konstruuje nieraz różne teorie, dotyczące pieniądza, jego wartości i funkcji. Różnorodność systemów monetarnych, komplikacje międzynarodowej wymiany, załamania się wartości pieniądza, rola pomocniczych środków płatniczych, związek zachodzący między pieniądzem i kredytem - to wszystko nasuwa cały szereg specjalnych zagadnień, których nie wyjaśni się drogą zwyczajnego opisu, lecz trzeba je sprowadzić do ram ogólnych. Teoria pieniądza nie może być czymś niezależnym od ogólnej teorii ekonomicznej. Pieniądz jest dobrem pewnego rodzaju. Muszą więc znaleźć do niego zastosowania te uogólnienia, które dotyczą wszystkich dóbr gospodarczych; cena pieniądza kształtuje się na podstawie tych samych czynników, co i cena wszystkich innych dóbr. Ale równocześnie pieniądz jest dobrem specjalnego rodzaju; a więc należy uwydatnić, czym się on różni od innych dóbr.

A więc tylko w tym zakresie zajmiemy się pieniądzem. Ani historia powstania pieniądza, ani technika obrotu pieniężnego, ani różnorodność systemów pieniężnych, nie mieści się w ramach naszej pracy. Zagadnienia te wymagają tak szczegółowego traktowania, są tak bogate, że lepiej jest nie wchodzić w ich różne rozgałęzienia, jeżeli nie ma się możności doprowadzić ich do końca. Zajmiemy się pieniądzem o tyle, o ile tego wymaga ujęcie całości zjawisk gospodarczych. Należy dać odpowiedzi na to, czym jest pieniądz, jakie są jego funkcje ogólne w życiu gospodarczym. A następnie, ponieważ pieniądz jest specjalnym rodzajem dóbr ekonomicznych, a nasze badania chcą wyjaśnić wzajemną zależność różnych dóbr, zmiany, którym podlega ich cena, wypadnie nam zająć się pytaniem: od czego zależy, przez co jest określona, cena, względnie wartość pieniądza. Odpowiednie postawienie tego zagadnienia jest kluczem, który otwiera bardziej specjalne problematy.

2. Czym jest pieniądz?

Pieniądz jest dobrem gospodarczym. Każdemu o tym wiadomo, że ma mniej pieniędzy, niż potrzeb, które za ich pośrednictwem może zaspokajać. Pieniądz pozostaje w stosunku wymiennym do innych dóbr gospodarczych, wartość wymienną pieniądza wyrażamy w tych innych dobrach. Czym się różni np. moneta srebrna, która pozostaje w obiegu, od monety zużytej jako wisiorek do zegarka, czym różni się pieniądz papierowy, za który nabywamy inne dobra, od pieniądza, który kolekcjoner wciela do swoich zbiorów? Jaka jest różnica między pieniądzem a towarem, przy czym czasami pieniądz może stać się towarem?, Te pytania wymagają odpowiedzi.

Zwyczajne dobra gospodarcze dzielą się na dwie grupy. Jedne zaspokajają bezpośrednio nasze potrzeby, - zużywają się w konsumpcji. Inne służą do wytworzenia dóbr konsumpcyjnych, i te zużywają się w produkcji. Pieniądz nie jest ani jednym, ani drugim. Pieniądz służy jako środek wymiany. Nabywamy pieniądz w tym celu, by za jego pośrednictwem nabywać nowe dobra, bądź konsumpcyjne, bądź produkcyjne. Pieniądz oczywiści również się zużywa, bo wszystko co materialnie istnieje, podlega zużyciu. Moneta wyciera się przez częstszy użytek, maleje w niej zawartość kruszcu. Pieniądz papierowy niszczeje, traci nieraz na tym ten, w czyje ręce on się dostanie. Ale to zużycie jest ubocznym skutkiem tego, że pieniądz ma postać materialną; wszakże zużycie pieniądza nie jest jego przeznaczeniem, nie przez swoje zużycie pieniądz spełnia swój cel, jak np. węgiel zużywany w piecu, praca ludzka w przedsiębiorstwie. Przez zużycie pieniądza ani nie powstaje nowa wartość ekonomiczna, ani też bezpośrednio przez to nie następuje zaspokojenie naszych potrzeb.

Nie trzeba się zatrzymywać dłużej nad wykazywaniem wyższości wymiany pieniężnej na wymianą surowca; zbyt dobrze są te rzeczy znane. Ale należy zauważyć, że nie każdy przedmiot, użyty jako środek wymiany, już od razu jest pieniądzem. Wyobraźmy sobie gospodarstwo naturalne, które nic zna jeszcze pieniądza. Sporadyczne akty wymiany odbywają się, gdy zejdzie się dwóch producentów, którzy wzajemnie potrzebują swoich produktów. Ale może się zdarzyć, te Paweł potrzebuje produktu, wytwarzanego przez Piotra; Piotr zaś nabyłby chętnie produkt wytwarzany przez Gawła; ten ostatni znowu pragnie nabyć produkt wytwarzany przez Pawła. Otóż Paweł uda się do Gawła, wymieni swój produkt na jego produkt, którego sam bezpośrednio nie potrzebuje i z tym produktem uda się do Piotra i produkt Gawła wymieni z nim na potrzebny sobie produkt. W ten sposób dla Pawła produkt Gawła jest środkiem wymiany, wymiana odbywa się drogą okrężną. Ale nie możemy powiedzieć, że produkt Gawła jest środkiem wymiany w ogólnym znaczeniu, gdyż Piotr zaspokaja nim swoje bezpośrednie potrzeby. O pieniądzu może być mowa dopiero wtedy, gdy dany przedmiot jest dla wszystkich środkiem wymiany, gdy takim jest jego właściwe przeznaczenie.

Sporadyczne zastosowanie przez jednostkę tego lub innego zwyczajnego dobra gospodarczego, jako środka wymiany, może nastąpić także i wówczas, gdy pieniądz już istnieje. Oto gdy np. pieniądz ten podlega zepsuciu i zjawia się niechęć do przyjmowania go w obrocie, wtedy niektóre inne przedmioty staną się środkiem wymiany. Np. w czasie wielkiej wojny, pod jej koniec, gdy osłabło zaufanie do korony austriackiej i ludność wiejska niechętnie wymieniała na nią swoje produkty, to wtedy wyjeżdżający na wieś na lato zabierali z sobą zapas dóbr, poszukiwanych na wsi, jak np. tytoń i za ten tytoń wymieniali potrzebne im produkty. Tytoń dla letnika był środkiem wymiany; ale dla drugiego jej uczestnika był dobrem, zaspokajającym bezpośrednio jego potrzeby. Nie można powiedzieć, że tytoń stał się pieniądzem.

Nie każdy więc środek wymiany jest pieniądzem, a tylko taki, który jest powszechnie stosowany. Pieniądzem jest przedmiot, który normalnie służy jako środek wymiany, który właśnie tę funkcję pełni, jako swoją główną funkcję. Wszyscy o tym wiedzą. Wszyscy tak traktują ten przedmiot. Nikt nie odmawia przyjęcia pieniądza, chyba, że specjalna ustawa ten pieniądz wykluczyła. Zwykle państwo, zainteresowane w uporządkowaniu obrotu, nadaje pieniądzowi charakter pieniądza ustawowego, wyposaża go w ustawową moc zwolnienia od zobowiązań. Ale ta interwencja państwa nie ma istotnego znaczenia, można łatwo wyobrazić sobie pieniądz, pozbawiony tej mocy. Otóż pieniądz służy jako uniwersalny środek wymiany, oczywiście w danym środowisku, w danym państwie, części państwa lub szeregu państw. Skutkiem tego cena wszystkich przedmiotów, pozostających w obrocie, wszystkich dóbr gospodarczych jest wyrażona w pieniądzu. Możemy określić w nim cenę zasobów poszczególnych dóbr, obliczyć wartość majątku i dochodu jednostek, majątku i dochodu społecznego. W tym znaczeniu mówi się zwykle o pieniądzu, jako o "mierniku wartości".

Wszakże nie chodzi tu o niejako statystyczną funkcję pieniądza, o same tylko obliczenie. Pieniądz staje się niezbędnym pierwiastkiem składowym współczesnego gospodarstwa. Staje się podstawą wszelkiej kalkulacji. W nim określa się koszty produkcji, według niego gospodarująca jednostka orientuje się, jaki stosunek zachodzi między użytecznościami dóbr, które ona nabywa. W działalności gospodarczej jednostka gospodarująca nie ma zwykle na celu wytworzenia konkretnych dóbr, które będą służyły do jej konsumpcji, lecz dąży do uzyskania dochodu, wyrażonego w pieniądzu, za który może nabywać wszystko, czego jej potrzeba. Schemat wymiany pieniężnej przedstawia się zwykle w ten sposób: towar - pieniądz - towar; analogicznie możemy ująć cały bieg działalności gospodarczej jednostki: dobra produkcyjne (towar) - dochód (pieniądz) - dobra konsumpcyjne (towar).

Na tym nie koniec. Należy jeszcze zwrócić uwagę na trzecią zasadniczą funkcję pieniądza, którą nie zawsze uwydatnia się dość wyraźnie, przynajmniej w ogólnych określeniach tego zjawiska. Funkcja ta ma zasadnicze znaczenie w gospodarstwie, w którym wymiana pieniężna jest już dość daleko posunięta, czyli w gospodarstwie zasługującym w całej pełni na miano gospodarstwa pieniężnego. Z czym przystępuje współczesny przedsiębiorca do swojej produkcji? Ma w głowie pewien plan, pomysł, taką lub inną kombinację produkcyjną. Ale prócz tego musi rozporządzać pewną sumą kapitału, funduszem, pozwalającym mu na nabycie tych lub innych dóbr, na uruchomienie produkcji. Rozporządza pewną siłą nabywczą, wyrażoną w pieniądzu; będzie nią albo gotówka w jego kasie, albo jego rachunek w banku, albo kredyt, który mu otworzył wierzyciel. Ten kapitał ogólny - możemy teraz powiedzieć, pieniężny - przeobraża on na konkretne dobra produkcyjne; przedsiębiorca nabywa maszyny, surowce, wynajmuje robotników. Nigdy jednak tego kapitału ogólnego nie przeobraża on w całości na te dobra; zawsze rozporządza większą lub mniejszą "rezerwą kasową", część swojej siły nabywczej pozostawia w formie ogólnej. Podobne zjawisko występuje i u konsumenta, który w normalnych warunkach nie wydaje wszystkich pieniędzy na konsumpcję; rozporządza pewnym funduszem, z którego zaspokaja przyszłe potrzeby, nawet potrzeby, które za 20 lat dopiero doczekają się swojego zaspokojenia.

Dzięki pieniądzowi stają się możliwe operacje kredytowe takiego typu, jaki nieznany jest w wypadku wymiany surowej. W braku pieniądza można pożyczać tylko konkretne dobra: tyle a tyle worków zboża, koni, owiec, pługów i t. d., przy czym, o ile chodzi o dobro natychmiast zużywalne, zwraca się określoną ilość sztuk dobra pewnego rodzaju, a przy dobrach nie zużywających się natychmiast obowiązek zwrotu dotyczyć może tego samego dobra. Łatwo zauważyć, jak ograniczonym jest zastosowanie kredytu w takich warunkach. Natomiast w gospodarstwie pieniężnym przedmiotem operacji pieniężnych jest zwykle określona suma pieniędzy, a nie konkretne dobra produkcyjne czy konsumpcyjne. Kapitału w ogólnej formie potrzebuje przedsiębiorca, względnie pośrednik, dostarczający go przedsiębiorstwom, to znaczy bank. Można by powiedzieć, że bankier to jest kupiec, handlujący kapitałem pieniężnym. Również i oszczędzającemu konsumentowi potrzeba takiego kapitału; w chwili bowiem, gdy decyduje się na oszczędzanie, nie wie jeszcze, jakie potrzeby będzie musiał zaspokoić za rok lub 10 lat; liczy się tylko z tym, że będzie miał potrzeby. W pieniądzu wyraża się więc ogólna siła nabywcza. Pieniądz jest nie tylko środkiem wymiany, który jest w ciągłym ruchu, a który leży bezużytecznie wtedy, gdy się nim nie obraca. Pieniądz w gospodarstwie społecznym umożliwia istnienie zapasowych oddziałów wojska, których dowódca nie rzuca od razu w wir bitwy, lecz trzyma je w pogotowiu, wysyłając częściami na zagrożone punkty frontu. Gdy wszystkie rezerwy zostały w bój rzucone, wtedy największym jest ryzyko bitwy. Podobnie też i w przedsiębiorstwie zupełne zużycie rezerw pieniężnych jest połączone z wielkim ryzykiem, może się zdarzać tylko wyjątkowo; grozi bowiem przegraną, czyli bankructwem.

Na podstawie powyższych uwag możemy dojść do następującego określenia: pieniądzem jest powszechnie przyjęty środek wymiany, w którym z jednej strony ocenia się wszystkie dobra, pozostające w obrocie, a z drugiej strony wyraża się i konserwuje ogólną silę nabywczą.

Nie zawsze wszystkie te właściwości równocześnie posiada dany pieniądz. Znamy czasami pieniądz tzw. obrachunkowy, który nie istnieje w postaci materialnej, lecz przedstawia się jako równoważnik określonej ilości dóbr pewnego rodzaju, np. złota, żyta itd. Taki pieniądz jest miernikiem wartości i wyrazicielem siły nabywczej, ale nie jest środkiem wymiany. Teoretycznie biorąc, wymiana przy istnieniu pieniądza obrachunkowego może się odbywać w towarach, a ceny będą w tym pieniądzu oznaczone. Możliwym jest teoretycznie wielkie zastosowanie obrotu bezgotówkowego, posługiwanie się rachunkami bieżącymi do regulowania wypłat, bez uciekania się do jakiegoś specjalnego środka wymiany. Zwykle jednak, jak wskazują doświadczenia historyczne, pieniądz obrachunkowy powstaje wtedy, gdy pieniądz zwyczajny nie ma stałej wartości, i skutkiem tego nie może być dobrym miernikiem wartości i wyrazicielem siły nabywczej. Wówczas następuje niejako "podział pracy" między pieniądzem materialnym, który pełni nadal funkcje środka wymiany, a obrachunkowym, który pełni pozostałe funkcje. Jeden i drugi jest ułomną postacią pieniądza; tym samym więc istnienie pieniądza obrachunkowego nie przedstawia zjawiska, które samo przez się wyczerpuje funkcje pieniądza.

3. Środki obiegowe, zastępujące pieniądz.

Pieniądz, jak wiemy, me zaspokaja bezpośrednio naszych potrzeb ani też nie przeraża się materialnie na dobra konsumpcyjne. Niewątpliwie jego ilość ma znaczenie, jako rezerwa gospodarcza, jako fundusz konsumpcyjny dla gospodarującej jednostki, która woli mieć więcej pieniędzy, niż mniej, bo w każdej chwili może je przeobrazić na konkretne dobra. Ale funkcję swoją jako miernik wartości, w którym oblicza się i kalkuluje ceny, może on spełniać niezależnie od tego, czy jest więcej lub mniej pieniądza. A jeżeli pewna ilość aktów wymiany może być dokonana z mniejszym zasobem pieniędzy, to stanowi to korzyść gospodarstwa, które może na co innego obrócić zaoszczędzone zasoby. A więc dążenie do tego, by oszczędzić na pieniądzu, by obyć się mniejszą jego ilością, jest zupełnie celowym dążeniem, które też urzeczywistnia się w organizacji obrotu gospodarczego; w ten sposób znajduje zastosowanie zasada gospodarności.

Cel powyższy osiąga się na różnych drogach. Np. banknot, czyli zobowiązanie wypłaty jego okazicielowi okrągłej sumy pieniędzy lub ich równowartości w kruszcu względnie w obcych walutach, ma nie tylko to znaczenie, że przez zastosowanie banknotu unika się trudu i ryzyka posługiwania się kruszcem w obiegu; poza tym banknoty powiększają zwykle, choć nie zawsze, ilość środków obiegowych, bo, jak wiadomo, można wypuścić więcej banknotów, niż wynosi ich pokrycie. Oszczędza się więc na kupowaniu złota lub srebra, gdy się wypuszcza banknoty.

Drugim typowym środkiem zastępczym jest uruchomienie depozytów bankowych. Jednostki gospodarujące składają swoje oszczędności w bankach lub specjalnych instytucjach na rachunek bieżący. Rozporządzają tymi rachunkami, wystawiając czeki w tej lub innej formie. Korzyści, które z tego płyną, są następujące: unika się posługiwania w wymianie pieniądzem, oszczędza się na nim przez tzw. obrót bezgotówkowy. Bank lub inna instytucja, która przyjmuje pieniądze na rachunek bieżący, może część zasobów, w ten sposób zgromadzonych, zużyć w czynnych operacjach kredytowych; w ten sposób rezerwa kasowa każdej gospodarującej jednostki nie zmniejsza się przez to, że jej pieniądz jest ulokowany w banku, a równocześnie te pieniądze służą jako kredyt w innych gospodarstwach. Czek bardzo często nie jest od razu przedstawiany do zapłaty, lecz może przechodzić z rąk do rąk, jako środek wymiany i pełni wtedy bezpośrednio funkcje pieniądza. Najdalej posuniętym uproszczeniem wymiany jest obrót tzw. clearingowy, w którym kompensuje się rachunki jego uczestników i w małym tylko stopniu dochodzi do rzeczywistych wypłat. W tym wypadku oszczędność użycia pieniądza jest największa. I można by sobie wyobrazić taki ustrój wymienny, w którym nie używa się w ogóle pieniądza, a każdy z jego uczestników ma swój rachunek w centralnym banku, na którym zapisuje się jego wierzytelności i zobowiązania. Czasami wskazuje się na to, że na tej drodze zbliżamy się do wymiany surowej. Porównanie to jest tylko porównaniem, nie można go brać dosłownie. Wymiana surowa nie zna pieniądza, który przecież jest nie tylko środkiem wymiany, lecz także i "miernikiem wartości" i reprezentantem ogólnej siły nabywczej. Natomiast przy upowszechnieniu się obrotu kompensacyjnego co prawda pieniądz, jako materialny środek wymiany, małe znajduje zastosowanie, ale jako miernik wartości i reprezentant siły nabywczej jest podstawą tego obrotu. Bez pieniądza niema ani banknotów, ani czeków, ani czynności clearingowych. Instytucje te zastępują pieniądz, ułatwiają obrót, czynią zbędną większą ilość pieniądza mimo, że obroty kolosalnie rosną. Ale do swego istnienia wymagają one istnienia pieniądza. Nie może tu być mowy o wymianie i"surowej"; przeciwnie, obrót wymienny na podstawie pieniężnej, przybiera postacie bardziej delikatne.

Nie zajmiemy się tutaj szczegółowym przedstawieniem tych różnych środków obiegowych, zastępujących pieniądz. Mogą do tego celu służyć najrozmaitsze walory. Wspomnieć np. trzeba o wekslu, który nie jest tylko papierem kredytowym, lecz w pewnych warunkach staje się środkiem wymiany, krąży w obiegu zwłaszcza wtedy, gdy brak jest innych środków obiegowych. Czasami takim środkiem wymiany staje się bieżący kupon od obligacji, dalej tzw. bilet (bon) skarbowy, którym niejednokrotnie reguluje się zobowiązania i przyjmuje się go zamiast pieniądza. Słowem różne mogą być środki, zastępujące pieniądz. O tym trzeba pamiętać, gdy się rozważa zagadnienie wartości pieniądza.

4. Równowaga obrotu towarowego i pieniężnego.

Między intensywnością obrotu wymiennego, jego rozmiarami a ilością pieniądza i innych środków obiegowych, które pełnią funkcję pieniądza, musi zachodzić równowaga. Wyobraźmy sobie, że szereg gospodarujących jednostek raz na rok wymienia z sobą nadwyżki swojej produkcji, np. po zbiorach. W wymianie tej posługują się one pieniądzem. Otóż ilość pieniędzy i innych środków płatniczych, znajdujących się w obiegu, będzie określona przez ilości wymienionych towarów i ich cenę. Jeżeli Wymienia się 1000 sztuk dobra a po 10 zł., 2000 sztuk dobra b po 20 zł., 3000 sztuk dobra c po 30 zł., 4000 sztuk dobra d po 5 zł., to w takim razie wymiary wymiany i ilość pieniędzy, których obrót wymaga, będzie określona w ten sposób: 1000 a X 10+2000 b X v 20 + 3000 c X 30 + 4000 d X 5 = 160.000 zł. Tyle więc trzeba będzie użyć pieniądza i innych środków obiegowych. Znajduje tu zastosowanie zasada, która określa związek zachodzący między ceną dwóch wymienianych przedmiotów i ich ilościami: według niej cena pozostaje w stosunku odwrotnie proporcjonalnym do ilości. Jeżeli 1 a=10 b, to równowaga nastąpi wtedy, gdy wymienia się 10 razy więcej sztuk a niż sztuk b, czyli ilość a X cena a = iIość b X cena b. Musi tu zachodzić równowaga "par wymiennych".

Jeżeli więc wzrastają ilości wymieniane, względnie ich cena idzie w górę, to więcej trzeba pieniądza i innych środków obiegowych; jeżeli cena spada albo ilości wymieniane się zmniejszają, to wtenczas mniej potrzeba środków obiegowych. Ale w praktyce stosunki wymienne nie przedstawiają się tak prosto, jak w wyżej przytoczonym przykładzie; wymiana nie odbywa się raz na rok, lecz nieustannie dochodzi do skutku. Dlatego też nie można brać pod uwagę tylko ilości pieniądza, lecz także szybkość jego obrotów Jeśli w jakimś gospodarstwie jest na 1 miliard złotych pieniędzy i środków obiegowych i w przeciągu roku te środki obiegowe przeciętnie wejdą w obieg i wyjdą z niego 10 razy, to suma obrotów wyniesie 10 miliardów; wówczas ten 1 miliard pieniądza i środków obiegowych spełni tę samą funkcję, co 2 miliardy, których szybkość obrotu jest o połowę mniejsza i wynosi przeciętnie 5 miliardów w ciągu roku.

Większa szybkość obiegu oznacza oszczędność w użyciu i produkcji pieniędzy. Ale ta szybkość obiegu nie jest czymś niezależnym od celów i metod działalności gospodarczej jednostki. Pieniądz jest narzędziem obrotu gospodarczego. Możemy go użyć wtedy tylko, gdy to wynika z naszych planów i warunków naszej działalności gospodarczej. Transakcji wymiennych dokonywa się wtedy, gdy istnieje racja gospodarcza ich dokonywania, a nie dlatego, by pieniądze puszczać w ruch i by przyspieszać szybkość ich obrotu. Tę szybkość określają najrozmaitsze okoliczności, działające niejako z zewnątrz. Np. gdy psuje się koniunktura, gdy panuje niepewność gospodarcza, wówczas jednostki gospodarujące powstrzymują się od transakcji, szybkość obrotu się zmniejsza. Gdy wprowadza się różne ułatwienia komunikacyjne, przesyłanie towarów i wiadomości na większe odległości jest łatwiejsze, wtedy przyspiesza się obieg, mniejsza ilość środków obiegowych może spełnić tę samą usługę, którą przedtem pełniła ich większa ilość. Różne działy produkcji mogą wymagać tej samej ilości kapitału zakładowego i obrotowego, ale nierównym jest ich zapotrzebowanie środków pieniężnych; przesunięcie się produkcji z jednej dziedziny w drugą zmienia szybkość obrotu pieniężnego. W innych warunkach odbywa się produkcja, mająca stałe przez cały rok zapotrzebowanie środków obiegowych, a w innych np/ produkcja sezonowa, która wymaga wielkiego ich nagromadzenia w pewnych okresach czasu, a potem muszą one długo czekać bezczynnie.

Następnie zwrócić trzeba uwagę na różne czynniki, które wpływają na samą ilość środków obiegowych, które czynią zbędnymi transakcje wymienne, jakkolwiek nie zmniejsza się tempo życia gospodarczego. Np. przypuśćmy, że nastąpiła koncentracja produkcji w kierunku pionowym, obejmując wszystkie stadia produkcji jakiegoś dobra. Przedtem przedsiębiorstwo, wyrabiające półfabrykat, kupowało surowce od kopalni i płaciło za nie pieniądzem lub czekiem; obecnie kopalnia bez tej transakcji wymiennej dostarcza surowca do fabryki, niema potrzeby dokonywania rozrachunków w pieniądzu. Albo też ogromne modyfikacje zapotrzebowania środków pieniężnych sprawi mniejsze lub większe rozpowszechnienie się kredytu.

Niepodobna wyliczyć tych wszystkich pierwiastków, które komplikują zagadnienie zarówno ilości środków obiegowych, jak i szybkości ich obiegu. Obrót clearingowy, jak wiemy, sprowadza do minimum posługiwanie się zastępczymi środkami płatniczymi. Skutkiem tego wszelkie formuły, ustalające stosunek, zachodzące między obrotem towarowym a pieniężnym, mają bardzo względne znaczenie.

Niemniej takie formuły mogą się nam przydać jako środek pomocniczy w wyjaśnieniu wartości pieniądza. Największe zastosowanie ma formuła następująca, na której opiera się tzw. teoria kwantytatywna. Formuła ta ma postać następującą: P S+P1 S1 = C I, P oznacza ilość pieniędzy w obiegu P1 rachunki bieżące w bankach, którymi dysponuje się przez czeki, względnie inne zastępcze środki płatnicze; S i S1 szybkość obiegu tych wartości, a zaś C cenę, I ilość dokonywanych transakcji. Jak pisze Aftalion, "nikt nie może zaprzeczyć ścisłości tej formuły, bo ona tylko stwierdza pewną równość między każdą dokonaną wypłatą i ceną, którą się uzyskuje w wymianie, to znaczy między całością wypłat i przeciętną ceną wszystkich towarów i usług wymienionych". Formuła ta w gruncie rzeczy wyraża to samo, co zasadnicze twierdzenie wymienne, że ceny wymienianych towarów pozostają w odwrotnym stosunku do wymienianych ilości.

Mamy więc dwa czynniki, których wartość chcemy określić: towary i pieniądz, wyrażając się najogólniej. Stosunek ten usiłuje określić teoria kwantytatywna w sposób zbyt jednostronny. Twierdzi ona, że cena pieniądza, jego siła nabywcza, zależy od jego ilości (tzn. ilości pieniądza i zastępczych środków obiegowych) i szybkości ich obiegu. Zmiany ceny sprowadza do zmiany tych dwóch czynników. Natomiast przeciwnicy teorii kwantytatywnej wskazują, że na wartość pieniądza mogą oddziałać także i zmiany po stronie wymienianych towarów; że zwyżka cen może pójść dalej, niż odpowiadający jej wzrost ilości środków obiegowych i przyspieszenie szybkości ich obiegu itd.

"Dla przeciwników teorii kwantytatywnej wartość pieniądza nie jest bezwzględnie poddana jego ilości, nawet nie dając temu terminowi tego szerokiego znaczenia, które on ma obecnie. Przeciwnie, ilość pieniądza stosuje się często do zmian wartości pieniądza"[1]. By zbadać wartość pieniądza, zastosujemy przyjęte przez nas uogólnienia, które chcą wyjaśnić, od czego zależy cena każdego dobra gospodarczego. Duże znaczenie dla wyświetlenia tego zagadnienia ma okoliczność, z jakiego rodzaju pieniądzem mamy do czynienia. Odróżniamy zasadniczo dwa jego rodzaje: pieniądz pełnowartościowy i pieniądz podwartościowy. Pieniądz pełnowartościowy reprezentuje wartość przedmiotu, który służy jako środek wymiany. Ma swoją wartość niezależnie od funkcji wymiennej. Czy to będzie kruszec, z którego sporządza się pieniądz, czy to będzie inny przedmiot służący do wymiany, jakim np. był wół w starożytności, to nikt za pieniądz, jako środek wymiany, nie da więcej, niż daje za ten przedmiot, traktowany jako towar; w każdej bowiem chwili pieniądz może przestać być pieniądzem, a stać się zwyczajnym towarem. Moneta złota, w której zawarte jest np. 10 gramów złota, reprezentuje tę samą siłę nabywczą, co 10 gramów złota w innej postaci; drobne różnice wynikają tylko z kosztów bicia monety względnie przetopienia jej na kruszec dla celów przemysłowych, nie mają większego znaczenia.

Inaczej rzecz się przedstawia z pieniądzem podwartościowym. Materiał, z którego on jest sporządzony, reprezentuje mniejszą siłę nabywczą, niż sam ten pieniądz; czasami, jak np. w wypadku pieniądza papierowego, może nie mieć on żadnej wartości materialnej. Inne czynniki nadają mu jego wartość obiegową. Zachodzi wtedy możliwość, że jego wartość będzie podlegała zmianom niezależnie od kosztów jego produkcji. Dlatego też należy osobno zająć się wyjaśnieniem wartości jednego i drugiego rodzaju pieniądza.

5. Wartość pieniądza pełnowartościowego.

Cenę wszystkich przedmiotów gospodarczych wyraża się zwykle w pieniądzu; a zaś cenę pieniądza wyrażamy w przedmiotach, do której wymiany służy pieniądz. By uniknąć dwuznaczności, mówimy zwykle o wartości pieniądza, mając na myśli jego stosunek wymienny do ogółu dóbr gospodarczych. Ale inny termin nie oznacza w tym wypadku odrębnego zjawiska. Do zagadnienia wartości (ceny) pieniądza należy podejść tak, jak podchodzimy do zagadnienia ceny każdego innego dobra. Według ustalonych przez nas określeń, cena dobra gospodarczego równa się jego najniższej gotowości nabywczej i stosunkowo najwyższym kosztom jego produkcji; zależy zaś od ilości zapotrzebowania na nie i ilości dóbr wyprodukowanych. Zależy od całej użyteczności i od całych kosztów produkcji. Czym są więc koszty produkcji pieniądza, a czym użyteczność pieniądza, jego zapotrzebowanie?

Przy pieniądzu pełnowartościowym zagadnienie kosztów produkcji przedstawia się bardzo prosto. Dla producenta pieniądza nie jest on środkiem wymiany, lecz towarem takim, jak każdy inny towar. Zajmijmy się najbardziej typowym pieniądzem pełnowartościowym, to znaczy pieniądzem kruszcowym. Produkcja pieniądza dzieli się na dwa stadia: wydobycie i oczyszczenie kruszcu i odlanie z niego monety. Ta ostatnia czynność ma dodatkowe znaczenie, jej koszty nie wpływają wiele na cenę. Decydują warunki, w których odbywa się produkcja kruszcu. Kruszec szlachetny, jak i inne metale, nie należy do dóbr dowolnie pomnażalnych. Występuje przy nim renta górnicza. Niektóre kopalnie złota są tak obfite, że produkcja opłacałaby się, gdyby siła nabywcza pieniądza była mniejsza, gdyby za 1 kg złota uzyskiwało się znacznie mniej towarów, niż się dostaje dzisiaj. A zaś niektóre kopalnie produkują złoto w warunkach stosunkowo najmniej korzystnych, tak, że cena, którą uzyskują za złoto, ledwo pokrywa koszty ich produkcji. Jeżeli więc spadnie siła nabywcza złota, to wtedy te kopalnie przestają się opłacać; zaprzestaje się ich eksploatacji. I na odwrót, wzrost zapotrzebowania na złoto może z powrotem uczynić rentowną produkcję takich kopalń.

Historia wydobywania kruszców szlachetnych wskazuje na ogromne skutki zmian w warunkach ich produkcji, na jej chwiejny charakter, co w dłuższych okresach czasu wywołuje zmiany wartości pieniądza. Znamy okresy, w których w stosunku do potrzeb obrotu jest za mało kruszców szlachetnych; ich produkcja nie może nadążyć za wzrastającym zapotrzebowaniem, wtedy pieniądz drożeje, wzmaga się jego siła nabywcza, opłaca się wydobywanie kruszcu, połączone z większym kosztem, w innych czasach znowu, przede wszystkim dzięki odkryciu nowych kopalń, kruszec zjawia się w większej obfitości na rynku, jego siła nabywcza maleje, a ceny towarów, wyrażone w pieniądzu, spadają. Czynniki te wywołują wahania wartości pieniądza, odbierają mu charakter stałego "miernika wartości", o ile chodzi o dłuższe okresy czasu.

Jaka jest użyteczność pieniądza, co znaczy jego zapotrzebowanie?

Wartość jego powinna być określona przez jego krańcową gotowość nabywczą. Cały szereg producentów ma zmienne zapotrzebowanie na pieniądz, zależnie od rozmiarów i rodzaju swojej produkcji. Kiedy zapotrzebowanie na pieniądz wzrasta? Nie wystarczy do tego, by było więcej ludzi, którzy silniej niż przedtem pragną mieć pieniądze, tak jak zapotrzebowanie na chleb nie wzrasta przez to, że jest więcej głodnych. Ci głodni muszą być gotowi zapłacić więcej za chleb, niż płacono dawniej. Otóż zapotrzebowanie na pieniądz wzrasta wtedy, gdy ludzie gotowi są oddać więcej za pieniądze różnych towarów, niż oddawali przedtem. Wtedy te towary tanieją. Ich potanienie pobudza produkcję pieniądza. Sprowadza się więcej kruszcu z zagranicy, poszukuje nowych żył złota, przetapia kruszec przemysłowy na pieniądz.

A więc możemy tak się wyrazić: warunkiem wzrostu zapotrzebowania na pieniądz jest powiększenie się produkcji, która wymaga większej ilości środków obiegowych w postaci pieniądza. Jak wiadomo, nie każde powiększenie się rozmiarów produkcji wywołują ten skutek. Zdarza się często, że równolegle z tym idą różne ulepszenia obrotu wymiennego, które czynią zbędną większą ilość pieniędzy; ulepsza się obrót clearingowy, kredyt towarowy znajduje większe zastosowanie itd. Albo też zajdzie wypadek odwrotny: produkcja utrzymuje się w tych samych co przedtem rozmiarach, lecz zmienia się technika obrotu w tym kierunku, że wzrasta zapotrzebowanie na pieniądz; np. poderwane zostaje zaufanie do obrotu czekowego, lub następuje tego rodzaju zmiana w rozdziale dochodu społecznego, że wzrasta dochód warstw, które stosunkowo więcej używają pieniądza, kosztem warstw, które go mniej potrzebują. Np. przedsiębiorca, rozporządzający dochodem rocznym 500.000 zł., posługuje się w mniejszym stopniu pieniądzem, mając rachunki bieżące w bankach, niż 100 robotników, z których każdy ma 5.000 zł. dochodu. Jeżeli np. rząd, zamiast wypłacać pensje urzędnikom co kwartał, będzie je wypłacał co miesiąc, to wtedy przyspieszy szybkość obrotu pieniężnego, gdyż zmniejszy się przeciętny zapas gotówki, którą trzyma u siebie urzędnik, by pokrywać bieżące potrzeby. Albo wyobraźmy sobie, że ceny artykułów przemysłowych po miastach i usług, oddawanych przez ludność miejską spadają, a ceny płodów rolnych idą w górę. Dochód wsi wzrósł kosztem miasta, a nie zmieniła się ogólna suma dochodu. Wówczas wzrośnie zapotrzebowanie na pieniądz, gdyż na wsi, zwłaszcza u chłopa, pieniądz wolniej chodzi, niż w mieście.

Wynika z tego, że obok zapotrzebowania ilości pieniędzy należy uwzględnić większe lub mniejsze zastosowanie ilości zastępczych środków płatniczych, a następnie możliwość takich przeobrażeń produkcji, że jej wzrost lub zmniejszenie się nie pociąga za sobą proporcjonalnego wzrostu zapotrzebowania zarówno pieniądza, jak i zastępczych środków płatniczych. Przypuśćmy jednak, że działanie tych dwóch ostatnich czynników nie daje się odczuć. Wówczas niewątpliwie zaznaczy się pewna współzależność między rozmiarami produkcji a ilością potrzebnych pieniędzy. Gdy ludność wzrasta, gdy więcej jest sił roboczych, więcej surowców i środków żywności zużywanych w produkcji, to wówczas caeteris paribus trzeba więcej pieniędzy, by zaspokoić potrzeby obrotu pieniężnego.

Dzieje się to w ten sposób. Przedsiębiorca osiąga większy dochód czysty. Rozporządza większą siłą nabywczą. Może jej użyć albo na powiększenie swojej konsumpcji, albo na powiększenie produkcji. W pierwszym wypadku kupuje więcej dóbr konsumpcyjnych, zużywa więcej pieniędzy, w drugim również tych pieniędzy potrzeba więcej na wypłaty dla nowoprzyjętych robotników, na podatki itd. Ale pieniądz jest tylko środkiem wymiany, nie jest bezpośrednio lub pośrednio używany w produkcji. "Pieniądz" ma dla jednostki subiektywną użyteczność, która wzrasta lub maleje, zależnie od stanu potrzeb i rozmiarów jej dochodu. Ta subiektywną użyteczność jest określona przez użyteczność dóbr, które się nabywa za pieniądze. Ale w tej chwili o co innego chodzi. O to, czy jednostki gospodarujące rozmaicie oceniają znaczenie pieniądza, jako środka wymiany; czy jedne gotowe są za niego dać więcej innych dóbr, a inne mniej, nabywając ten pieniądz. Przedsiębiorca, który spodziewa się osiągnąć duży zysk czysty ponad koszty produkcji, gotów byłby zapłacić za tonę żelaza przez siebie przerabianego o 1 zł. lub dwa złote więcej, bo i tak zarobi na swej produkcji. Inny zaś przedsiębiorca gotów jest zapłacić za żelazo cenę nie wyższą od tej, która jest w danej chwili na rynku, albowiem dochód z tego przedsiębiorstwa pokrywa tylko koszty produkcji. Czy możemy więc skonstruować podobną skalę zapotrzebowania, o ile chodzi o zapotrzebowanie pieniądza i dojść w ten sposób do krańcowej gotowości nabywczej na pieniądz?

Przypuśćmy, że pieniądz podrożał. Zwiększyły się koszty produkcji kruszcu, z którego się wyrabia pieniądz. Podrożenie pieniądza oznacza odpowiedni spadek ceny wszystkich towarów, uczestniczących w obrocie. Wówczas wszyscy producenci muszą dać więcej za jednostkę pieniądza, którego im potrzeba w ich gospodarstwie, ale równocześnie dostają więcej za swoje produkty. Przedtem np. kosztowała przedsiębiorcę 1 tona żelaza 20 zł., jeden dzień pracy robotnika 10 zł. Obecnie za to samo płaci 19 względnie 9,5 zł, Ale ponieważ zmiana stosunku wymiennego wyszła od strony pieniądza i przez to dotyczy wszystkich dóbr, to także za swoje produkty otrzymają producenci mniej pieniędzy, niż przedtem dostawali; czysty zysk przedsiębiorcy będzie wynosił zamiast 10.000 zł - 9.500 zł. W przeciwnym wypadku pieniądz tanieje, jest więcej pieniądza niż go przedtem było, gdyż jest większy dopływ kruszcu z powodu łatwiejszej produkcji. Wówczas drożeją wszystkie towary. Za 1 kg złota kupuje się mniej towarów, niż się kupowało przedtem. Zmiany te dotyczą równomiernie tego, co poszczególni producenci kupują, jak i tego, co sprzedają.

Wahania wartości pieniądza mogą wywołać różne zmiany w warunkach produkcyjnych różnych przedsiębiorców. Np. jeżeli pieniądz potanieje i ceny towarów pójdą w górę, to wtedy zarobią na tym ci, którzy mają nagromadzone zapasy towarów; w razie podrożenia pieniądza poniosą na tym straty. Na zwyżce wartości pieniądza tracą dłużnicy, zarabiają wierzyciele; na zniżce zaś odwrotnie, zarabiają dłużnicy kosztem wierzycieli. Podrożenie pieniądza może powstrzymać tempo rozwoju gospodarczego; jego potanienie nieraz to tempo przyspiesza, czasami w sposób nienaturalny.

Mówimy tu o potanieniu lub podrożeniu pieniądza w ścisłym znaczenia tego wyrazu, a nie w takim, w jakim się go często używa w żargonie giełdowym. Wyrażenie: "pieniądz drożeje" oznacza w po- tocznym rozumieniu nie fakt, że wzrasta jego siła nabywcza, lecz że więcej trzeba płacić za wypożyczony kapitał, że stopa procentowa idzie w górę. A pomieszanie ceny pieniądza i ceny kapitału doprowadziłoby do wielkich nieporozumień. Jeżeli np. trzeba za wypożyczony kapitał płacić 6% zamiast 5%, to wtedy usuwają się z produkcji niektórzy producenci, którzy mają wysokie koszty produkcji, którzy musieliby pracować droższym kapitałem, a nie mogą sprzedawać swoich produktów odpowiednio drożej. Zostaną na placu ci, którzy zniosą wyższą stopę procentową. A więc o ile chodzi o kapitał, to gotowość nabywcza jest rozmaita u różnych przedsiębiorców i cena kapitału równa jest, jak wiemy, stosunkowo najniższej gotowości nabywczej.

Inaczej jest z zapotrzebowaniem pieniądza. Wzrost lub zmniejszenie się jego ceny nie zmienia w niczym położenia przedsiębiorców, produkujących przy różnych kosztach produkcji. Jeżeli pieniądz potanieje lub podrożeje, to ta zmiana nie dotyka specjalnie przedsiębiorców, produkujących w warunkach, w których przedsiębiorca pokrywa tylko swoje koszty, w których nie ma czystego zysku. Nie tracą oni na tym ani nie zyskują więcej, niż przedsiębiorcy, którzy osiągają wielki zysk czysty. Wszyscy płacą więcej za pieniądz, ale też dostają więcej za swoje produkty; albo też płacą mniej, a wtedy i mniej dostają. Przedsiębiorca, który ma duży zysk czysty, gotów jest w razie potrzeby zapłacić więcej za surowiec, za kapitał, za robociznę, czego nie może zrobić przedsiębiorca produkujący bez zysku, bo wtedy cena produktu, o ile ona się nie zmieni, nie pokryje jego kosztów. Natomiast w razie zmiany wartości pieniądza, zmiana następuje równomiernie co do wszystkich wydatków, jak i dochodów, bo ceny wszystkich towarów równomiernie spadają lub idą w górę.

Wobec tego nie możemy mówić o różnej gotowości nabywczej na pieniądz u różnych producentów, nie znajdziemy jakiegoś "krańcowego nabywcy" na pieniądz, jak znajdujemy go przy popycie na kapitał, robociznę, lub poszczególne postacie kapitału i robocizny. Pieniądz, jego wartość, nie jest samodzielnym pierwiastkiem składowym kosztów produkcji; jest natomiast tym, w czym się wyraża wszystkie koszty produkcji. Niema takiego producenta, który byłby dać gotów więcej za pieniądz, niż dają inni. Albowiem producent nie zużywa pieniądza w swojej produkcji, lecz zużywa kapitał w różnych jego postaciach. Pewną część swojego kapitału trzyma on zawsze w postaci gotówki, zapasu kasowego. Ale ocenia znaczenie tego kapitału wedle konkretnych jego zastosowań, ma na oku konkretne przeznaczenia tego zapasu. Ich użyteczność on ocenia, ma większą lub mniejszą gotowość nabywczą na poszczególne dobra; ale większe lub mniejsze zapotrzebowanie pieniądza jest ubocznym rezultatem rozwoju produkcji, takiego lub innego jej stanu, bo pieniądz sam przez się nie ma żadnej użyteczności, ani bezpośredniej dla zaspokojenia potrzeb, ani pośredniej, gdyż nie zużywa się w produkcji, nie służy do wytwarzania tych lub innych dóbr, zaspokajających nasze potrzeby. Nie może więc jego użyteczność podlegać różnym ocenom nabywców pieniądza (oczywiście nie mamy tu na myśli użyteczności jego w znaczeniu przenośnym, jako reprezentanta siły nabywczej).

Zapotrzebowanie kruszcu, z którego wybija się pieniądze, względnie samych nawet pieniędzy, ale nie jako środków wymiany, przejawia się tak, jak zapotrzebowanie na wszelkie inne dobra. Gdy np. złoto jest używane do jakichkolwiek celów, to na jego zapotrzebowanie wpływa różna gotowość nabywcza na przedmioty, wyrabiane ze złota. Wpływa subiektywna użyteczność różnych nabywców złotych zegarków, pierścieni i innych ozdób. Podobnie rzecz się przedstawia, gdy ktoś gromadzi monety złote, gdy je tezauryzuje; chęć tego gromadzenia u jednych może być silniejsza, u drugich słabsza; może się zmieniać, zależnie od najrozmaitszych okoliczności. Czasami występuje w stosunku do złota specjalne proetium affectionis; pociąga ono ludzi, to "żółte i świecące, kosztowne złoto" (Szekspir). Ale wtedy złoty pieniądz nie jest traktowany jako środek wymiany; jest przedmiotem, który sam przez się zaspokaja pewne potrzeby.

Jeżeli więc chodzi o właściwą wartość pieniądza pełnowartościowego, to zależy ona od dwóch czynników; od jego kosztów produkcji i od ilości zapotrzebowania, określonej przez warunki produkcji i wymiany. Gdy koszt produkcji wzrośnie, to podaż pieniędzy nie odpowiada rozmiarom jego zapotrzebowania, to wtedy wartość pieniądza idzie w górę, spadają ceny. Gdy zaś koszty produkcji się obniżą, to wzmoże się ilość pieniędzy z powodu wielkiej łatwości ich produkcji, to wtedy maleje wartość pieniądza, ceny towarów rosną. Niewątpliwie zachodzi pewna proporcjonalność między ilością pieniędzy, znajdujących się w obiegu, a ilością dóbr wymienianych i ich ceną, jeżeli pominiemy komplikujący wpływ szybkości obiegu, zastosowania zastępczych środków płatniczych i zmian w technice produkcji i wymiany, zwężających lub rozszerzających zapotrzebowanie tak pieniędzy, jak i zastępczych środków płatniczych. Wtedy możemy powiedzieć, że ilość pieniędzy równa się ilości wymienianych dóbr, pomnożonej przez ich ceny. Ale zmiana tego stosunku może być wywołana nie tylko przez to, że na rynku zjawi się więcej lub mniej pieniędzy. Zmianę tę wywołać mogą także i warunki, w których odbywa się produkcja wymienianych towarów. Wzrost tej produkcji caeteris paribus wywołuje większe zapotrzebowanie na pieniądz, a wtedy, gdy jego produkcja nie odbywa się przy stałych kosztach, zmienia się wartość pieniądza, właśnie skutkiem zmian w ilości zapotrzebowania. Tylko tak pojęta teoria kwantytatywna wydaje się nam być trafną. Ale wciąż zajmowaliśmy się tylko pieniądzem pełnowartościowym. Wartość pieniądza podwartościowego zależy od innych jeszcze okoliczności.

6. Pieniądz podwartosciowy i jego wartość.

Gdy za pieniądz otrzymujemy więcej towarów w wymianie niż za ten sam pieniądz, traktowany jako towar to znaczy za materiał, tkwiący w pieniądzu, to wówczas mówimy o pieniądzu pod wartościowym. Różnica między siłą nabywczą pieniądza a ceną materiału, z którego jest sporządzony, może być nieznaczna, np. gdy wypuszcza się monety z lekką domieszką mniej szlachetnego kruszcu, a nadaje im się tę samą moc zwalniania od zobowiązań, którą przedtem miały. Ta różnica może być ogromna, cena materiału może się równać niemal zeru, np. w wypadku pieniądza papierowego. Ale w jednym i drugim wypadku mamy do czynienia z tym samym zjawiskiem, różnice są natury raczej ilościowej.

Pieniądz podwartościowy jest zjawiskiem wtórnym. W sposób spontaniczny może powstać tylko pieniądz pełnowartościowy. Środkiem wymiany staje się jakiś przedmiot, czy to szczególnie rozpowszechniony (wół. sól, skóra, płótno), zry też szczególnie nadający do wymiany z obcymi; ale nie może odrazy powstać rozbieżność między jego siłą nabywczą, a jego wewnętrzną wartością w obrocie. Dopiero w miarę porządkowania się stosunków prawnych, w miarę wzrastającej interwencji państwa, może się zjawić nieporządek pieniężny: władza państwowa nadaje gorszemu pieniądzowi kurs przymusowy, albo też poprzestaje na wypuszczeniu monet o mniejszej wartości metalu, licząc się z ten, że one będą miały większą siłę nabywczą niż wynosi wartość tego metalu. Czyli pod tą lub inną formą pieniądz pod wartościowy jest pieniądzem państwowym; a zaś pieniądz pełnowartościowy może nim być lecz nie musi.

Produkcja pieniądza podwartościowego przynosi nadwyżki po nad swoje koszty, niekiedy bardzo wielkie nadwyżki. Pieniądz podwartościowy staje się źródłem zysków dla tego, kto go wypuszcza Z uwagi na to, produkcja ta musi mieć charakter monopoliczny. Nie może być w państwie wolności drukowania pieniędzy papierowych, bo wówczas wielu ludzi, zamiast pracować, zaopatrzyłoby cię w maszyną drukarską i drukowałoby pieniądze na swoje potrzeby. To też tym interesem zajmuje się państwo lub instytucja, przez państwo do tego upoważniona. Im większa jest rozbieżność między siłą nabywczą pieniądza a wartością materiału, z którego się go sporządza, tym mniej może być mowy o jego kosztach produkcji, jako o czynniku, wpływającym na jego ilość i wartość. Po prostu ten, kto ma prawo wypuszczania pieniędzy papierowych, reguluje ich dopływ, oznacza swobodnie ilość, która ma się znajdować na rynku; "koszty produkcji", w ścisłym wyrazu znaczeniu, w małym stopniu wchodzą w rachubę.

W jaki sposób możliwe jest istnienie pieniądza podwartościowego? Pieniądz jest środkiem wymiany, nie ma bezpośredniej ani pośredniej użyteczności. Jest wyrazicielem ogólnej siły nabywczej. By mógł pełnić te funkcje, nie jest rzeczą konieczną, by miał pełną wartość, nawet by miał jakąkolwiek wartość wewnętrzną. Kawałek papieru, na którym napisane jest, jaką wartość on reprezentuje, może być środkiem wymiany, tak jak moneta złota. Pieniądza używa się do wymiany i okoliczność, że zawarte jest w nim złoto lub srebro, nie ma, teoretycznie biorąc, istotnego znaczenia. Uczestnikowi wymiany, który sprzedaje swój towar za pieniądze, a potem za nie kupuje nowe towary, zależy na tym, by on nie stracił na posługiwaniu się pieniądzem, by za 1.000 zł. mógł on to samo dostać w chwili, gdy kupuje potrzebne mu towary, ile mógł za nie dostać w chwili, gdy nabywał pieniądze, gdy sprzedawał swój towar. Zależy mu na tym, by pieniądz nawet w dłuższych odstępach czasu nie zmieniał swojej siły nabywczej, a nie na tym, by ten pieniądz był pełnowartościowym. Najczęściej zresztą nie posługujemy się kruszcowemu pieniędzmi, lecz banknotami, wymienialnymi na złoto lub na obce waluty i dewizy, które są wymienialne na złoto. Otóż wyobraźmy sobie, że w danym kraju krąży pieniądz papierowy o kursie przymusowym. Ale za ten pieniądz można dostać m rynku w każdej chwili tę tamą co przedtem ilość towarów, bez względu ma to. czy się kupuje te towary dzisiaj, czy za tydzień, czy za rok; można też dostać za jednostkę pieniądza nie zmieniającą się ilość obcych środków płatniczych, które są wymienialne na złoto. W tych warunkach pieniądz papierowy będzie pełni te same funkcje, co i banknot, co do którego istnieje ustawowy obowiązek wymiany na złoto.

Kiedy to jest możliwym? Kiedy pieniądz podwartościowy oddaje obrotowi te same usługi, co i pieniądz pełnowartościowy? Zależy to od szeregu warunków, które niełatwo jest urzeczywistnić. Zanim do nich przejdziemy, wyjaśnijmy najpierw istotną rolę przymusu, który stosuje państwo, nadając pieniądzowi charakter przymusowego środka zwalniania od zobowiązań. Państwo może pójść jeszcze dalej: zadekretować, że pieniądz papierowy ma być przyjmowany po takim a takim kursie. Skutek takiego zarządzenia jest niewątpliwy, o ile chodzi o regulowanie dawniejszych zobowiązań, wyrażonych w walucie krajowej. Wtedy bowiem wierzyciel nie będzie mógł odmówić przyjęcia długu, chociaż suma, którą otrzymuje, tylko nominalnie jest równa sumie umówionej, a w rzeczywistości dostaje on mniej, niż pożyczył. Ale państwo nie może przez oznaczenie przymusowego kursu zapobiec temu, by ceny towarów nie szły w górę, o ile istnieje w danym gospodarstwie społecznym wolność obrotu, o ile ceny oznaczane są na wolnym targu.

Państwo może na tym nie poprzestać, a przejść do systemu ogólnej reglamentacji cen towarów i oznaczyć stały stosunek wymienny, zachodzący między pieniądzem a towarami i usługami. Wówczas jednak nie mamy do czynienia z ustrojem gospodarczym, którego funkcjonowanie wyjaśniałaby teoria gospodarstwa społecznego. Wszystko w nim zależy od woli władzy państwowej, a zjawiska ekonomiczne nie układają się w nim w sposób, wykazujący pewną prawidłowość. Zazwyczaj jednak poprzestaje się na tym, że pieniądz podwartościowy otrzymuje kurs przymusowy, a ceny towarów układają się swobodnie. Otóż jedno można stwierdzić: w gospodarstwie społecznym, w którym krąży pieniądz podwartościowy, wtedy tylko będzie on dobrze funkcjonował, gdy z faktem jego istnienia nie łączą się żadne ujemne skutki dla uczestników wymiany, gdy oni nie ponoszą żadnych strat na tym pieniądzu. Dzieje się to wówczas, gdy pieniądz pod wartościowy ma stałą wartość, gdy za ten pieniądz dostaje się to samo, co by można było dostać za pieniądz, wymienialny na złoto. A wtedy kurs przymusowy pieniądza nie ma praktycznego znaczenia. Czyli, te z trwałością wartości pieniądza podwartościowego kurs przymusowy godzi się o tyle, o ile istnieje tylko na papierze, a nie dochodzi do stosowania tego przymusu, połączonego z jakimikolwiek ofiarami uczestników wymiany.

Z tego punktu widzenia należy też patrzeć na głośna, teorię pieniądza "państwowego", sformułowaną przez G. F. Knappa, streszcza tacą się w następującym zdaniu: "pieniądz jest tworem porządku prawnego". Nikt nie zechce przeczyć temu, że państwo ma olbrzymi wpływ na ustrój pieniężny. Ale nie można z tym się zgodzić, by rozporządzenia państwa, by prawo, miało konstytutywny wpływ na wartość pieniądza. Gdy powstaje rozbieżność między wewnętrzną jego wartością a tą, którą chce mu nadać zarządzenie państwowe, to wówczas wpływ państwa jest ograniczony przez te same czynniki, które ograniczają zastosowanie wszelkich taryf cen, regulowanie przez władze ceny różnych towarów. A nawet pieniądz jest bardziej pod tym względem odporny, gdyż kurs jego zależy od międzynarodowego obrotu, którego nie reguluje państwo, wydając swój pieniądz i usiłujące zabezpieczyć jego wartość.

W zasadzie można odrzucić teorię, która uzależnia wartość pieniądza od jego wewnętrznej, zwykle kruszcowej wartości; w praktyce jednak trzeba powiedzieć, że wszelkie argumenty, tej "metalistycznej" teorii przeciwnie, nie usprawiedliwiają jednak stanowiska, które by chciało zerwać z jego kruszcową podstawą.

Wartość pieniądza podwartościowego zależy od tego samego, co i wartość pieniądza pełnowartościowego, co i cena wszystkich dóbr gospodarczych: od użyteczności i rozmiarów zapotrzebowania z jednej strony, a z drugiej od kosztów produkcji i jej rozmiarów. Ale te czynniki wtedy, gdy chodzi o pieniądz podwartościowy, zmieniają swój charakter. Wskazaliśmy już poprzednio na to, że koszty produkcji pieniądza pełnowartościowego przedstawiają się tak samo, jak koszty produkcji zwyczajnego towaru; a zaś przy pieniądzu podwartościowym nie mamy do czynienia z zależnością od technicznych warunków produkcji, od tego, czy natura okazuje się mniej lub więcej łaskawą na produkcję kruszcu, czy zmienia się technika tej produkcji, lecz istnieje możność dowolnego powiększania, a także i zmniejszania ilości pieniędzy podwartościowych.

Zakrawa na paradoks następująca teza: ponieważ przy pieniądzu papierowym nie wchodzą w grę zwyczajne koszty produkcji towarowej, nie podlega on wahaniom wartości, wywoływanym przez zmiany tych kosztów, np. przez mniejszą lub większą podaż kruszców; może się ten pieniądz łatwiej dostosować do zapotrzebowania i dlatego też, teoretycznie biorąc, łatwiej jest zabezpieczyć stałość jego kursu. Nie można wszakże na tej podstawie opierać jakichkolwiek praktycznych wniosków na korzyść pieniądza podwartościowego; chcemy tylko stwierdzić, że pieniądz papierowy nie jest narażony na wstrząśnienia, wywołane odkryciem nowych kopalń kruszcu, albo "głodem" srebrnym czy złotym. W zamian za to narażony jest na wiele innych wstrząśnień, z którymi się zaraz zapoznamy. Jak przedstawia się zapotrzebowanie pieniądza podwartościowego? Dopływ tego pieniądza jest regulowany przez państwo lub organ działający z jego upoważnienia. Przypuśćmy, że ten organ dba wyłącznie o jego stałość, nie kieruje się żadnymi ubocznymi względami. A więc powiększa obieg tego pieniądza tylko wtenczas, gdy będzie go brakowało, jako środka wymiany, gdy z powodu zbyt małego obiegu nastąpi brak środków obiegowych i towarzyszące mu wstrząśnienia, wywołane przez zniżkę cen towarów. Należy jednak zdać sobie sprawę z tego, co naprawdę oznacza brak "środków obiegowych". Nikt zdaje się o tym nie wątpić, że szkodliwym jest wypuszczanie pieniędzy podwartościowych na potrzeby skarbu. W ten sposób stwarza się sztucznie siłę nabywczą, której nie odpowiada powiększenie się ilości dóbr gospodarczych. Ale dość często można spotkać zwolenników druku pieniędzy na potrzeby "produkcji"; twierdzą oni, że w tym wypadku zwiększenie się obiegu idzie w parze z wytworzeniem nowych dóbr, z powiększeniem się ich obrotu.

Zwolennicy tej tezy mieszają dwie rzeczy: brak kapitału i brak środków obiegowych. Nie można stworzyć sztucznie kapitału (tzw. inflacją kredytową zajmiemy się później). Środki obiegowe nie mogą powiększyć na trwałe produkcji, bez wywołania ujemnych skutków. Nie pieniądz jest źródłem kapitału, lecz kapitał jest źródłem pieniądza. Wzrost kapitału tylko w pewnej części wyrazi się w większym zapotrzebowaniu środków obiegowych, wywołanym przez większą ilość aktów wymiany, przez potrzebę utrzymywania zapasów kasowych w przedsiębiorstwach, które powstały dzięki nowemu kapitałowi itd. Przypuśćmy, że cały obieg pieniędzy podwartościowych wynosi 3.000.000.000 zł. Otóż instytut emisyjny powiększa ten obieg o 300.000.000 zł. z wyłącznym przeznaczeniem na cele produkcyjne. Przedsiębiorcy za ten kapitał rozszerzą swoje warsztaty, kupią więcej surowców, przyjmą więcej robotników, słowem, zwiększą produkcję. Ale tylko drobna część tych pieniędzy będzie im służyła za środek wymiany, zgodnie z przeznaczeniem pieniądza; ogromna ich większość wyjdzie na rynek i powiększy ilość środków obiegowych, jakkolwiek nie nastąpi odpowiednie powiększenie produkcji. Łatwo jest zauważyć, że wtedy stosunek ilości wymienianych towarów do ilości środków obiegowych zmieni się na korzyść tego drugiego czynnika.

Otóż przypuśćmy, że organ, który wypuszcza w obieg pieniądze podwartościowe, prowadzi bardzo ostrożną politykę emisyjną. Nie pozwala sobie na liberalne pojmowanie "środka wymiany" i potrzeb obrotu pieniężnego. Ilość pieniędzy, znajdujących się w obiegu, jest dostosowana do istotnych potrzeb, w szczególności czuwa się nad zabezpieczeniem dostatecznej podaży obcych środków wymiennych, by ich brak nie wstrząsnął kursem własnego pieniądza. Wówczas jesteśmy w okresie tzw. faktycznej stabilizacji. O ile ta stabilizacja nie jest przeprowadzona sztucznie, dzięki jakimś nadzwyczajnym wpływom, np. kredytowi zagranicznemu, a poszczególne jej czynniki mają charakter trwałości, to przejście do pieniądza pełnowartościowego. ogłoszenie dewaluacji dawnego, nie sprawia żadnych większych trudności; może odbyć się łatwo, bez większych wstrząśnień.

Ale zbyt dobrze znane nam są wypadki, w których obieg pieniężny powiększa się nieproporcjonalnie do istotnych potrzeb wymiany, w których wypuszcza się nowe pieniądze nie dlatego, że obrót wymaga nowych środków obiegowych, odpowiednio do powiększenia się kapitału produkcyjnego, lecz dlatego, że chce się na tej drodze albo stworzyć nowy kapitał (inflacja "produkcyjna"), albo uzyskać fundusze dla skarbu państwa (inflacja skarbowa). Wypadki te dostarczyły bardzo wdzięcznego tematu teorii ilościowej pieniądza. Nabrała ona nowej żywotności, dowodząc, że istnieje ścisły związek przyczynowy między powiększeniem się obiegu (przyczyna) a wzrostem cen (skutek).

Niewątpliwie istniej pewna równoległość między wzrostem obiegu a wzrostem cen, przynajmniej w grubych liniach. Wszakże dokładniejsze badania tego problemu wskazują, że nie można związku między tymi zjawiskami ujmować w jednostronny stosunek przyczyny do skutku. Czasami wzrost obiegu wywołuje wzrost cen; ale znane są wypadki, że wzrost cen, stwarzający nowe zapotrzebowania skarbowe i gospodarcze, zmusza do powiększenia obiegu. Prace autorów, którzy się specjalnie tym zagadnieniem zajęli, jak np. wspomniana poprzednio praca Aftaliona[2] i praca E. Taylora [3] dowodzą, że zależność istniejąca między wzrostem pieniądza a wzrostem cen względnie wzrostem kursu obcych walut może przybierać najrozmaitsze formy w różnych stadiach procesu inflacyjnego.

Zasadnicza różnica praktyczna między pieniądzem pełnowartościowym a pieniądzem podwartościowym tkwi w następujących okolicznościach. Na pieniądz pełnowartościowy patrzą uczestnicy wymiany jako na coś, co ma stałą wartość, traktują ten pieniądz wyłącznie tylko jako środek wymiany. W ich kalkulacji gospodarczej nie wchodzą w rachubę względy na to, że ten pieniądz może zmienić swoją wartość, że jego kurs podniesie się lub spadnie. Natomiast na pieniądz podwartosciowy patrzy się jako środek wymiany, którego wartość podlega wahaniom. Zjawia się, jak się wyraża T. Brzeski, "ryzyko pieniężne" '). Uczestnicy wymiany liczą się z tym, że posiadając zasoby pieniężne w gotówce, na kontach czekowych, zaciągając zobowiązania, nabywając wierzytelności w pieniądzu, stracą lub zyskają na zmianach wartości pieniądza. Te rachuby i przewidywania stają się czynnikiem, który komplikuje obieg pieniądza podwartościowego, który krzyżuje się z normalną jego funkcją, jako środka wymiany. I właśnie z uwagi na ten czynnik nie można pojmować stosunku, zachodzącego między ilością pieniędzy podwartościowych w obiegu a poziomem cen w sposób mechaniczny. Uczestnicy wymiany w ten lub inny sposób dyskontują z góry przewidywane zmiany wartości pieniądza.

Na tym tle powstają najrozmaitsze kombinacje. Pieniądz podwartościowy jest nie tylko środkiem wymiany, lecz równocześnie staje się obiektem spekulacyjnym; przedmiotem spekulacji są wahania jego kursu, i ta spekulacja wpływa zarówno na ten kurs, jak i na ilość i szybkość obiegu. Zasadniczo wchodzą w rachubę dwie ewentualności: przewidywana możliwość zwyżki kursu pieniądza i możliwość jego zniżki. W pierwszym wypadku zjawia się dążność do gromadzenia pieniędzy, których kurs może pójść w górę. Skutkiem tego obieg ich zwalnia. Posiadacz takiego pieniądza wyzbywa się go niezbyt chętnie, bo liczy się z tym, że zarobi na zwyżce. Chętniej pozbywa się towarów, niż pieniędzy. Skutkiem tego towary tanieją, chociaż nie musi zmniejszyć się ilość pieniędzy, znajdujących się w obiegu. Gdy zaczyna się gra na zwyżkę jakiegoś pieniądza, zawiera się więcej transakcji w tym pieniądzu, niż zawierało się przedtem, o ile chodzi o międzynarodowe stosunki handlowe; stwarza to nowe zapotrzebowanie na ten pieniądz.

Odwrotne objawy występują w wypadku przewidywanej zniżki kursu. Przyspiesza się obieg tym pieniądzem, by uniknąć strat. Gdy ten ruch jest dostatecznie silny, przybiera postać "ucieczki" od pieniądza krajowego. Uczestnicy wymiany wolą mieć towar niż pieniądz, i często skutkiem tego towary drożeją. W wypadkach, gdy można było zawierać transakcje w różnych walutach (eksport lub import), powstaje tendencja w tym kierunku, by wybrać walutę mocniejszą. Zmniejsza się więc ilość transakcji, zawieranych w pieniądzu, którego zniżkę się przewiduje; mniej go potrzeba w obrocie, co również działa w kierunku zwyżki cen. W tych warunkach przedmiotem spekulacji staje się obcy pieniądz pełnowartościowy. Rośnie popyt na niego, nie wywołany bynajmniej potrzebami obrotu. Taki charakter miało w wielu krajach Europy, w niektórych ma jeszcze i dzisiaj, poszukiwanie dolara lub funta. Wzajemna zależność cen towarów, wartości pieniądza i ilości jego obiegu może się wyrażać w najrozmaitszy sposób; niepodobna tych kombinacji tutaj wyczerpać, może się tym zająć szczegółowe badanie, oparte o materiał statystyczny. W każdym razie w procesie spadania kursu pieniądza i towarzyszących mu objawach należy wyróżnić co najmniej dwa stadia. W pierwszym z nich istnieje duża rozpiętość między wewnętrzną siłą nabywczą pieniądza podwartościowego, a jego siłą nabywczą zewnętrzną, jego wartością w złocie. Czy to dlatego, że obieg tego pieniądza nie powiększa się raptownie, czy też że "ucieczka od pieniądza" nie staje się powszechną, ceny wewnętrzne wykazują dużo odporność, czasami nawet nie idą w górę proporcjonalnie do wzrostu obiegu, nie mówiąc już o proporcji do spadku jego kursu zewnętrznego. Ale gdy inflacja przybierze zbyt wielkie rozmiary, to wówczas następuje załamanie się siły nabywczej pieniądza. Wtedy występują pewne objawy o charakterze panicznym. Przypuszcza się możliwość większej zniżki kursu zewnętrznego, niż zniżka, która by w rzeczywistości nastąpiła, gdyby nie dołączyła się tutaj ucieczka od pieniądza. Wtedy nie tylko nie zawiera się transakcji o charakterze kredytowym w pieniądzu podwartościowym. lecz zaczyna się kalkulować ceny w obcym pieniądzu o stałej wartości, czyli w złocie. Wtedy już samo powiększanie się obiegu przestaje być czynnikiem decydującym.

Objawy te nazywamy zwykle "hiperinflacją". Można by powiedzieć, że zachodzi tu dekompozycja pieniądza, jego rozkład. Przestaje on być zarówno miernikiem wartości, jak i reprezentantem ogólnej siły nabywczej. Jest środkiem wymiany, ale tylko w ograniczonym zakresie, tylko dla tych uczestników wymiany, którzy muszą posługiwać się tym pieniądzem. W takich warunkach okazuje się konieczną rewolucja pieniężna, zerwanie z dawnym środkiem płatniczym i wprowadzenie nowego, mniejsza już o to, czy pod dotychczasową, czy inną nazwą.

7. Kredyt.

Pojęcie kredytu jest ściśle związane z pojęciem kapitału. Zajmowaliśmy się już zjawiskiem kredytu wtenczas, gdy była mowa o dochodzie z kapitału, o stopie procentowej. Poza tym zagadnienia kredytowe mają charakter wybitnie praktyczny, trudno jest w ogólnym wykładzie wchodzić w szczegółowe przedstawienie rodzajów kredytu, w charakterystykę długiego szeregu instytucji kredytowych. Pozostaje jednak do wyświetlenia jedno zagadnienie natury teoretycznej: jaka jest zasadnicza funkcja kredytu w gospodarstwie społecznym; czy kredyt stwarza nowe kapitały, czy dzięki niemu dochodzi tylko do lepszego zużytkowania nagromadzonych już kapitałów?

Najbardziej typowym jest wypadek, że kredyt powstaje na tle gromadzenia się oszczędności. Jedni odraczają swoją konsumpcję na przyszłość. Mają do dyspozycji kapitał, którego sami nie chcą, czy nie umieją zużytkować w wytwórczości. Ten kapitał oddają innym, w zamian za oprocentowanie. W tym wypadku nie powiększa się bezpośrednio suma kapitału, istniejącego w społeczeństwie, a tylko możliwe jest na większą skalę jego zużytkowanie. Wyzyskuje się na tej drodze różnice zapotrzebowania kapitału, zachodzące w czasie i zachodzące w tej samej chwili u różnych osób. Ktoś oszczędza przez kilka lat, by założyć własne przedsiębiorstwo. Nie może od razu do tego założenia przystąpić, bo ma za mało jeszcze kapitału. Dlatego wypożycza swój kapitał na procent; równocześnie bowiem jest wielu takich, którzy już teraz potrzebują kapitału. Częstszym i ważniejszym jest wypadek, że cały szereg jednostek oszczędzających, nie ma i nie będzie miało nigdy możności zatrudnienia w produkcji swoich oszczędności. Wtedy oddają te oszczędności innym, czy to wprost do rąk przedsiębiorców, czy też za pośrednictwem instytucji kredytowych, które tym pośrednictwem trudnią się zawodowo.

W łych wypadkach nie powstają nowe kapitały. Wypożycza się nagromadzony już kapitał. Suma uzyskanego przez dłużników kredytu nie może być większa od sumy nagromadzonych oszczędności. Ale przez to, że dzięki kredytowi staje się możliwą produkcja na większą skalę, która przynosi dochód, kredyt pośrednio pomaga do powstania nowych kapitałów. Gdyby każdy musiał zużytkować sam swoje kapitały, nagromadzenie się kapitałów nie przybrałoby nawet w drobnej części znanych nam rozmiarów.

Inaczej rzecz się przedstawia, gdy podstawą operacji kredytowych nie są nowe oszczędności. Oto cały szereg ludzi lokuje swoje zasoby po bankach na rachunkach bieżących, płatnych a vista. Zamiast trzymać gotówkę w domu, umieszczają ją w banku i za pośrednictwem czeków dokonywają wypłat. Nie mamy tu oszczędzania w ścisłym słowo, znaczeniu, posiadacz rachunku czekowego nie rezygnuje z natychmiastowej możności zużytkowania swoje gotówki. Ale bank wie o tym, że nie wszystkie rachunki bieżące zostaną od razu uruchomione. Liczy się z większymi lub mniejszymi wahaniami na rachunkach bieżących, jednak może udzielić kredytu swoim dłużnikom, stawiając do ich dyspozycji rachunki otwarte do określonej sumy. Ci dłużnicy posługują się czekami, które pełnią funkcję zastępczego środka płatniczego. Tego rodzaju operacja umożliwia także posługiwanie się wekslem, jako środkiem płatniczym.

Źródłem podobnego kredytu jest także bank emisyjny, o ile nie jest stosowana zasada pełnego pokrycia kruszcowego względnie dewizowego, lecz dopuszczone jest w części pokrycie bankowe. Bank emisyjny wypuszcza w pewnej proporcji banknoty, dyskontując weksle swoich klientów, a nie tylko na podstawie zasobów kruszcu, obcych walut i dewiz. Jest wiadomym, że wtedy powstaje nowy kredyt, choć nie odpowiadają mu nagromadzone oszczędności, dochodzi do tych operacji kredytowych kosztem bezpośredniego powiększenia się obiegu pieniężnego.

Cały szereg autorów określa wypadki, w których źródłem kredytu nie są nowe oszczędności, jako kredyt inflacyjny; czasami też mówi się o inflacji kredytowej, w odróżnieniu od inflacji pieniężnej. W każdym razie mamy tu inne zjawisko, niż w przypadku zwyczajnej inflacji pieniężnej, z jej znanymi skutkami. Kredyt uruchomiony na podstawie rachunków bieżących i kredyt dostarczony w formie zwiększonego obiegu banknotów może niejednokrotnie działać inflacyjnie, podobnie jak działa inflacja pieniądza papierowego. Np. dzięki kredytom bankowym dochodzi do skutku spekulacja na zwyżkę cen towarów, możliwym jest ich przetrzymywanie, by zarobić na zwyżce. Ale tak dziać się nie musi. Wpływ kapitału, uzyskany na opisanej drodze, może być bardzo pożytecznym dla produkcji, zwiększenie się obrotów i zjawienie się nowych środków płatniczych może iść w parze ze zwiększonym wzrostem wytwórczości. Natomiast inflacja pieniężna staje się niekiedy podstawą inflacji kredytowej, z jej ujemnymi skutkami. Gdy niema inflacji, gdy pieniądz jest pełnowartościowy lub pieniądz podwartościowy jest stabilizowany, to wówczas niebezpieczeństwo stwarzania nowych kredytów, bez odpowiedniego przyrostu nowych oszczędności, jest mniejsze. Niektórzy pisarze słusznie zwracają uwagę na to, że działanie tego rodzaju kredytów byłoby czysto inflacyjne w gospodarstwie statycznym; wtedy musiałaby pod ich wpływem wystąpić zwyżka cen. W gospodarstwie dynamicznym wszystko zależy od tego, w jakim stopniu, w jakich rozmiarach uruchamia się te kredyty.

Nie należy też przeceniać wreszcie zjawisk, o których w tej chwili mówimy. W ostatnich latach zjawiła się tendencja by w powstawaniu kredytu bez odpowiedniego nagromadzenia oszczędności widzieć jedną z istotnych jego postaci. Rzeczywistość nie daje podstaw do takich przypuszczeń. Głównym źródłem kredytu jest i będzie oszczędność. Poważny bank może otwierać nawet duże rachunki bieżące klientom, jakkolwiek te operacje nie mają odpowiedniego pokrycia w jego własnych zasobach lub wkładach terminowych. Ale ostatecznie podstawą tych operacji są te właśnie zasoby banku i lokaty w nim, na nich opiera się zaufanie do jego działań, które dodatkowo mogą się rozszerzyć i na bardziej ryzykowne operacje. Ponadto istnienie tego rodzaju kredytów, możliwość stwarzania nowego kapitału bez odpowiedniego nagromadzenia się oszczędności, jest czynnikiem, który wnosi pewien pierwiastek niepewności w życie gospodarcze. Wskazuje na to historia przesileń gospodarczych. I obecnie wypada nam przejść do wyjaśnienia tego zjawiska.

ROZDZIAŁ XIV

Koniunktura i przesilenia gospodarcze.

Niepewność w życiu gospodarczym W niniejszej pracy posługiwaliśmy się niejednokrotnie pojęciem gospodarstwa statycznego. Wiadomo nam, że takie gospodarstwo dalekim jest od rzeczywistości, która zna ciągłe zmiany, ciągłe przeobrażenia. Zmiany te mogą być dwojakiego rodzaju. Albo są one wywołane ceIowo przez jednostki gospodarujące, jako wyraz ich gospodarczej kalkulacji, albo też przychodzą niejako z zewnątrz, bez woli, a czasem wbrew woli i przewidywaniom gospodarujących jednostek. Działalność gospodarcza, prowadzona przez jednostki, może przynieść spodziewane zyski. Zmiana równowagi układu gospodarstwa społecznego może być w całości przez nie przewidziana i opanowana. Wówczas zjawiska, które w tym gospodarstwie zachodzą, mogą być w całości wyjaśnione przez uogólnienia teoretyczne: rządzą nimi prawa ekonomiczne, jak się to dawniej mówiło. W rzeczywistości jednak jest cały szereg komplikujących pierwiastków, które nie pozwalają na to, by faktyczny przebieg procesów gospodarczych dał się "bez reszty" (prowadzić do tych uogólnień.

Najpierw wchodzi tu w grę ułomność ludzka. Nie wszystko da się przewidzieć. Ludzie ponoszą straty na swej gospodarczej działalności, bo przesłanki, na których się oni opierali, nie zawsze były dostatecznie pewne. Przystępują oni do zakładania różnych przedsiębiorstw, albo wiedzeni nadmiernym optymizmem, albo też z przesadną ostrożnością. Przedsiębiorca nie zdawał sobie sprawy z istotnych potrzeb rynku, przecenił zapotrzebowanie na swój towar. Na tę samą gałąź produkcji rzuciło się zbyt wielu przedsiębiorców i doprowadzili oni do rujnującej ich zniżki cen. Przedsiębiorca górniczy przecenił zasoby minerału, tkwiące w ziemi i produkcja zawiodła go, bo wydobywa zbyt mało w stosunku do kosztów. Robotnicy, znęceni wiadomościami o zapotrzebowaniu na pracę w jakiejś miejscowości, napływali tam zbyt tłumnie i większość z nieb pracy nie znalazła. W innych znowu razach korzysta się z przypadkowych, pomyślnych okoliczności: ziemia, dobrze położona, daje rentę, moda wzmaga ogromnie zapotrzebowanie na jakiś artykuł, zmiany w kierunkach produkcji podnoszą intratność pewnych zawodów.

Jedni zyskują, drudzy tracą i zdawałoby się że błędy oceny położenia gospodarczego równoważą się z pomyślnymi okolicznościami. Ale lego rodzaju zmiany nie zawsze mają charakter czysto indywidualny, który w wielkiej masie zanika i roztapia się w przeciętnych. Np. optymizm w ocenie widoków zbytu: nie zawsze jest on czysto indywidualną właściwością niektórych tylko przedsiębiorców, czasami bowiem okazuje się bardzo zaraźliwym. Optymizm jednych udziela się drugim, staje się powszechnym, wszyscy rozszerzają swoją działalność, nie licząc się zbytnio z kosztami produkcji. Wtedy może przyjść powszechne załamanie się, które dotknie całe gospodarstwo społeczne.

Drugim źródłem niepewności jest natura. Los bardzo znacznej części naszej wytwórczości jest od niej bezpośrednio zależny, a jest ona bardzo kapryśną. Wystarczy wskazać na wahania się urodzaju i nieurodzaju, na owe biblijne krowy tłuste i chude. Zmiany warunków klimatycznych mogą wywołać bardzo głębokie przeobrażeniu gospodarcze i pokrzyżować plany ludzkie. Klęski elementarne, trzęsienia ziemi, powodzie, zniszczą nieraz dobytek całych pokoleń; w niektórych krajach, częściej przez nie nawiedzanych, stanowią walną przeszkodę rozwoju gospodarczego. Wreszcie źródłem wstrząśnień gospodarczych mogą być różne przeobrażenia polityczne, społeczne i religijne. Ruchom religijnym towarzyszy nieraz zmiana psychologii gospodarczej. Wojny zmieniały nieraz drogi handlowe, wywoływały powstanie nowych potrzeb i nowych form gospodarczych. Zmiana granic państwa może odebrać rentowność całemu szeregowi przedsiębiorstw, które powstały w dawnych warunkach, a przynieść niespodziewane korzyści innym przedsiębiorstwom. Nie trzeba szukać dalekich przykładów; wystarczy wspomnieć tylko o ostatniej wielkiej wojnie.

Człowiek nie może wszystkiego przewidzieć, prowadząc swoją działalność gospodarczą. Zbyt słaby jest jego umysł, zbyt wiele jest sił w naturze i w świecie zjawisk pozagospodarczych, nad którymi on nie panuje. Z gospodarowaniem połączona jest niepewność. Mniej nas mogą interesować wypadki, w których ta niepewność odbija się tylko na indywidualnych gospodarstwach, Ale bardzo często ta niepewność ma charakter ogólny, dotyczy całego gospodarstwa społecznego. Jednostki, które w nim uczestniczą, liczą się z tą niepewnością. Gdy zajdą jakieś przeobrażenia, zmieniające warunki produkcji, to wówczas starają się one jak najszybciej do nich przystosować, wydobyć z nich możliwie największe zyski lub wybrnąć z stosunkowo najmniejszymi stratami. Dlatego też musimy nawet w teoretyczne badanie wciągnąć te pierwiastki niepewności, które występują w sposób ogólny i typowy.

2. Zmiany ustroju gospodarczego i zmiany koniunktury.

Trudno jest określić dokładnie wszelkie rodzaje zmian warunków, w których odbywa się działalność gospodarcza. Temat ten więcej należy do historii gospodarczej, niż do teorii; może być wyczerpany raczej na drodze opisu konkretnych zjawisk gospodarczych w ich związku z czynnikami pozagospodarczymi, aniżeli przez teoretyczne schematy. W każdym razie należy najogólniej zdać sobie sprawę z rodzaju tych zmian, by określić, w jakim punkcie potrzebnym jest wciągnięcie teorii.

Widzimy najpierw, że ustrój gospodarczy podlega zasadniczym zmianom. Gospodarka kapitalistyczna wypiera gospodarkę bardziej pierwotną. W miejsce ustroju, opartego na własności prywatnej, chce się, jak w Rosji sowieckiej, wprowadzić komunizm. Przeobrażają się formy kapitalizmu; dzisiejszy kapitalizm nie we wszystkim jest podobny do kapitalizmu z połowy XIX w. Części świata, które brały słaby udział w wymianie międzynarodowej, obecnie są w nią silnie wplątane. W niektórych krajach drobna własność ziemska rozrasta się kosztem wielkiej własności. A gdy sięgniemy w dalszą przeszłość, to przypomnimy sobie, jak wielkie przewroty wywołało odkrycie nowych dróg morskich, jak kolosalne przeobrażenia wywołał dopływ kruszców szlachetnych do Europy w XVI wieku. Albo przykład z jeszcze odleglejszej przeszłości: cały szereg historyków wyjaśnia gruntowne zmiany, które zaszły w Anglii w drugiej połowie XIV w., skutkami "czarnej śmierci".

W tych wypadkach mówimy o przewrotach gospodarczych, bez względu na to, czy one nagle zachodzą, czy też stopniowo. Zmiany te są określane przez niemieckich ekonomistów jako zmiany "struktury gospodarczej", jako zmiany konstytucyjne Przeobrażenia te występują w najrozmaitszych postaciach, zależą od najrozmaitszych okoliczności. Śledząc je, możemy najwyżej wskazać na analogie, zachodzące między podobnymi do siebie wypadkami, ale nie zdołamy określić jakiegoś typowego ich przebiegu, który dałby się ująć w ogólne formuły. Dlatego też przed tym badaniem zatrzymuje się nasza teoria; zostawia je historii gospodarczej.

Istnieje jednak inna jeszcze grupa zmian w gospodarstwie. Zmiany te nazywamy zmianami koniunkturalnymi. Nie sięgają one tak głęboko, jak zmiany ustroju gospodarczego. Obejmują krótsze okresy czasu. Oto każda jednostka gospodarcza, dążąc do uzyskania maksimum zysku, rozwijając swoją działalność, musi się liczyć ze zmienną jej "koniunkturą". Okoliczności zewnętrzne, od jednostki bezpośrednio niezależne, otwierają przed nią raz pomyślne widoki, innym razem utrudniają i hamują jej pracę. Czasami jest dobra, a czasami znowu zła "koniunkturą". Przedsiębiorstwo, które już długie lata istnieje, przechodziło kolejno okresy tej zmiennej koniunktury. Musi się ono z tym liczyć, że prężność gospodarcza wyraża się przede wszystkim w szybkim przystosowaniu się do każdej koniunktury; dobrą trzeba rychło wyzyskać, a złą przetrzymać z jak najmniejszymi stratami. Dobra koniunktura nie tylko ożywia istniejące przedsiębiorstwa, lecz takie pobudza do zakładania nowych. Zła koniunktura jednych pozbawia zysku, innym przynosi straty, a niektóre przedsiębiorstwa, najsłabsze, doprowadza do ruiny. O powodzeniu każdego przedsiębiorstwa decydują warunki rynkowe. możliwość zbytu produktów po tych lub innych cenach. To też autorzy, którzy określają koniunkturę, kładą zwykle główny nacisk na stan rynku, na zmienne położenie rynkowe. Druga cecha koniunktury to ten fakt, że ten zmienny stan, który oddziaływa na powodzenie przedsiębiorstwa, przychodzi niejako z zewnątrz, nie może być w pełni opanowany przez jednostkę gospodarującą, która też z całą dokładnością nie zdoła przewidzieć, jak ukształtuje się koniunktura. W tym też duchu P. Mombert pojmuje koniunkturę jako "irracjonalny czynnik życia gospodarczego" [4], a zaś W. Röpke podaje taką definicję koniunktury: "Koniunkturą jest stosunek podaży i popytu na rynku, który w wysokim stopniu usuwa się z pod obliczalności i możności oddziałania na niego, i który jest poddany ciągłym zmianom" [5]. Mniejsza o takie lub inne określenie koniunktury. Chodzi o to, by zdając sobie sprawę z pierwiastków składowych tego zjawiska, nie pomieszać go z innymi. Wątpliwość mogłoby nasunąć zbyt mocne podkreślenie tego, że koniunktura jest, przynajmniej w wysokim stopniu, niezależną od woli gospodarujących jednostek. Tymczasem w ostatnich czasach coraz częściej pisze się o "Koniunkturpolitik", o świadomym oddziaływaniu na nią. Np. wielką rolę w tym kierunku przypisuje się polityce banków emisyjnych. Ale czym innym jest oddziaływanie na koniunkturę czynników publicznych, mniej lub więcej celowe, chęć powstrzymania spekulacyjnego rozwoju lub pomoc w razie załamania się koniunktury, a czym innym fakt, że poszczególne przedsiębiorstwa są od koniunktury zależne, ale jej świadomie nie stwarzają, koniunktura zmienia się pod wpływem najrozmaitszych okoliczności, a nie jest celowym wytworem czysto gospodarczej działalności. Następnie należy odróżnić zmiany koniunktury od zmian ustroju gospodarczego. Różnica wyraża się przede wszystkim w tym, jak długo trwają jedne i drugie zmiany. Gdy powstanie nowy ustrój gospodarczy, to w jego granicach wiele, bardzo wiele razy zmienia się koniunktura. Dobra lub zła koniunktura wpływa na los przedsiębiorstwa, ale nie wywołuje ona, sama przez się, zmian w ustroju gospodarczym, który pozostaje taki sam w jednej i drugiej. To też jeżeli jakiś przedsiębiorca przystępuje do budowy linii żelaznej w kraju, który został otwarty dla handlu światowego, działa on, uwzględniając zmiany ustroju gospodarczego tego kraju, zmiany, sięgające tak głęboko, że wedle wszelkich logicznych przewidywań, przetrwają one byt tego przedsiębiorstwa, obliczonego nawet na długie lata. Ale koniunktura rozstrzygnąć może o dacie założenia przedsiębiorstwa, o jego początkowym powodzeniu. Gdy np. przystąpi się do budowy linii kolejowej w chwili, gdy kredyt jest drogi i wypuści się obligacje o zbyt wysokim oprocentowaniu, a potem, w związku ze zmianą koniunktury, kredyt potanieje, to owo przedsiębiorstwo może upaść pod ciężarem długów. Wtedy powiemy, że zostało ono założone w złej koniunkturze. Zmiany koniunktury nie rozstrzygają o tym, jaki typ przedsiębiorstwa zdoła się utrzymać w danym gospodarstwie społecznym. Ale od koniunktury zależą losy poszczególnych przedsiębiorstw. Zdarza się czasami, że pomyślna koniunktura dla jednych, okaże się niepomyślną dla drugich. Jeżeli np. zjawi się szczególnie ostra i długa zima, to wzmaga się zapotrzebowanie na węgiel i futra, a następuje zastój w całym szeregu innych gałęzi produkcji, np. w ruchu budowlanym. Długotrwałe deszcze niszczą zbiory, psują koniunkturę rolnicza, a zarabiają na tym kupcy handlujący parasolami i gumowymi płaszczami. Nawet wzmożenie się bankructw i niewypłacalności wychodzi na korzyść niektórym ludziom, jak np. rejentom. Czasami znowu od takiej lub innej koniunktury na jeden tylko artykuł zależy położenie gospodarcze całego państwa. Jeżeli np. handel zagraniczny jakiegoś kraju opiera się głównie na wywozie jednego artykułu, to zmniejszenie się popytu na ten artykuł może wywołać bardzo głębokie wstrząśnienia; wystarczy wymienić przykład kawy brazylijskiej w czasie wojny.

Gdyby jednak istniały tylko poszczególne koniunktury, toby wówczas to zagadnienie nie przedstawiało się zbyt interesująco. Tymczasem możemy mówić nie o różnych koniunkturach na ten lub inny towar, lecz o koniunkturze w ogólności, o złej lub dobrej koniunkturze w całym gospodarstwie narodowym, co więcej, w całym nawet gospodarstwie światowym. Zmiany koniunktury wyrażają się w ogólnych zmianach cen, w podrożeniu lub potanieniu kapitału, w jego większej lub mniejszej płynności, w większym lub mniejszym stanie zatrudnienia, w pulsowaniu tempa całego życia gospodarczego.

Nie koniec na tym. Obserwujemy w kolejno zmieniających się warunkach rynkowych pewną regularność. Przychodzi po sobie kolejno osłabienie się życia gospodarczego i jego wzmożenie. Następujące po sobie fazy wykazują pewne typowe objawy, które występują nie tylko w jednym gospodarstwie, lecz w całym ich szeregu; mamy podstawy do przewidywania, że to, co się dzieje dzisiaj, powtórzy się, mutatis mutandis, za pewien czas, chociaż ten termin nie daje się określić z matematyczną ścisłością. W tych warunkach zjawia się bardzo wdzięczne pole dla uogólnień teoretycznych. Nic dziwnego, że ku zagadnieniu koniunktur zwróciła się w ostatnich czasach tak mocno uwaga ekonomistów, tym bardziej, że te problematy mają także i ogromną doniosłość praktyczną. Cały szereg badań usiłuje najdokładniej określić typowy przebieg koniunktury i odchylenia od niego w rozmaitych warunkach czasu i miejsca. Na tym tle stare zagadnienie istoty przesileń gospodarczych wystąpiło w nowej postaci. Równocześnie podejmuje się śmiałe próby przewidywania koniunktur, zapobiegania gospodarczym przesileniom.

3. Przebieg koniunktury i falowanie życia gospodarczego.

Cały szereg autorów podaje schematy, odzwierciedlające przebieg koniunktury, jej poszczególne stadia. Określenia: dobra i zła koniunktura są zbyt proste, by mogły wystarczyć. Oczywiście, że jedno stadium od drugiego nie oddziela się jakąś ostrą linią, lecz przechodzi stopniowo, to też próby klasyfikacji tych stad]ów mają względne znaczenie. Można się spierać o to, czy trwa jeszcze dawny okres, ery już zaczął się nowy, ale w grubych zarysach dadzą się wyróżnić te poszczególne stadia, tak jak odróżniamy dzieciństwo od pacholęctwa, chociaż tylko w przybliżeniu określamy ilość lat, przypadających na jeden lub drugi okres życia.

Z pośród różnych usiłowań klasyfikacyjnych wybieramy najbardziej może kompletne, przeprowadzone przez A. Spiethoffa. Odróżnia on trzy zasadnicze okresy koniunktury: zastój, rozpęd (Aufschwung) i przesilenie. W pierwszym okresie wyróżnia on spadek i pierwsze podniesienie się (erster Anstieg). Spadek koniunktury charakteryzuje się jego zdaniem przez zmniejszanie się nakładów kapitału, zużycia żelaza i stopy procentowej. W podokresie "pierwszego podniesienia się" zatrzymuje się zniżka produkcji żelaza, jego zużycia, nakładów kapitału, a równocześnie zaznacza się słaby ruch ku górze. Przychodzi potem okres rozpędu, którego początkowym stadium jest drugie podniesienie się, charakteryzujące się przez wzmożony nakład kapitału, mianowicie w akcjach. Zużycie żelaza zbliża się do poziomu poprzedniego wysokiego rozpędu. Potem przychodzi nowy "wysoki rozpęd" ze zwyżką stopy procentowej i zwiększeniem się, ponad poprzedni poziom, zużycia żelaza. To maksimum przeobraża się w nowy podokres, który Spiethoff charakteryzuje wyrazem: "brak kapitału"; jego cechy charakterystyczne są następujące: a) trudności zdobycia kapitału: b) zmniejszanie się jego nakładów; c) wysoka stopa procentowa; d) słabnięcie kursów akcji; e) słabnięcie ruchu budowlanego; f) zmniejszanie się zużycia żelaza. Wreszcie z tego okresu rozpędu przechodzi się do okresu przesilenia, które wyraża się w załamaniu się kredytu i zwiększonych niewypłacalnościach. Wtedy przychodzi znowu okres zastoju i cała ta historia powtarza się na nowo.

Przytoczyliśmy ten nużący schemat, by na nim uwydatnić w przybliżeniu ciągłe falowanie koniunktury. Ale tylko w przybliżeniu. Historia przesileń gospodarczych wykazuje, że poprzedzają je podobne objawy w różnych krajach, że następujące po sobie przesilenia są do siebie podobne. Nie znaczy to, że przebieg tej koniunktury jest zawsze identyczny. Każde przesilenie ma swoje odrębne właściwości; nie tylko występują one z różną siłą, ale zachodzą między nimi także i jakościowe różnice. Historyczne warunki nadają falowaniu życia gospodarczego specjalne zabarwienie; czasem występują silniej jedne objawy, czasem drugie. Wszelkie tego rodzaju klasyfikacje mają charakter dowolny, jeżeli się chce traktować je zbyt ściśle. Następnie nie należy brać zbyt dosłownie twierdzenia, dość rozpowszechnionego, że od jednego przesilenia do drugiego przebiega lat dziesięć. Przesilenia gospodarcze obserwujemy już od lat stu z górą (od 1820 r.), ale dokładniejsze dane statystyczne są nam dostępne dopiero od roku 1870. Otóż przyjmuje się zgodnie, że latami kryzysu były lata: 1873, 1882. 1890, 1900 i 1907; a więc niema tu pełnej regularności dziesięcioletnich okresów. Równocześnie przyjmuje 'się, że w Stanach Zjednoczonych przesilenia z 1890 i 1900 wystąpiły w trzy lata później, tak że w tym kraju nastąpiły dwa ostatnie przedwojenne przesilenia w odstępie tylko czteroletnim. W czasach dawniejszych w Stanach Zjednoczonych objawy ostrego przesilenia występowały raczej w odstępach dwudziesto, a nie dziesięcioletnich. Zdarza się czasami, że przesilenie nie występuje we wszystkich państwach; np. w r. 1890 Francja obyła się bez kryzysu, który wystąpił w innych krajach.

Dlatego też nie możemy posługiwać się tą sakramentalną cyfrą lat 10 na oznaczenie okresów, kończących się przesileniem. Trudno jest mówić o ścisłej periodyczności koniunktury względnie przesileń. Wiemy, że po zastoju przychodzi rozpęd gospodarczy, który kończy się zwykle przesileniem, ale to przesilenie może przyjść o parę lat wcześniej lub później, niż przyszło poprzednio. A tym bardziej nie możemy określić, jak długo będą trwały poszczególne stadia koniunktury. Czasami zastój trwa długo, czasem krócej; różne czynniki mogą odroczyć załamanie się koniunktury, chociaż ona już się pogorszyła, a czasem znowu przesilenie przychodzi raptownie. Te stadia przychodzą po sobie nie z regularnością, którą np. obserwujemy w ruchu ciał niebieskich, lecz raczej tak, jak po zimie przychodzi wiosna, a po wiośnie lato; czasem zima jest krótka i łagodna, a czasem trwa długo kosztem wiosny. Koniunktura wyraża się w ciągłym falowaniu tempa życia gospodarczego, ale te fale nie uderzają o brzegi w regularnych odstępach.

Współczesne badania koniunktury, prowadzone z wielką systematycznością, zwłaszcza w Stanach Zjednoczonych Ameryki Północnej, starają się przede wszystkim opisać dokładnie przebieg koniunktury. A następnie, na podstawie nagromadzonego materiału, teoria usiłuje dać odpowiedź na następujące pytania: dlaczego "koniunktura" jest zjawiskiem, występującym w całym życiu gospodarczym w kolejno po sobie idących fazach; dlaczego wysoka koniunktura kończy się zwykle załamaniem się, katastrofą, którą nazywamy przesileniem? Zjawisko przesilenia występowało tak wyraźnie i dotkliwie, że na nim od dawna skupiała się uwaga nauki. Obecnie pojmujemy przesilenie nie jako coś odosobnionego, lecz jako jeden akt dłuższego procesu. Zgodni z tym nie możemy skonstruować jakiejś osobnej teorii koniunktury a osobnej teorii przesileń. Wyjaśniając te ostatnie rozważamy je na ile całego procesu, czyli równocześnie rozpatrujemy i jego zakończenie i cały jego przebieg.

4. Teoria przesileń.

Źródła przesilenia gospodarczego mogą być dwojakiego rodzaju. Jedne mogą wypływać z samego gospodarstwa, wynikać z funkcjonowania układu gospodarstwa społecznego, a drugie z zewnątrz tego procesu; w tym ostatnim wypadku przesilenie byłoby wywołane przez jakiś czynnik, obcy gospodarstwu, na który działalność gospodarcza nie ma nawet pośredniego wpływu. Oczywiście, że pod wpływem zewnętrznych czynników zdarzają się nieraz "przesilenia" w codziennym tego wyrazu znaczeniu, jak np. wielkie przesilenie w całym gospodarstwie światowym, wywołane przez ostatnią wojnę. Ale nam chodzi o wyjaśnię nie przesileń, które się wciąż powtarzają w pewnych odstępach czasu, co lat kilka, a których powodem nie są lego rodzaju zewnętrzne wypadki. Przesilenia te do pewnych granic mają charakter periodyczny; czy uda się je wyjaśnić jakimi zewnętrznymi okolicznościami, które również musiałyby występować w sposób periodyczny?

Próby w tym kierunku zostały podjęte. Głośną jest teoria W. S Jevonsa, który usiłował powiązać zjawianie się periodyczne plam na słońcu z gospodarczymi przesileniami. Plamy na słońcu mają, według niego, wywoływać wahania się urodzajów, a nieurodzaj, występujący pod ich wpływem, powoduje przesilenie. Teoria ta nie spotkała się z uznaniem. Traktuje się ją czasem nawet jako curiosum. Ale ten jej los nie zniechęcił do podejmowania podobnych usiłowań. Amerykanin, Henry L. Moore, usiłował wykazać, że wahania koniunktury pozostają w związku z wydajnością zbiorów doliny Missisippi, a te zaletą od wahań ilości deszczu; a zaś wahania ilości deszczu pozostają w związku z fazami, przez które przechodzi planeta Venus. Gdyby udało się ustalić związek między zmianami na powierzchni słońca, fazami Wenery lub Jowisza (co usiłował wykazać jeden z dawniejszych amerykańskich autorów), to zagadnienie periodyczności przesileń gospodarczych przedstawiałoby się dość prosto. Niestety jednak wszystkie te rozumowania opierają się na bardzo kruchych przesłankach. Możliwość utrzymania się tej hipotezy zależy przede wszystkim od wykazania, że nieurodzaj głównych płodów rolnych (pszenicy, bawełny i t. d.) występuje co kilka lat jako zjawisko powszechne w takich rozmiarach, że jego koniecznym następstwem jest załamanie się ogólnej koniunktury. A tego nie uda się wykazać na podstawie dostępnej nam statystyki zbiorów z różnych części świata. Gdyby nawet urodzaje w dolinie Mississipi pozostawały w związku z fazami Wenery, to nie można zaobserwować, by nieurodzaj w tej dolinie był zawsze tylko częścią ogólnego nieurodzaju; przeciwnie, wahania urodzajów w tych samych latach w różnych krajach i częściach świata wzajemnie się wyrównują, a w każdym razie nieurodzaje nie występują w takich postaciach i rozmiarach, by mogły regularnie wywoływać przesilenia gospodarcze.

Musimy więc odrzucić próby wyjaśnienia wahań koniunktury okolicznościami zewnętrznymi, a szukać wytłumaczenia w samym przebiegu tej koniunktury, w wewnętrznych warunkach gospodarstwa społecznego Droga, którą iść należy, jest już wskazana przez cały sposób pojmowania gospodarstwa społecznego, przyjęty w tej pracy. Śledzimy w niej bowiem równowagę układu gospodarstwa społecznego i jej zmiany. Przesilenie gospodarcze przedstawi się nam jako wielkie wstrząśnienie tej równowagi, mające charakter powszechny. A więc musimy sobie przypomnieć jakie pierwiastki określają równowagę układu i zapytać się, które nich nie zdołały harmonijnie do siebie się dostosować tak, by proces gospodarczy mógł się odbywać w sposób gładki.

Taki charakter mają wszystkie teorie przesileń, które tłumaczą je czynnikami wewnętrznymi, gospodarczymi. a nie przywołują na pomoc astronomii. Jak słusznie podkreśla E Lederem, każdą ekonomiczną, wewnętrzną teorię przesileń można w ostatecznym wyniku sprowadzić do teorii dysproporcjonalności (Disproportionalitats theorie) [6]. Gdy koniunktura idzie ku górze, panuje równowaga między głównymi czynnikami układu gospodarstwa społecznego; wzrasta konsumpcja i równocześnie wzrasta produkcja, napływa nowy kapitał, ceny idą w górę, ale mimo to wzmaga się obrót, mechanizm wymiany dostarcza odpowiedniej ilości środków płatniczych. Przesilenie, to załamanie się tej równowagi Brakuje któregoś z jej czynników. Może okazać się, że za dużo wytworzono towarów, lub że konsumpcja nie rozwinęła się w sposób dostateczny. Może wystąpić brak nowego kapitału, którego potrzebuje produkcja, jeżeli ma być utrzymana wypłacalność przedsiębiorstw. Może zjawić się brak popytu na niektóre dobra, jak np. na te, które służą do wytworzenia narzędzi i trwałych urządzeń produkcyjnych. Ale wreszcie nie jest wykluczonym, że wystąpi brak równowagi między obrotem towarów i obrotem pieniężnym i komplikacja cen wywoła załamanie się koniunktury.

Wiele jest tych możliwości i zależnie od tego, na którą z nich kładzie się główny nacisk, które zjawisko uważa się za zasadnicze, mamy różne teorie przesileń gospodarczych. Teorie te nie zawsze wykluczają się wzajemnie. Jest możliwym, że np. jedno przesilenie zostało wywołane przez jeden czynnik, a drugie przez inny. Niepodobna jest wejść w szczegóły zagadnienia koniunktury i przesileń, wypowiedzieć stanowczego sądu o tym, która teoria i w jakich warunkach znajduje zastosowanie, jeżeli się nie wypełni ram, zakreślonych przez abstrakcyjne rozumowanie, obrazem cyfr i faktów. Na to niema miejsca w tym wykładzie. Natomiast możemy określić bliżej granice i kierunek tego konkretnego badania. Zastanowić się nad tym, które teorie są możliwe i najbardziej logiczne na podstawie czysto teoretycznych przesłanek.

5. Możliwość przesileń ogólnej nadprodukcji.

Łatwo można wyobrazić sobie wypadek, te jakiegoś dobra wyprodukowano za dużo, ponad potrzeby rynku, i skutkiem tego następuje zastój w zbycie, bankructwa i bezrobocie w tej gałęzi produkcji. Ale czy jest możliwym, by wszystkich towarów było za dużo, tak że skutkiem tego następuje ogólne załamanie się koniunktury? Stara, dobrze znana teoria. rozpowszechniona przez J. B. Saya pod nazwą "la loi des débouchés", przeczy możliwości ogólnej nadprodukcji. Albowiem postępująca naprzód produkcja automatycznie- stwarza sobie nowe rynki zbytu. Jeżeli wzrasta wytwórczość we wszystkich działach, to nie może być mowy o nadprodukcji, gdyż zawsze dojdzie do wymiany większej ilości jednych towarów na większe ilości innych. Jak pisze J B. Say: "Farmer zbiera więcej zboża, niż potrzeba na wyżywienie jego i jego domu, kapelusznik wytwarza więcej kapeluszy, niż potrzeba do jego użytku; kupiec kolonialny sprowadza więcej cukru, niż może skonsumować. Wszyscy oni potrzebują różnych innych towarów, by mogli żyć odpowiednio, interesy wymienne, które udaje im się zawrzeć, zabezpieczają tym produktom to, co się nazywa drogami zbytu" [7].

Wyobraźmy sobie, że w gospodarstwie społecznym wzrasta produkcja, że napływają do niej nowe oszczędności, że powstają nowe warsztaty produkcyjne. Nowy kapitał zatrudnia nowe siły robocze. Dzięki temu powiększa się siła nabywcza społeczeństwa, wzrasta konsumpcja, nowe przedsiębiorstwa wykazują rentowność. Pod koniec okresu produkcyjnego będzie zatrudnionego więcej kapitału w produkcji, niż było na jego początku. Przypuśćmy, że ta koniunktura, wyrażająca się między innymi w poszukiwaniu nowych rąk roboczych i nowego kapitału, co podnosi ich cenę, utrzymuje się i nawet wzmacnia w następnych latach. Wysoka stopa procentowa stwarza przynętę dla kapitalistów, którzy, znęceni zyskiem, nie powiększają dostatecznie szybko swojej konsumpcji, lecz lokują część swojego dochodu, większą niż przedtem, w nowych przedsiębiorstwach. Gromadzenie się przez parę lat nowego kapitału zacznie wydawać swoje owoce. Zostaną wytworzone w wielkiej ilości dobra konsumpcyjne. I co się może wtedy zdarzyć?

Oto znajdzie się na rynku za dużo towarów; zarówno dóbr, służących bezpośrednio do konsumpcji, jak i środków i narzędzi dalszej produkcji. Oczywiście nie można mówić o nadmiarze dóbr konsumpcyjnych w tym znaczeniu, że jest ich za wiele w stosunku do możliwych potrzeb. Nabywcy zawsze się znajdą, chodzi tylko o cenę. Otóż może ujawnić się dysproporcja między wysokością części dochodu społecznego, przeznaczonego na konsumpcję w danym okresie produkcyjnym a ilością dóbr wytworzonych i ceną, zdolną zabezpieczyć pokrycie kosztów produkcji. Wiadomo że przy wysokiej koniunkturze ceny idą w górę, drożeje kapitał i robocizna. W pewnej chwili okaże się, że produkcja powiększyła się ilościowo o 10% w porównaniu z okresem poprzednim, a także i ceny wzrosły o 10%. Producenci przed paru laty uzyskiwali za twoje towary 1 miliard złotych, i tyle wynosiła konsumpcja razem z reprodukcją starego kapitału i wytworzeniem nowych środków produkcji. Obecnie musza uzyskać 1 miliard i 200 milionów, jeżeli część z pośród przedsiębiorców nie ma ponieść strat, które ich zrujnują. A tymczasem konsumpcja nie poszła naprzód w równie szybkim tempie. Konsumenci, przynęceni wysoką stopą procentową, woleli lokować swój dochód w nowych przedsiębiorstwach, wypożyczać kapitał na procent, zamiast nabywać nowe dobra konsumpcyjne. Wtedy okaże się, że na rynku wszystkich towarów jest za dużo, że nie wchłonie ich konsument, jeżeli ma być utrzymany dotychczasowy poziom cen. Ogólna nadprodukcja staje się faktem, następuje przesilenie z wszystkimi towarzyszącemu im zjawiskami. Wszyscy, którzy gromadzą oszczędności, którzy zatrudniają kapitał w różnych zastosowaniach, powiększają tym samem zasób dóbr konsumpcyjnych. Jeżeli równowaga gospodarstwa społecznego nie ma ulec wstrząśnieniu, zmiany muszą iść w dwu kierunkach: obok nowej produkcji, nowych producentów, musi się zjawić nowa konsumpcja, nowi konsumenci. Gdy zaś całe gospodarstwo społeczne skieruje swoją uwagę ku powiększeniu produkcji, jeżeli będzie myślało tylko o powiększeniu kapitału, a nie zwiększy się odpowiednio konsumpcja, to nowe dobra konsumpcyjne nie znajdą nabywców po odpowiednich cenach, zawisną niejako w powietrzu. Towarów wytworzonych w pewnej chwili jest za dużo, ponieważ uczestnicy gospodarstwa społecznego poszli jednostronnie w kierunku pomnożenia kapitału, nie rozszerzając proporcjonalnie swej konsumpcji. Zjawisko ogólnej nadprodukcji nie byłoby możliwym, gdyby wszyscy uczestnicy gospodarstwa społecznego wytwarzali tylko dobra konsumpcyjne, nie posługując się kapitałem. Przypuśćmy, że wytwarzają oni więcej dóbr w nowym okresie konsumpcyjnym. Wtedy każdy towar znajdzie swojego nabywcę po tej lub innej cenie, nikt z uczestników wymiany nie poniesie straty. Żyjemy jednak w ustroju, opartym na kapitale. Między ceną produktów gotowych a ceną środków, które składają się na produkcję, musi zachodzić pewna proporcja. Wszystkich towarów będzie za dużo wtedy, gdy uczestnicy gospodarstwa społecznego nastawili się w wyższym stopniu na produkcję, na zyski z niej płynące, niż na nabywanie nowych dóbr konsumpcyjnych, wytworzonych przy pomocy ich oszczędności. Powyższe wywody nie upoważniają do wniosku, że zawsze opisane w nich zwichnięcie równowagi doprowadza do przesilenia. Wniosek taki musiałby być oparty na materiale faktycznym. Można jednak postawić twierdzenie, że w dzisiejszym ustroju możliwe są przesilenia, wynikające z ogólnej nadprodukcji, że nie należy ich a priori wykluczać.

6. Załamanie koniunktury a spadek produkcji dóbr różnego rodzaju.

Gdy wybuchnie przesilenie, to wtedy przychodzi zastój produkcji w sposób nagły, w niektórych działach bardzo gwałtowny Spadek ten nie jest równomierny. Pewne gałęzie produkcji różnego rodzaju odczuwają daleko silniej przesilenie, aniżeli inne. Konsumpcja niektórych dóbr z lekka tylko słabnie, a natomiast zużycie innych zmniejsza się gwałtownie. Obserwując statystyki zmieniającej się koniunktury, dochodzimy do wniosku, że te wahania nie są czymś przypadkowym, że pewne rodzaje dóbr są szczególnie wrażliwe na załamanie się koniunktury, inne zaś wychodzą z tego obronną ręką.

Historia przesileń gospodarczych zwraca szczególną uwagę na produkcję i zużycie żelaza, które podlega bardzo wielkim wahaniom, w dziedzinach produkcji, zużywającej wielkie masy żelaza, jak np. w budowie dróg żelaznych, najmocniej zawsze odbijało się przesilenie. W latach późniejszych, gdy budowa nowych linii kolejowych straciła swoje dawne znaczenie, wysunął się znowu na czoło przemysł elektrotechniczny. Podobnie jest i z budową okrętów; wykresy, ilustrujące ilość wyhodowanych okrętów w Anglii, gwałtownie spadają ku dołowi z chwilą załamania się koniunktury. Cały szereg autorów wykazuje podobnie wielkie wahania w przemyśle budowlanym. zupełnie niewspółmierne z wahaniami produkcji innych artykułów.

Otóż idąc w ślady G. Cassela, możemy podzielić całą produkcję na dwa rodzaje, z uwagi na odległość od konsumpcji. Jedne przedsiębiorstwa wytwarzają trwałe urządzenia i narzędzia produkcji: domy i budynki fabryczne, środki komunikacyjne, instalacje, maszyny itd., słowem te postacie kapitału, które się zużywają szybciej lub wolniej, ale nie znikają całkowicie w procesie produkcyjnym. Drugą grupę stanowią przedsiębiorstwa, dostarczające rynkowi dóbr łatwo zużywalnych. które rychło przeobrażają się na dobra konsumpcyjne. Cassel dochodzi do następnego wniosku: "produkcja dóbr, które bezpośrednio przechodzą w gospodarstwa konsumpcyjne, nie wykazuje żadnej wyraźnej zależności od koniunktur. Oznacza to, że zmiana okresów wzrostu i upadku jest w swojej istocie zmianą produkcji stałego kapitału, ale nie pozostaje w żadnym bezpośrednim związku z pozostałą produkcją". Wykazuje dalej ten autor, że im bardziej odległą jest produkcja od konsumpcji. tym te wahania są silniejsze [8]

Nie jest to zjawisko przypadkowe. Zrozumiemy je lepiej, gdy uprzytomnimy sobie na schemacie, znanym już z poprzednich wywodów, w jaki sposób odbywa się powiększanie się produkcji i dostosowywanie się do niej konsumpcji w gospodarstwie społecznym. W Rozdziale Xl nakreśliliśmy schemat, przedstawiający stopniowe nagromadzanie się kapitału i odpowiadający mu wzrost konsumpcji. Rozwój gospodarczy wedle tego schematu posuwa się regularnie naprzód; co roku przybywa za 1/2 miliona złotych nowego kapitału i odpowiednio do tego wzrasta konsumpcja dóbr, przy jego pomocy wytworzonych, o 50.000 zł W rzeczywistości jednak ten proces nie odbywa się bez wstrząśnień. Co pewien czas następuje załamanie się koniunktury, wyrażające się w przesileniu. Rozwój gospodarczy idzie ku górze, ale nie odbywa się to w sposób ciągły, nieprzerwany. Wchodzimy kolejno na coraz wyższe szczyty, ale musimy z nich schodzić do przełęczy, które je od siebie przedzielają, by wdrapać się na następny wierzchołek.

Wyobraźmy sobie, że te pół miliona złotych nowego kapitału dzieli się w ten sposób: połowa przypada na produkcję dóbr konsumpcyjnych, a połowa na produkcję narzędzi i trwałych urządzeń produkcyjnych. Gdy się przechodzi od zastoju do pewnego ożywienia się produkcyjnego, to wtedy wzrasta zapotrzebowanie na dobra konsumpcyjne W okresie zastoju i braku kapitału wiele potrzeb było niepokrytych. a ostrożność w lokowaniu nowego kapitału doprowadziła do niedostatecznej podaży towarów. Obecnie ożywia się rynek, wraca zaufanie, rośnie konsumpcja, zakłada się nowe przedsiębiorstwa. Przede wszystkim wzrost konsumpcji wyrazi się w powiększeniu się wytwórczości już istniejących przedsiębiorstw. Fabryki, produkujące maszyny, będą miały więcej zamówień, ruch na kolejach, na drogach wodnych i okrętach będzie większy Stwarza to bardzo pomyślną koniunkturę dla istniejących przedsiębiorstw. Mogą one powiększyć swoją wytwórczość i swój obrót bez powiększenia kapitału stałego, wyzyskać lepiej instalacje, pracować na trzy zmiany; me ponoszą strat z powodu niedostatecznego wyzyskania swoich urządzeń, maszyn i robotnika, a przeciwnie, osiągają duże zyski.

Taki stan rzeczy zachęca do nowych nakładów Przedsiębiorcy dochodzą do przekonania, że wzrost zapotrzebowania na różne środki produkcji ma charakter trwały. Buduje się wtedy nowe linie kolejowe. warsztaty okrętowe otrzymują nowe zamówienia, powiększa się ilość taboru transportowego, zakłada nowe fabryki maszyn, nowe kopalnie i huty. Działalność założycielska nabywa nowego rozpędu. Kapitał powiększa się, wzrastają oszczędności, lokowane w produkcji, wzrost stopy procentowej pobudza ich dopływ. Z chwilą, gdy istniejące przedsiębiorstwa pracują pełną parą i zakłada się nowe, rośnie zapotrzebowanie na środki produkcji, które one zużywają. Równocześnie, w miarę większej intensywności obrotu gospodarczego, wzrostu płac i zysków, napływu robotników do miast, powiększa się znacznie ruch budowlany. Wtedy łatwo może się zdarzyć, że nagromadzający się kapitał zwróci się przede wszystkim ku wytworzeniu środków produkcyjnych a stosunkowo mniej go pochłonie produkcja dóbr konsumpcyjnych.

Nakłady kapitału, poświęcone na produkcję dóbr produkcyjnych, nie przynoszą tak rychło wyników, jak powiększenie produkcji dóbr konsumpcyjnych. Budowa okrętu trwa parę lat. Budowa domu lub fabryki rok lub dwa lata. Budowa nowej linii kolejowej lat kilka, podobnie też dużo czasu upłynie, zanim wydobędzie się rudę żelazną z nowej kopalni i zbuduje hutę, która ją przetapia. Ale po paru latach zjawiają się na rynku w wielkiej obfitości te nowe dobra produkcyjne. Wzmaga się ich podaż, nowe przedsiębiorstwa występują jako konkurenci dawnych, pracujących już pełną parą w okresie pomyślnej koniunktury. Przed gospodarstwem staje ta trudność i czy dopływ nowego kapitału i wzrost konsumpcji będzie dostatecznie wielki, by pochłonięte zostały te wielkie masy towarów?

Równocześnie zaznacza się wpływ faktu, że w okresie wysokiej koniunktury podrożał kapitał i podrożała robocizna. Nowo założone przedsiębiorstwa zostały uruchomione przy wyższych kosztach. Korzystały z droższego kredytu, musiały wypuszczać obligacje za wyższym oprocentowaniem, zbudowały nowe budynki, płacąc robotnikom więcej, niż płacono przedtem. Skutkiem tego ceny, które uzyskują za swoje towary i usługi, muszą być utrzymane na odpowiednio wysokim poziomie, by zabezpieczyć pokrycie kosztów produkcji a nawet i samą wypłacalność nowych przedsiębiorstw Na tym tle powstają trudności. Po wysokim rozpędzie przychodzi pewne osłabienie jego tętna. Trudniej jest o nowy kapitał. Zjawienie się na rynku produktów nowych przedsiębiorstw powstrzymuje chęć nowych nakładów. Kursy akcji słabną, zapotrzebowanie żelaza zmniejsza się. Po nadmiernym optymizmie przychodzi ostrożność. Przedsiębiorcy zdają sobie sprawę z tego, że niepodobna już w równie silnym stopniu, jak to jeszcze niedawno było, rozszerzać swojej produkcji. Koniunktura słabnie. Dlaczego jednak zwykle to osłabienie koniunktury nie odbywa się łagodnie i stopniowo, lecz zwykle wyraża się w nagłej katastrofie, w przesileniu gospodarczym?

Bardzo ważną okolicznością jest to, że osłabienie koniunktury nie rozkłada się równomiernie na całą wytwórczość, lecz koncentruje w pewnych punktach, szczególnie wrażliwych. Poszczególni przedsiębiorcy, pracujący na zaspokojenie potrzeb konsumpcji, wiedzą już, że trzeba się ograniczyć, osłabić swój rozpęd. Zbyt wysoka jest stopa procentowa i trudno o wolny kapitał. Co oni wtedy zrobią? Nie będą skłonni do natychmiastowego zmniejszenia swojej produkcji, nie będą od razu nabywali mniej surowców i zatrudniali mniej robotników. Ale nie będą kupowali nowych maszyn, zaprowadzali nowych instalacji, wznosili nowych budynków fabrycznych. Przez pewien czas bowiem może iść przedsiębiorstwo, choćby nawet zaniedbaną została odpowiednia amortyzacja kapitału, który w nie został włożony. I wtedy stanie ruch budowlany, nie będzie się zakładało nowych fabryk, budowało nowych kolei i okrętów. Nastąpiło zresztą już pewne nasycenie tymi nakładami i urządzeniami, ich brak nie daje się tak odczuwać, jak parę lat temu. W rezultacie załamie się raptownie popyt za żelazem, cegłą, drzewem budowlanym, cementem, kablami elektrycznymi itd.; przedsiębiorstwa, które te rzeczy produkują, znajdą się w bardzo trudnych warunkach. Albowiem te przedsiębiorstwa nastawiły się na stały zbyt swoich produktów. Część ich powstała dopiero niedawno, przy zwiększonych kosztach zakładowych. Nie każda kopalnia rudy żelaznej, cegielnia, cementownia, huta żelazna i miedziana zdoła przetrzymać gwałtowny spadek zbytu. Musi zwalniać swoich robotników, nie może zbyć nagromadzonych zapasów, wypełnić swoich zobowiązali kredytowych; przychodzą bankructwa, które wstrząsają podstawami banków, finansujących te przedsiębiorstwa, a przez to następują wstrząśnienia także i w działach produkcji, nie dotkniętych bezpośrednio tak silnie zmniejszeniem się popytu.

Przedsiębiorstwa produkujące środki produkcji nie korzystają w tych warunkach z równomiernego zapotrzebowania na swoje wytwory Poniekąd stanowią one przeciwieństwo przedsiębiorstw sezonowych. Produkcja rolnicza, produkcja cukrowni itd. ma charakter sezonowy; zapotrzebowanie zaś na te artykuły jest stałe, nie podlega znaczniejszym wahaniom. Sezony te dają się dokładnie przewidzieć, nie są zbyt długie, skutkiem czego sfinansowanie produkcji przez normalny kredyt krótkoterminowy nie przedstawia większych trudności. Natomiast w związku z falowaniem koniunktury, zapotrzebowanie na wytwory przedsiębiorstw, produkujących środki produkcji, ma charakter "sezonowy", a zaś sama ich produkcja jest nastawiona na stały zbyt. Dłuższe przerwy popytu wywołują przesilenie.

Na tle tych wszystkich okoliczności staje się zrozumiałem, dlaczego załamanie się koniunktury zaznacza się wyraźniej w pewnych kategoriach towarów, a nie rozkłada się równomiernie na całą wytwórczość. Nawet raptowne zmniejszenie się zbytu środków produkcji jest naturalną konsekwencją wahań koniunktury. Nie byłoby przesilenia, gdyby nie było tych wahań o charakterze ogólnym. To znaczy, gdyby nie było jednej ogólnej koniunktury, lecz rozmaicie układały się koniunktury na poszczególne towary. Wtedy w jednych działach produkcji byłaby wysoka, w innych niska koniunktura; produkcja jednych dóbr rozwijałaby się pod znakiem wysokiego rozpędu, a na inne byłby zastój. W tych warunkach ani stopa procentowa, ani robocizna nie wykazałyby jednolitego ruchu zwyżkowego względnie zniżkowego. Nie powstawałaby cała masa nowych przedsiębiorstw przy wysokim napięciu drogiego kredytu w tym samym czasie.

Że jest inaczej, na to składają się także pierwiastki natury psychologicznej. Trudno jest pominąć rolę czynników irracjonalnych, które działają w określonym kierunku na cały rynek, niezależnie od oceny perspektyw konkretnych zastosowań kapitału, od kalkulacji, którą w każdym specjalnym wypadku przeprowadza przedsiębiorca podejmując się nowych zatrudnień dla swojej przedsiębiorczości. W okresie zastoju występuje niechęć do angażowania kapitału. Jest on trwożliwym, na rynku panuje nastrój pesymistyczny. Gdy ten nastrój się przełamie, jedni od drugich przejmują się optymizmem. Zjawia się czasami wyraźna gorączka założycielska z towarzyszącymi jej objawami spekulacyjnymi. Nowe przedsiębiorstwa powitają jak grzyby po deszczu, rozszerza się przeświadczenie, że mimo zwyżki kosztów robocizny i stopy procentowej, opłaci się zakładać nowe przedsiębiorstw a nastroje zarówno pesymistyczne, jak i optymistyczne, są zaraźliwe. Wielką rolę w tym wszystkim gra naśladownictwo, poddawanie się bierne temu, co inni mówią i robią, słowem psychologia tłumu. Najwyraźniej te pierwiastki występują w różnego rodząju panikach. To też zjawiska koniunktur i przesileń nie można wytłumaczyć tylko na podstawie cyfr i zewnętrznych taktów, nie można przypuszczać, że o tym lub innym tempie rozwoju produkcji rozstrzyga jedynie zimna kalkulacja jej uczestników, oparta na obiektywnych danych.

7. O jednostronnym pojmowaniu przyczyn przesilenia.

Bardzo często można natrafić na teorie przesileń zwłaszcza u pisarzy dawniejszych, które przypisują zasadniczą wagę jednemu tytko objawowi, doszukują się głównego powodu, wywołującego przesilenie, a przypisują drugorzędne znaczenie wszelkim innym. Czasami nawet wysuwa się na plan pierwszy objawy wtórne, które zależą od innych, mniej widocznych czynników. Albo tez wysuwa się na plan pierwszy zjawisko, które jest jednym ogniwem w szerszym kompleksie zjawisk, powiązanych z sobą nierozerwalną całość.

Np. niektóre teorie upatrywały główne źródło przesileń w mechanizmie wymiany. Zaburzenia przesileniowe wedle nich wychodną nie od obrotu towarowego, lecz od obrotu pieniężnego i kredytowego. Przyczyną przesilenia ma być nadmierny obieg pieniądza i innych środków płatniczych, względnie nadużycie kredytu inflacyjnego. Pod wpływem tych czynników ożywia się produkcja, ale równocześnie i ceny idą w górę; ta zwyżka cen, wywołana w sposób sztuczny, załamuje się po pewnym czasie i wtedy przychodzi przesilenie.

Otóż, jak to podkreśla Jean Lescure, "ekspansja kredytowa nie jest przyczyną wzrostu cen, lecz raczej stanowi ich skutek. Hausse'a cen wiąże się z ożywieniem interesów, z podjęciem na nowo wytwórczości i handlu po okresie stagnacji, a nie z nadużyciem w udzielaniu kredytów, które nazywa się inflacją z nieuzasadnioną przesadą" [9]. Obieg pieniężny wzrasta i jego tempo się przyspiesza przede wszystkim dlatego, że ożywia się produkcja w związku ze zmianą na lepsze koniunktury; zjawia się silniejszy nacisk na banki, by udzielały kredytów, występują takie i nadużycia kredytu.

Rzecz jasna, że bez zastopowania kredytu na większą skalę, nie byłyby znane przesilenia gospodarcze w dzisiejszej postaci. Za najbardziej charakterystyczny obu w przesileń uważa się niewypłacalności i bankructwa, przybierające charakter masowy Gdyby przedsiębiorcy operowali tylko własnym kapitałem, nie byłoby tych bankructw. Ale i wtedy jest teoretycznie możliwym załamanie się koniunktury, oczywiście nie tak ostre jak w dzisiejszym ustroju pieniężno-kredytowym. Wtedy przedsiębiorcy cierpieliby na spadku zbytu, musieliby wyzbywać się nagromadzonych zapasów ze stratami, nastąpiłoby zmniejszenie się stanu zatrudnienia i inne objawy, typowe dla przesileń. Przykład ten jednak jest czysto teoretyczny i uwagi na rzeczywistą rolę kredytu we współczesnym gospodarstwie.

Nadużycie kredytu może podniecać wysoką koniunkturę, ale tej koniunktury nie stwarza. Czasami zbliżenie się przesilenia wywołuje dopiero większą i bardziej ryzykowną ekspansję kredytową. Gdy juz widać że konsumpcja będzie niedostateczna w związku z osłabnięciem koniunktury, to wówczas bardzo często przedsiębiorcy ratują się przed stratami przed koniecznością sprzedawania po niższych cenach, przez wyzyskanie do ostatnich granic swoich kredytowych możliwości. Oczywiście nie w ten sposób potęguje się ogromnie przesilenie, ale w jego wywołaniu kredyt odgrywa rolę wtórną. Uwzględnienie tej roli da się najzupełniej pogodzić z wyjaśnieniem przesileń od strony produkcji towarów nie można tych rzeczy traktować jako przeciwieństwa.

Przejdźmy do innego przykładu G. Cassel widzi bezpośrednią przyczynę przesilenia nie w nadprodukcji me w nadmiarze stałego kapitału, których objawów nie dostrzega w wysokiej koniunkturze lecz w braku kapitału, w niedostatecznym dopływie nowych oszczędności. Jego zdaniem "typowa współczesna wysoka koniunkturą nie oznacza nadprodukcji, przecenienia popytu konsumentów lub zapotrzebowania przez społeczeństwo usług stałego kapitału, lecz raczej przecenienie podaży kapitału, a więc ilości zasobów oszczędnościowych, które mogą przejąć wyprodukowany kapitał rzeczowy" [10]o Według tego autora przecenia się zdolność kapitalisty dostarczenia potrzebnego kapitału. Nie odczuwa się w wysokiej koniunkturze nadmiaru środków produkcji, np. nie słabnie od razu zapotrzebowanie na żelazo. Co jednak oznacza brak oszczędności, brak płynnego kapitału, potrzebnego przedsiębiorstwom, które sprawia, że załamuje się koniunkturą? Wedle słów niemieckiego wydania dzieła Cassela następuje przecenienie "der Menge der Sparmittel, die zur Uebernahme des produzierten Realkapitals zur Yerfugung steht". To znaczy, że przedsiębiorcy liczyli na większy dopływ nowych kapitałów do swojej produkcji, niż on faktycznie nastąpił. Niema za co nabyć nowych środków produkcyjnych. Otóż w ten sposób wyrażamy w innej formie nadprodukcje tych środków. Okazuje się, że ich zużycie nie może odpowiedzieć przewidywaniom, że jest niedostateczne. "Konsumentami' (w przenośnym wyrazu znaczeniu) środków produkcji są przedsiębiorcy. Nie mają oni w danej chwili za co ich nabywać, konsumpcja ich nie dopisuje, czyli te istnieje nadprodukcja tych środków.

Gdy nowy kapitał przestaje w dostatecznych ilościach napływać do produkcji, to tłem tego (aktu może być wyczerpanie się wolnych zasobów, wyczerpanie się rezerw, którymi dotychczas rozporządzali przedsiębiorcy. Rezerwy te zostały już zaangażowane w konkretnych zastosowaniach, możność uzyskiwania nowych kredytów w bankach została napięta do wysokich granic. Uczestnicy gospodarstwa społecznego muszą myśleć o odtworzeniu tych rezerw, np banki prowadzą ostrożniejszą politykę kredytową. A zaś uczestnicy gospodarstwa społecznego, nie mając wolnych funduszów, nie powiększają swojej konsumpcji. Czyli że nie jest wykluczonym, że równocześnie wystąpi i brak kapitału i niedostateczna konsumpcja. Te zjawiska można przez dialektyczne rozumowania traktować jako przeciwstawne, ale w praktyce mogą one łączyć się razem.

Podobnych przykładów można by przytoczyć więcej Doprowadzają one do wniosku, że w wyjaśnianiu wahań koniunktury i jej załamania się należy unikać jednostronności, doszukiwania się jakiejś jednej przyczyny, od której zawsze i wszędzie zależy wybuch przesilenia. Po tej drodze, bardziej ostrożnej, idzie np. amerykański autor, Wesley C. Mitchell który nie bierze za punkt wyjścia jakiejś jednej teorii przesileń, lecz stara się znaleźć na podstawie bogatego materiału faktycznego, ile słuszności jest w teoriach, najbardziej pozornie z sobą sprzecznych. Wskazuje on na to, że nie można wydzielać jakiegoś głównego pierwiastka i na nim wyłącznie budować. Uwydatnia, że gospodarstwo społeczne stanowi równowagę najrozmaitszych pierwiastków, które wzajemnie na siebie oddziałują i wzajemnie od siebie są zależne.

ROZDZIAŁ XV

Zakończenie.

1. Zamiast streszczenia.

Wykład gospodarstwa społecznego można by zakończyć streszczeniem wniosków, do których doszliśmy w opracowaniu poszczególnych zagadnień. Ale to streszczenie byłoby niedokładne, gdyby było zbyt zwięzłe; a natomiast streszczenie obszerne pozostałoby w dysproporcji do rozmiarów pracy. Szereg definicji, zamieszczonych w zakończeniu, oderwanych od argumentacji, z którą są ściśle związane, nie miałby siły przekonywującej, a zresztą praca niniejsza nie jest tak obszerna, by trzeba było osobno jeszcze ułatwiać orientację w jej wywodach.

Otóż zamiast streszczać jej wyniki, zajmijmy się na zakończenie, scharakteryzowaniem sposobu pojmowania zjawisk gospodarczych, przyjętego w tej pracy. Nie zajmowaliśmy się, na jej wstępie, zagadnieniami metodologicznymi, a raczej potrącaliśmy o nie w sposób bardzo lakoniczny. Naszym zdaniem problematy metodologiczne mogą wtedy tylko być z pożytkiem rozpatrywane, gdy się je uplastyczni na przykładzie pozytywnych zagadnień: wszelkie wykłady o metodzie badań, przeprowadzane a priori, mają bardzo względne znaczenie. W tej chwili jednak, gdy zakończony jest już wykład teorii, może okazać się pożytecznym, jeżeli zdamy sobie sprawę z tego, w jaki sposób pojmowaliśmy zjawiska gospodarcze, jak przedstawiają się związki, które między nimi zachodzą, jaki jest charakter i zakres badań teoretyczno-ekonomicznych.

2. Nie istota" zjawisk lecz związki miedzy zjawiskami gospodarczymi.

Zasadniczym punktem wyjścia naszych badań pojmowanie życia gospodarczego, jako całości, która jest w ciągłym ruchu, której poszczególne pierwiastki na siebie wciąż oddziałują. To życie gospodarcze, pojęte z punktu widzenia teoretycznego, przedstawia się nam jako "układ gospodarstwa społecznego", którego funkcjonowanie i zmiany w nim zachodzące staraliśmy się wyśledzić.

Wynika z tego, że poszczególne zjawiska gospodarcze nie występują dla nas, jako zjawiska od siebie niezależne i odrębne. Wykład teorii gospodarstwa społecznego nie jest szeregiem definicji, między którymi nie byłoby ściślejszego związku. Nie zajmowaliśmy się dociekaniem, w czym tkwi istota poszczególnych zjawisk gospodarczych, ani też "istota" zasadniczego zjawiska gospodarczego. W ten sposób bowiem, mimo woli, wkroczylibyśmy w dziedzinę metafizyki. Nie znamy istoty zjawisk. Znamy ich zewnętrzne przejawy. Zjawiska gospodarcze możemy określić tylko na tej drodze, że będziemy obserwowali, jak one występują, jak wzajemnie o siebie za czepiają.

W konsekwencji więc wyjaśnienie jakiegoś zjawiska. które nas w danej chwili zajmuje, nie może nastąpić, jeżeli równocześnie nic podamy wyjaśnienia innych, pokrewnych zjawisk. Np pojęcie zysku przedsiębiorcy łączy się ściśle z pojęciem dochodu z kapitału i płacy roboczej. Przedsiębiorcę charakteryzuje bowiem jego specyficzny stosunek do kapitalisty i robotnika. Pojęcie użyteczności staję się jasnym, jeżeli równocześnie znamy pojęcie kosztu produkcji. Bez tego ostatniego pojęcia nie byłoby zrozumiałe zjawisko renty lub monopolu.

Następnie staraliśmy się udowodnić, że cały szereg pojęć traktowanych niekiedy zupełnie odrębnie, nie ma zupełnie samodzielnego charakteru, a przedstawia się jako specjalny wypadek szerszego zjawiska. Np. zagadnienie dochodu z kapitału przedstawia się nam jako specjalna postać zagadnienia ceny, i w rozpatrywaniu tamtego zagadnienia należało zastosować ogólne kryteria, ustalone już dla rozpatrywania szerszego zjawiska ceny, wypełniając je tylko częściowo odrębną treścią. W podobny sposób przystąpiliśmy do zagadnienia wartości pieniądza; według naszego przekonania, wszelkie próby, by rozpatrywać problemat wartości pieniądza bez związku z ogólną teorią ceny, skazane są na bezpłodność. W tych warunkach wszelkie definicje poszczególnych zjawisk mają względne tylko znaczenie, nie można na nich poprzestać, jeżeli się nie pamięta o całości. Niepodobna jest opracować teorii jakiegoś specjalnego zjawiska gospodarczego, jeżeli się nie ma w swym umyśle choćby w ogólnych zarysach, teorii całego gospodarstwa społecznego.

3. O jednostronnym stosunku przyczyny do skutku.

Każdy, kto zetknął się z różnymi teoriami wartości przypomina sobie, że na pytanie od czego zależy wartość gospodarcza, jedni odpowiadają, że od użyteczności, a drudzy, że od kosztów produkcji. Dla jednych użyteczność jest przyczyną a koszty skutkiem, a dla drugich, odwrotnie, przyczyną są koszty a użyteczność skutkiem. Są, jak wiadomo, i tacy pisarze, którzy starają się określić, w jakich przypadkach użyteczność jest przyczyną wartości, a w jakich tę rolę pełnią koszty produkcji.

Te punkty widzenia są wadliwe, gdyż usiłują ująć związek, zachodzący między zjawiskami gospodarczymi, w jednostronny stosunek przyczyny do skutku. A tymczasem w życiu społecznym nie mamy zwykle do czynienia z tego rodzaju jednostronnymi związkami. Jeżeli obserwujemy związek, zachodzący między zjawiskami a i b, to nie możemy powiedzieć, iż a zawsze jest przyczyną, a zaś b zawsze skutkiem, lub na odwrót, uznać b za przyczynę, a zaś b za skutek. Ani też nie możemy określić z góry wypadków, w których a będzie przyczyną, a w których będzie skutkiem. W rzeczywistości każde z tych zjawisk czasem jest przyczyną, a czasem skutkiem drugiego. W jaki sposób jest to możliwym, by jakieś zjawisko było i przyczyną i skutkiem?

Oczywiście nie jest możliwym, by dane zjawisko, w danym konkretnym wypadku, było równocześnie i przyczyną i skutkiem. Wróćmy do naszego przykładu. Wartość jakiegoś przedmiotu się zmienia. Przyczyną tej zmiany wartości może być albo zmiana po stronie użyteczności, albo po stronie kosztów produkcji. Np. wzrasta użyteczność jakiegoś dobra dla szeregu odbiorców; wtedy cena jego idzie w górę, inne koszty produkcji dochodzą do znaczenia, z powodu zmiany rozmiarów produkcji. A więc w tym wypadku przyczyną jest zmiana użyteczności, skutkiem zmiana kosztów. A znamy i przykłady wypadków odwrotnych. Poprzestaliśmy więc na stwierdzeniu wzajemnej zależności między kosztem a użytecznością, bez stwierdzenia jednostronnego stosunku przyczynowego. Nie można też ratować tendencji do takiego pojmowania zjawisk gospodarczych przez to, że się jeden czynnik określi jako istotną przyczynę, a drugi określa jako warunek, dzięki któremu działanie przyczyny wywrze swój skutek. Przeciwstawienie "warunku" - "przyczynie" ma charakter dowolny. Chcąc je przeprowadzić, musielibyśmy się zapuścić w bardzo daleko sięgające dociekania filozoficzne nad zjawiskiem przyczynowości, a na to niema ani miejsca, ani też nie jest to koniecznym dla wyświetlenia zjawisk, które nas bezpośrednio interesują.

Zarówno w badaniu teoretycznym, jak i niekiedy w innych działach badań, np. w historii społecznej i gospodarczej, można zauważyć dążność do tego, by rozpatrywane zjawiska sprowadzać do jednej tylko przyczyny. Przykładów takiej jednostronności dostarczają np. teorie powstania kapitalizmu, albo teorie powstania miast. Dlaczego koniecznie główną, lub nawet jedyną przyczyną powstania kapitalizmu ma być zjawisko renty miejskiej; dlaczego miasta nie mogły w jednych krajach lub okolicach powstać z targów, a w innych ze środowisk administracyjnych lub na innym jeszcze tle, a koniecznie jeden czynnik miał być ich genezą? A w teorii gospodarstwa społecznego: dlaczego źródłem przesilenia ma być tylko zaburzenie obrotu pieniężno kredytowego, albo tylko nadprodukcja towarów? Obserwacja faktów każe nam unikać tych jednostronności. Na dane zjawisko może się składać wiele okoliczności, a nie jedna tytko przyczyna. Wtedy byłoby wskazanym sprowadzenie rozpatrywanego zjawiska do jednego tylko pierwiastka, gdyby ten pierwiastek wyłączał działanie innych sił, gdyby logicznie nie godził się z innymi. W rzeczywistości jednak analiza szeregu zjawisk doprowadziła nas do wniosku, te równocześnie mogą działać różne pierwiastki. Tego rodzaju wnioski wtedy tylko narażałyby się na zarzut powierzchownego eklektyzmu, gdy byśmy poprzestali na wyliczeniu różnych czynników, określających badane zjawisko, a nie wyjaśnili roli każdego z nich i ich wzajemnego oddziaływania. Otóż staraliśmy się zawsze w toku naszego badania doprowadzić j do takiego końca.

Rozpatrując zjawiska gospodarcze, nie możemy zapominać o ich specyficznym charakterze; są to zjawiska celowe. Działalność gospodarcza jest działalnością celową. Z pojęciem celu łączy się pojęcie środków, które do tego celu wiodą, które mu służą. W związku z tym okazało się, że nie znamy jakiegoś jednolitego pojęcia wartości; odróżniliśmy wartość konsumpcyjną od wartości gospodarczej. A więc badając równowagę układu gospodarstwa społecznego, już w samym założeniu przyjęliśmy, że jej zmiany mają dwa źródła, to jest konsumpcję użyteczność i warunki produkcyjne. Jeżeli więc zgodnie z tym sformułowaliśmy teorię ceny, nie przyznając rozstrzygającego znaczenia jednemu tylko pierwiastkowi, to ten wynik nie jest wyrazem jakiejś chęci szukania złotej drogi pośredniej, godzenia sprzeczności, lecz wypływa z naczelnych założeń naszej nauki. A ten punkt wyjścia, przeprowadzony w ogólnej teorii ceny, musiał znaleźć uwzględnienie w najrozmaitszych jej odgałęzieniach, które razem składają się na teorię gospodarstwa społecznego.

4. Sposób w jaki dochodzimy do uogólnień teoretycznych ich granice.

W Rozdziale I określiliśmy w krótkich słowach metodę badania teorii. wskazując na to, że nasza nauka wydziela zjawiska gospodarcze od innych a nie zajmuje się zobrazowaniem związku, który zachodzi między nimi a zjawiskami pozagospodarczymi. Pominęliśmy pytanie, jakie jest zastosowanie dedukcji względnie indukcji w badaniach ekonomicznych, jakkolwiek bardzo często od tego rozpoczyna się wykład teorii gospodarstwa społecznego. Jednakże to przeciwstawianie dedukcji - indukcji, bardzo łatwo może doprowadzić do bałamutnych wniosków. Twierdzi się nieraz, że metoda dedukcyjna wychodzi od ogólnych zasad i te ogólne zasady stosuje do poszczególnych wypadków. Skąd jednak bierze te ogólne zasady? Nie formułuje ich w sposób dowolny, nie stawia pewnych założeń jako aksjomaty, lecz są one uogólnieniem faktów, niezliczonego szeregu zjawisk. Te zasady nie mogą być oderwane od rzeczywistości. Gdyby okazały się sprzeczne z naszą obserwacją, z naszym doświadczeniem życiowym, to należałoby je odrzucić.

Zasady, z których wychodzimy, nie są sprzeczne z rzeczywistością, lecz nie odzwierciedlają całej rzeczywistości. Jak wiemy, już a priori zostawiamy na boku komplikacje, wywoływane przez czynniki pozagospodarcze. W tym znaczeniu stosujemy metodę dedukcyjną, gdyż nie idziemy w ślad za rzeczywistym związkiem między różnymi rodzajami zjawisk, co robimy w opisie konkretnej rzeczywistości. Nie zapominamy nawet na chwilę, że przedmiotem naszego badania są tylko zjawiska gospodarcze, z drugiej strony opieramy się na obserwacji przebiegu tych zjawisk, niezamąconego przez uboczne czynniki.

Czasami potrzeba się uciekać do hipotez, dalekich od rzeczywistości. Taką hipotezą jest np. pojęcie gospodarstwa odosobnionego. Ma ono znaczenie pomocnicze: zastanawiamy się nad tym, jakie zjawiska gospodarcze wystąpiłyby w gospodarstwie odosobnionym, gdyby ono rzeczywiście istniało. Podobnie posługujemy się bardzo często hipotezą gospodarstwa statycznego. Ale rzeczywistość nie zna ani gospodarstwa odosobnionego ani pełnego zastoju gospodarczego. Posługujemy się tymi pojęciami, jako konstrukcjami myślowymi, które mają nam ułatwić zrozumienie bardziej skomplikowanej rzeczywistości. A ostatecznym celem jest jej wyjaśnienie, i każda teoria, sprzeczna z nią, musi być odrzucona. Jeżeli mówimy o "hipotezach" pomocniczych, to, być może, że wyraz "hipoteza" nie jest najlepiej użyty. Przez "hipotezę" rozumiemy zwykle wyjaśnienie przebiegu zjawisk, które nie jest jeszcze dostatecznie poparte faktami, by można je było przyjąć jako stanowcze, które jednak może się sprawdzić i stać się powszechnie przyjętą teorią. Tymczasem nasze hipotezy, jak np. gospodarstwa odosobnionego lub gospodarstwa statycznego, nie mają tego znaczenia; są raczej fikcjami, którymi posługują się i inne nauki.

W tych warunkach staje się zrozumiałem, jak ciasne są granice teorii gospodarstwa społecznego, jak ograniczony ma ona zakres, zwłaszcza z punktu widzenia utylitarnego. Teoria rozpatruje tylko działania racjonalne, które przejawiają się w sposób ilościowy; ale jak wiadomo, nie zawsze jednostki i grupy społeczne działają w sposób racjonalny. Teoria nie zajmuje się życiem gospodarczym w jego związku z pozagospodarczymi pierwiastkami; a tymczasem ten związek w praktyce jest bardzo ścisły. Skutkiem tego uogólnienia teoretyczne nie wyjaśniają nam całego ustroju społeczno-gospodarczego, nie określają jego ewolucji, nie przewidują, w jakim ona pójdzie kierunku. W szczególności teoria gospodarstwa społecznego nie pretenduje dzisiaj do tego, by formułować zasady i nakazy polityczno-ekonomicznego działania. Jej "prawa", jeżeli mamy użyć tego wyrazu, mają treść obojętną dla walk, które prowadzi się w życiu społeczno-gospodarczym, nie zawierają rozwiązania konfliktów społecznych.

Jeżeli kto do zagadnień teoretyczno-ekonomicznych przystępuje z myślą o praktycznych problematach, jeżeli jego uwaga skierowana jest na to, co być powinno, to nieraz dozna zawodu. Natrafi bowiem na abstrakcie, które przedstawią mu się jako bardzo oderwane od życia i od niego dalekie. Ale żadne nauka nie potrzebuje usprawiedliwiać swojego istnienia utylitarnymi zastosowaniami; gdyby tak było. to trzeba by było wielu działom matematyki odmówić racji bytu. A zresztą może ta odległość teorii gospodarstwa społecznego od zagadnień bardziej żywych i aktualnych tylko na pozór wydaje się być tak wielką.

Przypomnimy sobie, dla przykładu, różne teorie pieniądza. Racjonalna polityka monetarna musi się opierać na dobrej teorii pieniądza, a dobra teoria pieniądza jest zastosowaniem ogólnej teorii wartości gospodarczej. Istnieją obecnie we wszystkich krajach instytuty badania koniunktur, bet względu na to, jakie praktyczne znaczenie przypiszemy tej pracy, w każdym razie wielką wagę do ich istnienia przywiązują bardzo praktyczni ludzie. A badanie koniunktury zasadza się na zastosowania metod teoretyczno - ekonomicznych, zrozumienie, czym jest koniunktura nie jest możliwym bez znajomości ogólnej teorii.

To wszystko jednak są względy uboczne. Teoria gospodarstwa społecznego rozwija się niezależnie od nich, a dzisiaj już nie podnosi się tych wątpliwości które istniały kilkadziesiąt lat temu, kiedy na teorię przypuszczona atak w imię historii. Gdy żaden z działów wiedzy nie bierze na siebie zadań których swoimi metodami badania nie może rozwiązać, to wtedy dopiero praca naukowa może się pozytywnie, rozwijać.