Popędy społeczne

Wśród uczuć-popędów na szczególną uwagę pod względem etycznym zasługują tzw. uczucia społeczne. Ocena etyczna dotyczy głównie czynów, wyrażających wzajemny stosunek między ludźmi. Można rzec bez przesady, że gdyby nie było życia społecznego, nie byłoby również etyki. Stąd pobudki, które skłaniają ludzi do życia w gromadach, w społeczeństwach budziły zawsze wielkie zainteresowanie wśród uczonych zajmujących się zagadnieniami etycznymi. Wobec tego, musimy również sprawę tę bliżej rozpatrzyć.

Przede wszystkim należy postawić pytanie, czy życie społeczne ludzi było wynikiem pewnych wrodzonych, instynktowych popędów, czy też powstało z przyczyn pozauczuciowych, z potrzeb wyrozumowanych? W odpowiedzi na to pytanie spotykamy w historii etyki wybitną różnicę zdań. Kiedy jedni, jak A.Smith, Comte, Schopenhauer i większość współczesnych etyków, obstawali za tym, że istnieją wrodzone uczucia społeczne, inni jak Hobbes, Bentham, twierdzili, że życie społeczne powstało z potrzeb wyrozumowanych, z potrzeby zrzeszania się dla wspólnej obrony, dla wzajemnej pomocy przy poszukiwaniu pożywienia itp.

Zdaniem tych ostatnich autorów człowiek jest urodzonym egoistą, dąży tylko do zadowolenia własnych pragnień, do tego co jemu osobiście korzyść przynieść może, nie troszcząc się o innych. Z dążenia do takiego celu wynika "walka wszystkich przeciw wszystkim", która rzeczywiście panuje na najniższych szczeblach kultury. Powoli jednak człowiek przyszedł do przekonania, że łatwiej mu będzie żyć, jeżeli utrzyma z innymi swymi współzawodnikami pokój, jeżeli będzie im oddawał pewne usługi, otrzymując od nich wzamian to samo. Na mocy tak wyrozumowanych pobudek powstało życie społeczne ze wszystkimi regulującymi je prawami. Stanowi więc ono jakby wzajemną umowę, opartą na wzajemnej korzyści, na czystym, jakbyśmy mogli się wyrazić, rachunku kupieckim.

Pogląd powyższy, spopularyzowany następnie przez Rousseau, od razu budził poważne wątpliwości. Ażeby mogła powstać umowa społeczna, oparta na wzajemnym interesie, należałoby przypuścić, że jej uczestnicy musieli posiadać wysoki stopień rozwoju psychicznego, wielką zdolność przewidywania przyszłych korzyści. Życie więc gromadne, społeczne, powinno ujawniać się późno jako wynik daleko już posuniętego rozwoju inteligencji. Tymczasem tak nie jest, ten bowiem rodzaj życia spotykamy u wszystkich bez wyjątku plemion ludzkich pierwotnych, stojących na bardzo niskim stopniu kultury. Co więcej, spotykamy go również u wielu gatunków zwierząt; gromadne życie pszczół i mrówek jest nawet tak wysoko rozwinięte, że, zdaniem niektórych autorów, mogłoby służyć za wzór dla ludzkich społeczeństw.

Otóż okoliczność powyżej wzmiankowana przemawia stanowczo za tym, że w powstawaniu życia społecznego mamy do czynienia nie z wyrozumowanym, świadomym uznaniem korzyści, lecz z instynktem. Myśl tę rozwinął szczegółowo Darwin na podstawach swojej teorii selekcyjnej. Współobrona, współdziałanie w gromadach, przedstawiały dla niektórych gatunków istot żywych wybitną, korzyść. To też tam, gdzie czynniki te ujawniły się przypadkowo, gatunek zyskiwał przewagę i byt jego był lepiej zabezpieczony. Drogą kolejnego doboru naturalnego współżycie gromadne utrwaliło się i w końcu stało się niepokonanym popędem.

Niewątpliwie teoria selekcyjna najlepiej sprawę życia gromadnego wyjaśnia, a istnienie instynktu społecznego jest dziś dobrze uzasadnioną, zgodną z faktami hipotezą. Powstaje tylko nowe pytanie: czy instynkt społeczny jest czymś pierwotnym, jednolitym, nierozkładalnym, czy też da się rozłożyć na prostsze czynniki? Pod tym względem spotykamy także pewną różnicę zdań. Filozofowie zajmujący się zagadnieniami etycznymi, jak wspomniani już przez nas A. Smith, Comte, Schopenhauer i inni, widzą w skłonnościach społecznych i moralnych jeden tylko czynnik prosty, mianowicie wrodzone uczucie sympatii; przeciwnie zaś niektórzy współcześni psychologowie, jak Sully, Thomas upatrują w tej sprawie dwa poniekąd odrębne czynniki, dwa odrębne uczucia-popędy: towarzyskość i sympatię. Ten ostatni pogląd uważamy za słuszniejszy. Rozpatrzmy więc kolejno oba powyższe składowe czynniki instynktu społecznego.

Pod nazwą uczucia towarzyskiego pojmujemy przyjemność, jaką osobnik odczuwa przy obcowaniu, przy współżyciu z innymi osobnikami tego samego gatunku. Uczucie to jest głęboko zakorzenione w naturze człowieka; uznał to już Arystoteles, mówiąc, że człowiek jest zwierzęciem społecznym. Człowiek już z natury swej dąży do współżycia, do obcowania z innymi ludźmi; ta dążność przejawia się zarówno u dzieci, jak u ludzi dorosłych. Widzimy stale, że dzieci znajdują wielką przyjemność w zabawach, ze swoimi rówieśnikami, w obcowaniu z nimi, a zupełna samotność dla dorosłego człowieka jest wręcz nie do zniesienia. Najcięższą karą dla człowieka jest długotrwałe zamknięcie w odosobnionej celi więziennej. Mizantropia, t.j. unikanie ludzi, jest nienaturalną skłonnością człowieka.

Popęd towarzyski spotykamy nie tylko u człowieka, lecz także u wielu zwierząt. Zobaczmy, co mówi Krzywicki w tej, sprawie: "Pingwiny urządzają zloty codzienne i ustawiają się w prawidłowe zastępy podług wieku. Młodsze zajmują jedno miejsce, dojrzałe - inne, samice wysiadujące i wolne mają znowu swoje miejsca. Porządek jest tak ściśle przestrzegany, iż każda gromada bez litości odpycha okazy należące do innego działu. Zastępy te w ciągu paru godzin kiwają łbami i rozlatują się. Na razie trudno wyobrazić sobie jakikolwiek namacalny pożytek, płynący dla pingwinów z takich zbiorów, a jednak musi istnieć jakieś zadowolenie wewnętrzne, skłaniające je do tworzenia, podobnych zastępów. Wrony podobnież zbierają się pod wieczór w oznaczonych miejscach, jakby dla udzielenia sobie wrażeń dnia, zlatują się stadami po kilkaset niekiedy z odległości kilkunastu wiorst; zgromadzenia liczą po 10.000 członków, oddających się zabawom przy akompaniamencie głośnego krakania. Co je nagli do tego? Widocznie tylko to, że zarówno pingwiny jak wrony z wzajemnego towarzystwa, z wywiązującego się podówczas współdrgania nerwowego czerpią przyjemność, t. j. podniecenie wyższego napięcia. Wychodzi tutaj na jaw spoidło społeczne: uczucie zadowolenia, podniecenia żywotności jestestwa w towarzystwie istot podobnych".

Takie życie gromadne występuje niekiedy tylko czasowo, w pewnych okresach. Widzimy to np. u wróbli w porze jesiennej, u bocianów, żórawi, jaskółek i innych ptaków wędrownych podczas sezonowych wędrówek - być może takie wspólne, gromadne wędrówki zmniejszają uciążliwość dalekiego lotu i dzięki temu utrwaliły się jako instynkt. Też same bowiem gatunki ptaków wędrownych, przybywszy na miejsce przeznaczenia, żyją oddzielnie w stadłach rodzinnych. Wśród zwierząt czworonożnych życie gromadne, towarzyskie spotykamy prawie wyłącznie u trawożernych, np. u koni dzikich, bawołów, owiec, antylop itp. Drapieżniki prawie zawsze żyją w stadłach rodzinnych. Da się to wytłumaczyć tym, że życie gromadne dla zwierząt drapieżnych nie przedstawia żadnych dogodności, a nawet utrudnia znajdywanie zdobyczy, gdy tymczasem zwierzęta trawożerne, zwykle prześladowane, przez życie gromadne i wzajemną pomoc w ostrzeganiu się przed niebezpieczeństwem mają lepiej zabezpieczony byt. Zwierzę, żerujące samotnie i oddane tej czynności, może łatwo nie spostrzec zbliżającego się cichaczem wroga, w gromadzie zaś kiedy jedne osobniki żerują, inne syte odpoczywają i rozglądają się wokoło; są więc jakby stróżami stada.

Niektórzy autorzy nie uważają instynktu towarzyskiego za popęd pierwotny, lecz za pochodny. Krzywicki np. w towarzyskości upatruje wyraz bratersko-siostrzanej sympatii. Podług tego poglądu wszystkie skłonności społeczne, włączając tu popęd towarzyski, powstają z pierwotnego czysto egoistycznego popędu: płciowego. Z instynktu płciowego wypływa najpierw instynkt macierzyński, następnie z tego ostatniego tworzy się instynkt rodzinny, mianowicie przywiązanie ojcowskie i bratersko-siostrzane, a w końcu instynkt rodzinny rozszerza się i przechodzi w popęd towarzyski. Takie tłumaczenie jednak jest czysto teoretyczne i nie zgadza się ze wszystkimi faktami. Gromada nie zawsze stanowi dalszy ciąg tej samej rozgałęzionej rodziny, jakby się to pozornie zdawało, lecz bardzo często skupienie osobników, należących do rozmaitych rodzin. Życie rodzinne u zwierząt jest zwykle krótkotrwałe; jak tylko młode zwierzęta dochodzą do tego stopnia rozwoju sił i zdolności, że mogą same sobie radzić, rodzina rozpierzcha się i wszelkie jej związki zostają zupełnie zerwane i zapomniane. Wskutek rychłego zrywania związków rodzinnych gromada zwierzęca nie mogła powstać z rozgałęzienia się rodziny, lecz raczej z przypadkowego zrzeszenia się. A zatem w powstaniu życia gromadnego większą rolę odgrywa mniej lub więcej długotrwałe współżycie przypadkowe osobników, aniżeli związki krwi. Nawet w pierwotnych gromadach ludzkich, gdzie związki rzeczywistego lub domniemanego pokrewieństwa miały niewątpliwie pewne znaczenie, do rodu włączano często obcych ludzi, którzy przez dłuższe współżycie stawali się niejako swojakami.

To samo spotykamy poniekąd i we współczesnych społeczeństwach; instynkt towarzyski wybiega tu daleko poza granicę więzów rodzinnych, jak to widzimy w naszych towarzystwach, kawiarnianych, klubowych oraz we wszelkich podobnych zrzeszeniach. Gościnność tak powszechna u ludów rolniczych i pasterskich wszędzie tam, gdzie skupienie ludzi jest nieznaczne, stanowi przykład czystego instynktu towarzyskiego, pozbawionego wszelkiego dodatku sympatii rodzinnej. Uwzględniając powyższe fakty, musimy się więc zgodzić, że instynkt towarzyski nie powstał z instynktu rodzinnego, lecz jest pierwotnym popędem, sięgającym daleko wstecz, aż do gromad zwierzęcych.

Drugim czynnikiem skłonności społecznych jest tzw. sympatia. Pod nazwą sympatii, inaczej współczucia, pojmujemy zdolność odczuwania uczuć innych osób, a nawet innych istot żyjących. Dlatego to Sully nazywa sympatię uczuciem współtowarzyszącym albo bliźnim.

Psychologiczne uczucie sympatii da się wytłumaczyć w następujący sposób: każdemu silniejszemu uczuciu towarzyszą pewne objawy zewnętrzne, ruchowe. Smutek np. wyraża się płaczem i przygnębionym wyrazem całego ustroju, radość - rozpromienionym obliczem, śmiechem, żywymi ruchami itd. Widok tych zewnętrznych objawów wywołuje w naszym umyśle odpowiednie wyobrażenia i odpowiednie stany uczuciowe. Stany uczuciowe w tym przypadku są jeszcze niewyraźne: dopiero kiedy dowiemy się o przyczynie smutku, radości, strachu itp., odtwórcze wyobrażenie tej przyczyny budzi towarzyszący mu ton uczuciowy, który teraz nabiera wszystkich cech uczucia wyraźnego, określonego. Stąd psychologowie sympatię nazywają uczuciem wyobrażeniowym, t.j. wywołanym nie przez wrażenia, doznania, lecz przez wyobrażenia odtwórcze. Mówimy przez wyobrażenia odtwórcze, gdyż współczuć możemy tylko w tych uczuciach, które znamy z naszych własnych doświadczeń. Gdybyśmy nigdy nie doznawali smutku, nie bylibyśmy w stanie współczuć osobnikowi smutnemu. To też dzieci, które mają mało doświadczeń, nie współczują wcale lub współczują w sposób niewyraźny w troskach i radościach osób dorosłych. Nazywamy je wskutek tego małymi egoistami, chociaż niesłusznie; dziecko bowiem odczuwa żywo zmartwienia i radości swoich rówieśników.Im współżycie z innymi osobnikami jest bliższe, im więcej mamy z nimi wspólnych doświadczeń, tym nasze współczucie względem nich jest silniejsze. Współczujemy więc łatwiej i głębiej z naszymi bliższymi lub dalszymi krewnymi, z dobrymi znajomymi lub przyjaciółmi, aniżeli z osobami obcymi. Głębokie współczucie matki względem cierpień jej dziecka jest powszechnie znane. W literaturze spotykamy liczne wzmianki w tym przedmiocie. Pewna matka np., pielęgnując swego syna, który złamał nogę, odczuwała przez sympatię w ciągu wielu tygodni mocny ból w tym samem miejscu goleni, gdzie jej syn miał złamane kości. Inna matka czuła ból w piersiach, ile razy jej córka, chora na suchoty, dostawała mocnego napadu kaszlu.

Przeciwnie, nieszczęścia, które znamy tylko z opisu lub ze słyszenia, które dotknęły osoby nam obce gdzieś w dalekich krajach, budzą znacznie mniejsze współczucie. Klęska n.p. powodzi w Chinach, znana nam z opisu w gazetach, mniejsze wywołuje współczucie, aniżeli gdyby ten sam fakt zdarzył się w naszym kraju, lub gdybyśmy byli naocznymi jego świadkami. Ważne bardzo znaczenie w powstawaniu współczucia ma także siła wyobraźni. Osoby obdarzone większą siłą wyobraźni, które wyraźniej, w sposób wybitnie obrazowy uprzytomniają sobie znane z opowiadania zdarzenia i wypadki, posiadają zdolność współczucia w większym stopniu, aniżeli inne, słabiej pod tym względem uposażone. Dlatego też również opisy nieszczęść zmyślonych, podane w sposób artystyczny, budzący naszą wyobraźnię, w powieściach lub poematach wywołują większe współczucie, aniżeli suchy opis rzeczywistego nieszczęścia, zanotowany w wiadomościach bieżących gazety. Dlatego także zdarzenia dawno minione mniej uderzają naszą wyobraźnię i mniej budzą współczucia, aniżeli fakty świeże, obecne. To samo możemy powiedzieć o zdarzeniach nowych i ciągle się powtarzających; pierwsze mocniej działają na naszą wyobraźnię i silniejsze budzą współczucie, aniżeli drugie. Okropności wojny i ogrom nieszczęść z nią związanych mocniej są odczuwane na początku wojny, aniżeli w dalszym jej przebiegu, kiedy wyobraźnia wskutek częstego powtarzania się podobnych obrazów oswaja się z niemi i staje się mniej na nie wrażliwą.

Jest rzeczą godną uwagi, że współczujemy więcej z cierpieniem, smutkiem, nieszczęściem, aniżeli z radością innych osób. Dzieje się tak dlatego, że w ogóle odczuwamy mocniej przykrość, wszystko to, co rozstraja nasz byt, co grozi mu pośrednio lub bezpośrednio, aniżeli przyjemność, związaną z pomyślnym stanem organizmu. Dlatego też może objawy przykrego stanu uczuciowego są u wszystkich istot żywych wyraźniejsze i występują wcześniej, aniżeli objawy stanu uczuciowego przyjemnego. Dziecko np. zaraz po przyjściu na świat wyraża swe przykre uczucia krzykiem, płaczem, kiedy uśmiech jako wyraz przyjemności, zjawia się dopiero około czwartego miesiąca życia. Krzyk i płacz są głosem, wołającym o pomoc, o ratunek, a pomocy i ratunku potrzebujemy tylko w nieszczęściu; szczęście zaś nie wymaga tak bezwzględnie współczucia.

Sympatia, jak każde w ogóle uczucie, wyraża równocześnie popęd do działania. To też współczując z cierpieniem innych osób, odczuwamy potrzebę, popęd do niesienia im pomocy w sposób usuwający możliwie przyczynę cierpienia. Stąd współczucie jest źródłem wielu postępków etycznych; tutaj przynależą wszystkie czyny wynikające z miłosierdzia i litości. Tym się zapewne tłumaczy, dlaczego filozofowie-etycy od dawna okazywali żywe zainteresowanie sprawą sympatii. Są systematy etyczne wyłącznie zbudowane na założeniu, że cała nasza moralność i wszystkie prawa etyczne wynikają z uczucia sympatii. Nie brak jednak poglądów, które degradują znaczenie współczucia w powstawaniu czynów moralnych i dowodzą, że sympatia nie jest zjawiskiem pierwotnym, lecz pochodzi z pobudek samolubnych. Istnieje we współczesnej etyce kierunek, zwany utylitaryzmem, który upatruje we współczuciu wynik refleksji. Człowiek współczujący, podług tego poglądu, stawia się w wyobraźni w położeniu osoby doznającej i odczuwa przyjemność lub przykrość nie dlatego, że osoba ta doznaje podobnego uczucia, lecz dlatego że on mógłby być w jej położeniu. Spieszy jej również z pomocą w razie cierpienia dlatego tylko, że chciałby, aby inni tak samo względem niego postępowali. Słowem tylko refleksja, myśl o korzyści lub szkodzie własnej tworzy to, co nazywamy współczuciem. Inny kierunek, znany we współczesnej etyce pod nazwą ewolucjonizmu, którego przedstawicielami są Spencer, Świętochowski i inni, naucza, że sympatia jest uczuciem pochodnym, które powstało na drodze doboru naturalnego z instynktu płciowego i uczucia rodzicielskiego.

Z poglądami powyższymi, dowodzącymi, że sympatia jest uczuciem pochodnym, które powstaje albo przez refleksję, albo na drodze doboru naturalnego z innych pierwotnych uczuć, zgodzić się nie możemy z następujących względów: przede wszystkim współczucie i czyny z niego wynikające nie mają bynajmniej charakteru refleksyjnego, namysłowego, lecz stanowią zjawiska, które powstają mimowolnie, instynktowo. Gdy człowiek na widok matki rozpaczającej, że w płonącym budynku pozostało jej dziecko, wbiega do chaty, nie zważając na własne bezpieczeństwo, spełnia ten czyn prawie odruchowo, bez żadnego namysłu. Można rzec, że wszystkie namyślania, zastanawiania się odwiodłyby go od tego czynu. Nie namyśla się również siostra miłosierdzia, gdy opatruje nędzarza, pokrytego wstrętnymi wrzodami. Niema tu nigdzie refleksji, przewidywania przyszłej osobistej korzyści.

Sympatia nie może być także wynikiem instynktu rodzicielskiego. Instynkt rodzicielski, a zwłaszcza macierzyński, nie da się odróżnić jako coś pierwotniejszego od sympatii; instynkt ten jest raczej wynikiem najgłębszej sympatii. Matka cierpi wraz z dzieckiem, cieszy się jego radością w stopniu, jaki może być najdoskonalszym, najzupełniejszym. Nie ma sympatii wyższej nad sympatię matki. Dziwne więc byłyby koleje ewolucji, gdyby formy niższe, mniej doskonałe, miały powstawać z form wyższych, doskonalszych.

Naszym zdaniem, sympatia jest uczuciem pierwotnym; jej źródło mieści się w jednakowej organizacji psychicznej wszystkich ludzi. Jednakowa nasza organizacja psychiczna sprawia, że podobne bodźce wywołują podobne wrażenia i wyobrażenia, a podobnym wrażeniom i wyobrażeniom towarzyszy podobny ton uczuciowy. Jeżeli więc odtwarzamy w naszej wyobraźni doznanie osoby obcej, to naszemu wyobrażeniu odtwórczemu będzie towarzyszył podobny ton uczuciowy, jaki towarzyszy doznaniu osoby obcej. Stąd powstaje podobne uczucie czyli współczucie. Ponieważ w każdym uczuciu mieści się mniej lub więcej silny popęd do działania w kierunku podniety, wywołującej dane uczucie, przeto ze współczucia wynika również współdziałanie, pomoc okazywana w cierpieniu i smutku. Z psychologicznego więc punktu widzenia sympatia nie stanowi wcale nierozwiązalnej tajemnicy i da się najzupełniej wytłumaczyć podobieństwem w organizacji, bez uciekania się do daleko sięgających ewolucyjnych lub utylitarystycznych pomysłów.

Że sympatia jest uczuciem pierwotnym, dowodzi choćby i ta okoliczność, iż zjawiska świadczące o tym uczuciu, spotykamy często u zwierząt. Wiadomo powszechnie, że u wyższych zwierząt instynkt macierzyński z towarzyszącą mu głęboką sympatia dla dziecka jest bardzo rozwinięty. Samice zwierząt ssących i ptaków okazują wielką dbałość o potomstwo, karmią swe dzieci, zabiegają o nie i nieraz z narażeniem własnego życia chronią je od niebezpieczeństwa. Zwierzęta okazują także dowody sympatii, przywiązania i pomocy w niebezpieczeństwie poza instynktem macierzyńskim. Liczne fakty tego rodzaju znaleźć można w znakomitym dziele Brehma "Życie zwierząt". Autor ten zapewnia, że kruki, sowy, sępy i orły białe kojarzą się w pary na całe życie i okazują sobie wzajemnie wielkie przywiązanie małżeńskie. To samo można powiedzieć o papugach, które także są monogamistami, pomagają sobie czule w chorobie i bardzo cierpią po rozłączeniu. Zdarzało się, że po śmierci jednego z członków pary papug pozostały osobnik okazywał tak wyraźne objawy przygnębienia, iż przestawał jeść i wkrótce umierał. Miłość małżeńska synogarlic jest powszechnie znaną i stała się nawet przysłowiową. Kochają się jak dwa gołąbki, mówimy, gdy chcemy zaznaczyć czułe przywiązanie małżeńskie.

Można także spotkać u zwierząt sympatię dla osobników, dotkniętych kalectwem i starością. Darwin notuje fakt, że nad jednym z jezior słonych w Utah, w Stanach Zjednoczonych, widziano starego, zupełnie ślepego pelikana, dobrze utuczonego, musiał więc być obficie karmiony przez swych towarzyszów. Ten sam autor przytacza opowiadanie naocznego świadka, który widział, jak kruki indyjskie karmiły kilka starych i ślepych osobników. Letourneu wspomina, że widział kanarki, karmiące dziobkami w ciągu kilku lat starą samiczkę, ich odległą babkę.

Zwierzęta pomagają sobie także w niebezpieczeństwach i cierpieniach. Brehm wspomina, że jeżeli stado małp, należących do gatunku "cercopithecus griseo-viridis" przedziera się przez gęste i kolczaste zarośla, to po przebyciu tej przykrej drogi każda z nich kolejno kładzie się na gałęzi i towarzyszki uważnie przeszukują jej futro i wyjmują tkwiące w nim kolce. Tenże autor był również świadkiem następującego zdarzenia w Abisynii. Stado pawianów umykało napastowane przez psy, przy czym stare samce pełniły straż bezpieczeństwa i dzięki swemu strasznemu wyglądowi oraz wyszczerzonym kłom trzymały psy w przyzwoitym oddaleniu. Jednak jeden mały pawian, liczący około sześciu miesięcy, nie mógł zdążyć za stadem i otoczony przez psy, wołał wielkim głosem o ratunek. Wtedy stary samiec, największy z pawianów, odłączył się od stada, przybył mu na pomoc, odpędził psy i odprowadził go tryumfalnie do stada. Inny jeszcze fakt zbiorowej pomocy w niebezpieczeństwie cytuje ten sam naturalista. Młoda małpa z gatunku "Cercopithecus" została napadnięta przez wielkiego orła. Zwierzę napadnięte uchwyciło się jednak mocno gałęzi i zaczęło wołać o ratunek. Natychmiast przybiegły na pomoc inne małpy z tego gatunku i zaczęły tak wrzeszczeć, rzucać się na napastnika, rwać mu pióra, że ten uważał za stosowne uciec, pozostawiając swą zdobycz.

Można także obserwować wśród zwierząt uczucie przyjaźni i popęd do udzielania pomocy w nieszczęściu osobnikom obcym, nie należącym do ich gatunku. Wszystkim znaną jest przyjaźń psa dla człowieka; można by zebrać tysiące faktów na dowód, ile usług wynikających z sympatii, oddało zwierzę to ludziom. Rzadszymi są podobne objawy u innych zwierząt. Ciekawy fakt tego rodzaju opowiada Darwin. "Kilka lat temu - mówi ten autor - jeden z dozorców Ogrodu Zoologicznego pokazywał mi kilka głębokich ran, dopiero co zagojonych, które zadał mu pawian podczas czyszczenia podłogi w jego klatce. Mała małpka, która była wielką przyjaciółką dozorcy, wybawiła go od śmierci. Małpka ta przemieszkiwała w tym samym oddziale Ogrodu Zoologicznego i zwykle strasznie się bała pawiana. Pomimo to, gdy zobaczyła, że dozorca jest w niebezpieczeństwie, pośpieszyła mu natychmiast z pomocą, narobiła tyle pisku i wrzasku, tak szarpała i gryzła okrutnego pawiana, że ten puścił swoją ofiarę".

Wszystkie te fakty, których tutaj zaledwie drobną część podaliśmy, świadczą o uczuciu sympatii u zwierząt i o odpowiednich popędach, stąd wynikających. Nie przeszkadza to, że te same zwierzęta w innych przypadkach okazują niezwykłe okrucieństwo i we wzajemnych między sobą walkach bynajmniej nie znają litości.

Ta sama małpa, którą poprzednio poznaliśmy jako czułą matkę, jako poświęcającą się towarzyszkę, w gniewie lub podczas głodu zabija swoje własne dziecko, odgryza mu głowę lub brutalnie, samolubnie wydobywa mu z gardła jakiś przysmak, który ono zdołało wpierw uchwycić. Dziwić się temu nie będziemy, jeżeli uwzględnimy, że sympatia nie należy do najsilniejszych uczuć, że gniew, strach, głód i inne silne uczucia biorą nad nią łatwo przewagę i powodują czyny nie licujące ze współczuciem. Wszak i u ludzi cywilizowanych zdarza się nieraz, że te same gwałtowne wzruszenia wywołują czyny, które budzą wstręt swoją brutalnością. Przypomnieć tu możemy sceny, jakie się odbywają podczas tonięcia okrętów, pożaru teatrów i.t.p. zdarzeń. Strach o własne życie uprawia, że ludzie w tych przypadkach zatracają wszelkie współczucie dla bliźnich, nawet najbliższych, i ratując swe życie, depcą, duszą i odpychają w sposób bezwzględny innych.

Im niżej stoi kultura człowieka, im mniejsze jest jego panowanie nad popędami, tym częściej zdarzają się podobne dysharmonie w postępowaniu i tym łatwiej wybuchają popędy samolubne i drapieżne, które urągają wszelkiemu pojęciu współczucia. To też u plemion ludzkich pierwotnej kultury podobne sprzeczności są zjawiskiem bardzo zwykłym: zależnie od tego, kiedy obserwujemy ich życie, czy podczas burzliwych afektów, czy też podczas pokojowego nastroju, ich popędy i czyny przedstawiają się w sposób pełny przeciwieństw. Teologowie ewolucjoniści, chcąc dowieść kolejnego rozwoju obyczajów i pojęć moralnych, dobierają fakty: wynajdują w życiu zwierząt wyłącznie takie zdarzenia, które świadczą o szlachetnych popędach, płynących ze współczucia, a w życiu plemion ludzkich pierwotnych wydobywają na jaw zdarzenia przeciwne, świadczące o wielkiej brutalności ich instynktów. Tym sposobem wyrównują przedział, jaki istnieje pod względem obyczajowym pomiędzy zwierzętami i ludźmi, ale z drugiej strony oświetlają jednostronnie przedmioty. Czytając prace Letourne'a, Świętochowskiego i innych ewolucjonistów, otrzymujemy wrażenie, jakoby zwierzęta w swych obyczajach pod wieloma względami przewyższały człowieka, jakoby natura ludzka w swych popędach była, brutalniejszą, okrutniejszą. Rzecz godna uwagi, że filozofowie moraliści z końca XVIII-go i początku XIX wieku twierdzili coś wręcz przeciwnego. Dowodzili oni także przez odpowiedni dobór faktów i cytatów wyjętych z dzieł podróżników, że ludzie pierwotnej kultury pod względem obyczajowym stoją na poziomie wyższym, aniżeli ludzie szczycący się cywilizacją, że cywilizacja i kultura psuje ludzi pod względem moralnym.

Zarówno pierwszy jak drugi pogląd są jednostronne i, jak już wspominaliśmy, ludzie pierwotni tzw. dzicy, przedstawiają w swych obyczajach liczne, wręcz rażące przeciwieństwa; są w ich życiu strony dobre, wzruszające łagodnością i współczuciem, są w innych przypadkach zjawiska brutalne, nadzwyczaj okrutne. Znany antropolog Tylor podaje następujący opis ich życia pokojowego: "Przy sprzyjających okolicznościach, gdy pożywienie nie jest skąpym, a wojna niszczącą, życie ras barbarzyńskich może być, na swój dziki sposób, dobrym i szczęśliwym. Na wyspach "Indii Zachodnich", gdy Kolumb po raz pierwszy tam wylądował, żyły plemiona, które nazwano najłagodniejszymi i najżyczliwszymi z całej ludzkości. Podróżnik Schomburgk, znający dobrze wojowniczych Karaibów w ich życiu domowym, kreśli rajski obraz ich obyczajów, kiedy jeszcze nie byli zepsuci występkami ludzi białych; widział u nich zgodę, wesołość i proste przywiązanie rodzinne, nieudawaną przyjaźń i wdzięczność, niemniej prawdziwe, chociaż niewypowiadane w szumnych wyrazach. Świat Cywilizowany, według niego, nie potrzebuje ich uczyć moralności, bo, chociaż o niej nie mówią, żyją w niej. Na drugiej półkuli, w Nowej Gwinei, badacz holenderski Kops zupełnie tak samo przedstawia Papuanów z Dory, którzy mieszkają w domach, zbudowanych na palach nad wodą, jak dawni ludzie jezior w Szwajcarii; mówi o ich łagodnym usposobieniu, zamiłowaniu prawa i sprawiedliwości, silnych zasadach moralnych, poszanowaniu dla starców i miłości dla dzieci, o ich życiu bez zamykania domów, gdyż kradzież uważają za ciężkie przekroczenie, rzadko też ona się zdarza. U dzikich, nie hinduskich plemion Indii urzędnicy angielscy spotykali ze zdziwieniem uprzejmość i wesołość nieokrzesanych mieszkańców gór i stepów, ich nadzwyczajną uczciwość w słowie i czynie. Walter Elliot wspomina o jednym nisko stojącym, biednym plemieniu Indii południowych, które rolnicy najmują do pilnowania, pól, dobrze wiedząc, że ludzie ci: prędzej umarliby z głodu, aniżeliby ukradli ziarno, powierzone ich pieczy; są oni tak prawdomówni, że ich słowo od razu rozstrzyga spory z bogatszymi sąsiadami, gdyż ludność utrzymuje, że "karakar zawsze mówi prawdę".

"Naturalnie, dodaje Tylor, te sprawozdania o Karaibach i Papapuanach ukazują ich ze strony przyjaznej; tymczasem ci, którzy walczyli z nimi, nazywają ich potworami dzikości i zdrady". Ta dzikość jest następstwem instynktu samozachowawczego, występującego z niezwykłą siłą wśród ciężkich warunków, w jakich przebywa i żyje człowiek pierwotny. Wyobraźmy sobie życie jakiejkolwiek pierwotnej hordy, przenoszącej się z miejsca na miejsce. Horda ta żyje przeważnie z polowania, które nie zawsze może zabezpieczyć jej byt; zdarzają się lata, kiedy zwierzyny brak, grozi więc głód; trzeba często zmieniać koczowiska i wchodzić stale w zatargi z innymi konkurentami, z sąsiednimi plemionami. Powstaje więc dzika, bezwzględna walka, o byt nie tylko z plemionami obcymi, ale nawet wśród osobników należących do jednego plemienia; prawo siły decyduje jedynie o wytrwaniu, o przeżyciu, współczucie zaś w tych warunkach zamilknąć musi.

Weźmy np. najsilniejsze współczucie, które wypływa z instynktu macierzyńskiego. Instynkt ten, jak już wiemy, jest bardzo silny, a jednak bywa nieraz pokonywany przez instynkt samozachowawczy. Poświęcenie się matki dla dziecka, tak częste nie tylko w świecie ludzkim, ale i zwierzęcym, występuje zwykle odruchowo w chwili nagle grożącego niebezpieczeństwa; jeżeli jednak opieka nad dzieckiem wymaga ciągłych, nadmiernych wysiłków, jeżeli wyczerpuje siły, to przychodzi w końcu czas, kiedy popęd samozachowawczy bierze przewagę i zjawia się w duszy niejasna chęć pozbycia się tego ciężaru. Spostrzegałem to nieraz u matek wśród naszej biednej, pracującej ciężko na kawałek chleba ludności. Taka matka, zmuszona przez cały dzień do ciężkiej pracy w domu, noce całe spędza jeszcze bezsennie przy chorym dziecku. Jeżeli choroba trwa długo, to następuje wyczerpanie sił i w duszy biednej matki budzi się życzenie: "Żeby to Bóg jak najprędzej zabrał to biedactwo, bo ja już wytrzymać nie mogę". Życzenie to ujawnia się tylko w taki pośredni sposób, popęd bowiem do pozbycia się tej przykrości nad siły nie dochodzi do czynu, do dzieciobójstwa, gdyż znajduje dość silną przeciwwagę, jeżeli nie w stłumionym przez cierpienie i wyczerpanie sił instynkcie macierzyńskim, to w każdym razie w religii, w obyczajach, w obawie przed opinią, przed karą sądową. Podobnej jednak przeciwwagi nie odczuwa kobieta z plemienia pierwotnego, to też dzieciobójstwo tam jest zjawiskiem bardzo częstym. Dzieciobójstwo popełniane tam bywa nie tylko wskutek cierpień rzeczywistych i nadmiernych trudów, spowodowanych przez opiekę nad dzieckiem, lecz i wskutek przewidywania ich możliwości. Kobiety w Australii południowej, powiada podróżnik Eyre, zabijały często troje lub czworo pierwszych swych dzieci, aby oszczędzić sobie przykrości i trudu dźwigania ich na grzbiecie podczas włóczęgi za mężami w ich życiu koczowniczym. W innych przypadkach o dzieciobójstwie decyduje przewidywanie głodu. Na małych wyspach Polinezji, gdzie ilość żywności była z natury rzeczy ograniczona, zabicie każdego trzeciego lub czwartego dziecka z rzędu uważano poniekąd za obowiązek. W Taiti, powiada inny podróżnik, Ellis, nie było kobiety, która by nie pozbawiła życia choćby jednego ze swych dzieci, dusząc je lub też zakopując żywcem. Na wyspach Sanwidsch wręcz uregulowano przyrost ludności, skazując tym sposobem na śmierć dwie trzecie przychodzących na świat dzieci. To samo czynili mieszkańcy Ziemi Ognistej. Eskimosi, koczujący na dalekiej Północy itd.

U wszystkich powyżej wskazanych ludów dzieciobójstwo odbywało się zaraz po urodzeniu; topiono noworodki jak szczenięta lub zakopywano żywcem. Jeżeli jednak noworodek choć przez pół godziny zachował się przy życiu, jeżeli matka zdążyła go zobaczyć, przytulić do siebie, budził się instynkt macierzyński i dziecko było ocalone. W sumieniu Polinezyjczyków, mówi Letourne, toczyła się widocznie walka pomiędzy potężnym instynktem macierzyńskim a wyrozumowanym pragnieniem pozbycia się niewygodnego ciężaru: wszyscy bowiem podróżnicy zgodnie przyznają, że takie uratowane dzieci były pieszczone i pielęgnowane troskliwie nie tylko przez matki, ale nawet przez ojców. Dzieciom ludów barbarzyńskich groziło niebezpieczeństwo nie tylko zaraz po urodzeniu, ale i w późniejszym czasie. Czasem ojciec rozgniewał się na swą żonę lub swe żony i w następstwie gniewu, na złość im, zabijał dzieci już podrośnięte. Nieraz taka kara spotykała dziecko nawet za względnie drobne przewinienie; pewien ojciec, mieszkaniec Ziemi Ognistej, zabił swe dziecko za to, że przewróciło kosz z ikrą rybną. Groziło dziecku niebezpieczeństwo także podczas głodu, wtedy bowiem przede wszystkim zabijano i zjadano dzieci.

Jeżeli mocne współczucie, stanowiące instynkt macierzyński, nie było w stanie zabezpieczyć bytu to cóż dopiero powiedzieć możemy o innych słabszych postaciach sympatii. W warunkach, w jakich żyją narody pierwotne, obecność w gromadzie starców, kalek i chorych musiała być wielkim ciężarem. To też pozbywano się ich z równą, jeżeli nie większą łatwością. Powstał zwyczaj, uświęcony tradycją, że każdy człowiek, który wskutek wieku stracił siły, był usuwany z gromady. Porzucano i pozostawiano go na laskę losu lub, co częściej się zdarzało, zabijano go uderzeniem maczugi. Tak się działo wszędzie, w rozmaitych strefach i w rozmaitych częściach świata, zarówno u Eskimosów, u Indian Ameryki Północnej i Południowej, jak u najniżej pod względem rozwoju stojących Australijczyków. Starożytni pisarze greccy wspominają, że podobny zwyczaj istniał u wielu plemion koczujących ówczesnej Europy, Azji i Afryki. W nie lepszej sytuacji były kaleki i chorzy. W Nowej Kaledonii, jeżeli ktoś z gromady zachorował i nie mógł przyjmować pożywienia w ciągu trzech dni, bywał porzucany w ustronnym miejscu lub też dobijany przez krewnych. Jakuci syberyjscy przenoszą, również ciężko chorych do chat, umyślnie w tym celu zbudowanych nad rzeką, pozostawiają im nieco żywności i o nich już więcej nie myślą.

Podobne traktowanie starców i chorych nie jest bynajmniej wynikiem zupełnego braku współczucia, lecz wyłącznie ciężkich warunków bytu. W życiu koczowniczym, kiedy co kilka dni zmienia się miejsce pobytu, obecność takiego balastu, jak starcy, kalecy i chorzy musiała być bardzo niewygodną i utrudniać w wysokim stopniu ruchy i wyżywienie gromady. Powstawała więc walka pomiędzy instynktem samozachowawczym i współczuciem, przy czym pierwszy, jako silniejszy, z łatwością zwyciężał. Tam, gdzie gromada prowadziła życie więcej osiadłe, gdzie środki pożywienia były obfite, współczucie zyskiwało przewagę i okrutny zwyczaj dobijania starych i chorych członków gromady nie rozwinął się. Tak było np. u Nowo-Zelandczyków, podług świadectwa Cook'a ; u nich starcy mieli wielkie względy i byli otaczani ogólnym szacunkiem. Podobne stosunki spotykamy u niektórych lepiej sytuowanych plemion Indian czerwonoskórych Ameryki.

Niepomyślnie i niwecząco na rozwój uczucia sympatii u pierwotnych ludów wpływają także często staczane pomiędzy plemionami wojny. O powód do wojny w ich życiu koczującym i myśliwskim nie jest trudno. Przykładem może być spór o upolowaną zwierzynę, sidła zastawione na terytorium, do którego sąsiednie plemię rości pretensje, wiadomość o większych łupach myśliwskich sąsiedniego plemienia, powodująca zazdrość, oraz tradycyjnie przekazywana wrogość pomiędzy rodami i plemionami - wszystko to sprawia, że wojna wśród ludów barbarzyńskich trwa prawie nieprzerwanie. Celem tych walk jest wytępienie konkurentów, to też wojna jest tu okrutna i bezlitosna. Ci sami Papuanie, mieszkańcy Nowej Gwinei, których obraz życia pokojowego przedstawił tak idylicznie cytowany przez Tylora podróżnik-holenderski Kops prowadzą pomiędzy sobą walki w sposób podstępny i okrutny. Włoch d'Albertis w swoim opisie podróży po Nowej Gwinei rysuje niejeden straszny; obraz tej walki: Pewnego razu np. wioska, zwiedzana przez niego, była napadnięta niespodziewanie przez plemię nieprzyjacielskie, kiedy mężczyźni byli na polowaniu. W mgnieniu oka pozabijano starców i chorych, którzy pozostali w szałasach, następnie uprowadzono dzieci i kobiety, wymordowawszy wpierw te, które usiłowały stawić opór.

Letourneau ze świadectw podróżników i misjonarzy podaje liczne podobne przykłady. Przytoczymy tu niektóre z nich. U mieszkańców Nowej Kaledonii w sposobie wojowania nie ma żadnych śladów rycerskiego skrupułu. Chytrość bezgraniczna - oto podstawa ich strategii. Wszystkie środki są dobre, byle zabić nieprzyjaciela. Według ich pojęć jest rzeczą całkiem godziwą zaprosić sąsiadów na wielką ucztę i, kiedy się tego najmniej spodziewają, uderzyć na nich znienacka i wymordować co do nogi. To samo znajdujemy u Indian Czerwonośkórych Ameryki. Polują oni na człowieka tak samo, jak na bawoła lub sarnę. Zazwyczaj nocą wybierają się na wyprawę. Sposobem zwierząt drapieżnych, pełzając przez zarośla, zbliżają się do obozu nieprzyjacielskiego i następnie na dany znak podpalają szałasy i mordują mieszkańców bez względu na wiek i płeć. Chwałą Indianina amerykańskiego jest zabić i oskalpować jak najwięcej przeciwników. Dla czerwonoskórych nie dosyć jest zabić nieprzyjaciela w sposób zwykły, na polu bitwy, lecz rozkoszują się powolnym nad nim znęcaniem się. W okolicach, gdzie zachowało się ludożerstwo, wojna bardzo często ma na celu zdobywanie żywności. Chęć spożywania ludzkiego mięsa była jednym z najzwyklejszych powodów walk pomiędzy plemionami. Ranni i jeńcy byli od razu, podczas uczty na polu bitwy zjadani; albo też przetrzymywano jeńców na zapas do uczt następnych. Wtedy tuczono ich i w miarę potrzeby zabijano i zjadano.

Nie będę przytaczał szczegółów tych okrucieństw; powyższe przykłady wystarczą, aby zrozumieć pobudki czynów ludzi pierwotnych. Człowiek pierwotny kieruje się w swych czynach wyłącznie instynktowymi popędami. Kiedy jest syty, zadowolony i z nikąd mu nie grozi niebezpieczeństwo, ujawniają się w nim drzemiące popędy wrodzonego współczucia. Wtedy widzimy w nim owego idyllicznego człowieka natury, o którym marzyli filozofowie końca XVIII wieku. Jest on dobry, łagodny, gotowy do usług, a nawet poświęceń. Gdy jednak jest głodny, rozgniewany, uczuwa obawę niebezpieczeństwa, budzi się w nim zazdrość i inne afekty, wtedy powstają w jego duszy inne silniejsze popędy, które wyładowują się odruchowo w czynach okrutnych. Jego czyny nie stanowią więc nic innego jak wyładowanie odczuwanych w danej chwili i przeważających popędów. Życie jednak gromadne wprowadza powoli do czynów człowieka pierwotnego pewne hamulce. Najwcześniejszym hamulcem takim jest obawa przed zemstą gromady lub osobnika silniejszego. Osobniki silniejsze wysuwają się na czoło gromady jako wodzowie, nakazują posłuszeństwo dla swojej woli i w razie wykroczeń karzą surowo i okrutnie. Powstają tym sposobem pierwsze zawiązki praw, powściągające obawą kary pierwotne nieokiełznane czyny popędowe.

Obawa kary jest bardzo silnym czynnikiem powściągającym nawet u zwierząt. Tresura psów, koni i innych zwierząt domowych odbywa się przez zastosowanie kary. Pamięć otrzymanej kary powściąga w tych przypadkach wybryki, wynikające z popędów wrodzonych. To też tylko zwierzęta stojące na najwyższym stopniu rozwoju psychicznego posiadające dość rozwiniętą pamięć, nadają się do tresury. Są fakty przemawiające za tym, że zwierzęta wyższe, które żyją gromadnie, stosują między sobą także karę dla powściągania popędów. Brehm np. opowiada, że w Abisynii pawiany odbywają gromadnie nocne wycieczki do ogrodów na owoce. Przy czym te hałaśliwe skądinąd małpy podczas takich wycieczek zachowują się nadzwyczaj spokojnie, karnie, aby nie zdradzić swojej obecności. Gdy podczas jednej takiej wycieczki młode pawiany zaczęły brykać, otrzymywały od starych mocne kuksańce, przywołujące je do porządku.

Oprócz obawy przed karą, ważnym także czynnikiem powściągającym w życiu pierwotnych ludzi jest opinia. Człowiek pierwotny jest bardzo wrażliwy na opinie swoich współtowarzyszy. Wszelkie pochwały i nagany odczuwa żywo, to też stanowią one poważną pobudkę jego czynów. W opinii spotykamy oprócz czynnika powściągającego jeszcze czynnik nowy, pobudzający, zachęcający do pewnych czynów, uznanych przez gromadę za dobre. Tutaj ujawnia się już wielka rola ideału w życiu uporządkowanym, etycznym, o czym właśnie mówić będziemy w następnym rozdziale.