Precz z maturą!

Matura - ohydne słowo, nasiąknięte łzami setek pokrzywdzonej młodzieży, krwią samobójców, jękami obłąkanych, kaszlem suchotników, rozpaczą i przekleństwem rodziców, oburzeniem całego społeczeństwa, które nie przestaje zapytywać corocznie z uczuciem grozy: dla kogo i w jakim celu wykonywa się ta bezecna tragedia?! Dla kogo i na co tyle ofiar, tyle zawodów? Czy mamy jeszcze nad sobą carów drżących przed rozszerzeniem oświaty wyższej? Czy tak ciasno w Polsce dla wiedzy, że nie możemy do jej źródeł dopuścić wszystkich pragnących? Czy dla szczęścia społeczeństwa i dla zdrowia narodu niezbędną jest ta selekcja in minus, oddalająca od bram uniwersyteckich niekiedy najlepsze i najdzielniejsze żywioły, aby otworzyć je poszukiwaczom dyplomów, karierowiczom przyszłym zbieraczom śmietanki społecznej, deprymującym tak haniebnie poziom naszych uniwersytetów i etykę warstw kulturalnych? Cui bono odbywa się to, narzucanie narodowi duchem wolnemu, historią swą poświadczającemu niezłomną aspirację do wolności; narodowi, który przez reformy Komisji Edukacji Narodowej dał inicjatywę i przykład szkolnictwa prawdziwie postępowego, przodującego ludom Europy - narzucanie owych dzikich procederów, zapożyczonych z mandaryńskich Chin, a przez służalców kacyków pruskich i austriackich zamienionych na narzędzie ogłupiania jednej części młodzieży dla odsunięcia drugiej od ognisk wyższej oświaty? Najwyższy to czas postawienia sobie tych pytań: czym jest matura i z jakich powstała motywów ? Jest to naturalnie produkt państwowości prusko-austriackiej, przeszczepiony następnie na teren rosyjski dla tych samych pobudek, które były czynne w wymienionych krajach Ale wzór wzięto z Chin dawnych Chin przed ich europeizacją. Oto jak się przedstawiał typ egzaminów na rozmaite tytuły uczone w Chinach.

Były tam trzy stopnie sive - tse - wielki uzdolniony, tju-gin - wyniosły człowiek i tsin- tse - zupełny uczony. Egzaminy odbywały się wśród szeregu ceremonii, a były wyłącznie piśmienne. Mandaryn prowincji je otwierał i przez czas ich trwania nie przyjmował nikogo, na znak nieprzekupności. Przed świtem zbierają się kandydaci w gmachach egzaminacyjnych. Wśród głębokiego milczenia przechodzi po salach urzędnik, niosący na długiej żerdzi papier z tematem, ujętym zwykle w jeden wyraz. Kandydaci siedzą po 12 przy stole; przy każdym stole znajduje się egzaminator z całą paczką stempli do odciskania na kajetach: opuścił miejsce, zamienił kajet, przerwał milczenie itp. Każde z takich oznaczeń może spowodować niepomyślność egzaminu.

Jak widzimy są to procedery pokrewne z naszymi maturalnymi, chociaż cele egzaminów są odmienne. A jakże wyglądają wyniki?

W roku 1907 w prowincji Jan-tsjn stanęło do egzaminu 9000 kandydatów. Egzaminy trwały 9 dni. Panował wielki upał, po którym nastąpiła ulewa. Gdy otwarto drzwi celek egzaminacyjnych znaleziono 27 trupów i 3000 kandydatów w stanie ciężkiej choroby. Złożyło bardzo niewielu. Liczba kandydatów w poszczególnych okręgach wynosiła 3000- 5000 na całe cesarstwo (1546 okręgów) 13 milionów[1]. Na co i po co to uruchomienie armii egzaminujących się i egzaminatorów? Ażeby ozdobić jedną, dwoma lub trzema gałkami kapelusze przyszłych mandarynów. Był to więc konkurs na stanowiska państwowe, próba (fikcyjna oczywiście!) oceny uzdolnień kandydatów na urzędników odbywająca się wg. Pedantycznego schematu zaskorupiałej uczoności państwa ceniącego mądrość a mierzącego ją metodą, przypominającą wyspę Bardulbadur z Podróży Guliwera. Czym innym jest matura. Jest to próg postawiony w środku drogi wykształcenia. Próg, o który potykać się winni aspirujący do wyższego wykształcenia, aby nie było przepełnienia(!!!) uniwersytetów i konkurencji dla tych, którym uda się przez próg przeskoczyć.

Niemcy, Austria i Rosja wiedziały przynajmniej w jakim celu naśladowały piękny przykład Chin. Same daty wprowadzenia matury przez te państwa wskazują ku czemu zmierzały. W Prusach ukazuje się ona w roku 1788 z zachowaniem jednak możności wstąpienia na podstawie składanego w uniwersytecie egzaminu, która znosi się w roku (1834)[2], tj. pod wpływem rewolucji 1830 i jej następstw w latach 1831 (Polska) i 1832 (Paryż). Gimnazjum odtąd tak nazwane, otrzymuje wyłączne prawo przygotowania do uniwersytetu. To samo dzieje się w Austrii w roku 1849, a więc po roku rewolucyjnym, który tak wstrząsnął całym gmachem "sklejonego" państwa. Rosja wprowadziła maturę w roku 1874, gdy rozszerzył się wśród młodzieży ruch rewolucyjny i rozpoczął się proces przeciw 193 oskarżonych. Motywem wprowadzenia matury było dążenie do uszczuplenia oświeconych warstw w społeczeństwie, do ograniczenia wstępu na uniwersytety. Z tych samych pobudek płyną wszelkie środki ograniczające liczbę uczniów w gimnazjum. W Prusach (1837) i w Austrii (1849) ujawniło się to dążenie w zwiększeniu ilości godzin i surowości wymagań od uczniów w latach porewolucyjnych. W Rosji, gdy ruch rewolucyjny dosięgał szczytu, Aleksander III objeżdżał gimnazja, zalecając dyrektorom rozpędzanie uczniów - środek, który u nas zastosowano w roku zeszłym w Toruniu, wywołując słuszne oburzenie społeczeństwa. Dążenie do ograniczenia wykształcenia średniego i wyższego znalazło wyraz w cynicznie bezczelnym pytaniu (jednym z siedmiu) nad którymi obradować miała zwołana przez rząd austriacki "ankieta szkolna" w roku 1908. Brzmiało ono tak: "Jak zapowiedz groźnemu napływowi uczniów do szkół średnich?"(!!) Karykatura francuska, przedstawiająca rosyjskiego ministra oświaty, zatykającego szczelnie szparki, przez które światło przenikało do ciemnej jaskini, stała się ideałem służalczej biurokracji austriackiej, której pomysły przeszczepiają się dziś żywcem, bez zastanowienia i krytyki, do wolnej Rzeczypospolitej Polskiej.

Ta sama ankieta jednak, do której powołani zostali najwybitniejsi ludzie z całego państwa, wykazała, że zgoła inne są poglądy światłych warstw społeczeństwa. Potępiła ona bezwzględnie maturę. Jeden z dwóch referentów rządowych, prof. V. Wellenhoff, żądał zniesienia egzaminów maturalnych, wytykając ich bezużyteczność jako próby, a szkodliwość ze stanowiska pedagogicznego. Drugi domagał się tylko reformy. Bezwzględnego zniesienia żądali także między innymi profesorowie Ernst Mach i Max Kossowitz. Baron Pidol trafnie napiętnował ją nazwą "paradą uczniów i nauczycieli" (Parademarsch der Schuler und der Lehrer). Radca handlowy v. Stein podniósł potworność faktu, że uczeń, mający patent średniej szkoły rolniczej, nie może wstąpić do wyższej szkoły rolniczej, do której ma wstęp gimnazjalista naładowany gramatyką łacińską[3].

Również wymowne potępienie znalazła matura wśród wybitniejszych umysłów swej ojczyzny - Niemiec. W końcu roku 1917, gdy Niemcy bawiły się marzeniami o pokoju, "Berliner Tagblatt" wydał w numerze gwiazdkowym, pt. "Der Friedensschluss mit unseren Sohnen", szereg odpowiedzi najznakomitszych uczonych i pedagogów na rozesłane zapytania w sprawie matury. Wypowiedzieli się następujący mężowie.

Minister oświaty bawarski v. Knilling widzi bezużyteczność matury wobec tego, że nauczyciele mają czas poznania ucznia przez lata studiów szkolnych; egzaminy zaś są próbą przypadkową, dającą często zupełnie błędny obraz jego przygotowania. Szkodliwość jej wytyka w tym, że ostatni rok studiów, zaprzątnięty przygotowaniem do egzaminów, mógłby być lepiej użyty na rozszerzenie wykształcenia. Świadectwo z ostatniej klasy powinno bezpośrednio otwierać wstęp do uniwersytetu.

Prof., Albert Einstein, znakomity fizyk, członek akademii berlińskiej, obok bezużyteczności podnosi szkodliwe strony egzaminów maturalnych. Strach wobec egzaminów, połączony z obciążeniem pamięci chwieje zdrowiem wielu. Znany jest fakt, że wielu aż do późnego wieku cierpi na "sny straszne" (Angsttraumen), których początek sięga egzaminów maturalnych. Warto to zestawiać z opinią Rob. Scheu'a, prezesa Towarzystwa kulturalno-politycznego na ankiecie wiedeńskiej: Egzaminy maturalne pozostawiają stałe patologiczne następstwa w umyśle tych, którzy je przebyli, stawiając zaporę do działalności i ogólne osłabienie inteligencji woli i zdolności do życia politycznego - Egzaminy te ciągnie dalej p. Einstein, obniżają poziom nauki, pobudzając do musztry zewnętrznej (ausserlicher Dill), mającej nadać pewien połysk klasie wobec egzaminatora.

Prof. Kraus, lekarz naczelny generalny, ukazując szkodliwość egzaminów, stawia zasadę: "Nie próbować, lecz lepiej uczyć".

Prof. T. Mann, głośny pedagog, przybija fachową pieczęć do tych konkluzji: "Z radością i z bezwzględnym uznaniem słyszę o ruchu przeciw maturze. Nie jestem radykalistą i nie lubuję się w nieodpowiedzialnych gestach literackich, lecz owe przez długie dni ciągnące się tortury śrubowe, w ciągu których młodzi ludzie muszą, przy użyciu środków usuwających sen, okazać się encyklopediami wędrownymi; ten egzamin, na którym spaliłaby się większość egzaminujących z jego nieludzkością, szkodliwością i wyszukaną zbytecznością może być broniony tylko wskutek braku sympatii dla młodzieży. Ktokolwiek przebył 9 lat gimnazjum, tego można tylko z uściskiem dłoni pełnym uznania oddać szkole wyższej nie zaś stawiać mu karkołomne przeszkody na drodze. Podkreśliliśmy, że te szlachetne słowa znakomitego pedagoga świadczące, że jest jednocześnie czułym człowiekiem i myślącym przyjacielem młodzieży. [4]

Tak więc matura potępiona została w obu swoich ojczyznach. Jeszcze surowiej stało się to w Rosji carskiej naśladującej to Wiedeń (za Metternicha) to Berlin (za Bismarcka), gdy miała jeszcze uczonych i szkoły. Zachód rozumie się, nie zna tego barbarzyństwa. W Anglii i w Ameryce są różnorodne przepisy regulujące wstęp na uniwersytety, lecz nic, co by przypominało niemiecko-austriacką maturę. Nie możemy tu wchodzić w ich szczegóły. Ignoranci w tym zakresie u nas (a kto u nas wie coś o organizacji szkolnictwa poza naszymi państwami zaborczymi?) cytują niekiedy ze słyszenia bakalaureat francuski jako równoleżnik matury. Jest to wyobrażenie na wskroś błędne. Bakalaureat nie ma związku ze studiami szkolnymi. Składa się na uniwersytecie w ciągu dwóch kolejnych lat (zwykle w czasie pobytu w szkole średniej dla oszczędzenia czasu) i stanowi pierwszy stopień naukowy, potrzebny dla tych, którzy chcą składać egzamin na dalsze stopnie (licencjat, agregację, doktorat). Nieobecność jego nie przeszkadza do studiów uniwersyteckich, które są otwarte dla wszystkich bezpłatne (opłacają się tylko egzaminy).

Zakończymy te uwagi opinią znakomitego biologa Huxley'a o możliwości ograniczeń wstępu na uniwersytet, zawartą w mowie o "Wykształceniu uniwersyteckim" wygłoszonej na uniwersytecie w Baltimore, dokąd zaproszony był na wykłady gościnne ten sławny uczony i myśliciel w roku 1873[5].

Z jednej strony, czytamy tu oczywistym jest postulat, aby czas i sposobność pracy uniwersyteckiej nie były marnowane na udzielanie wykształcenia elementarnego, które może być gdzieindziej otrzymane. Z drugiej nie mniej pożądanym jest uprzystępnienie wyższego wykształcenia dla każdego, kto może z niego korzystać, chociażby nie był w stanie poprzednio przejść bardzo rozległego kursu wykształcenia. Moja opinia osobista powstaje stanowczo przeciwko wszelkiemu przymusowemu i określonemu egzaminowi wstępnemu, którego złożenie stanowiłoby istotny warunek dopuszczania do uniwersytetu. Dopuszczałbym każdego, po kim można rozsądnie spodziewać się, że odniesie korzyść z podawanego mu wykształcenia uniwersyteckiego, a na ogół skłonny byłbym do oznaczania zdolności studenta nie drogą wstępnych egzaminów, lecz na końcu pierwszego działu studiów uniwersyteckich. A nie znam naprawdę żadnego innego sposobu pewnej oceny zdatności lub niezdatności, chociaż zapewne w tym kierunku można coś uczynić i przy pomocy rozsądnych pytań, nigdy jednak za pomocą szablonowego egzaminu.

II

Po tych uwagach natury ogólnej winniśmy przyjrzeć się warunkom specjalnym, w których działa u nas ten obosieczny, a tak powszechnie uznany za niebezpieczny instrument, jakim jest egzamin maturalny. Tragedia maturalna wileńska roku ubiegłego wstrząsnęła głęboko sumieniem społeczeństwa, odsłoniła ziejącą ranę naszego systemu szkolnego. Niestety wstrząśnienie to nie było ani trwałym, ani płodnym w czyn. Przyczyniły się do tego rozmaite odcienie fałszywego oświetlenia rzeczy przez prasę, ufamy, że w błąd wprowadzoną przez ludzi zainteresowanych, a nawet świadome zmyślenia. Tu i ówdzie puszono w gazetach pogłoskę o jakichś tajnych "stowarzyszeniach rozpusty", o których podobno nikt w Wilnie nic nie słyszał. Kto był winowajcą owego kierowania opinii na błędne tory? Według sankcjonowanej przez czas zasady prawniczej cui prodest, konkludować winniśmy, że ci, w czyim interesie nie leżało odsłonięcie prawdy.

Owe " austriackie opowiadania", jak zapewniają nas wilnianie, są nikczemnym oszczerstwem na młodzież gimnazjalną. Dzienniki poruszające tę sprawę używały często wyrazu "zbrodnia", którego zasadności nie myślimy zaprzeczać. Chcielibyśmy tylko krytycznie wyświetlić: kto był zbrodniarzem? Wyświetlenie to da nam jednocześnie ilustrację tego, w jakich warunkach specjalnych u nas odbywa się stosowanie owych osławionych egzaminów maturalnych, których bezcelowość i szkodliwość staraliśmy się udowodnić.

Zaznaczyć winniśmy przede wszystkim , że zarówno prasa wileńska wszystkich odcieni, jak i opinia ogółu, niezależnie od należności do tych lub owych stronniczych ugrupowań były jednomyślne w żywej sympatii dla młodzieży. Świadczą o niej kwiaty okrywające stale groby nieszczęśliwych ofiar. Będziemy się powoływali przeważnie na relację "Słowa", najbardziej konserwatywnego z dzienników wileńskich, którego nikt nie posądzi o "bolszewizm", insynuowany jako pobudka młodzieży przez niektóre pisma zbyt od Wilna odległe. Dopełniliśmy je prywatnie zebranymi informacjami. Wypada z nich, że śp. Ławrynowicz był młodzieńcem bardzo zdolnym i starannie wychowanym.

W Nr 102 wymienionego dziennika, dobrze poinformowanego i odczuwającego sytuację, czytamy co następuje o tej katastrofie. Wśród 43 stających do egzaminu abiturientów dawało się wyczuć nie tylko silne przemęczenie, lecz i zdenerwowanie. Potęgowało je zachowanie się względem egzaminowanych dyrektora Biegańskiego, nie tylko nad wyraz surowe, lecz niemal wyzywająco bezwzględne. Dyrektor Biegański[6] zwyczajem swoim, sypał na prawo i na lewo dokuczliwe uwagi a o godz. 11.05 jednemu z abiturientów, St. Ławrynowiczowi odebrał papier egzaminacyjny, na którym nie zdążył on jeszcze nawet rozpocząć rozwiązywania zadania. Wówczas to żywiona do dyrektora niechęć i rozżalenie wybuchły, jak proch lontem dotknięty Ławrynowicz, dobywszy z kieszeni rewolwer dał do niego dwa strzały, ciąg dalszy wiadomy.

Sądzicie panowie, że to było niczym nie umotywowana niespodzianka? Nie.

Już w roku 1922 ten sam Biegański wywołał był podczas maturalnych egzaminów byłych wojskowych "nader przykry incydent", czytamy w tym samym numerze wymienionego pisma. Przypomina ono, że w dniu 28 stycznia 1923 roku dawało już ostrzeżenie w tych słowach "profesorowie przybywający do nas z innych dzielnic (czytaj: dzielnicy nie znają duszy naszej młodzieży, przeflancowują nasz grunt, systemy nauczania doktrynerskie, nie umieją pozyskać zaufania i serca młodzieży naszej".

W numerze z dnia 8 maja tegoż pisma czytamy, że już od jesieni roku 1922 Zaczęły się ukazywać w "Słowie" wileńskim artykuły o stosunkach w kuratorium wileńskim i o nastrojach nauczycielstwa miejscowego. Artykuły te były poza redakcyjne, pisane przez różnych autorów a treść ich polegała na stwierdzaniu, że kuratorium wileńskie odsuwa od pracy miejscowe ideowe nauczycielstwo a zastępuje je elementami importowanymi, które mają co prawda dyplomy galicyjskie. Lecz nie mają znajomości gruntu miejscowego, ani też tego szlachetnego entuzjazmu, który potrafił wnieść do świętego rzemiosła nauczycielskiego zespół naszych kierowników młodzieży. Każda wiosna przynosiła nową galę odsuwań z nowymi protestami i z wzrastającym przygnębieniem.

Jakże reagowało kuratorium na te ostrzeżenia? Czy czujnym uchem przysłuchiwało się głosom płynącym ze społeczeństwa? Czy trzymało rękę na pulsie jego duszy zbiorowej?

Zachowało się, jak wszędzie u nas zachowuje się biurokracja w stosunku do tego, co leży poza obrębem kwestii personalnych i pragmatyki. A na papierze wypisane świadectwo, które dla niej jest tak święte, jak był nim orzełek na pieczęci dla moskiewskiego generała gubernatora lub c. k dygnitarza austriackiego. Jeszcze po tragedii, na interpelację redakcji odpowiedziało kuratorium, że p Biegański jest "doskonałym pedagogiem" (!!!) i że jest "surowy ale dobry" (!?!?).

A nie tylko ostrzeżenia prasy, nie tylko głośny szmer opinii, ale fakty rażąco świadczące o tym, czym były owe "wiosenne ptaki", nie przekonały kuratorium o wartości rąk, które je ciągnęły do Wilna. Bo oto dowiadujemy się z tegoż artykułu ("Kropki nad i"), że "znane są Wilnu dwa kryminalne wypadki, to znaczy, że jeden ze sprowadzonych nauczycieli historii był odstawiony do Galicji, jako przestępca kryminalny" a drugi tu już na gruncie wileńskim "ujawnił przyzwyczajenia kleptomańskie".

Z "Kuriera Poznańskiego", dowiadujemy się , że jeden z tych obiecujących pedagogów miał wszystkie świadectwa ( tak cenne w oczach biurokracji!) od matury do dyplomu uniwersyteckiego w porządku, gdyż sam je sobie zrobił. W dokumentach tych zstąpił swe, nieco demokratyczne nazwisko (Putyra), książęco-litewskim - Giedrojć. Osobnik ten znany już w Krakowie z czynów analogicznych, miał sposobność znalezienia się w roli profesora w gimnazjum koedukacyjnego w Koźminie, gdzie pobił dotkliwi po twarzy jedną z nauczycielek i wybił jej ząb za to, że ośmieliła się potępi głośno tłuste anegdoty wygłaszane przez niego wobec uczennic.

Drugi ( Stolarzewicz z Krakowa) wynosił przez zapomnienie książki z Biblioteki Uniwersyteckiej i sprzedawał je - przez nieuwagę zapewne. Uprawianie tego przemysłu w mieście ojczystym miało być podobno przyczyną jego przeniesienia do Wilna.

I cóż na to kuratorium wileńskie?

Robiło dalej swoje. Dotkliwe ostrzeżenie otrzymało już we wrześniu 1922 roku, kiedy jednego, z urzędników, świeżo przybyłego p. Świderskiego, o mało nie obili kijami maturzyści wojskowi, co znowuż znalazło echo w prasie!

Ale jakże mogło kuratorium myśleć o sprawiedliwości, kiedy w jego łonie znalazły się takie rzeczy, jak: zmyślona lista płacy, nieistniejąca szkoła na etacie itp. Był z tego powodu ogłoszony w prasie jaskrawy list p. Rachalskiego (z Krakowa) a autor jego nie został oskarżony o oszczerstwo[7].

Jeśli fakty te mogą rozpalić do białości uczciwego człowieka ze strony patrzącego na te potworności, to cóż może odczuwać poddany takiej operacji pacjent? Oto więc jawna dla każdego nieuprzedzonego psychologa zbiorowa tragedii wileńskiej. Nadużycia dosięgły tu szczytu, nagromadzając materiał zapalny. Jednocześnie zmilitaryzowanie młodzieży szkolnej dało jej w ręce straszliwą broń i wpoiło jej to lekceważenie życia, które jest wynikiem trenowania wojskowego.

Niechże czytelnik powie przed swym sumieniem: kto tu był zbrodniarzem?

Pozwoliliśmy sobie zatrzymać się na tych szczegółach jaskrawo ilustrujących przez jakie to elementy działa u nas potworny sam przez jakie to elementy działa u nas potworny sam przez się mechanizm egzaminów, związanych z całą przyszłością młodzieży: otwierających lub zamykających przed nią studia wyższe.

Powie kto może, że to wyjątek? Ale czybyśmy wiedzieli o tym wszystkim gdyby rzecz nie została doprowadzona do tak straszliwego wybuchu? Setki cichych tragedii towarzyszą każdemu okresowi egzaminowemu i wszędzie mniej więcej odbywają się w tych samych warunkach i z tych samych przyczyn. Ciekawą wiązankę faktów, uwydatniających nadzwyczajny "patriotyzm dzielnicowy" jednej części Polski ujawnił proces wytoczony przez kuratorium rodzicom wydalonych bez żadnego powodu 54 uczniów gimnazjum klasycznego w Toruniu. Rodzice ofiar nie ominęli wyrazić na wiecu swych uczuć. Oburzenie na fakt ten było naturalnym i zdrowym objawem ze strony społeczeństwa. Jakoż proces skończył się zupełną porażką moralną oskarżających o obrazę "władz (!) szkolnych". Wydalenie to nie zostało również bez żniwa śmierci. Ośmioklasista Orlikowski na wiadomość, że może być wydalony pozbawił siebie życia. Osiemdziesięciu świadków składało wyznania na ogół bardzo nieprzychylne dla owych "władz szkolnych". Stwierdzono, że wydaleniu ulegli przeważnie uczniowie pochodzenia miejscowego. Wojewoda. P Wachowiak, stwierdził, że "działy się w szkolnictwie niewłaściwości", że "przede wszystkim grzeszono bardzo wiele pod względem dzielnicowości". Inne zeznania wykazują, że nauczyciele obdarzali miejscowych uczniów brutalnymi epitetami w rodzaju "morskiego śledzia" itp. Zdarzało się, że na sesjach pogarszano stopnie, jeżeli uczennica pochodziła z Pomorza. Dyrektor Kaczor nie chciał zwolnić uczennic na nabożeństwo żałobne w dzień sprowadzenia zwłok Sienkiewicza i sam ostentacyjnie na nie nie poszedł. Tenże dyrektor prześladował pewną uczennicę z powodu uwag jej ojca o jego metodzie pedagogicznej i chciał ją wydalić, zląkł się jednak energicznej postawy ojca, itp.[8]

Wszystko to wpływa na jaw dopiero wówczas, gdy złe dochodzi szczytu i powoduje rozprawy sądowe. W pojedynczych wypadkach od czasu do czasu ukazuje się w tym lub owym piśmie notatka petitem podobna do tej" " W ogrodzie przy gimnazjum im. K. Brzostowskiego w Suwałkach, wkrótce po skończonych egzaminach uczeń ósmej klasy, 24 letni Czesław Wąsowicz_ postrzelił się z rewolweru w prawą skroń_ Według zeznań brata przyczyną samobójstwa Wąsowicza miały być uciążliwe warunki egzaminów dojrzałości (Kurier Warszawski).

Albo czytamy w wileńskim "Słowie" (nr 115) o "Tragedii maturzysty", który popełnił samobójstwo sądząc, że nie zdał egzaminu, gdy w rzeczywistości było przeciwnie! Ale któż to czyta? Kto bada przyczyny i warunki? Kto szuka winowajców? Publiczność przyzwyczaiła się do tych lakonicznych wzmianek, jak do codziennych wiadomości o dzieciach i dorosłych przejechanych samochodami.

Oto znowu czytamy w tym samym "sezonie" maturalnym o samobójstwach uczniów w Krakowie i Tarnopolu. 18 letnia p. Uszczyńska we Lwowie umarła z mękach po wypiciu esencji octowej z powodu niepowodzenia na egzaminie. Najstraszniejsze wśród tych wydarzeń są te, które zaszły niejako przez "nieporozumienie", w oczekiwaniu wydalenia itp. Świadczą one o niesłychanym naprężeniu nieufności w stosunku do tych, komu powierza się los młodzieży.

A w jakich warunkach odbywają się owe "Tortury maturalne"? Pod tym tytułem podaje " Ziemia Lubelska" (20/VI 1925) takie fakty: w Tarnopolu, w seminarium na 24 dziewcząt przesłuchiwanych komisja "spaliła 16". Jedną z uczennic pytano od 3.30 po południu do 9.30 w nocy (6 godzin!) W gimnazjum Urszulanek w Lublinie uczennice zwołane na 9 rano doczekały się rozpoczęcia egzaminu zalewie o 3.30 po południu , a trwał on do 11.30 w nocy. Z prywatnych źródeł dowiadujemy się, że w Chełmnie (na Pomorzu) egzamin 13 maturzystek trwał od rana do 12.30 w nocy.

Wiązanka faktów przytoczonych wskazuje w jakich specjalnie anormalnych warunkach funkcjonuje u nas ten przestarzały i nikomu niepotrzebny aparat do gaszenia świateł w narodzie. Niechże ten nadmiar złego stanie się pobudką do kroku ku poprawie. Nie sądzę, abym się mylił twierdząc, że opinia publiczna domaga się zniesienia tej potworności, jaką jest matura gdziekolwiek, a u nas specjalnie; że pragnie oddania szkół pod kontrolę ogółu a nade wszystko zniesienia nietykalności posad i przenoszenia z miejsca na miejsce urzędników, którzy ujawnili swą niezdatność lub występność[9]. Niechże ten ogół objawi swą wolę. Znów nadchodzi chwila, kiedy tortury maturalne mają zawisnąć nad młodzieżą naszą. Miejmy odwagę własnych przekonań!

Dla każdego umiejącego spojrzeć głębiej w mechanizm życia naszego zbiorowego, nie może być wątpliwym, że dyplomy i patenty, z których pierwszym i podstawowym jest matura, stanowią ścieżkę, po której miernota umysłowa i nicość moralna bezpiecznie kroczą ku ciepłym posadom zgarniając najważniejsze stanowiska państwowe. Etatyzacja życia w swym biurokratyzmem i rządami stronnictw zamyka pole pracy społecznej przed ludźmi światłymi i szczerze pragnącymi oddać się jej dla dobra ogółu. "Precz z maturą!" - hasło to jest pierwszym krokiem ku wyzwoleniu społeczeństwa z owej sieci, którą chytrze oplotły je pająk z meternichowej szkoły pod osłoną austriacko - pruskiej okupacji Polski. "Precz z maturą!" - jest to stwierdzenie, że zadaniem szkoły kształcenie, a nie konkursy na urzędników państwowych. Precz z maturą znaczy to dalej wyzwolenie się etatyzmu i biurokracji, zniesienie monopolu klik politycznych, (których nikt nie chce, prócz ich kierowników), do zarządzania państwem i obsadzania wszystkich stanowisk swymi pionkami znaczy zniesienie monopolu austriackiej makulatury i galicyjskiego brzydkiego a niezrozumiałego żargonu w szkole i poza szkołą, do zatruwania duszy narodu i mowy, w którj się ujawnia ta dusza. Niech Polska obudzi się, zacznie myśleć, stworzy opinię publiczną i rozpędzi kliki, a stanie się Naród! Fiat!!!

Uwaga do stron pierwszej i trzynastej

Czytelnikowi mniej obeznanemu z historią literatury i szkolnictwa może wydać się nieuzasadnionym twierdzenie selekcji miernot przez szkołę[10] . Wszyscy atoli studiujący biografie znakomitych ludzi, wiedzą, że większość wśród nich nie miała w szkole dobrej opinii. Pozwalamy sobie przytoczyć tu szereg przykładów zebranych w świetnym felietonie p K. Bartoszewicza pt. "Za wiele(?) mamy inteligencji" pisanym wkrótce po tragedii wileńskiej[11]. Newton w szkole niewiele rokował nadziei i odebrano go z niej; później na nowo wziął się do nauki i został Newtonem. O Liebigu, nauczyciele mówili, że jest zakałą szkoły; siedział w ostatniej ławce razem ze znakomitym Robertem Mayerem. Walter Scott, Nogat i Thorwaldsen byli w szkole "osłami". Z Edisona nauczyciele "nic zrobić nie mogli". Piotr Loti fatalnie pisał w szkole po francusku. Clemenceau mówił do uczennic wręczających mu złote pióro w roku 1919: " Byłem bardzo złym uczniem. Wszystkiego, co umiem nauczyłem się po 30 roku życia. Miałem złe podręczniki i obojętnych nauczycieli" Lelewel siedział w 3 klasie dwa lata; o sobie pisze "byłem uczniem we wszystkich studiach miernym". To samo Kraszewski: " nigdy nie uchodziłem za dobrego ucznia, bo żadnej lekcji słowo w słowo nauczyć się nie mogłem". Sienkiewicza musiał "bronić" przed areopagiem nauczycieli ojciec autora felietonu, głośny w literaturze Julian Bartoszewicz, jeden z profesorów sławnego pisarza.