Ruch ludowy

Zdecydowawszy się po długim namyśle zabrać głos w sprawach publicznych, nie od wielkiej polityki poczynam, ale od maluczkich w narodzie i od najpospolitszej sprawy; słowem, od chłopstwa. Aleć ta sprawa jest najpospolitszą w staropolskim znaczeniu tego słowa, kiedy to "pospolity" znaczyło tyle, co publiczny, powszechny, dotyczący ogółu narodu. Moim zdaniem w rzędzie spraw publicznych należy się stanowcze pierwszeństwo kwestii ludowej.

Od tzw. "wielkiej polityki" trzymam się z daleka i to z trzech przyczyn. Po pierwsze, nie mam do niej pretensyj; po wtóre, że tam ochotnych kandydatów nie brakuje i nie braknie; po trzecie, że ta polityka prowadzona jest moim zdaniem wcale dobrze, jak na naród podbity, tradycji politycznej całkiem pozbawiony. Zastanawiając się, skąd się u nas wzięła ta polityka, która wydała przecież namacalne owoce, owoce dostępne wszystkim, z których codziennie korzystają wszyscy, a więc i ci, którzy najbardziej ją potępiają w słowach - podziwiać wypadnie żywotność polskiego ducha. Według wszelkich danych historycznych z dziejów naszych XIX wieku, Polacy nie mieliby mieć właściwie żadnej zgoła polityki; z rachunku wypadłoby, że cały ogół miałby być pozbawiony wszelkiej nawet iskierki politycznego rozumu; a jednak jest polityka polska! To olbrzymi tryumf imienia polskiego! Polityka bowiem jest najtrudniejszym ze wszystkich objawów czynności umysłowej społeczeństwa; to największy wysiłek, ale też najwspanialszy owoc pokoleń; to summa wszystkiego.

Nie wynika z tego bynajmniej, żeby każdy, ktokolwiek np. wejdzie do Koła Polskiego, miał być od razu wspaniałym objawem kultury polskiej i dzielnym przykładem tego, "co to Polak może". O nie! Niemieckie przysłowie "mit dem Amte kommt Verstand", może się gdzieś tam da naciągnąć, ale do polityki stanowczo nie. W polityce tak bywa, że jeżeli ktoś przed osiągnięciem godności (choćby tylko rajcy miejskiego) nie miał rozumu, uwieńczonemu godnością będzie go - ubywać. Wszelka bowiem władza strasznie ogłupia człowieka nieprzygotowanego do jej dzierżenia; historia świadkiem, nie cytując dyskretnie czasów obecnych. A zatem mogą być w Kole Polskim osoby, których wybór jest dowodem nie wielkiej polityki, ale tylko wielkiej grzeczności sąsiedzkiej. Doskonałości szukać się godzi atoli tylko na tamtym świecie, a na tym można by to robić chyba - ze złości. Złości w sobie nie mając, stwierdzam z zimną krwią, że polityka Koła Polskiego nie jest najlepszą, że mogłaby być lepszą, ale jest przeciętnie dobrą, i to bez porównania częściej trafną, niż mylną. W pewnym zaś zakresie, o którym nie można mówić "częściej" lub "rzadziej", bo on wymaga stałości, ciągłości i nie co chwila nadarzają się jemu przygodne kryteria - w zakresie stosunku naszego do tronu, do rządu centralnego, do innych krajów koronnych i innych ludów monarchii, jest ta polityka (moim zdaniem) bardzo dobrą. Koło Polskie zrobiło bądź co bądź jedno: oto dało imieniu polskiemu stanowisko w polityce; ono sprawiło, że nasi nieprzyjaciele liczą się z nami, a co najważniejsze, ono wytworzyło szkołę polityczną w kraju, ono to sprawiło, że nie tylko Polacy mogą kierować wielkim w Europie państwem, ale też są tacy, którzy to umieją. Ktokolwiek więc jest wyznawcą pieśni legionów, niechaj pamięta, że niema czego marzyć o państwie, jeżeli się nie posiada sztuki utrzymania go. Jako Polak tedy, wdzięczny jestem Kołu, że przyczyniło się do powstania nieznanego u nas przedtem, nowego rodzaju znawstwa zawodowego, a mianowicie znawstwa politycznego. Widocznie w tym Kole jądro jest zdrowe, a ogół politycznie należycie wykształcony, skoro taka jest szalona różnica w opinii o wartości polityki polskiej przedtem, a teraz. Nie takie to dawne czasy, kiedy pojęcia "Polak" a "polityk" wydawały się nawet życzliwemu cudzoziemcowi czymś, jak ogień i woda, że gdyby je połączyć, buchnie tylko para i na tym koniec. Gdy ułożą się kiedyś namiętności, przyzna się Kołu Polskiemu niepomierne jego zasługi. Niepomierne, powiadam, bo korzyści polityczne raz zdobyte, krzewią się gęsto, choć niewidzialnie i taką siecią odnóg rozmaitych wzmacniają same korzenie narodowego życia, że mogą z tego być plony takie, o jakich się nie śniło pierwszym świadkom posiewu, ani dalszym mrukliwym zazwyczaj świadkom wzrostu. Plon ten da się zebrać jednakowoż pod jednym tylko warunkiem: żeby żeńcy tak samo dobrze byli przygotowani i politycznie wykształceni, jak owi siewcy. W tym cały kłopot, że żeńców trzeba znacznie więcej, niż siewców.

Musiałem wypowiedzieć zapatrywanie swe na Koło Polskie jasno i niedwuznacznie, żeby następny ustęp nie dawał powodów do nieporozumień. Temat bowiem, który sobie wybrałem, dotyka kwestii będącej achillesową piętą naszych decydujących polityków, którzy właściwe centrum swe mają bądź co bądź od dłuższego czasu nie w Sejmie, lecz w Kole. Przygodnie, z powodu tematu, tak się zdarza, że muszę rzecz rozpocząć od stwierdzenia jednej kardynalnej wady naszych statystów. Wada ta ma też swoją "historię".

Kiedy polityka polska poczęła się rozwijać, wymagała dla siebie przede wszystkim pewnego, że tak powiem "locum standi"; takiego archimedesowskiego punktu zaczepienia. Polityka bowiem żadną miarą nie da się przytroczyć do rzeczy nieuchwytnych, lotnych, choćby najidealniejszych; taka już jej natura i niema na to rady (stąd też pochodzi, że nie każdy ją znosi), że potrzebuje koniecznie kośćca, czegoś istniejącego jak najnamacalniej, a przy tym stałego, twardego, czego się uchwycić można z całych sił, bez obawy złamania własnej podpory. Ponieważ zaś nic takiego, dla polityki stosownego, na ziemiach polskich nie istniało, a zatem trzeba było szukać gdzieindziej i znaleziono to bardzo szczęśliwie i bardzo rozumnie w Wiedniu. Było to koniecznością. Oparcie jednak polityki o punkt leżący poza granicami kraju ma swoje fatalne, a nieuchronne niedogodności; jest to najstraszniejsze utrudnienie, jakie tylko być może. Nie pora i nie miejsce po temu, żeby się o tym rozpisywać; gdy się jednak o tym myśli, do wyrazów wdzięczności dla Koła dołącza się oświadczenie, że jako Polak jestem dumny z Koła Polskiego, że sobie dało radę z trudnością, której pokonanie należy do rzadkości w historii.

Chciałem tylko zwrócić uwagę, że w takich okolicznościach grozi polityce niebezpieczeństwo jednostronnego wyrodzenia się - w dyplomację. Bez dyplomacji polityki niema; ale polityka wyłącznie dyplomatyczna prowadzi do niespodzianek we własnym kraju. Samo zaś pojawienie się niespodzianki jest znakiem niechybnym, że się popełniło błąd jakiś; dla dobrego bowiem statysty nie powinno być niespodzianek.

W różnojęzycznym środowisku, w ognisku krzyżujących się nieustannie europejskich wpływów, przy dworze, którego tradycje rozproszone po całym świecie, ogół naszych statystów nabrał dyplomatycznej żyłki, przejął się dyplomacji zaletami i wadami tego zawodu. Zalety były w Wiedniu, a wady w kraju. Tymczasem jednak, jest to zasadniczym pewnikiem polityki, że inaczej robi się politykę z obcymi, a inaczej ze swoimi; gdyby nie to, nie byłaby powstała sztuka dyplomacji, bo by przecież była zgoła niepotrzebną; wywołała ją tylko ta konieczność odmienności metody. Tego nie spostrzeżono i tym to błędem tłumaczy się fakt, że deputacja nasza parlamentarna ma w Wiedniu wpływ wielki, a w kraju stosunkowo bardzo mały. Fałszywą bowiem metodą robiło i robi się politykę w kraju. Dobry wiedeński dyplomata, pozostając nim wobec swoich, utrudniał sam sobie niepotrzebnie zadanie; z rzeczy łatwej robił trudną, a z trudnej niewykonalną; ostatecznie jednak załatwił, co nie było zbyt trudne, choć z niepotrzebnym mozołem. Ale lichy dyplomata potrafił zrobić w kraju z rzeczy łatwej niewykonalną, a gdy mu się dostała w ręce sprawa trudna, pokierował nią tak, że skutek bywał w sam raz przeciwny zamierzonemu. W sprawach społecznych bowiem te same przyczyny wywołują, w różnych okolicznościach różne skutki. Co było zdrowe w Wiedniu, bywało niezdrowe w Galicji.

Dyplomatyzowanie z własnym krajem doprowadziło nareszcie do tego, że zachodzi obawa, czy wyborcy nie przestaną wysyłać dyplomatów tam, gdzie oni są jednak zupełnie na swoim miejscu. Gdyby to nastąpiło, gdyby wyborcy rozbili dzisiejsze Koło Polskie, (to znaczy: jego tradycję i kierunek) byłoby to straszną, powszechno-narodową klęską Polski. Byłoby to zatraceniem tak ciężko wyhodowanej polityki polskiej, byłoby to, (nie waham się powiedzieć) cofnięciem się cywilizacyjnym.

Lecz jakżeż można żądać od przeciętnego wyborcy, żeby się nad wszystkim zastanawiał per longum et latum, historycznie, socjologicznie, filozoficznie i może jeszcze jak? Spojrzeć na rzecz sub specie aeternitatis, wyłuszczyć sobie przyczyny a przez nie wytłumaczyć zjawiska - to jest rzeczą polityka, ale nie wyborcy; wyborcy, którzy nawet nie wiedzą, że od polityka tego właśnie wymagać należy, mająż to sami posiadać? Jak doskonałość polityków, tak też równym prawem i doskonałość wyborców może istnieć tylko na tamtym świecie. Toteż, jak nie dziwię się, że Koło Polskie jest takie, a nie inne, tak też nie dziwiłbym się, gdyby je wyborcy galicyjscy za kilka lat rozbili w puch - jakkolwiek (to inna rzecz) bolałbym nad tym bardzo.

Na to jest tylko jedna rada. Posłowie wracający z Wiednia niechaj uważają, żeby przestać być dyplomatami, skoro tylko konduktor da im do tego hasło: Oderberg 1. Którzy zaś tego nie potrafią, niechaj się w kraju w politykę nie bawią. Nie ubliży im to wcale; wszystkim i tak być nie można.

Bezpośrednie wybory do Rady Państwa, uważane powszechnie za taką ciężką klęskę, były dla nas bardzo szczęśliwym zdarzeniem. Odkąd można wybierać osobno do Sejmu, a osobno do parlamentu wiedeńskiego, można z tego skorzystać i wybierać każdego tam, gdzie będzie na swoim miejscu. Nie robi się tego należycie, ale byłoby jeszcze gorzej, gdyby tego całkiem robić nie można. Sejm mianujący delegację, wybierałby do niej oczywiście najtęższych dyplomatów; każdy tedy poseł sejmowy przerabiałby się na dyplomatę, żeby dorównać tamtym i być godnym kandydatem na opróżnione miejsce. Dzięki bezpośrednim wyborom mamy polityków, którzy ograniczają się na Sejmie i nie robią się dyplomatami, bo tego nie potrzebują. W ten tylko sposób możebnym jest wytworzenie u nas polityków obeznanych z metodą właściwą polityce krajowej w kraju. Da Bóg, że powstaną. Pionierów już widać i niejedną przysługę w Sejmie wyświadczyli. Nie wymieniam nazwisk, przyjąłem to sobie bowiem za zasadę w tej broszurze 2.

Drugim fatalnym a nieuchronnym następstwem oparcia polityki z konieczności o punkt leżący poza granicami kraju było zepchnięcie spraw ściśle krajowych na drugi plan. Uwagę i zdolności statystów zajęły do tego stopnia sprawy wspólne Podolu, Gorycyi i Vorarlbergowi, że materialną stało się niemożebnością, żeby uwagi i energii starczyło w należytym stopniu także wtedy, gdy przyszła kolej na sprawę podolską lub podgórską taką, która nic nie obchodziła ani Gorycyi ani Vorarlbergu. Dla nas zaś te właśnie sprawy miały i mają większe znaczenie. Wspólność bowiem interesów Galicji z Istryą czy Tyrolem jest rzeczą sztuczną, jest wytworem dyplomacji, a prawdziwy interes tych krajów wymaga, że one jak najmniej miały z sobą wspólnego, czyli innymi słowy, żeby były jak najmniej od siebie wzajemnie zależne. Skoro zaś sprawy tylu krajów i tylu narodów muszą się załatwiać wspólnie, koniecznym jest skutkiem, że interesy żadnego z nich nie załatwią się dokładnie, każdy z nich poniewoli musi trochę kuleć; jedyną tu drogą jest bowiem droga kompromisów, jedyną metodą metoda dyplomacyjna; od zręczności dyplomatycznej i od niczego innego zależy, czyje interesy będą bardziej uwzględnione w pewnej sesji parlamentu. Przekonywanie, dowodzenie, zyskiwanie zwolenników metodą jawną, w imię pewnych haseł lub zasad, nie znaczą tu nic a nic (czego nie widzą nasi przeciwnicy Koła). Bo też w jakiż sposób zainteresować posłów np. styryjskich sprawą kolei żelaznej z Babic do Chłopic? I w imię jakiegoż hasła rozpalić naszych statystów do sprawy kolei z Mannesdorfu do Weiberdorfu? Jak tu udowodnić, że tamta pilniejsza i potrzebniejsza od tej, skoro nawzajem nie wiadomo, gdzie to jest i nawzajem jest rzeczą arcyobojętną, czy ta kolej tam istnieje, czy nie! Ilu wśród moich czytelników znajdzie się ludzi zainteresowanych losami kolei z Mannesdorf do Weiberdorf, tylu też, w sam raz tylu Niemców, Czechów, Słoweńców, Włochów nie będzie uważało kolei z wszelkich Chłopic do jakichkolwiek Babic za prosty przedmiot dyplomatycznego targu. I co tu mówić o uwzględnianiu i studiowaniu wspólnych interesów, póki cały szereg privatissimów zaliczony jest par force do spraw wspólnych! Jedynym czynnikiem zainteresowanym w tej np. sprawie jest ministerstwo wojny, z przyczyn przygodnych, żeby mieć koleje strategiczne. Toteż antagonizm pewien pomiędzy Austrią a Rosją ma wielkie znaczenie dla stosunków ekonomicznych Galicji i pod tym względem jest dla niej korzystnym (polityczne przewidywania niechaj sobie z tym łączą niepoprawni amatorzy złudzeń).

Z tego widać, jak zawiłym jest tok najprostszej choćby sprawy w Wiedniu; tam nie ma zgoła spraw łatwych, tam do wszystkiego trzeba dziesięciokrotnego wysiłku. I cóż się dziwić, że braknie zdolności i energii do spraw "niewspólnych"! Geniuszem musiałby być każdy z nich, żeby podołać i temu i tamtemu!

Wobec wielkiej sesji Koła Polskiego mała sesja Sejmu wydaje się drugorzędnym dodatkiem; wobec powikłania sytuacji w Wiedniu prosta sytuacja we Lwowie wydaje się czymś dziwnym i nienaturalnym; prostotą swoją razi i wprost myli. Nie dziwiłbym się wcale, gdyby ten lub ów z wiedeńskich statystów uważał tę prostotę za objaw ujemny pewnego zacofania; przyzwyczajenia bowiem oddziaływają niezmiernie na sądy i wybór dróg. Gdyby nie to, że w Sejmie są Rusini i wnoszą ze sobą choć trochę zawikłania, niejeden czułby się tam zupełnie nieswojsko. Wszystko składa się na to, żeby Sejm uważać wobec parlamentu za coś podrzędnego, za coś niewymagającego ani tak dalece przygotowania, ani też tej przezorności. Stosunki są tego rodzaju, że aż nazbyt łatwo o przesąd, jakoby tu rozstrzygały się sprawy mniej ważne, które mają znaczenie, ale nie takie zasadnicze3. W rzeczywistości zaś są one również zasadnicze, tylko inne; wymagają równej przezorności i równego przygotowania, lecz innego, zgoła innego.

Zaniedbanie spraw krajowych powstało tedy z przyczyn, które nie nadają się do osobistej odpowiedzialności; powstało ono siłą faktów; byłoby niesprawiedliwością szukać winowajców wśród ludzi, skoro wina spoczywa w stosunkach niesłychanie anormalnych. Niemniej przeto zaniedbanie spraw krajowych istnieje, jest wielkim złem i trzeba na to co żywiej radzić, póki nie za późno. Spostrzeżono się też już na tym i coraz więcej jest polityków, uznających w zupełności wielką doniosłość Sejmu; zwrot w tej mierze dokonywa się na całej linii. Może więc nie będą się już zdarzać Sejmowi - niespodzianki.

Największą niespodzianką dla naszych statystów był ruch ludowy; a samo to wskazuje, że sprawy ludu były najbardziej zaniedbane; inaczej nie byłoby niespodzianki.

Dlaczego te właśnie sprawy były najbardziej zaniedbane? Może nie uznawano ich doniosłości? W pierwszej połowie wieku byli jeszcze liczni tacy, którzy nie wyobrażali sobie, żeby mogła w ogóle istnieć jakaś "sprawa ludowa"; pogrobowcy ich wałęsali się dosyć długo jeszcze potem po kraju, dziesiątkowani coraz raźniej przez nowożytny rozwój stosunków; ale ci, którzy sobie powiedzieli wyraźnie, że sprawa ludowa istnieje, uważali ją za niezmiernie doniosłą już od czasów Trzeciego Maja, a w dzisiejszym pokoleniu któż jeszcze do nich nie należy? Pytanie to byłoby wprost obraźliwe, bo znaczyłoby tyle, co zapytać się, czy wszyscy mamy mózgi, czy też rodzą się wyjątkowo w naszym kraju dziwotwory bez mózgów? Nie ma tedy zaniedbania co do uznania sprawy za istniejącą i za ważną.

Może więc rzecz tłumaczy się tak po prostu, jak to codziennie z różnych stron słyszymy: Szlachta ma władzę, ona rządzi i kieruje według swych samolubnych potrzeb, jakżeż tedy sprawa ludowa nie ma być zaniedbaną? Tłumaczenie łatwe i wygodne, a do tego pochlebcze, bo w wyrażeniu: "szlachta samolubna" kryje się od razu myśl: "my pełni poświęcenia", (zwłaszcza płuc waszych - dodaję). Można być pewnym a priori, że wśród szlachty znajdzie się sporo samolubów, bo oni gnieżdżą się wszędzie; nie brak też tam niechętnych ruchowi ludowemu, boć każda sprawa polityczna ma swoich chętnych i niechętnych; szkoda nawet czasu na szukanie dowody, że istnieją samolubni i niechętni, bo to są rzeczy całkiem naturalne. Ale są też niezbite dowody, że wśród szlachty istnieją ludzie bardzo altruistyczni i bardzo chętni; zapewne niemniej ich jest, niż tamtych; ogół zaś, większość przynajmniej, jest sobie zapewne taka, jak wszędzie bywa: nijaka. Owładnięcie tedy Sejmu przez szlachtę niczego nie tłumaczy. W ogóle nie ma to najmniejszego sensu, żeby bieg spraw publicznych tłumaczyć sobie uczuciowo; toć to strasznie już przestarzała metoda, na którą tylko niedouczony może łapać niedowarzonych. Jak to? więc złe mamy ustawy drogową, konkurencyjną, złą praktykę podatkową itp., dlatego, że ruch ludowy wzbudza w szlachcie egoistyczne uczucia? Jest to przecenianie doniosłości czyjegokolwiek samolubstwa. Takie tłumaczenie rzeczy może wystarczyć powierzchownemu oglądaczowi stosunków, ale przenigdy ich badaczowi. Historyk zaś wie, że wszelkie uczucie może wydać tylko chwilowe skutki; toteż w biegu dziejów niewiele znaczą, czy to samolubstwo, czy to poświęcenie. Największe, najszczytniejsze poświęcenie, może wydać tylko chwilowy owoc, ale nie sprawi nigdy nic trwałego. Winkelriedy mogą pomóc przełamać szyk nieprzyjacielski na jeden raz w pewnym dniu i w pewnym miejscu; to wystarcza, żeby im zapewnić wieczną cześć i żeby ich wiecznie uważać za wzory godne naśladowania; ale byłoby strasznym złudzeniem przypuszczać, że Winkelriedy zdołają zapewnić na cały okres historyczny niepodległość Szwajcarii. To inna zgoła sprawa. Jeżeli tedy przywileje poświęcenia tak są ograniczone w historii, jeżeli największe nawet wysiłki poświęcenia, i to nie jednego tylko bohatera, lecz ogółu społeczeństwa, przecież muru głową nie przebiją; jakżeż tedy mógłby być większym wpływ samolubstwa, które kryje się w cieniu i działa ukradkiem, dorywczo? Nie dlatego to piszę, żeby bronić szlachty od zarzutu sobkowstwa; (niech się każdy broni sam!) ale żeby zwrócić uwagę, że chociażby ten zarzut był nie wiedzieć jak słuszny, nie zdoła to wyjaśnić, dlaczego sprawa ludowa uległa wielkiemu i ciężkiemu zaniedbaniu. Toteż sobkowstwo szlachcica czy szlachty, powinno być usunięte z szeregu argumentów politycznych, jako broń do niczego nieprzydatna.

Powodzenie jakiejkolwiek sprawy publicznej nie zależy wcale a wcale od uczuć przez nią wzbudzanych, ale wyłącznie od sposobu, w jaki sprawą pokieruje się. Najsympatyczniejsze sprawy przepadną, najwstrętniejsze się udadzą, jeżeli tamtymi niewłaściwie, a tymi właściwie kierowano. Doprawdy, nie wiem, czym sobie to wytłumaczyć, że w Polsce ta prawda nie jest znaną każdemu dziecku; wszak ona od stu lat sprawdza się ciągle w naszej własnej doli i niedoli. Toteż każdy Polak powinien być przejęty tym pewnikiem dziejowym.

Dla powodzenia sprawy ludowej obojętne jest, czy ona wzbudza w kimkolwiek uczucia miłe, czy niemiłe.

Gdzież tedy szukać tłumaczenia? Jedno jest tylko wyjaśnienie przedmiotowe wszelkiej rzeczy, a mianowicie: znawstwo rzeczy. Kto się na rzeczy nie zna, ten ją zawsze wprowadzi na złe tory, choćby miał najlepszą wolę i najwięcej szlachetnego zapału. Jeżeli tedy interesy ludu źle stoją, pomimo to, że nie brakło ludzi, którzy im się poświęcali, widocznie szwankowało u nich znawstwo przedmiotu. Również, skoro stosunek tzw. ruchu ludowego do innych spraw w kraju ma wiele stron ujemnych, widocznie nie znają się na rzeczy w należytej mierze ci, którzy z tym ruchem się stykają. Jeżeli zaś prawdą jest, że ci, którzy dysharmonię wytworzyli, są ludźmi złej woli, (o czym pozwalam sobie jeszcze wątpić, nie spotkawszy się z argumentami rzeczowo przekonującymi), natenczas odkrywa się tym jaskrawiej niedołęstwo ludzi dobrej woli, że się gorzej do rzeczy biorą od tamtych i pozwolą im rej wodzić. Jeżeli zaś ci, którzy dysharmonię wytworzyli, są ludźmi dobrej woli, natenczas mamy do czynienia - z grubym nieporozumieniem, które prowadzi do wniosku, że jedna i druga strona jednako na rzeczy zna się niedostatecznie. Ja zaś mam to przekonanie, że ten ostatni zarzut utrzyma się, bez względu na to, czy dzisiejsi (chwilowi) przywódcy ruchu ludowego mają dobrą, czy też złą wolę. Cały ten ruch bowiem tak jest w tej chwili zorganizowany, że może doprowadzić tylko do chwilowego (co najwięcej!) nasycenia namiętności, ale żadną miarą do zwycięstwa sprawy ludowej, tj. żeby zadośćuczynić interesom ludu i zapewnić mu właściwe stanowisko, przynależne mu w zdrowym organizmie społecznym.

Do tego za mało jest w całej ich akcji pozytywności, za mało owego kośćca, którego polityczna sprawa wymaga bezwzględnie. Gdyby ruch ludowy trwał dłużej w dzisiejszej swej formie, tj. w formie antagonizmu społecznego, skrupiłby się na samymże ludzie i opóźniłby zwycięstwo jego sprawy.

Powtarzam, że uznaję dobrą wolę ludowców. Nacisk zaś kładę na to, że choćby tu i ówdzie zła wola istniała, nie trzeba jej przypisywać donioślejszego znaczenia. Stosuje się tu to wszystko, co powiedziałem wyżej o sobkowstwie szlachty.

Jeszcze jedna uwaga o stosunku złej i dobrej woli w życiu publicznym. Otóż bez porównania więcej klęsk sprowadziła wola dobra, lecz niemądra, niż najgorsza przewrotność. Dlatego też zwalanie niepowodzenia na złą wolę nie da się prawie nigdy utrzymać wobec przedmiotowej krytyki. Odpowiedzialność etyczna, moralna, ciąży jednako na wszystkich. Ale odpowiedzialność społeczna, dziejowa, ciąży przede wszystkim na ludziach dobrej woli. I jeden jest tylko ratunek dla sprawy ludowej: żeby ludzie dobrej woli przestali kontentować się odkryciami złej woli, lecz żeby weszli w samych siebie i zastanowili się nad błędami przez siebie samych popełnianymi na każdym kroku. Innej rady absolutnie nie ma; to jest prawidło obowiązujące wszelkie sprawy, a dla naszej sprawy ludowej nie będzie przecież wyjątku.

Dlatego to pragnąłbym z ludźmi dobrej woli zastanowić się nad sposobami obchodzenia się ze sprawą ludową.

Czytelnik ma zupełne prawo wymagać, żebym przede wszystkim sam odkrył przyłbicę, żeby wiedział, z kim ma do czynienia. Otóż zapatrywanie moje na ruch ludowy jest następujące:

Sprawa ta ma dwie strony: jedną powszechną, a zatem także polską i drugą, specyficznie polską. Zacznijmy od powszechnej.

Minęły już czasy, kiedy na definicję ludu starczyło radło; w takim razie w Anglii byłoby ludu niezmiernie mało, (mam na myśli Anglię właściwą), a nie szukając tak daleko, w tzw. obwodzie przemysłowym Górnego Śląska nie byłoby prawie całkiem polskiego ludu w stosunku do ogółu ludności. Mamy lud miejski i wiejski. Ponieważ Galicja jest krajem co do rozwoju stosunków bardzo zacofanym, u nas tedy na definicję ludu wiejskiego starczy jeszcze na dziś jako tako - radło; ale nie będzie to już długo trwało. Już dziś w niektórych okolicach część ludu niewątpliwie wiejskiego nie ma nic do czynienia z pługiem, ani z własnym, ani z cudzym, nie trudniąc się wcale rolnictwem. Czym więcej takich, tym lepiej, bo oni odkrywają i zdobywają nowe źródła dochodu. Czyż przestają przez to być integralną cząstką ludu?

Różniczkowanie zajęć wśród ludu wiejskiego powstaje tylko z walki o byt; gdyby nie jej surowość, rolnictwo byłoby niewątpliwie zawsze jedynym jego zajęciem. Walka o byt prowadzi tedy lud do postępu w swoim własnym łonie i powoli rozszerza mu horyzont. Za czasów pańszczyźnianych walka o byt nie istniała niemal całkiem; chłop mógł być krzywdzony, ale wiedział na pewno, że zje i z głodu nie umrze. Inaczej potem; trzeba było własnowolność okupić tym, że się musi samemu o sobie radzić, a gdy przy "matce ziemi" głód, trzeba sobie poszukać choćby macochy. W dzisiejszej właśnie dobie wydatność żywicielska ziemi nagle nieproporcjonalnie się zmniejszyła wszędzie, stąd też wszędzie nastały ruchy ludowe, szukanie czegoś, co jest po prostu tłumnym szukaniem utrzymania. Przy zacofanym rolnictwie naszego ludu wydatność żywicielska ziemi skurczyła się u nas jeszcze groźniej, niż gdzieindziej, stąd też i ruch ludowy u nas gwałtowniejszy. A że owo szukanie utrzymania odbywa się tłumnie i w tłumie, stąd przeróżne zawikłania, różne naleciałości, które na zewnątrz nadają sprawie inne nieraz pozory. Czym niżej stoi oświata ludowa, tym więcej tych zawikłań. Przy pewnym, należycie niskim jej stopniu łatwo nawet o to, że sam lud przez dłuższy czas nie zdaje sobie sprawy z tego, że rusza się po prostu za niczym innym, jak tylko za chlebem. Szuka z początku "czegoś", sam nie wie, czego. Historia takich ruchów notuje sporo.

Walka o byt jest jednakże trojaka: materialna, społeczna i moralna. Ostatnia z nich dostępną jest tylko jednostkom wyższym, ogółu ona nie tyka; pierwsza zaś z nich jest powszechną bez względu na czas i miejsce. Społeczna zaś pojawia się przy pewnym stopniu oświaty, czasem silniejszym buchnie płomieniem, czasem przygaśnie; dostępną jest dla całej średniej warstwy społeczeństwa, dla wszystkiego, co się wznosi ponad apatię i bezmyślność człowieka, któremu do życia wystarcza: zjeść.

Gdziekolwiek też u ludu podniesie się oświata, występuje lud zaraz do społecznej walki o byt; żąda dla siebie uznania, wymaga, żeby się z nim liczyć i słuchać uważnie, gdy głos podniesie. Po prostu: nie pozwoli się bezkarnie ignorować w kraju, ani też mieć siebie za hetkę-pętelkę. Chce wejść w naród, a gdyby mu tego odmówić, zdruzgoce gwałtem wszystkie "przeszkody", chociażby na swoją własną nawet szkodę. Widocznie tedy podniosła się nareszcie w Galicji oświata ludu, skoro w ruchu ludowym znać tę stronę społeczną. Na razie występuje ona w strasznym harmiderze, ale bo też początek zawsze trudny, a większość mają ciągle i to olbrzymią, ciemne masy zgoła nieoświeconych. Dziś też przeważa bezwzględnie w tym ruchu strona materialna. Ale choćby materialne pobudki zupełnie zniknęły, ruch ludowy nie ustanie, bo coraz więcej będzie tych, którzy szukają "czegoś" ze względów społecznych. Ten ruch przeżyje nie tylko dzisiejsze, ale i następne jeszcze pokolenie - aż do skutku.

Wymarły już chyba te ptasie główki, które się zapytywały: gdy lud będzie oświecony, a któż będzie bronować i gnoić? Lud oświecony będzie bronować i gnoić lepiej i na lepszych kawałkach roli. Oświata nie pozwoli mu argumentować, że coś jest dobre, ponieważ istniało za ojca i dziada, a różniczkowanie zajęć wyrwie go z liliputowego gospodarstwa na zagonie. Od materialnych stosunków zawisło, czy lud oświecony z większą czy mniejszą ochotą pozostaje na roli. Zawsze znajdzie się dostateczna ilość takich, którzy dobrowolnie usuną się od zajęć inteligentnych, a gdyby nawet kiedykolwiek zabrakło gdzie rąk do pracy, gdyby oświeconemu ludowi zabrakło bezrolnej służby wiejskiej, uzupełni jej szeregi w jednej chwili proletariat miejski. Przy pewnym bowiem stopniu oświaty na wsi rozpoczyna się obok przesiedlania się ze wsi do miast w równym stopniu także ruch w odwrotnym kierunku. W ogóle trudniej jest wyludnić wieś, niż miasto. Chodzi tylko o to, czy wśród oświeconego ludu pozostaną na wsi jednostki najmniej oświecone, czy też bez względu na stan oświaty, choćby też najwyżej oświecone. To już jest kwestią zupełnie materialną. Np. na Morawach, w okolicy żyznej zwanej Haną, najoświeceńsze nawet jednostki zostają na roli. Ale tam ruch ludowy zaczął się przed wiekiem.

Wszędzie i zawsze lud jest opoką, na której stoi naród. Inteligencja stanowi o teraźniejszości narodu, lud o jego przyszłości; wpływ inteligencji na losy narodu może mieć o tyle tylko trwałe dziejowe następstwa, o ile ona zdoła oddziałać na lud. Tak np. zapędy inteligencji polskiej XV wieku ku unii z Litwą dlatego tylko miały trwałe dziejowe następstwa, ponieważ ta inteligencja zdołała w interesie unii wpłynąć na lud i pchnęła go ku osadnictwie na wschodzie i w znacznej części ku unii religijnej; inaczej byłaby ta wielka a szczytna sprawa nie miała dostatecznych fundamentów. Protestantyzm utrzymał się w Niemczech, ponieważ oddziałał na lud. Zmiennymi były i są jeszcze zawsze niepewne losy republikańskiej formy rządu we Francji, ponieważ ta forma nie pozyskała sobie należycie uznania ludu. Oddziaływanie na lud może być różnego rodzaju; można oddziałać gwałtem, przymusem, tyraństwem - chodzi mi o stwierdzenie prawidła dziejowego, że oddziałać koniecznie trzeba, bo inaczej działalność inteligencji jest tylko - teraźniejszości trudem, a nie dźwignią przyszłości.

Wszędzie tedy losy narodu zawisły ostatecznie od zachowania się ludu wobec spraw narodowych. Wszędzie więc pożądaną jest inteligencja ludu, żeby sprawy narodowe jako tako rozumiał, tudzież dobrobyt ludu, żeby mógł sobie pozwalać na otium, którego jakieś minimum jest niezbędne, żeby człowiek mógł myśleć o czymś więcej, niż o zaspokojeniu głodu. Trzeba jeszcze trzeciej okoliczności. Wszędzie pożądane jest ze strony inteligencji i w ogóle tzw. warstw wyższych zbliżenie się do ludu, żeby lud widział i czuł, że go się z narodu nie wyklucza. Traktowanie ludu z góry wtenczas tylko może być na dłuższy szereg pokoleń nieszkodliwe dla przyszłości narodu, jeżeli się ma siłę, żeby na lud oddziałać trwale przymusem; ale też za to straszna czeka katastrofa z chwilą, gdy zabraknie tej siły przymusu. Gdy zaś stosunki są tego rodzaju, że tej siły absolutnie już mieć nie można, bo ona jest marą niepowrotnej (na szczęście) przeszłości, jest rzeczą konieczną, żeby arystokrata, ksiądz, doktor, kupiec itd. upatrywali w chłopie swego - kolegę w narodzie. Niemcy pozostaną wielkim narodem, chociażby nawet przez socjalizm runął bismarckowski kształt narodu; właśnie dlatego, że tam istnieje narodowe koleżeństwo warstw społecznych w znacznej większości krajów. Tam jednakże żaden "pan" nie ośmieliłby się z powozu batem "śmignąć" przechodzącego chłopa, ani żaden urzędnik nie śmiałby krzyknąć: "ty, chamie, przy drzwiach stać!"

Powszechną tedy jest rzeczą, że interes ludu jest sprawą narodową, a ze względu na przyszłość narodu sprawą najważniejszą.

Dołącza się do tego strona specyficznie polska. Wielkie to dla nas w nieszczęściu szczęście, że po rozbiorach mały tylko kawałek kraju dostał się pod zabór katolicki, a zresztą pomiędzy ludem naszym a zaborcami był antagonizm katolicyzmu a schizmy i luterstwa. Lubiąc zawsze rzeczy nazywać po imieniu, pozwolę sobie zwrócić uwagę, że w stosunkach ludu do narodu najgorsza rzecz wydarzyła się w Austrii (1846)4. Dopóki oświata ludowa się nie podniesie, albo też póki tzw. "inteligencja" nie będzie na tyle inteligentną, żeby uznać w chłopie (i to bez ogródki, bez zastrzeżeń) kolegę w narodzie, dopóty ten stosunek mocarstw rozbiorowych jest dla nas względnie najkorzystniejszym. Boli to, wściekle boli, ale jest to bolesna schówka przyszłości.

U wszystkich narodów inteligencja dzierży tylko cugle teraźniejszości. A cóż dopiero w Polsce, gdzie od przygodnej konstelacji dyplomacji europejskiej zależy, czy ta inteligencja może się w ogóle rozwijać należycie? Był czas, że nie tylko statyści polscy, ale inteligencja w ogóle, nawet literatura, nawet poezja, musiała sobie szukać locum standi poza granicami kraju. Zależy to w zupełności od dyplomacji europejskiej, żeby te czasy - wróciły. Pokazało się za naszych czasów, jak łatwą jest rzeczą przegonić 40.000 Polaków z jednej granicy za drugą; również łatwą rzeczą byłoby podać inteligencję polską w rozsypkę. Nie trzeba do tego nawet zawikłań wojennych; nawet w Galicji, bez zmiany przynależności państwowej, pod rządami Austrii nie byłoby rzeczą wcale trudną ograniczyć prawa języka polskiego, a z pomocą najzwyklejszych środków administracyjnych wyforować na wschodzie na pierwszy plan ruszczyznę. Byłoby to ze szkodą Austrii; niewątpliwie. Ale też dyplomacja nie zawsze jest rozumną, a czasem, choć rozumna, znajdzie się w położeniu przymusowym i musi z konieczności przystać na niejedno, czego sobie nie życzy. Wystarczyłoby jakiekolwiek osłabienie mocarstwowego stanowiska Austrii, żeby nam z Wiednia pod presją z Berlina przypomniano, że Galicja nie jest bynajmniej krajem własnowolnym. Co się tu łudzić! Akademie, uniwersytety, szkoły, urzędy i sądy, dziennikarstwo, a nawet nauka i sztuka nasza, jako takie, zależą tylko w połowie od nas, a w połowie od dyplomacji europejskiej. Cały dorobek pokoleń naszej inteligencji może ta dyplomacja w danym razie w jednej chwili - rozrzucić, że tylko gruzy z tego zostaną. I cóż wśród takich warunków mówić o naszym jutrze, jeżeli to jutro ma zależeć wyłącznie od warstwy zwanej inteligencją? Aż nazbyt łatwo tę warstwę skrępować. Nawet w Galicji starczyłby jeden podmuch wiatru politycznego, żeby konfiskować każde słowo, które chce być nie tylko galicyjskim, ale polskim. Słowem, losy inteligencji polskiej są strasznie niepewne. Możemy być lada chwili albo w rozsypce rozprószeni, albo też skrępowani, jak zresztą nawet jesteśmy, z chwilowym wyjątkiem Galicji. Niepoprawni w naszej skłonności do złudzeń, postępujemy jednak często tak, jak żeby ten wyjątek galicyjski był nie wiedzieć jak zabezpieczony na wieczyste czasy.

W krajach niepodległych nie wiadomo, czym będzie syn inteligentnego człowieka; w Polsce nie wiadomo, czy sam ten inteligentny człowiek nie będzie kiedyś musiał zarabiać na życie smarowaniem omnibusów w Paryżu lub Zurychu, jak tego miewaliśmy przykłady. Ale w podbitym narodzie tak samo zupełnie, jak w wolnym, jeżeli syn ludu zostanie wśród ludu, nic się nie straciło; w najgorszym razie ma się przynajmniej to samo, co przedtem. Żadna przemoc nie zdoła wyrugować ludu wiejskiego, jeżeli ten lud ma choć trochę oświaty. A jeżeli ten lud ma choć trochę, choćby odrobinę poczucia narodowego, żadna przemoc nie jest dość silną, żeby takiemu narodowi odebrać prawo państwowe. Nie odebrano niepodległości żadnemu narodowi, którego lud poczuł się cząstką narodu w chwili niebezpieczeństwa. Francja wśród najstraszniejszej i najhaniebniejszej wojny domowej wyrzuciła tryumfalnie od siebie wszystkie koalicje najeźdźców. Ale jest przykład z roku 1772, że inteligencja kraju przypatrywała się bezczynnie rozbiorowi Ojczyzny, że ani z jednej strzelby nie wystrzelono na odparcie zaborców; było raz całe pokolenie szlachty, duchowieństwa, mieszczaństwa, w ogóle "inteligencji", które się dało wiązać, jak barany i ani palcem na to wszystko nie ruszyło. Więc cóż? czy pozostawimy na przyszłość ciągle jeszcze "warstwom wyższym" monopol Ojczyzny?

O, zaiste bezpieczniej złożyć sztandar Ojczyzny do przechowania ludowi. Nasze palce subtelne, ale dłoń chłopska krzepka. My może umiemy kierować, ale skoro w takich jesteśmy piekielnych stosunkach, że ciągle nam drżeć trzeba o to, czy będzie w ogóle czym kierować, wyłania się na pierwszy plan kwestia nie o kierowanie, lecz o zachowanie narodu; a zachować, przechować ideę narodową musi lud, bo inteligencja, to materiał cenny, klejnotny, lecz w ręku wypadków kruchy, a lud jak stał, tak stoi, jak mur; żadna zawierucha nie przeszkodzi mu być chłopskim murem.

Chociażby wytępić wszystko, co nie jest ludem wiejskim, i tak istniałaby Polska etnograficznie. Z tej etnograficznej "chłopskiej chmary", choćby przez wieki była tylko folklorystycznym okazem, kiedyś, gdy tę chmarę rozruszałyby stosunki ekonomiczne, walka o byt i oświata, mogłaby powstać Polska politycznie; powtarzam: mogłaby, lecz nie musiałaby. Ale samo to, że mogłaby - okazuje, co to znaczy lud!

A cóż dopiero, gdy lud przestając być chłopską chmarą, kołacze głośno i chce wejść w naród. Gdyby mieć lud, któryby inne warstwy społeczne uważał za kolegów w narodzie, lud, któryby był polskim nie tylko etnograficznie, można by nie trwożyć się o przyszłość idei polskiej. Wszystkie narody odzyskały niepodległość, u których lud niepodległości zapragnął.

O potrzebie ludu polskiego dla idei polskiej wiedziano już dawno; wiedział o tym nie pierwszy Mierosławski. Ale co za bałamuctwa się działy, co za złudzenia, co do sposobów pozyskania ludu! Co za błędne, a często obłędne pojęcia o stosunku ludu do innych warstw; jakież szalone pomysły "Polski ludowej"! Myśl była zbyt prosta, żeby jej nie powziąć; ale wzięto ją na nerwy, na uczucia (i to uczucia ujemne, grzeszne), zamiast z zimną krwią na prosty rozsądek. I nie ma sensu żądać dziś od ludu, żeby on się przejął naszymi ideałami narodowymi; kto do ludu zbliża się po to, żeby zeń zrobić patriotów na poczekaniu, cofa tylko sprawę. Lud nasz patriotycznym wcale nie jest i dzisiejszy ruch ludowy w Galicji nie jest patriotycznym. Sztuczny pokost, nadawany mu przez ludowców, może złudzić oglądacza stosunków, ale nie badacza.

A jednak niewątpliwe jest, że patriotyzm wśród ludu mógłby powstać, gdyby go do tego nie zrażano z jednej strony pogardą, z drugiej strony natręctwem. Dziś, lud chcący wejść w naród, nie troszczy się o jego bóle i ideały; pragnie tylko korzyści dla siebie. Dajmyż mu te korzyści pełną dłonią, a do praw przylgną samą siłą faktów obowiązki - bo przyjdzie czas, w którym inaczej praw nie da się utrzymać.

Lud ma taką siłę żywotną, taką żylastą twardość, że nawet bez patriotyzmu tj. bez skłonności do poświęceń dla sprawy narodowej, byle tylko poczuł się polskim, już się nadaje w zupełności do przechowania idei narodowej. Skoro raz poczuje się polskim, reszty dokona sam czas. Wystarcza tedy najzupełniej, że ruch ludowy w Galicji jest biernie polskim, wystarcza, że wybitniejsi wśród ludu wiedzą, że są Polakami. Nie ma w tym nic ani dziwnego, ani niebezpiecznego, że nie są zarazem patriotami. Byle tylko ten ruch nie był antynarodowym, już dobrze. Ażeby zaś nie stał się antynarodowym - od czegóż jesteście, ludzie dobrej woli? Wzmocnijcie swe nerwy i wyjdźcie na rynek, nie świećcie nieobecnością! Lud nie ma jeszcze obowiązku być patriotycznym, ale wy ten obowiązek macie pod ciężką odpowiedzialnością: a oto patriotyzm żąda, żebyście wyszli wielką ławą na powitanie ruchu ludowego.

Idą rzesze wieśniacze zwartym szeregiem i żądają czci i chleba. Chleb same sobie zdobyć muszą, my im tylko radą dopomóc możemy. Ale od nas zupełnie zależy, dać im cześć, przyjąć ich do narodu bez ograniczeń jakiejś "młodszej braci", "niepełnoletnich pupilów" itp.; przyjąć ich tak, jak są, nie za niższych narodowo, lecz za narodowo równych i tyle w narodzie wartych, co my sami. Bo wszelka wartość jest względną, a w ich ręku spoczywa oznaczanie wszelkich wartości na przyszłość.

Niejednemu z czytelników wyda się może nierozumne uważanie wieśniaka za równego wobec całości narodu komukolwiek innemu. Perspektywa dziejowa ma też swoje wymagania; zatracają się w niej jakoś różnice wielkości i trudno dziś rozróżnić, kto był w swoim czasie "wyższym" czy "większym" pod Wieliżem i Wielkimi Łukami, czy szlachcic pancerny, czy chłop z piechoty łanowej. Współcześni nie mieli zapewne wątpliwości, że szlachecki towarzysz jest czymś bez porównania "wyższym"; ale potomni nie mogą się odżałować, że piechota łanowa nie rozwinęła się do zupełnej równości. Ta równość wobec wojska obydwóch gatunków broni wyszła na dobre tym, którzy ją uznali. Dzisiaj trzeba uznać równość chłopa wobec narodu.

Niejednemu wyda się to pożądane, ale niewykonalne, niemożebne. Jak to? Potomek długiego rzędu cywilizowanych przodków ma się poczuć wobec narodu tylko równym z człowiekiem, który ledwie wychodzi z barbarzyństwa? Mości Panie! Bez wątpienia większą barbarią była Litwa, kiedy ją twoi przodkowie przyjmowali do równości i wspólności herbu; a ty dziś dumny jesteś z tego ich czynu. Polityka ma też swoją perspektywę.

Zacząłem od wyrażenia radości z powodu wzmożenia sił narodowych polityką; skoro na politykę już się umiemy zdobyć, widocznie drzewo narodowego życia nie tylko kwitnie, ale też owocuje. Owocowanie to odbywa się w warunkach jak najniepomyślniejszych, wymaga strasznego wysiłku soków żywotnych; rzecz to prosta. Tym więcej zależy, w dziesięcioro zależy, na wzmacnianiu korzeni. Nauka i literatura nasza, a cóż dopiero polityka, spoczywała na glinianych nóżkach, póki ruch narodowy nie sięgnął do ludu; kwitło drzewo, ale zawsze było w niebezpieczeństwie wywrotu. Co za rozkosz widzieć, że nadeszła chwila sposobna, żeby je od tego zabezpieczyć! Lud polski przestaje być bezmyślną masą, nie troszczącą się nawet o to, co się dzieje "u góry"; poczyna się interesować sprawami krajowymi, rusza się, myśli i chce się posunąć na wyższy szczebel, chce mieć udział we wszystkim. Do niedawna rodzinna wioska była dla wieśniaka wszystkim, celem i środkiem, zapełniała mu najzupełniej całe życie; obecnie (nareszcie!) wieś stała mu się za ciasną, żeby mu zastąpić Ojczyznę. Teraz można pełnymi żaglami rozpocząć działanie. Ruch ludowy, pokierowany należycie, może nam w dwójnasób pomnożyć siły narodowe. Trzeba nam zebrać teraz w jeden łańcuch wszystkie ogniwa, skoro już wszystkie mamy. Ruch ludowy jest zjawiskiem co do wartości zupełnie równorzędnym owemu ruchowi politycznemu, który się poczynał w Galicji w r. 1866 i również doniosłe a dobroczynne może mieć skutki. Gdyby tak można mieć równocześnie dzielne Koło Polskie w Wiedniu i dzielny ruch ludowy polski w domu! Równoczesność i równorzędność tu i tam, wspólny cel, choć różne środki, świadomość wspólnictwa, rozszerzyłyby nam w czasie (stosunkowo) niedługim horyzont i dodałyby do naszej dyspozycji cały szereg nowych środków; byłyby też niewątpliwie zwiastunem lepszych czasów dla wszystkich, dla pana, panka i chłopa.

A przede wszystkim byłoby to niepospolitym wzmożeniem imienia polskiego na wewnątrz i zewnątrz.

Takie są motywy, które mię skłaniają oświadczyć jasno i otwarcie: Ruch ludowy w Galicji jest objawem bardzo pożądanym i zasadniczo chwalebnym. Rozchodzi się teraz o to, żeby go nie spaczyć i nie przepłoszyć niezręcznością na manowce. O tym w dalszym ciągu.