DODATEK

Wojny zmieniają granice państw; często toczy się je w tym celu, by zmienić linię graniczną. Przywołuje się względy etnograficzne na usprawiedliwienie wojny, a wiadomo, że etnografia_ nie jest nieruchomością.

Przypuśćmy, że w pobliżu granic dwóch państw ościennych zachodzą wątpliwości etniczne i historyczne do słusznej przynależności państwowej. Gdzie takie szczególne warunki utrudniają oznaczenie granicy państwowej raz na zawsze, można wprowadzić granicę ruchomą. Każda pograniczna miejscowość niechaj ma prawo przepisać się do drugiego państwa i dalej ta miejscowość, która po tamtym przepisaniu graniczną się stanie, a więc nabędzie prawa zmiany swej przynależności państwowej, itd., słowem, pogranicze ma zawsze prawo wyboru państwa - za każdym razem na pewien przeciąg czasu (np. 5-10 lat), przy czym może pozostać przy nowo wybranym państwie, lub powracać do poprzedniego. W głosowaniu biorą udział tylko tacy, którzy w tym miejscu posiadają nieruchomość (sklep lub warsztat) przynajmniej od lat pięciu. Wojna o granicę będzie niepotrzebna, skoro gminy bez wojny mogą przejść na tamtą stronę, agitacja zaś będzie bardzo ograniczona. Wprowadzenie granicy ruchomej wydaje mi się w wielu wypadkach jedyną radą na wieczne spory graniczne. Dodam, że administracja obu państw sąsiednich będzie się wysilać, żeby nie zrażać ludności pogranicznej; zapanuje tam na pewno administracja wzorowa.

Nie tu miejsce opracowywać ten pomysł szczegółowo. Zastrzegam, że można go zalecać tylko tam, gdzie z obu stron granicy panuje ta sama cywilizacja.

Zdaje mi się, że należałoby tę zasadę przyjąć za decydującą przy podziale administracyjnym państwa (u nas na województwa i starostwa, których rozgraniczenie stanowi jakby ulubioną zabawę wysokiej biurokracji).

XIX. SPRAWY POLSKIE

- Czy znacie bajeczkę o słoniu i sprawie polskiej?

- Znamy, znamy!

- A więc posłuchajcie: Sławne Królewskie Towarzystwo Biologiczne w Edynburgu ogłosiło było onego czasu konkurs na monografię tyczącą słonia. Nadesłano prac sporo. Niemiec napisał "Handbuch" w pięciu tomach i z obowiązującym każdego szanującego się uczonego niemieckiego "Ergaenzungsband" w dwóch częściach. Francuz ułożył felietony o miłostkach słonia; Hiszpan książkę o jego tańcach, Włoch o jego formach architektonicznych, Rosjanin wysnuwał wnioski o przyszłej strukturze społecznej z obrotów trąby słoniowej itp. itd., a Polak nadesłał broszurę pt. "Słoń a sprawa polska".

Więc i ja nie mogę wypuścić tej książki bez rzutu oka na sprawy polskie. Będę się starał mówić o takich rzeczach, o jakich jeszcze nie mówiono.

Zdajmyż sobie sprawę nareszcie z tego, że nie mamy żadnego przyjaciela w polityce. Narody zachodnie nie interesują się nami wcale, a gdy wypadnie względem nas zająć stanowisko, robią to z lekceważeniem, a nawet z pogardą. W Anglii nikomu nie przejdzie przez myśl, że postąpiono z nami niepoczciwie (żeby nie powiedzieć: nieuczciwie) i że właśnie honor Anglii pozostał w Polsce w zastawie; natomiast ogół angielski ma do nas pretensje, żeśmy "wywołali" wojnę powszechną, żeśmy nie postąpili za czeskim przykładem i że pragniemy jeszcze jednej wojny z powodu okupacji rosyjskiej i ciągłych, a coraz większych gwałtów socjalizmu "większego" (bolszewickiego). Uważają nas za wiecznych burzycieli porządku. Przeciętny Francuz jest tego samego zdania i upatruje w nas na ogół dzicz. Hiszpan pamięta, że walczył niedawno na jego ziemi pułk komunistów polskich, a ci podpalacze kościołów są teraz ulubieńcami rządu polskiego. Może więc "bracia Słowianie"? Czechów nie na próżno nazywano jeszcze przed obiema wojnami na południu "prusakami Słowiańszczyzny". Ja zaś w słowianoznawczym "Świecie słowiańskim" zwracałem uwagę, jak oni potulni wobec Niemców. Ale za to ogromnie zaczepni i bezwzględni wobec Polaków i co miesiąca opisywałem ich czyny na Śląsku. Rusini po staremu "rizat Lachów", Słowacy ćwiczą się w nienawiści do nas tak dalece, jak gdyby chcieli prześcignąć w tym i Czechów i Rusinów. Sympatykami naszymi są tylko Słoweńcy i Chorwaci (tamci roztropni politycy, a ci nieroztropni). Narzuca się okrutne pytanie, czy nie dlatego tylko dla nas żywią przyjazne uczucia, iż z nami nie graniczą? Bo u bardziej jeszcze oddalonych Serbów i Bułgarów budzimy uczucia bardzo rozmaite, często równoległe z prawosławną nienawiścią przeciwko katolicyzmowi. Madiarzy zaś byli zawsze najlepszymi i niewzruszonymi aliantami Niemiec, należeli stale do obozu antypolskiego.

W naszym położeniu geograficznym najgorsze zło tkwi w tym, że jesteśmy otoczeni takimi, od których niczego nauczyć się nie można było, a zarazić niejedną wadą. Od niemieckiej strony sąsiadujemy z najgorszym prusactwem, od wschodu z tępotą prawosławia w kulturze moskiewsko-turańskiej, a od zachodu i południa oglądaliśmy popisy germanizacyjne "w krajach cesarskich". Przez półtrzecią wieku nie istniał naród czeski, słoweński miał się narodzić dopiero w drugiej połowie XIX w., a madiarski wypłynął i utworzył państwo narodowe tylko dzięki sojuszowi z Niemcami. Wszystko dokoła nas było cywilizacyjnie zacofane lub wręcz szkodliwe, ujemne. Sterczymy pośród pustki; tym się tłumaczy niejeden błąd naszej przeszłości. Niebezpiecznie jest być najlepszym ze swego otoczenia. Im niższy poziom dokoła, tym więcej prawdopodobieństwa, że okalająca niższość zwróci się przeciwko niezrozumiałej dla niej wyższości. Od nas przejmowali ościenni ideę narodową, krzepili się na naszej wielkiej poezji, ułożyli swe hymny narodowe według naszej "Jeszcze Polska nie zginęła" i... zwrócili się przeciwko nam.

Przyczyna główna w tym, że nas zlekceważyli.

Gdybyśmy byli politycznie silni, ci ościenni pobratymcy mieliby nas za półbogów. Im potrzebna była jakaś siła, która by się ujmowała za nimi. Myśmy siłę utracili, oni zaś osądzili, że to było i jest nie tylko ciężkim przewinieniem z naszej strony przeciwko samym sobie, ale zarazem przeciw nim.

Jesteśmy też izolowani cywilizacyjnie. Łacińska cywilizacja przeważa li tylko na Morawach, a zresztą wszędzie dookoła z jednej strony "kwas bizantyński" (i w niemieckim wydaniu), z drugiej zaś turańszczyzna: spadek po najczyściejszej po stronie europejskiej kulturze z cywilizacji turańskiej, po kozaczyźnie. Nawet słowacki protestantyzm przejęty jest bizantyńskimi pojęciami o stosunkach wielkich zrzeszeń, ponieważ zaś istnieje prawo dziejowe, że stykające się ze sobą odmienne cywilizacje muszą się zwalczać, więc też wszyscy nasi sąsiedzi zwalczali Polskę i zwalczają ją nadal. Nasza wina, żeśmy się zachowali wobec tego biernie i nie przedsiębrali żadnej kontrakcji we właściwym czasie. Szerzenie cywilizacji łacińskiej na wschód osłabło wielce w dobie "sarmatyzmu", a w inne strony nie było w ogóle żadnego oddziaływania cywilizacyjnego od strony polskiej. Nie byliśmy sami na tyle mocni w cywilizacji łacińskiej, żeby nią promieniować dookoła, bośmy także grzęźli w mieszance. Dodajmy utratę siły, zatratę państwa własnego, a zrozumiemy dużo z późniejszych (i obecnych) objawów uczuć słowiańskich względem Polski.

Jesteśmy tedy bez przyjaciela. Świadomość tego pierwszym warunkiem, żeby nabyć trzeźwości politycznej.

Nil desperandum. Nasze położenie geograficzne nie składa się ze samych złych stron. Odrzucam argumentację o nieszczęsnym położeniu między Niemcami a Rosją. Jakżeż "nieszczęsnym" jest położenie Niemiec pomiędzy Francją a Polską, jednak Niemcy Polskę ubiły, a Francji odebrały hegemonię! A zatem ten argument odpada. Ilekroć go słyszę odnoszę wrażenie, że szuka się przyczyny "niezależnej od nas", żeby na nią spychać grzechy niedołęstwa i zaniedbania. Można było trzymać na wodzy i Niemcy i Rosję; przez pewien czas umiano to robić.

Geograficzne położenie Polski ma tę wielką zaletę, że jest centralne i da się zamienić na centrum polityczne, a wprasza się wprost na centrum cywilizacyjne. Warto dodać, że posiada też wszelkie warunki wielkiego centrum handlowego, opartego o Morze Bałtyckie i Czarne, a przy większej zapobiegliwości nawet o Adriatyk. Szczecin, Gdańsk, Ryga, Odessa, Triest staną się węgłami pewnego uniwersalizmu handlowego, jeżeli oduczymy się naszego nieuctwa ekonomicznego.

Nasze położenie geograficzne stawia nas wobec dylematu, że musimy być albo wybitnym narodem historycznym, albo zupełnym zerem. W tych latach rozstrzyga się właśnie kwestia, czy nie przestajemy być narodem historycznym.

Czyż na zawsze? Sanabiles fecit Deus nationes. Wszystko zawisło od trafności i ścisłości metody. Nawet od zera można się wspiąć wyżej i dojść wysoko, byle nie stać się zerem moralnym.

Drugim obok położenia geograficznego zagadnieniem zasadniczym do spraw polskich jest nasza młodszość cywilizacyjna. Ależ nie musimy być wiecznie "młodsi"! Jest to balast historyczny, którego też nie można się wyzbyć historycznie, tj. pracą dziejów narodowych.

Dla nas kwestia doganiania jest bliska i ważna, można powiedzieć, że cała historia polska z niej się składa. W cywilizacji łacińskiej my jesteśmy młodsi cywilizacyjnie, bośmy do niej przystali później od innych. Problem geopolityczny! Cywilizacja rzymska przeniknęła do południowo-zachodnich Niemiec. Rzeka Men stanowi mniej więcej granicę tych wpływów, widocznych dotychczas nawet w sposobie budowania wsi. Łacińska cywilizacja, pod niejednym względem następczyni tamtej, szerzyła się najpierw w obrębie granic cesarstwa rzymskiego; wpierw więc dotarła do Niemiec niegdyś Rzymowi podległych, następnie do innych krain niemieckich, a potem dopiero do Polski - jakkolwiek wcale nie z Niemiec, bo chrześcijaństwo szerzyli u nas bardziej mnisi irlandzcy i flandryjscy, niż niemieccy. Centrum nowej cywilizacji łacińskiej był tak samo Rzym, jak za dawnej pogańskiej cywilizacji rzymskiej. Niemcy są bliżej Rzymu od nas, toteż wcześniej cywilizacja łacińska zapukała do nich; oni cywilizowali się nią dłużej. Czy skuteczniej? to kwestia sporna a sama możliwość podobnej wątpliwości świadczy, że osiągnięcie pewnego szczebla cywilizacyjnego nie pozostaje bynajmniej w stosunku prostym do zużytego czasu; a zatem mogą zachodzić opóźnienia i przyspieszenia.

Młodszymi cywilizacyjnie jesteśmy, czyż jednak ma z tego wynikać, że zawsze młodszość ta ma dawać się nam we znaki? żeśmy na całe życie dziejowe skarani na to, by stać niżej od innych i że na to nie ma sposobu, bo zawsze młodszymi zostaniemy? Czyż szczebel cywilizacyjny zawisł od chronologii?

Doświadczenie dziejowe przeczy temu z całą stanowczością. Młodszość tłumaczyć może początkową niższość cywilizacyjną, lecz potem nie stanowi o niczym. Społeczeństwo starsze cywilizacyjnie może popadać w zastoje, może posiadać chyżość historyczną nieznaczną; podczas gdy młodsze może posiąść chyżość znaczniejszą, doganiać i nawet przeganiać, wyprzedzać.

Niektórzy próbowali teorią młodszości cywilizacyjnej wyjaśniać cały tok dziejów naszych od czasów najdawniejszych, aż do najnowszych. Gdyby dało się tłumaczyć cały pochód dziejów według jednej jakiejś zasadniczej okoliczności zachodzącej na samym początku tego pochodu, w takim razie okoliczność ta mieściłaby w sobie jakieś fatum nieuchronne, następstwa nieuniknione, wyniki dane z góry. Tylko w przyrodzie istnieją takie zarodki; w humanistyce sam byt zarodka moralnego zawisł od ludzkiej woli. Mogliśmy byli nie przyjmować cywilizacji łacińskiej, a potem stanowić w niej lub nie stanowić żywiołu czynnego, twórczego; można było poddawać się tej cywilizacji biernie, lub też wytwarzać w niej nową kulturę, polską. In nuce młodszości tego wcale nie ma.

Pewna zasadnicza okoliczność z zarania dziejów danego społeczeństwa wystarczyć może do wyjaśnienia całego toku jego dziejów tylko w takim wypadku, jeżeli wnet po rozpoczęciu życia dziejowego zaniosło się na stagnację. W takim razie naukowy pogląd na dzieje takiego społeczeństwa mógłby się ograniczyć do owego stadium początkowego - reszta zaś byłaby tylko opowiadaniem wydarzeń (choćby metodą jak najbardziej krytyczną).

Młodsi cywilizacyjnie mogą celować w zdolnościach ekspansyjnych; czyż nie świadczy o tym historia polska? Zdatności zaś do przyspieszenia chyżości historycznej złożyliśmy dowodów nie mało i to nawet w XIX w., w okresie niewoli. W latach 1820-1840 było nam dane zrównać się z wielką poezją narodów najbardziej kulturalnych; żadnemu nie ustępujemy. A malarstwo polskie? Pamiętam z lat pierwszej młodości "Rachunki" Kraszewskiego, jak w jednym z roczników tłumaczył, czemu u nas malarstwo rozkwitnąć nie może, nie znajdując do tego przyrodzonych warunków; uważał, że szkoda wysiłków ze strony nielicznych naszych artystów. Nie minął dziesiątek lat, a zaczął się złoty okres malarstwa polskiego! Równocześnie powieść polska rozwinęła się tak szybko i wspaniale, iż nagle zrównaliśmy się z powieściopisarstwem nawet francuskim. W nauce zaczęliśmy niebawem doganiać innych, my, którzy posiadaliśmy jeden zaledwie uniwersytet, który zniemczono i nawet zniemczywszy, obniżono jego poziom. W tymże czasie odzyskiwaliśmy narodowo Śląsk i Prusy Królewskie. Ekspansja polskości zaznaczała się też posuwaniem się granicy językowej w Małopolsce południowej ku wschodowi. I to wszystko, kiedy nieszczęsne wydarzenia polityczne przerwały nam ciągłość pracy. A co za rozwój społeczny w drugiej połowie XIX w.!

W tych sprawach widzi się, jak wzrost i upadek narodów polega nie tylko na siłach fizycznych, lecz również (a czasem nawet bardzo) na duchowych. Być narodem historycznym i zajmować stanowisko w stosunkach międzynarodowych można za pomocą przewagi materialnej, lub przez przodownictwo kulturalne. Czasem łączyło się jedno z drugim np. w pewnym okresie dziejów francuskich i najnowszych angielskich. W dziejach danego narodu mogą być okresy, w których z konieczności ogranicza się do działalności kulturalnej. Dzieje Włoch dostarczają takiego przykładu. Artystyczne zaś ich przodownictwo utrzymywało się od wieku XIII aż pod koniec XVII, a w niektórych działach sztuki aż do drugiej połowy XIX w. Z drugiej strony mogą nadawać stanowisko przodownicze nauki ścisłe i stosowane. W praktyce wysuwają się na czoło zwłaszcza dwie dziedziny: techniczna i nauki polityczne. Przodować, znaczy to posiadać w czymś taką wyższość, iż by inni musieli się uczyć czegoś u narodu celującego w danej dziedzinie, choćby ten naród stał fizycznie wcale nie w pierwszym rzędzie.

Bywa też przodownictwo z przeciwnego brzegu. Dzięki sile fizycznej dzierżyła Rosja hegemonię nad Europą w latach 1815-1853, następnie Niemcy w okresie 1866-1918, a więc o 14 lat dłużej i w epizodzie 1938-1944, dodatkowo jeszcze lat sześć - i obecnie znowu Rosja powtórnie.

Sama przewaga materialna nie bywa historycznie trwałą, jeżeli jej nie towarzyszą wpływy kulturalne. Były one bądź co bądź silne od strony niemieckiej, silniejsze nad swą wartość. Obecnie zaś Rosja bolszewicka, niesie nowy światopogląd, antyeuropejski, lecz w Europie łatwo się szerzący, i ta propaganda działa silniej od armii. Ekspansja myśli zajmuje w historii więcej miejsca, niż zabiegi o rozszerzenie terenów, mających dostarczać łupów. Szanse hegemonii rosyjskiej, zależne są od tego tylko, czy Europejczycy spostrzegą się na rosyjskiej antyeuropejskości. Gdyby Europejczycy przestali myśleć po rosyjsku, potęga Rosji okazałaby się ponownie kolosem na glinianych nóżkach.

Gdzież atoli nie ma dzisiaj mieszanki cywilizacyjnej! Powszechnym jest stan chorobliwy, który powstał z załamania przewodnich myśli życia zbiorowego i wynikającego z tego nieładu w nim. Nie można być cywilizowanym na dwa sposoby. Na nas ciąży to prawo dziejowe najbardziej, gdyż w naszej mieszance mieści się jeszcze o jedną cywilizację więcej: do trzech powszechno-europejskich: łacińskiej, bizantyńskiej i żydowskiej dodały nam losy jeszcze czwartą, turańską, na Zachodzie nieznaną. Mieszanka niebezpieczna wszędzie, u nas staje się tym niebezpieczniejszą. Taki stan, w jakim znajdujemy się obecnie, prowadzi do zastoju i do stanu acywilizacyjnego. Jakżeż być cywilizowanym na cztery sposoby? Według której działać etyki? Harmider etyk, wzajemnie się wykluczających, musi prowadzić do zasadniczego obniżenia poziomu moralnego. Żeglujemy ku amoralności. Należy zdać sobie z tego sprawę jak najrychlej, póki nie za późno.

Dodaje otuchy nadzwyczajna wytrzymałość narodu polskiego. Iloczyn społeczny, chociaż defektywny, bo pozbawiony niektórych współczynników, był widocznie niemały w drugiej połowie XIX w., i z początkiem XX w. (aż do piłsudczyzny, która podcięła go groźnie), skoro nie tylko utrzymaliśmy swą narodowość, ale nawet wzmogliśmy ją i rozszerzyliśmy terytorialnie. W najcięższym prześladowaniu odzyskaliśmy narodowo Śląsk i Prusy Królewskie, wytworzyliśmy placówki narodowe w Warmii i Prusach Książęcych na Mazurach. Posunęliśmy również idee narodowe na południe Tatr i rozszerzyliśmy znacznie ku wschodowi poczucie polskości na Podkarpaciu i w Wileńszczyźnie. Czyż tak Niemcy, jako też Moskale nie narzekali bezustannie na "polską propagandę", że im się polonizuje, co przywykli uważać za swoje narodowo?

W narodzie spętanym, ubogim, prześladowanym coraz srożej wytworzyła się wielka siła asymilacyjna. Działo się to przeciwko wszelkiemu rozsądkowi, dostarczając wielkiego dowodu, że duch silniejszy od materii.

Patriotami polskimi stawali się synowie biurokratów austriackich przybyłych do "Galicji" po to, żeby germanizować. Na ich czele silna postać Wincentego Pola. W Wielkopolsce celował polskim duchem obywatelskim przezacny Metzig. Kiedy w r. 1873 zakładano w Krakowie Polską Akademię Umiejętności, pierwszy jej zarząd składali: Majer, Estreicher, Teichmann, Heizmann. Pełno pośród nas w całej Polsce nazwisk niemieckich, noszonych przez gorących Polaków. W XX w. zaczęły się pojawiać podobne nazwiska rosyjskie. Dzieci naszych wrogów pokochały Polskę. Były to świetne tryumfy polskości. Dobrowolnie całkiem zamieniały się w Polaków liczne jednostki pochodzenia czeskiego, francuskiego, włoskiego - a na czele tego pochodu Chopin i Matejko z Szajnochą. Za nimi liczni Vrtelowie (Wierciński), Puszetowie, Cerchowie, Kwerkowie itp.

Słyszało się nieraz, jak dysputa około przynależności narodowej bywała przecinana gromkim oświadczeniem nie pozostawiającym żadnej "kwestii" poza sobą. Ja chcę być Polakiem! Ważny to przyczynek do zagadnienia wolnej woli w zjawiskach historycznych.

Nie na niskim szczeblu cywilizacyjnym stał naród, który w niewoli promieniował atrakcyjnie! Czy nasz charakter narodowy mieścił w sobie tak dużo wzniosłości? Czy pośród zdemoralizowanego świata odznaczaliśmy się wyższym poziomem etycznym? Ma się wrażenie, że bądź co bądź staliśmy wyżej niż obecnie; poziom nasz obniżył się poczynając od trzeciego dziesiątka XX w. i obniża się wciąż ruchem niestety przyspieszonym.

Pozostaje jeszcze jedno zagadnienie, mianowicie tyczące charakterów narodowych, czy są one zmienne, czy niezmienne, jednakie przez cały czas istnienia narodu? Za niezmiennością oświadcza się większość pisarzy, jacy zabierali głos w sprawie. "Utrwala się przekonanie, że z ciężkiego konia pociągowego nie można zrobić wyścigowca przez trzymanie go w stajni wyścigowej". A jednak ten sam uczony przypomina jak to w Encyklopedii XVIII w., stwierdzono, że cechą Francuzów jest brak zmysłu oszczędności. Z drugiej strony "mechanicy" oświadczają się za zmiennością i to łatwą, bo gdyby narody były niezmienne, wszystkie eksperymenty mechanistyczne byłyby bezprzedmiotowe. Na skrajnym skrzydle stojący J. Finot ("Prejuged des reces") wyraża przekonanie, że w ciągu 20 lat można z ludożercy zrobić jakby Francuza nowoczesnego. Lecz nie da się z tego wysnuć wniosku innego, ponad ten, że Żyd zawsze gotów zrobić z siebie wszystko. Indukcja historyczna stwierdza, że w tej materii nie da się skutecznie nic "zrobić", co nie zrobi się samo siłą iloczynów społecznych i ludzkiej wolnej woli.

Dosyć już chyba przykładów dostarczyła historia w sprawach poczucia narodowego, że marny jest wszelki gwałt i chybia wszelkie eksperymentatorstwo. Charaktery narodów są zmienne. Szwajcarzy z zaciężników zrobili się hotelarzami. Moskale ze zasklepionych stali się uniwersalistami, Niemcy z medytatorów bojówkarzami na całą Europę, Włosi z wyłączności artystycznej przeszli do żądzy politycznej, żeby wznowić cesarstwo rzymskie. Szwedzi, niegdyś specjaliści od wielkich wojen, obecnie przebyli w neutralności obie wojny powszechne. Francuzi porzucili styl, a zatrzymali tylko modę; nie celują zaś patriotyzmem - itp. Historia dostarcza długiego szeregu przykładów zmienności. Trudno; wszystko co żywe jest zmienne. Nie robi się wyścigowca z konia jucznego, ale ten przykład tyczy przymiotów fizycznych, wyłącznie cielesnych, nie może przeto stanowić argumentu w rozważaniu spraw ducha.

Polacy z pokolenia Władysława Niezłomnego i Kazimierza W., następnie z czasów Zygmuntowskich, a potem chełpliwi a ciemni "Sarmaci", czyż to naród taki sam, o jakimś charakterze niezmiennym?

Czy polskie właściwości, zalety i wady są stałe, "od króla Ćwieczka" aż po rosyjskie objawienie "demokracji"?

Poświęćmy nieco uwagi wadom. Roztrząsano tę kwestię bardzo powierzchownie. Wmawiano w polski naród wady, których nigdy nie posiadał, a nie dostrzegano prawdziwych. Spopularyzowały się już te fałszywe sądy o własnym narodzie. Pamiętajmy, że wszystkie mylne informacje muszą wyradzać się w mylne wnioski, a za błędnymi mniemaniami idą w te ślady błędne czyny.

Wszyscy Polacy są głęboko przekonani, że jesteśmy narodem szczególnie niezgodliwym. Nieprawda! Wojen domowych było w Polsce najmniej ze wszystkich krajów europejskich, a najwięcej w Niemczech po wszystkie czasy od Ottonów aż po Sadową. We Francuskiej historii niewiele jest epizodów takich, które by można przytaczać, jako zbożne przykłady zgodności. W Anglii i Francji ścinało się królów. U nas w obronie Zygmunta III występowali tacy mężowie, jak Zamojski i Żółkiewski. W późniejszym okresie dziejów porozbiorowych wytworzyła się u nas istna doktryna karności w imię zgodliwości. W roku 1863 cieszył się posłuszeństwem całego społeczeństwa rząd tajny, a złożony z młokosów. W dwa pokolenia potem uznali wszyscy "dla świętej zgody" Piłsudskiego i dawali nawet w uchwałach sejmowych dowody karności wobec "rządu własnego, bo polskiego", chociaż wiedziano, czym jest piłsudczyzna. Doszliśmy do takiego mistrzostwa w "karności narodowej", iż gdyby jaka siła Cygana koniokrada zrobiła królem polskim, byłoby się go uznawało, bo to przecież byłby "rząd własny, polski". Wszakże byli tacy. którzy uważali za patriotyczny obowiązek rehabilitację "narodową" Sasów, nawet Augusta II Sasa. Wymagała tego ich zdaniem dojrzałość polityczna i lojalność względem "własnego" monarchy. O doktrynerskiej walce z rzekomo specyficzną polską niesfornością można powiedzieć, jako słyszeli, ze dzwonią, lecz nie wiedzieli, w którym kościele. Popisujemy się karnością, gdzie należałoby się buntować! Brak nam zastanowienia w tej materii.

Jesteśmy społeczeństwem bardzo do zgodliwości nakłonionym, a dla karności taką mamy cześć, iż nawet nie badamy, skąd ona i do czego, byle tylko móc ją aplikować. Niezgodliwość nie należy wcale do naszych wad.

Drugim niedomaganiem ma być wrodzona rzekomo niepraktyczność. Oczywiście, nie chcemy stanowić narodu wyjątkowo uduchowionego, a złożonego z głodomorów. Nie wystarcza, żeby w Polsce był urodzaj na ideały! Cóż z tego, jeśli one nie będą mogły zstąpić na ziemię - bo może się okazać, że to nie ziemia, lecz grząskie trzęsawisko niepewności wszelkich stosunków ludzkich?!

Co innego materializm, a co innego praktyczność. Praktyczność jest to świadomość środków i zręczność w używaniu ich. Może być zwrócona w kierunku dodatnim lub ujemnym. Zwrócona tylko ku żerowaniu (osobistej prywacie) jest zwierzęcą; każde bydle może celować tą praktycznością. Można uważać praktyczność za sztukę wcielania ideałów w życie. Wszakże na tej praktyczności polega postęp. Zważmy, że byt i los zrzeszeń zawisły od sił wytwarzanych przez pojęcia. Pojęcie nabiera znaczenia realnego natenczas dopiero, gdy zostaje przyswojonym przez zrzeszenia i staje się jego czynów (względnie jego instytucji) motywem i metodą. Nie każde pojęcie wytworzy się wszędzie i gdziekolwiek; niektóre pojęcia docierają tylko gdzieniegdzie i kiedy niekiedy. Z reguły powstają dopiero na pewnym szczeblu rozwoju, albowiem wymagają szkoły, doświadczenia, są aposterioryczne.

Przez 150 lat nie mieliśmy sposobu, nie było nam danym wcielać w życie polskie ideały. Odebrano nam sposobność do praktyki życia publicznego. O ile chodzi o praktykę, jesteśmy na nowo nowicjuszami; lecz z tego nie wynika, żebyśmy mieli być uczniami niepojętnymi; żeby niepraktyczność miała nam być wrodzona.

Z niepraktyczności może wyniknąć brak zmysłu politycznego. Wszyscy Polacy o tym wiedzą, wszyscy to przyznają i kają się z tego pokornie.

Jeżeli do zmysłu politycznego należy trafne wykrywanie związków pomiędzy współczesnymi objawami bytu wielkich zrzeszeń i przewidywanie skutków, mających z tego wyniknąć, wymaganie tego jest bardzo piękne i doprawdy narzuca się jakby samo z siebie. Każdy mi powie, że to wymaganie rozumie się samo przez się i że nie sposób, żeby przez zmysł polityczny rozumieć co innego.

Studiowałem tę sprawę na przelicznych przekładach rozmaitych okresów i stosunków w dziejach Europy i doszedłem indukcją historyczną do przekonania, że współcześni nigdy nie umieją wiązać należycie wypadków i sposobności, i że w kombinacji największych nawet statystów danego pokolenia wynikną zazwyczaj skutki nieprzewidywane. Wielki przykład tego przytoczyłem w rozdziale o współmierności. Zmysł polityczny w tym znaczeniu niemal tedy nie istnieje! Co uważa się racjonalnie za warunek jakoby prymitywny, skromny, elementarny, to właśnie jest sztuką arcytrudną, z reguły niedostępną nawet dla najwyższych majstrów życia publicznego. Indukcja historyczna poucza o tym.

Tą samą drogą da się stwierdzać przeraźliwy brak zmysłu politycznego w rządach Anglii przez cały ciąg jej historii, co nie poprawiło się bynajmniej za naszych czasów. Anglia stoi tak wysoko wcale nie zmysłem politycznym, lecz nadzwyczajnym iloczynem społecznym, z którego wytwarza się siła polityczna tak olbrzymia, iż chociaż połowę jej zmarnuje brak zmysłu politycznego, druga połowa wystarczy, żeby cel ostatecznie został osiągnięty. Niemiecki zaś zmysł polityczny cierpi na krótkowzroczność. Bismarck nawet, największy z ich mistrzów politycznych, sam dał inicjatywę do wytworzenia się stosunków takich, które miały w przyszłości obalić jego własne dzieło. Nie orientował się na większą odległość czasu, skutkiem tego sam własnymi rękoma przygotował burzenie wszystkiego, co budował.

To, co uważa się powszechnie za coś całkiem naturalnego, jest fenomenem niesłychanej rzadkości, czymś arcytrudnym nawet dla najtęższych głów, tak niedostępnym intelektowi nawet najbardziej wyćwiczonemu, iż absolutnie nie można brać za złe Bismarckowi, iż okazał w tej materii znaczne braki.

Zdaje mi się, że zmysł polityczny nie może się wyrabiać bez towarzystwa zmysłu historycznego, ten zaś musi niedomagać, skoro się nie uwzględnia czynnika o największej mocy, tj. cywilizacji. Nawiasem zapytamy, czy zmysł polityczny z przewidywaniem przyszłości może się wykształcić na większą skalę bez stosowania się do praw dziejowych, a tym mniej bez najmniejszej ich znajomości? "Robić historię", nie znając jej praw? można, lecz tylko na ślepo, po omacku, przypadkowo i na krótką metę.

W toku swych licznych praw nie dostrzegałem bynajmniej, żeby Polacy mieli zmysłu politycznego jeszcze mniej od innych. Niedostatek ten dzielili i dzielą z całym światem. W każdym ośrodku wielkich zrzeszeń brak ten zaznaczać się może innymi niedomaganiami. Przy rozmaitości cywilizacji, wiar, narodów, państw, materialnych i duchowych warunków bytu, najpospolitsze nawet rzeczy i sprawy przybierają rozmaite formy. Inne są tedy objawy braku zmysłu politycznego w Niemczech, Anglii, w Polsce. Czyż mogłoby być inaczej?

Najogólniejsza przyczyna polskich błędów politycznych, zdaje mi się tkwić w stosowaniu (często!) metod literackich do polityki. Pochodzi to ze swoistego polskiego wykształcenia ogólnego. Punktem ciężkości stało się u nas wykształcenie literackie. Są tego przyczyny głębokie. Przez czyściec dziejów porozbiorowych przeprowadził nas nie kto inny jak Mickiewicz. Literatura utrzymała nas w poczuciu narodowym, uczyła nas patriotyzmu, a wielka poezja dowiodła, żeśmy nie na szarym końcu narodów. Sprawa zrozumiała, żeśmy znawstwo literatury przyjęli za kardynalny słup wykształcenia; tylko to źle, że po większej części nie umieli dokładnie nic poza literaturą. Doszło do tego, że gdy zejdą się u nas rejent, sędzia i adwokat, nie roztrząsają żadnego zagadnienia prawniczego, lecz dysputują (i to jakże biegle) o Wyspiańskim. Pięknie to, że interesują się poezją i oby to zainteresowanie pozostało; trudno nie pomyśleć, jakby to było dobrze, gdyby ci trzej rozmówcy posiadali też zainteresowanie np. do filozofii prawa.

Przeciw wyłączności w królowaniu literatury zareagowała - i to ostro - w ostatnim czasie młodzież szkół średnich. Narzekają na to wszyscy poloniści, że uczniowie nie okazują już zapału do nauki piśmiennictwa, że są "zmaterializowani", gdyż zajmują ich bardziej konstrukcje aeroplanów, niż figury poetyczne. Przyczyną tego objawu nie jest materializm, lecz odzyskanie niepodległości, istnienie własnego państwa. Literatura utraciła poprzednią doniosłość, zeszła z tronu. Chłopca dorastającego zajmuje dziś więcej broszura polityczna, niż komentarz z łamigłówek z "Wyzwolenia". Nie zamierzam roztrząsać pytania, czy to lepiej, czy gorzej, bo to byłoby próżne przekładanie subtelności racjonalnych i irracjonalnych. Przyjmuję fakt, na który nikt nic nie poradzi, a skoro na tronie wznoszącym nad polskim wykształceniem ogólnym zachodzi wakans, wolę zastanowić się, kogo teraz na ten tron powołać. Pragnąłbym gorąco, żeby nasi pedagodzy zastanowili się nad tą sprawą arcydoniosłą. Jeżeli wolno objawić własne zdanie, sądziłbym, że byłoby najlepiej zrobić z geografii nowy fundament naszego ogólnego wykształcenia. Nie znam nauki kształcącej wielostronniej, w której każde usposobienie i wszelkie zamiłowanie znajdzie sobie dział odpowiedni (wybór ogromny!). Jedne graniczą z naukami przyrodniczymi, drugie z humanistyką, od astrogeografii do antropogeografii. Sądzę, że musi się wybić wyżej naród, w którym wykształcenie geograficzne stanie się powszechnym; wszakże ten naród będzie znał się najlepiej na wszystkim i w zasięgu myśli politycznej.

Takie daje wyniki bliższe zbadanie dwóch głównych rzekomo wad "narodowych" polskich: niesforności i braku zmysłu politycznego.

Nie zamierzam przechodzić po kolei wszystkiego tego, co się nam ogólnie zarzuca. Pióro chwyta się wtenczas, kiedy ma się do powiedzenia coś nowego. Pragnę zwrócić uwagę na cztery wady w Polsce, dotychczas nie dostrzegane.

Posiadamy fatalną zdatność, żeby marnotrawić najlepszych spośród nas i pomysły genialne. Zdarzała się nieraz wielkość, lecz rzadko znajdywała zrozumienie we własnym środowisku. To zdarzało się wszędzie, lecz w Polsce, niestety, jest niemal regułą. O tezie Kopernika polemizowano wszędzie i sprzeciwiano się jej długo; lecz Polska ani negatywnie nie brała w tym udziału. Zapomniano również o Kopernikowskich odkryciach co do waluty. Jakby Kopernik nie był istniał!

Ręce załamywać nad zmarnowaniem Włodkowica i Kopernika! Szkoła Pawła Włodkowica z Brudzenia, kończy się po wojnie 13-letniej, która zamieniła się na "wojnę z całą nacją niemiecką". Rozumiano przez to wyrażenie to samo, co dziś nazwalibyśmy kulturą niemiecko-bizantyńską. Po pokoju toruńskim przerwała się nauka stosowana, czerpana z pism Włodkowica, albowiem nie minął jeszcze wiek XV, a Polacy zapomnieli, że posiadali kiedykolwiek Włodkowica. Wojna "z całą nacją" zakończona połowicznym pokojem 1466 r., nie miała potem żadnej kontynuacji. Jakby zapomniano, że Niemcy istnieją, aż w końcu królów stamtąd sprowadzano!

Wszystkie dynastie na tronach europejskich były narodowe, oprócz Polski nowożytnej. Nigdzie nie panował cudzoziemiec, a w Polsce zastrzegano się przeciw "Piastowi". A gdy zdarzył się Leszczyński, potem Sobieski, zmarnowano ich. Gdy w Konstytucji 3 Maja wypadło wskazać przyszłych królów, nawrócono do domu saskiego. Gdyby dziś nastały okoliczności, dopuszczające działania polskiego obozu rojalistycznego, zaczęlibyśmy znowu obnosić koronę polską po obcych dworach, poszukując łaskawcy, który byłby łaskaw ją podjąć - i uważalibyśmy nadal za dogmat, że Polska nie powinna mieć dynastii narodowej.

Doktrynerom ciągnącym na tron cudzoziemców, zadajmy pytania, czemu się nie sprowadza obcego na prezydenta Rzeczpospolitej? Jeżeli nonsensem byłby taki eksperyment kilkuletni, tym gorszym jest, gdy go się przedłuża dożywotnio i dziedzicznie. Synowie Zygmunta III byli niewątpliwie gorącymi Polakami, ale nikt z Wazów nie umiał rządzić po polsku i dlatego nie potrafił rządzić Polską.

W czasach nowożytnych nabraliśmy dwóch wad. Odznaczamy się nieuctwem w zakresie dziejów ojczystych, tudzież brakiem miłości dla języka ojczystego. Wady te wyrosły nagle, a całkiem niespodzianie. Jeszcze za mojej pierwszej młodości lektura dzieł historycznych stanowiła jakby obowiązek szanującego się obywatela, posiadającego choćby średnie wykształcenie, a miłość języka polskiego graniczyła z fanatyzmem. A dziś?

Jeżeli zgadzamy się z tezą, że teraźniejszość zawisła jest od przeszłości, musimy uznać studia historyczne za rzecz bardzo pożyteczną. Nieuctwo w zakresie historii bywa rzeczywiście niebezpieczne. Mylne poglądy na przeszłość wiodą do błędnych postanowień. Niestety Polska roi się od najfałszywszych poglądów historycznych. Dotknę tylko niektórych przykładów.

Uniwersytet Jagielloński nie był wcale powtórnie założony w r. 1400, lecz od wstępnej swej inauguracji ("artes") aż do skompletowania musiał przebyć czas dojrzewania, który we wszystkich uniwersytetach europejskich wyniósł mniej więcej całe jedno pokolenie.

Św. Stanisława biskupa Galus niekoniecznie nazywa zdrajcą. Zdrajca po łacinie "trador", a "traditor" może znaczyć wykładającego, komentującego, nawet kaznodzieję. Spór był nie o politykę zewnętrzną, lecz wewnętrzną (w związku z rozpoczętą wówczas emancypacją rodziny).

Wyraz "Ruś" nie oznaczał w wiekach średnich pewnego żywiołu etnograficznego, lecz kraje, nad którymi panowali Rurykowicze. O etniczną stronę zaludnienia nikt się wówczas nic troszczył.

Dawną ziemią "Grodów Czerwieńskich" nie jest województwo lwowskie, lecz Chełmszczyzna.

Tzw. Ruś Czerwona jest ziemią osadniczą dla Rusinów, którzy osiedlać się w niej poczęli dopiero w drugiej połowie XIII wieku (po pierwszym najeździe mongolskim); dla Polaków jest zaś krajem rodzimym. Świadczy kronika "Nestora", jako w r. 981 "ide Wołodimier k Lacham i zają horady ich". Lachy - to są Polacy. A zatem województwo lwowskie jest ziemią "staropiastowską".

Ziemia ta bywała na przemian pod Piastami i Rurykowiczami. Nieprawdą jest, żeby na stałe wróciła była pod Piastów ostatecznie w r. 1340. Poprzednik Kazimierza W. na grodach Halicza i Lwowa, od r. 1324, Bolesław Trojdenowicz, był także Piastem (z książąt mazowieckich, na Sochaczewie).

Nieprawdą jest jakoby "chłopi" istnieli już za pierwszych Piastów! Również nieprawdą, jakoby szlachta była "zabrała ziemię chłopom". Nigdy ani jednego łokcia.

Przykładów podobnych można by przytoczyć długi niestety szereg. Ogół naszej inteligencji obchodzi się bez wykształcenia historycznego.

Jeszcze boleśniejszym jest dziwna obojętność wobec psucia języka polskiego. Od literatów nie wymaga się, żeby się uczyli języka polskiego, piśmienniczego! Jeżeli tak dalej będzie się brnęło w lekceważenie, dojdziemy do tego, że prawodawcą języka "literackiego" będzie pijaczyna, wyrzucony z karczmy. Realizm językowy zrozumiano w Polsce, jako zarzucenie języka piśmienniczego. Zapewne ten język wymaga studiów, dużo pracy! Poszli na łatwiznę, żeby wszystko pisać "jak się mówi", tj. jak mówią tacy, którzy języka polskiego nie uczyli się zgoła.

Doszło do tego, że licznym osobom zawadzało bogactwo językowe, bo przydaje trudu. Np. odróżniano rodzaje w deklinacji przymiotników i zaimków. Zniesiono to i kazano tym częściom mowy być zawsze rodzaju męskiego. Polska jest tedy zaludniona "pięknymi Polkami". To okaleczenie języka polskiego wprowadzono pod pozorem reformy ortografii. Co ortografia ma do rodzajów gramatycznych? Ani też nie ma nic do wymowy, a tymczasem kazano bardzo wiele wyrazów wymawiać nową wymową, przemyconą również pod wiechą reformy ortografii. Wprowadzono wymawianie monstrualne, jakiego nie ma w żadnym narzeczu, całkiem sztuczne, lecz które narzuca się ze zmian pisowni. Nie można się zadziwić, że tego nie spostrzeżono. I że nie znalazł się ani jeden wydawca, ani jeden redaktor, ani jedna drukarnia, która by nie była przyjęła tej nieszczęsnej i szpetnej reformy (autorowie nie mają głosu).

Ortografię tę gani się powszechnie, lecz przyjęto ją w imię karności społecznej, rozumianej opacznie. Ileż razy słyszałem argumentowanie, że przecież trzeba wreszcie zerwać z polskim warcholstwem i słuchać! I oto jesteśmy zgodni tam, gdzie obowiązkiem protest! A kto w tym przypadku komenderował, lepiej nie mówić. Uczeni językoznawcy odegrali niepotrzebnie rolę parawanu (może także w imię karności).

W czasach, gdy uczyliśmy młodzież przede wszystkim literatury, nie było nigdy w naszych szkołach nauki stylistyki polskiej, ani estetyki języka. Kochało się język polski, nie zdając sobie wcale sprawy z tego, że to jest język piękny i że należy uczniów rozkochać w tym pięknie. Znawstwo języka z tej strony stanowiłoby walną część wykształcenia estetycznego, na równi ze znawstwem plastyki lub muzyki. Polacy stanowczo za mało się znają na języku polskim i nie zdają sobie sprawy z niezmiernych jego zalet.

Jakże mamy szerzyć w Słowiańszczyźnie znajomość języka polskiego, skoro sami przestajemy należycie go oceniać i kochać!

Nie ma tak ciężkich wad, z których nie można by się wyleczyć, a zwłaszcza, skoro charaktery narodów są zmienne. Sumienniejsze obchodzenie się z językiem i z historią narodową pogłębiłoby nasz patriotyzm i zbliżyłoby go na tory duchowo produktywniejsze, niż dotychczas. Świadomość warunków bytu, dodatnich i ujemnych, ułatwiałaby wybór dróg właściwych i skutecznych dla ocalenia godności i realnej wartości stanowiska narodu historycznego. Rozważywszy głębiej wszystko, co mamy, i zestawiwszy z tym, czego nam brak, musielibyśmy dotrzeć wreszcie do zagadnienia zasadniczego: że tak przeszłość nasza, podobnie teraźniejszość i budząca trwogę przyszłość - stanowią zagadnienie przede wszystkim cywilizacyjne.

Czy będziemy na nowo narodem czynnym historycznie, posiadającym wpływ na stosunki międzynarodowe, mogącym mieć pole dla swej ekspansji, a umiejącym ekspansji dokonywać - to zależy bezpośrednio, ale też bezwarunkowo, od tego czy zdołamy rozwiązać u siebie zagadnienie cywilizacyjne.

W Polsce jest cywilizacji cztery. Jeżeli zamierzamy tworzyć państwo cywilizowane równocześnie na cztery sposoby, nie utworzymy nigdy państwa poważnego i silnego, a promieniującego na zewnątrz, nęcącego ku sobie. Jeżeli zaś dla narodu polskiego marzy ktoś o mieszance z czterech cywilizacji, jest trucicielem polskości.

Zaklęte koło mieszanek wytworzyło juz kołobłędy w całej Europie. Jedyne ocalenie w możliwości, że wreszcie wsunie ktoś w tę mgławicę mieszanek jakiś pierwiastek stały tego rodzaju, iż by około niego mogła wytwarzać się nowa krystalizacja. Kto tego dokona, a raczej kto da do tego hasło, kto rozpocznie działalność w tym kierunku, temu nie zabraknie adeptów. Całe rzesze powitają w nim wybawcę.

W mieszance osiąga cel ten tylko, kto chce łowić ryby w mętnej wodzie, kto zmierza do rozkładu cywilizacji łacińskiej i do wyniszczenia katolicyzmu. Kto nie należy do wrogów krzyża i cywilizacji łacińskiej, dla takiego mieszanka cywilizacyjna jest zabójczą. Niestety zastępy wyznawców chrześcijaństwa i zdecydowanych "łacinników" są obałamucone, a straciwszy kierunek, kręcą się w kółko! Tragedią Mussoliniego było to, że marzył o wielkości cywilizacji łacińskiej za pomocą Włoch, lecz używał do tego celu środków zaczerpniętych z cywilizacji bizantyńskiej (przymus zakazów i nakazów, jednostajność i mechanizmy).

My w Polsce toniemy w mieszance gorszej niż gdziekolwiek w Europie. Wpływy turańskie uderzają w nas nie tylko z Rosji, lecz niemniej z Rusi. Znaczna część zaludnienia Rusi, to potomkowie Połowców, Pieczyngów, "Krągłych Kłobuków", itp. nie mówiąc o późniejszej mieszance z Tatarami. Tym się tłumaczy, że Rusin bywa nader często biochemicznie krwi B, gdy tymczasem my jesteśmy A (mieszanka tych przeciwnych rodzajów krwi nie jest wskazana przy transfuzji - groziłoby to śmiercią). Obok tego jest na Rusi niemało krwi słowiańskiej, a wśród tego liczni Polacy, zrutenizowani przez Cerkiew.

Rusini sami jeszcze nie wiedzą, do jakiego należą narodu. Przynajmniej połowa uważa się za Rosjan, a mowę swą za narzecze języka rosyjskiego. Zwolennicy odrębności narodowej przyjęli nazwę "Ukraińców" (naród nie wiedzący jak się nazywa! mogący zmienić nazwę!), lecz my me mamy żadnego powodu zmieniać nazwy Ruś i Rusini, używanych od czasów Bolesława Chrobrego.

Trzeba sobie zdać sprawę z tego, że kwestia ruska jest bardzo niewiele wyznaniową i dość niewiele narodową, lecz na wielką skalę kwestią cywilizacyjną.

Jeszcze dobitniej występuje to w Letuwie, której inteligencja poddała się już przed wojnami wpływom kultury rosyjskiej. Lud sam turańszczyzną jeszcze nie zarażony.

Jeżeli nastanie restytucja panowania cywilizacji łacińskiej, kwestia narodowości ruskiej i letuwskiej załatwi się bez trudu i w zupełniej zgodzie z Polską. Będzie to objawem prostej konsekwencji wypadków. Chodzi jednak o to, żeby Polska przedstawiała dla tych ludów wartość cywilizacyjną, żeby była czymś zdecydowanym, a nie grzęzawiskiem mieszanki. W czasach krytycznych nikt nie będzie szukać oparcia o nijactwo.

Powodzenie spraw polskich zawisło od trzech warunków: równowaga, kierunek, ciągłość. Jest to prawidło powszechne; dla Polski nie ma wyjątku. Równowaga duchowa czy społeczna szwankuje u nas, ponieważ personalizm osłabiał się w ostatnich dwóch pokoleniach polskich. Ciągłości nam brak, bo raz wraz wydarzenia polityczne przerywają nam prace kulturalne.

Tym większy nacisk wypada u nas na kwestię kierunku. W mieszance cywilizacyjnej mieszają się kierunki i plączą, aż wytworzą kołobłęd.

My, którzy zamęczyliśmy się w gonitwie za błędnym ognikiem syntezy ze Wschodem (a urojenie to ma jeszcze teraz swych zwolenników), musimy tym dobitniej zaznaczać swą przynależność wyłącznie do cywilizacji łacińskiej. Trzeba nam wracać do kultury polsko-łacińskiej. Gdy się odsunęliśmy od niej niegdyś, społeczeństwo polskie popadło w zastój, państwo upadło, a narodowość musiała ciężko walczyć o swe istnienie. Skutki trwają dotychczas.

Nie możemy pozostać nadal przy bezkierunkowości. Musimy odrzucać wszelkie naleciałości cywilizacji turańskiej, bizantyjskiej i żydowskiej, oczyścić sobie trzon cywilizacji łacińskiej i dbać, żeby puścił nowe pędy. Cokolwiek czynimy, powinno być współmierne z zasadami cywilizacji łacińskiej. Odrodzi się tym samym duch polski i organizm narodowy nabierze nowych sił.

Taki nawrót oddziałałby na ościennych. Oni spostrzegą także wreszcie, że na dnie wszystkich przesileń tkwi sprawa cywilizacyjna. Jeżeli my sami będziemy czymś jasno określonym cywilizacyjnie, jeżeli będziemy wybitnie przedstawiać typ cywilizacji łacińskiej, ościenni będą mogli kierować się ku czemuś stojącemu mocno. My powinniśmy wyprowadzić swym przykładem innych z ich bezdroży na tory wspólnej cywilizacji łacińskiej. Gdy sami odzyskamy kierunek, będziemy go mogli wskazywać innym. Oto jest "idea słowiańska", a wszystko inne jest brednią.

Któż zechce kierować się ku polskiej trzcinie chwiejącej się aż od czterech wiatrów? W takim wirze my sami tracimy oczywiście orientację, i dopuszczamy się błędów, które pozbawiają nas powagi i zrażają do nas.

Wielkie interesy polityczne mieszczą się w tym, żeby świecić sąsiadom dobrym przykładem. Niegdyś państwowość polska przynęcała ościennych. W nowej Polsce rządy muszą być takie, żeby wywierały atrakcję. Musimy zdobyć się na nowy typ państwa według cywilizacji łacińskiej. W takim razie ościenni będą mogli upatrywać i swój interes w rozwoju naszego państwa; na pewno zaś powstałyby wszędzie silne stronnictwa polonofilskie, uznające również potrzebę nawrotu do cywilizacji łacińskiej.

Inaczej będziemy musieli poprzestać na stanowisku jakiegoś trzeciorzędnego państwa, zahukanego zewsząd.

Powtarzam: tylko jasny, zdecydowany kierunek przynęca przyjaciół. Kto chce się podobać wszystkim, taki będzie przez całe życie dreptać w kółko.

Patriotyzm albo rozwija się doskonałe, albo też popada w zastój i słabieje, stając się mniej zdatnym do kultury czynu. W miarę rozwoju stosunków przybywa patriotyzmowi obowiązków. Trzeba będzie zaliczyć do nich dbałość o stanowisko narodu wobec cywilizacji łacińskiej.

Tym różni się patriotyzm od nacjonalizmu, który jest wyłącznie egoistyczny, a sprawami narodu kieruje się bez względu na innych, w mylnym mniemaniu jakoby można było być pożytecznym swemu narodowi na trwałe, choćby się było szkodnikiem dla całego świata. Pod hasłem sobkostwa narodowego (sacro egoizmo, egoizm narodowy) nie zaszło się nigdzie daleko.

Patriotyzm nie wyklucza życzliwości względem innych i chwyta się sposobów, żeby wyniesienie własnego narodu oparte było na pożyteczności innym narodom, ażeby pożytki własne wychodziły zarazem innym na dobre. Nacjonalizm jest ekskluzywny i opiera pomyślność własnego narodu na niepowodzeniu innych. Nie cofnie się przed podbojem i uciskiem, podczas gdy patriotyzm zmierza do większych zrzeszeń politycznych drogą dobrowolnych układów. Uniwersalizm patriotyczny staje się dobrodziejstwem dla ościennych, nacjonalizm często przekleństwem. Tamten dopomaga do rozwoju wszystkich, ten gotów niszczyć wszystko koło siebie. Jeżeli zetkną się dwa prądy patriotyczne dwóch narodów, powstaje tendencja do zbliżenia się, do łączności, do pokoju wieczystego na ich obszarach; gdy tymczasem z zetknięcia się dwóch nacjonalizmów musi wyniknąć wojna.

Wyniesienie własnego narodu można oprzeć na pożyteczności innym narodom. Patriotyzm nie wyklucza życzliwości względem innych, jakkolwiek musi się odróżniać przyjaciela od wroga.

Wartość narodu zależy od tego, w jakim stopniu przyczynia się do podniesienia ogólnego szczebla cywilizacyjnego. Trzeba być przydatnym postępowi powszechnemu, inaczej jest się lekceważonym. Trzeba tedy mieć swój kierunek zdecydowany.

Nie można w naszym okresie historii, naprawdę powszechnej, zamknąć się pomiędzy bezpośrednimi potrzebami własnego narodu w danej chwili. Na manowce zejdzie naród, który nie będzie uwzględniać potrzeb ogólnych cywilizacji łacińskiej. Każdy naród winien mieć ambicję, żeby być jak najbardziej pożytecznym ogólnemu zespołowi naszej cywilizacji. Nie znaczy to, żeby miał w czymkolwiek porzucić interesy własne, lecz powinno się poszukiwać sposobów, jak je pogodzić z interesem Europy, przynależnej do cywilizacji łacińskiej. Sposób na to znajdzie się zawsze. Głupotą byłaby ustępliwość zasadnicza wobec interesów obcych, dlatego, że obce; co obce nie jest jeszcze przez to samo dobrem ogółu. Gdyby np. kto proponował, żeby zapewnić sobie przyjaźń sąsiadów, odstępując im ościennych prowincji własnego państwa, nie byłby żadnym "ideologiem", lecz prostym głupcem.

Największą przysługą dla dobra Europy Łacińskiej będzie wszechstronna dbałość o rozwój cywilizacji łacińskiej u siebie i wytwarzanie światopoglądu politycznego współmiernego z nią. Przodować w Europie będzie ten, kto ją wyprowadzi na otwartą bitą drogę rozwoju cywilizacji łacińskiej, niestety wielce w naszych czasach przez Europejczyków zaniedbanej.

Jeżeli pewien naród chce być czymś pozytywnym w tej ogólnej cywilizacji, do której przynależy, musi jej być pożytecznym. Cywilizacja łacińska musi odczuwać potrzebę tego narodu, korzyść swą w jego istnieniu. Biada narodowi, którego byt stanie się obojętnym dla innych narodów cywilizacji łacińskiej. Do spółki narodów trzeba koniecznie włożyć jakiś pożądany wkład; inaczej na wspólnika nie przyjmą.

Kierunek ducha narodowego winien być tak wymierzony, ażeby dało się dopilnować ściśle własnych interesów narodowych, z pożytkiem zarazem dla innych, należących do tej samej cywilizacji. Interes narodowy musi nabyć współmierność z interesem cywilizacji łacińskiej. Trzeba kochać swój naród z całej duszy, ale ostrzegać i przestrzegać, że musi coś z siebie dać, jeżeli chce coś nawzajem od Europy otrzymać. Ażeby mieć coś do dania w zakresie cywilizacji wspólnej, tj. łacińskiej, trzeba samemu tą cywilizacją się przejąć i celować wszechstronnie w jej uprawianiu.

Tak nam jako też całej Europie trzeba zorganizowanej pracy zbiorowej, w kierunku łacińskim. Rzeczy wielkie może odkryć, wskazać, obmyśleć talent i natężenie umysłu jednostki; wykonać zdoła tylko praca zbiorowa. Wiadome zaś są nam już sprawy tak wielkie, iż przerastają siły jednego narodu.

Ktoś w Europie musi stać się pionierem "łacińskiego" ruchu międzynarodowego. Z ruchu cywilizacyjnego musiałby wytworzyć się prąd umysłowy ogólno-europejski (jakim np. był w swoim czasie humanizm).

Czyżby Polska nie mogła być tym pionierem? Dlaczego Polska nie miałaby wytworzyć w myśl własnej kultury programu chrześcijańskiego nowoczesnego życia zbiorowego?

W jakimże kraju nie powstałyby grona ludzi najwybitniejszych, spragnionych nowego rozkwitu cywilizacji łacińskiej? Czyż w takim razie polskość nie byłaby osadzona mocno w powszechności europejskiej? Zaiste, nie można wyświadczyć polskości większej przysługi, jak wszczepiając jej to tło powszechno-dziejowe. Pielęgnowanie cywilizacji łacińskiej na skalę europejską, dla siebie i dla Europy, stałoby się tworzywem sił nieprzemożnych. Oto jest skała, w którą, gdy uderzy moc twórcza, wytryśnie z niej źródło ożywcze dla nowych pokoleń. Czy nie pozyskiwalibyśmy tym samym przyjaciół? Czy nie zaniosłoby się na koniec temu przykremu stanowi rzeczy, że nie mamy nigdzie przyjaciela?

Oto droga do uniwersalizmu polskiego! Gdyby Polska stała się odnowicielką cywilizacji łacińskiej, otwarłaby się dla niej przyszłość wspaniała.

Obowiązek nasz i misja historyczna ta sama, co niegdyś: krzewienie cywilizacji łacińskiej. Oczywiście przede wszystkim wśród Rusi i Letuwy. Chcąc temu sprostać musimy świecić sami przykładem czystości tej cywilizacji u siebie.

Nie sposób nic zwrócić tu uwagi na unię cerkiewną. Doświadczenie historyczne stwierdza, że przyjmowanie unii nie pociąga za sobą wcale porzucenia cywilizacji turańskiej. Nie róbmy unii sztucznie! Polska propaganda unijacka była rodzajem brzuchomówstwa, gdy polscy księża łacińscy przechodzili na obrządek bizantyjski. Sprzeciwiać się unii stanowczo nie wolno, lecz wolno powiedzieć: Niechajże Rusini i Rosjanie sami unię propagują! Nikt im przeszkadzać nie będzie.

Być może, że cywilizacja turańska dozna na Rusi uszczerbku dla tych samych przyczyn, jak niegdyś po wojnach kozackich. Prawdopodobnie część inteligencji ruskiej sama dokona stanowczego zwrotu ku cywilizacji łacińskiej. Rozmiary i skuteczność tego ruchu zawisłe będą w znacznej mierze od tego czy cywilizacja łacińska będzie wśród nas samych dość silną, iż by mogła promieniować i nęcić innych. W pierwszym rzędzie chodzi o to, by kultura polska nie podlegała wpływowi turańszczyzny.

Czeka nas praca olbrzymia, bardzo długa i niełatwa, żeby doprowadzić Polskę do stanu takiego, iż by stała się uznanym w Europie czynnikiem duchowym. Może na świecznikach inteligencji europejskiej rozbudzi się wreszcie świadomość, że istnieją dwa naczelne szeregi pojęć i że Europa albo przystanie bez zastrzeżeń do szeregu personalistycznego, albo zabagniona do reszty w mieszance cywilizacyjnej, utraci wszystkie swe walory. My sami winniśmy z całą stanowczością przyznawać się do szeregu, którego celem i skutkiem supremacja sił duchowych nad fizycznymi. Miejmyż przy tym na uwadze, że w cywilizacji łacińskiej siła polityczna rodzi się ze społecznej, a w iloczynie społecznym czynniki duchowe występują na pierwszy plan.

Wyniszczenie ziem polskich, zrabowanych do cna, będzie utrudniać każdą naszą pracę. My potrzebujemy po odzyskaniu niepodległości przynajmniej stu pięćdziesięciu lat pokoju, jeżeli mamy nabyć możność, żeby zdziałać coś na skalę historyczną. Albowiem trzeba nam koniecznie większej zamożności, zgęszczenia ludności i większego zróżniczkowania społecznego.

Obie te kwestie łączą się. Sama gęstość zaludnienia może stać się czynnikiem zastoju, jak to widzimy na przykładzie Chin. Chorują na niedostatek zróżniczkowania. Zawody powinny być na każdym terytorium rozłożone w ten sposób, żeby żaden z nich nie był zagrożony przeludnieniem zawodowym; a na to jedyna rada w tym, żeby na każdym terytorium było zawodów jak najwięcej.

Odstraszającego zaiste przykładu dostarcza przeludnienie rolnicze wsi polskiej. Jedyny szczęśliwy wyjątek stanowi Śląsk, ale też tam mamy po wsiach spedytorów lokalnych, monterów, zegarmistrzów, nawet tapicerów. Przemysł na wsi wart kulturalnie dziesięciokroć więcej od przyciągania ludności wiejskiej do wielkomiejskich centrów przemysłowych.

Im większe zróżniczkowanie, tym łatwiejszy trafny wybór zawodu, tym więcej osób zadowolonych z życia i tym łatwiej o solidarność społeczną.

Chodzi o rodzaj i chyżość pochodu historycznego najbliższych pokoleń. Na wstępie tej drogi rozbrzmiewa (a raczej grzmi!) pytanie, jaki tok myśli przekażemy najbliższemu pokoleniu. Bądźmy duchowo samodzielni, nie oglądając się na to, że w Anglii lub Francji jeszcze czegoś nie zrobiono. Czyż tylko w urządzeniach rewolucyjnych wolno nam wyprzedzać tamtych?

Rewolucyjność może z nas zrobić prosty żywioł etnograficzny pozbawiony zdatności do rozwoju. Zgniotłaby do reszty polskość na ziemiach polskich. Pragnąć jej w Polsce może tylko zła wola, wychylająca się z cywilizacji obcych polskości, albo też mózgi niedostatecznie rozwinięte.

Niniejsza rewolucyjność wywodzi się cała z socjalizmu. Popularyzował się łatwo, nęci umysły najszerszych warstw, bo propaguje się krótkimi, jędrnymi hasłami. Na nic walka z nim, póki się nie zdobędziemy na broń analogiczną. Potrzeba nam do tego nowych abstraktów. Będziemy je mieli, skoro tylko zdołamy pożądane cele przybrać w teorie trafne i na czas. Oto zadanie nauki polskiej! Albowiem ten prąd nadaje kierunek, który zdefiniuje się ściśle w abstrakcie wyrażonym jędrnie, a zrozumiałym ogółowi. Jeżeli prądowi pozytywnemu brak hasła odpowiedniego, wyrażonego stosownie, jakże ma stawić czoło prądom negatywnym?

O rozwoju naszym historycznym zdecyduje możliwość lub niemożliwość postępu w pojęciach abstrakcyjnych; tudzież możliwość lub niemożliwość wcielania ich.

Bez nowego abstraktu, nie wytworzy się nowego obozu, ani nowego stronnictwa, licznego i popularnego. Jak dotychczas wytworzono w Polsce trzy hasła. Brzmią one jak następuje:

1. Nie można być cywilizowanym na dwa sposoby!

2. Równaj w górę, nie w dół!

3. My chcemy etyki totalnej!

Oto bity gościniec powodzenia narodu polskiego. Zachodzi wielkie prawdopodobieństwo, że znaleźlibyśmy naśladowców. Bądźmy pionierami wielkiej sprawy powszechnej (największej, jaka tylko być może), a tym samym będziemy wysuwani z szarego końca Europy na miejsce coraz przedniejsze. Niechaj cała racja naszego państwa nie zasadza się na tym, żeby było o jedno państwo więcej. Miejmy swoje oblicze i bądźmy pożyteczni Europie!

Trzeba okazać myśl własną i własną wartość. Nasza misja polega na tym, żeby wprowadzać moralność do polityki. Tego się trzymajmy.

Państwo nie uznające etyki będzie państwem turańskim, bizantyńskim, żydowskim, lecz nie łacińskim.

Zabierzmy się tedy do roztrząsania etyki państwowej! W imię etyki totalnej! Może się znajdzie hasło trafniejsze i lepsze, lecz póki nie nastąpi taki embarras des richesses, dobrze byłoby operować tym, co jest; a tymczasem wcale się tego nie robi. Oby jak najwięcej umysłów pracowało nad tym problemem nauki stosowanej!

W języku życia powszedniego ujął te same w gruncie rzeczy sprawy Wojciech Górski, znakomity pedagog warszawski (zmarł 1934). Powiedział:

"Człowiek kompletny powinien mieć w porządku trzy rzeczy: serce, rozum i kieszeń. Kieszeń na to, żeby mógł wykonać to, co mu nakazuje serce i rozum."

Rozpowszechniajmy to adagium! Oby stało się przysłowiem polskim!

My, Polacy zginiemy marnie, jeżeli nie będziemy przodować duchowo. Polska nie wyplącze się, jeżeli będzie opuszczać cywilizację łacińską, lecz jeżeli będzie się jej trzymać ściśle, nie tylko się wyplącze, ale zajdzie daleko i wysoko.

W Krakowie, listopad-kwiecień 1946.