Teoria Grunwaldu

Movere nihil aliud est, quam educere aliquid de potentia in actum.

Chcąc określić należycie znaczenie Grunwaldu, należy ten czyn dziejowy badać na tle historii myśli europejskiej, badając, jaki był do niej stosunek Polski, młodszej cywilizacyjnie.

Kultura powstaje najpierw w myśli, a to przez generalizowanie, stanowiące nieodzowny warunek myślenia oderwanego. Brutalne strony życia (cała wielokształtna walka o byt) dostarczają materiału do ustroju społecznego, który o tyle może się rozwijać w kulturę, o ile myśl ludzka zapragnie dane przez przyrodę niejako prymitywne stosunki regulować celowo (w granicach możliwości) czyli, o ile objawią się w społeczeństwie jakieś dążenia. Folklor zna ludy, istniejące od tysięcy lat, nie posiadające żadnych dążeń, nie umiejące myśleć oderwanie, nie nauczone generalizować i "dzikie". Są też inne - w Azji i nieco bliżej - których myśl ograniczyła się do pewnych kierunków, a wyczerpawszy je skostniała; te społeczeństwa przestały myśleć twórczo, bo zaniechały badać nowych stron życia, nasuwanych biegiem dziejów, nie wcieliły ich do swej twórczości i skutkiem tego przestały mieć dążenia lub mają dążenia zacofane, które muszą doprowadzić je do upadku, o ile nie będą porzucone. Jest trzecia kategoria ludów, których cała kultura polega na asymilacji na przejęciu wyższej od sąsiada starszego cywilizacyjnie i na powtarzaniu przebytego już biegu myśli ludzkiej w nowym tylko języku, mutatis mutandis. Czwarta dopiero kategoria i przejmuje i tworzy, bo nie naśladuje, lecz tylko uczy się u starszych, ażeby po pewnym czasie stanąć z nowym, własnym dorobkiem kulturalnym, nie będącym konsekwentnem snuciem coraz dalszych wniosków z przejętych od innych starych założeń, lecz samychże założeń rewizją.

Ograniczoność rozumu ludzkiego i w tym bowiem się objawia, że ani jedno z założeń teorii społecznych nie da się wyzyskać z całą konsekwencją, żeby nie doprowadzić do absurdu. Można to obserwować na wszystkich: od egiptologii do socjalizmu. Nawet dobro - o ile przez człowieka wymyślone - jest tylko ograniczenie dobrem i gdy w rozwoju swem dotrze do tej granicy, musi być wyręczone przez nowe pojęcia dobra społecznego, bo inaczej nastanie zastój i upadek. Asymilowani naśladowcy stają się więc tylko epigonami i giną niebawem po swych mistrzach, bez których nie mogą sobie radzić, podczas gdy lud prawdziwie twórczy może stanąć nawet w przeciwieństwie do byłych swych mistrzów.

Takim twórczym społeczeństwem najwyższej kategorii była Polska aż do połowy XVII wieku, Na ogólnym tle chrześcijaństwa wytworzyliśmy swą własną kulturę, której - niestety - wyrzekliśmy się w XVII w. i do dziś dnia - stokrotne niestety - nie umiemy się zdobyć na zbiorowe dalsze snucie przerwanego wątku. Mieliśmy własne dążenia, bośmy się zdobyli na własne pojęcia o ustroju społecznym i porządku europejskim. Mieliśmy myślicieli, w których umysłach samodzielnych powstały idee, zamieniane w czyn przez statystów i wodzów. Żyliśmy celowo w chrześcijaństwie.

Narzędzia pod snucie osnowy historycznej otrzymaliśmy z zewnątrz. Stało się to w Rzymie w r. 996, skąd Św. Wojciech przywiózł prowincję kościelną polską, zorganizowaną w cztery lata potem. Oznaczało to uznanie równorzędności nowego żywiołu chrześcijańskiego wobec Rzymu ze starszemi Dzieło św. "Wojciecha przybiera pod również twórczą dłonią Bolesława Wielkiego kształt olbrzymiej monarchii słowiańskiej, której pomysł waha się, to kurczy, to rozszerza w wykonaniu, ale trwa ciągle w okresie tzw. bolesławowskim. Szalonemu rozmachowi na zewnątrz nie odpowiada siła wewnętrzna, siła społeczna. Tej nabywa społeczeństwo w tzw. okresie dzielnic książęcych, ku którego końcowi ludność polskiej prowincji kościelnej staje się narodem polskim, kiedy-to pomysły i dążenia, skrystalizowane najlepiej w umyśle arcybiskupa Świnki, zamienia w czyn Władysław Łokietek, którego ja zwykłem zwać Władysławem Niezłomnym. Niebawem potem zrywa się Polska do powtórnego rozmachu na zewnątrz i już za Kazimierza Wielki kładą się fundamenty pod olbrzymią znowu monarchię Jagiellońską.

Wszystko to dokonywało się zgoła odmiennie, niż wśród społeczeństw zachodnich, ale też nie po orientalnemu, nie po bizantyńsku, lecz swoiście, po polsku.

Polska weszła w koło kultury zachodniej, a nie przyjęła zasadniczej podstawy ustroju społeczeństw europejskich, tj. feudalizmu naśladowanego jednak dalej poza Polską, na Rusi. Nigdy nie miano w Polsce pojęcia o tym, że wszystko, co jest pomiędzy monarchią a niewolnikiem, ma być ujęte w ryzy hierarchiczne, tak, że każdy ma być i czyimś suwerenem i czyimś wasalem. Feudalizm wyhodował życie publiczne na Zachodzie, nadał formy ustrojowi społecznemu, był esencyą europejskości do tego stopnia, że przystosowywał się do niego Kościół, ażeby mógł wejść wewnątrz społeczeństw - a Polska go nie przyjmuje i pomimo to pozostaje o własnych siłach córą Zachodu, rozwijającą się na podstawie rodzimego ustroju rodowego, stanowiącego jak najjaskrawsze przeciwieństwo feudalizmu.

Wobec takiego przeciwieństwa musiały być nieporozumienia. Jakoż ślady tego stanu rzeczy sięgają aż w głąb wieku XII.

Czy rozumieli wojownicy Bolesława Krzywoustego, o co chodzi cesarzowi, że gotów nie tylko pozostawić go na tronie w spokoju, ale zostawić mu najzupełniej własną wolę, byle tylko dał jakiś mały znak, że uznaje nad sobą zwierzchnictwo cesarskie? Wielkie wojny o to, czemu poddawało się bez szemrania tyle rodów na Zachodzie, świetniejszych w oczach świata od Piastów! W Burgundii np. musiał się taki opór wydawać uporem barbarzyńców, nie ucywilizowanych jeszcze należycie. Wszak wszyscy panowie chrześcijańscy są wasalami cesarza "rzymskiego", bo tego wymaga prawo, porządek europejski i dobro "całej familii chrześcijańskiej". Tak ustanowiono w zgodzie ze Stolicą apostolską za Karola Wielkiego, monarchy prawdziwie wielkiego, od którego zaczyna się nowy okres dziejów.

Święty Augustyn potępił imperium rzymskie i całą historię rzymską w latach 413-426, kiedy pisał swe dzieło "De Civitate Dei" - a swoją drogą w tymże samym jeszcze wieku powstają nowe państwa europejskie na trądycjach, uchwyconych z resztek tegoż imperium, a w trzy wieki potem, w r. 800, sam papież wznawia imperializm, koronując Karola W. Św. Augustyn miał zupełną słuszność, zżymając się nad zbrodniczością dziejów rzymskich, ale ta Afryka, która się przejęła jego wywodami, nie obudowała po upadku imperium sama nic nowego, podczas gdy państwowość rozkwitnęła na nowo w zachodniej Europie, przyznającej się do spadku po zbrodniczym Rzymie.

Nie daje się bowiem w dziejach nic budować zupełnie na nowo. Afryka, przejęta już romanizmem, wyrzekając go się nagle, zagwoździła sobie dźwignie rozwoju, bo na miejsce imperializmu nie miała nic, prócz marzeń. Zdezorganizowana skutkiem tego, uległa też kulturze mahometańskiej niemal bez oporu.

Gdziekolwiek sięgała kultura rzymska, nigdzie nie dało się jej dominować bezkarnie. Tkwiły bowiem w niej pewne zasadnicze dane organizacji państwowej, której raz zakosztowawszy, nie można już było obejść się bez niej. Teoria dwoistości najwyższej władzy, duchownej papieskiej i cesarskiego brachii saecularis, nie jest też niczym innym, jak zdobytym z doświadczeń czterech blisko wieków kompromisem pomiędzy teorią św. Augustyna a... możliwością. Jest to drugie z kolei w chrześcijaństwie pojęcie dobra społecznego.

I to pojęcie było tylko do pewnego stopnia czynnikiem organizacyjnym, a przeprowadzane z bezwzględną konsekwencyą wiodło do dezorganizacyi. Już też w XII wieku traciło wyznawców, ale że nie powstało żadne pojęcie nowe o ustroju Europy, dawne trzymało się formalnie siłą bezwładności, zastosowywane w praktyce tylko jako upozorowanie niemieckiej zachłanności względem Słowian. Najmocniej akcentowali zwierzchność cesarską tacy, którzy nie uznawali papieskiej. Cała ta teoria była już zwiędła i grubo sprofanowana - ale że innej nie było, a bez teoretycznych podstaw w wielu wypadkach nie można było dojść do ładu, więc uznawano ją w braku innej.

Scholastyka nowej teorii w tej dziedzinie myśli nie wymyśliła, tylko próbowała dawną udoskonalić, zreformować. Tomiści i skotyści wciągali w swe dociekania nieraz spór o wyższość władzy papieskiej, czy cesarskiej; można powiedzieć, że filozofowie ci dostarczyli tylko nowych oręży, nowych argumentów pro i contra, nie zmieniając niczego w rzeczy samej. Osadzona lepiej spekulatywnie, dzięki św. Tomaszowi z Akwinu (+ 1274), wykwita cała sprawa jeszcze raz wspaniałym kwiatem w arcydziele Dantego, młodszego w sam raz o jedno pokolenie (* 1265). Słusznie powiedział Klaczko, że był to utopiste du passe.

Był jednak jeden kraj, gdzie cała owa teoria nie była spóźnioną utopią, lecz wielce "aktualną", znajdującą nieustannie praktyczne zastosowania: to Polska, a zwłaszcza stosunki polsko - krzyżackie.

Zdajmyż sobie sprawę z tego, że duch Danta byłby w tym sporze z całą stanowczością po stronie krzyżackiej. Broniłby ważności nadań cesarskich choćby do całej Litwy.

To, co zapełniało najtęższe głowy Europy, zwracało się z całą stanowczością przeciwko Polsce. I w tem tkwi najgłębsze zagadnienie dziejów polskiego średniowiecza, a przedstawia się ono tak...

Polska garnie się do kultury zachodniej, czerpie stamtąd pojęcia o życiu i ustroju cywilizacyjnym, kształci się na nich - i przeciwi im się równocześnie, bo-feudalizmu nie przyjmuje, a teorię imperializmu cesarza " rzymskiego" odrzuca. Wyrasta więc z tej cywilizacyi i na niej, lecz zachowuje się względem niej tak, iż każdy mógł orzec, że znajduje się poza jej obrębem, że nie należy do "familii chrześcijańskiej" w znaczeniu polityczno - społecznym. W pojęciu rycerza burgundzkiego nie mogło być porządku społecznego bez feudalizmu i całej związanej z tem specjalnej kultury, a więc Polska była w jego oczach dziczą. Ruś wydałaby mu się o wiele bardziej cywilizowaną, bo miała coś z feudalizmu. Powiedziałby, że Ruś jest na dobrej drodze, ale z Polski nic nie da się wykrzesać. Ludziom Zachodu wydawała się Polska nie tylko niezdatną do przyjęcia kultury zachodniej, ale zasadniczym tej kultury wrogiem, skoro odczepia się od wszelkiego związku ze świętym rzymskim cesarstwem, a więc z jedyną znaną formą powszechności chrześcijańskiej.

Tak głęboko sięgało nieporozumienie, a które musiało oczywiście być wzajemnym. To też kultura polska robiła postępy powolne, zmagając się w największej rozterce pojęć, która u wyższych umysłów musiała być tragiczną. Niektóre dziwne załamania w dziejach kultury naszej od XI do XV wieku zdają się mieć źródło w tych przeciwieństwach i nieporozumieniach.

Nie zaasymiłowaliśmy się, jak Czechy, gdzie rozwiązano kwestię w sposób najprostszy, wchodząc w skład cesarstwa i starając się wkońcu stanąć na samym jego czele. Kiedy czescy królowie są cesarzami, polscy najbardziej właśnie zarzekają się wszelkiego związku z systemem imperialistycznym. Kultura polska rozwinęła się przez to później od czeskiej, lecz za to głębiej.

W rozterce poglądów na świat uczyniła się myśl polska najbardziej krytyczną z całej Europy, aż doszła do tego, iż przystąpiła do krytyki samychże założeń europejskiej teorii społeczno - państwowej i wytworzyła wkońcu swoje własne, polskie pojęcie dobra społecznego, jako trzecią z kolei teorię tego rodzaju w chrześcijaństwie.

Zanim do tego doszło, przecierpiano wiele; a potem? Potem było jeszcze gorzej, bo musiała nastąpić walka dwóch poglądów na ustrój państw i społeczeństw: walka młodszej cywilizacyjnie i słabszej materialnie Polski z Zachodem, walka zaiste rozpaczliwa, nie rokująca według prostego rozsądku zgoła powodzenia. To też bywało, że się jej wyrzekano. Jak się to stało, że ostatecznie Polska zwyciężyła, z czego zrodził się Grunwald, pragnąłbym tutaj wyłuszczyć. Była to bowiem istotnie walka dwóch idei.

Podczas gdy inne narody słowiańskie poprzestawały na asymilowaniu się z kulturą zachodnią lub bizantyńską, pomnażając chrześcijaństwo i cywilizację tylko kwantytatywnie, jedna Polska pomnażała je kwalitatywnie. "W niej jednej był duch inny, niż w Paryżu lub w Kolonii (względnie w Konstantynopolu), było coś swoistego, co było słowiańskim nie tylko z języka, lecz z pracy ducha. Sama tylko Polska wytwarzała kulturę słowiańską i dlatego bieg wypadków postawił ją na pierwszym miejscu w Słowiańszczyźnie, dlatego jej "wielka wojna" stała się rozprawą orężną nie tylko o Polskę, lecz o Słowiańszczyznę. Pod Grunwaldem starły się pojęcia zachodnio-europejskie, feudalistyczno - imperialistyczne z pojęciami polskimi, które były zarazem jedynymi Słowian oryginalnymi, tak, że Polska była w r. 1410 pod względem duchowym istotnie całą Słowiańszczyzną.

Wszystkie słowiańskie narody dostały się na madejowe łoże kultury wyższej, sobie mniej lub więcej wrogiej, a którą trzeba sobie było przyswoić, chcąc żyć wogóle. Na wschodzie słowiańskim nastąpiło pewnego rodzaju samozatruwanie się, gdyż kultura bizantyńska nie znosi zmiany form. Szczęśliwsze ludu zachodniej Słowiańszczyzny znalazły się na łonie kultury, znoszącej doskonale zmianę form i mogły na jej tle wytworzyć sobie formę nową, własną, dla siebie stosowną, podczas gdy wschodnie nie miały wyjścia. Wraz z formą trzebaby tam rzucić samą treść, wyrzec się kultury bizantyńskiej, jedynej sobie znanej, a więc i wszelkiej kultury zarazem. Ludy te wyboru nie miały; możliwość wyboru miała im być nastręczona dopiero później, gdy Polska stała się mocarstwem i niosła idee zachodnio-europejskie w polskiej, słowiańskiej formie, daleko na Wschód.

Madejowym łożem była dla Polski szkoła kultury zachodniej, przez którą, przejść musiała. Sprawa polska stawała po wielokroć w poprzek europejskim zapatrywaniom na prawo narodów. Spotkano się z czymś nowym, niepojętym wprost dla zachodniej Europy. Sprawa nasza nie dawała się wciągnąć do teorii imperialistycznej, Stosunki faktyczne były tego rodzaju, że teoria ta, stosowana tu na Wschodzie, stawała się absurdem, spaczeniem, ohydnym nieraz wykoszlawieniem tkwiącej w niej pierwotnie myśli i mającej jej przyświecać chrześcijańskiej zasady. Ale o tem wiedzieli tylko tacy, którzy te stosunki badali i poznali bliżej, a takich było mało, że przypadał może ledwie jeden na dziesiątki tysięcy. A choć ten i ów czuł, że po naszej stronie słuszność i żałował, że prawo jest przeciw nam, ale czyż zarzucać prawo dlatego, że w wyjątkowym jakimś wypadku ono nie domaga?

Dlatego to w sporze Polski z Krzyżakami sympatie Europy były stale po stronie Zakonu. Była to walka Polski nie tylko z Krzyżakiem, lecz z Europą. Nie tylko bowiem Niemcy wspierali Zakon, ale i Czesi (król Otokar II, założyciel Królewca), Francuzi, Anglicy, Szkoci. Pomóc Krzyżakom, to najwyższa zasługa; zdobyć pod ich poręką ostrogi, najwyższy honor; zapisać mienie na fundację dla nich, z dobrych uczynków najlepszy i najtrafniejszy!

Nasze dążenia i nasze postępowanie było łamigłówką dla ludzi Zachodu i dlatego to pamflety na Polskę znajdowały długo chętny posłuch i wdzięcznych słuchaczy nie tylko w Niemczech, lecz w całej Europie (z wyjątkiem środkowych Włoch, o czem niżej).

Ale co gorsza, my sami sobie poczynaliśmy być zagadką. Przyjmując z Zachodu kulturę, czerpaliśmy też stamtąd wiedzę i jej kwiat - teorie naukowe. Bez teorii nie można się rozwijać umysłowo (myślenie oderwane, generalizowanie), nie można się cywilizować i stać się ogniwem w łańcuchu kultury powszechnej, a tymczasem teorie te były dla nas zabójcze. Znać też w dziejach naszego rozwoju istne męki ducha polskiego, rwącego się do światła. Na tych torturach moralnych, wśród walki między miłością światła i prawdy a miłością narodu mógł się złamać duch narodu i wejść pomiędzy narody europejskie, jako coś połowicznego, nijakiego i okaleczonego, wiecznie niedomagającego i rzeczywiście pod względem kulturalnym zasadniczo niższego. Tylko wynalezienie nowej formy dla kultury zachodniej, tylko jakaś polska a pozytywna teoria mogła nas wykształcić na naród w całem znaczeniu tego wyrazu, pogodzić z samymi sobą i uczynić zdatnymi do czynów dziejowych.

Owoc bytu - to kultura czynu. A ta wymaga zgodności myśli ze słowem, słowa z czynami, czynów z wewnętrznym przeświadczeniem.

Była kraina w Europie jedna, gdzie rzadki w owych czasach przybysz Polak mógł się takiej zgodności często (jakkolwiek nie zawsze) dosłuchać, dobadać, gdy zadał sobie trud pogłębiania myśli swojej i cudzej.

Uderzało mnie zawsze, że w spisach rycerzy, spieszących nad Bałtyk, przeciw Polsce i Litwie, po honor i zasługę, brak nazwisk włoskich. Nie łatwo było z Włoch tam się dostać, ale nie trudniej niż ze Szkocji! Północno-włoskie księstwa i republiki nie wysyłają do Malborka ani ludzi, ani pieniędzy - ale bo też nie zajmują ich wówczas te północne sprawy. Natomiast Włochy żywo się tem interesują, boć tam Rzym, centrum światowe, najwyższa duchowna instancja Zakonu i ognisko główne apostolstwa - a wszak chodziło o walkę z poganami, o nawrócenie Litwy.

Watykan bywał częściej przeciw Zakonowi, niż za nim. Gdyby nie pomoc papieży i soborów, nie bylibyśmy rozwiązali zagadnienia naszego stosunku do kultury zachodniej.

Bo też tylko papiestwo mogło dopuścić do uprawnienia nowej formy społeczno - państwowej na tę kulturę. Ono tylko było powołanym interpretatorem, że się tak wyrażę, ustawy europejskiej, obowiązującej moralnie. Gdy teoria imperialistyczna na złe się obracała, mógł zrobić w niej wyłom, zawiesić ją dla sumień chrześcijańskich tylko następca tego, który koronował Karola W. Wszak w imię chrześcijańskiego porządku w Europie papiestwo dało było sankcję teorii imperialistycznej; ono też tylko mogło dać sankcję, lub odmówić jej, teorii innej.

Niema tu nic do rzeczy, że papieże bywali w sporach z cesarzami, że mieli do czynienia z teorią wyższości władzy cesarskiej nad papieską. W roztrząsaniu niniejszem chodzi o stan rzeczy moralnie obowiązujący, a ten walor posiadała teoria imperyalistyczna w zastosowaniu do sprawy polsko - krzyżackiej najzupełniej, bo w tym wypadku ingerencja cesarska posiadała wszelkie cechy bracchii saecularis, służącego Kościołowi, a więc zgodną była z czystą teorią dwoistości najwyższej w chrześcijaństwie władzy.

Krzyżacy powoływali się na darowizny cesarzów i na to, że ziemia pogańska jest rzeczą niczyją. Wywody o cesarskich nadaniach były pod względem prawniczym nienaganne i zupełnie logiczne dla każdego, kto przyjmował założenie, tj. zwierzchność cesarską nad państwami chrześcijańkiemi, a władzę nieograniczoną nad pogańskimi, jako nie posiadającymi właściwego pana. Res nullius.

A jednak Zakon był kilka razy pod klątwą i to nie tylko o Polskę, ale i o pogańską Litwę! Tu się okazuje w całej pełni, czym był Kościół, jako kierownik sumienia zbiorowego, jako interpretator dobra i zła. A zarazem odkrywa się istota różnicy pomiędzy bizantynizmem a latynizmem, którego najwyższa instancja, Stolica apostolska, odznaczała się wprost brakiem ślepego przywiązania do formy, gotowa ją zawsze poświęcić dla ocalenia treści.

Siłą bezwładności rowijała się dalej popularność Zakonu w dalekich od papiestwa krajach, gdy w Rzymie obkładano go już klątwą. Schizma papieska ogromnie też pomagała Krzyżakom, gdy na papieża mieli antypapę. I tak pozostał Zakon, "poświęcający się" nawracaniu pogan, "źrenicą w oku chrześcijaństwa". Gdy dwie armie zmierzały pod Grunwald, sympatie Europy były nie po naszej stronie. W armii krzyżackiej dopatrywano się obrońców krzyża i chrześcijańskiego ładu w Europie, tem bardziej, że pamflety krzyżackie, rozrzucone po całym świecie, zrobiły swoje.

Zakon odgrywał największą komedię, jaką widziały dzieje. Jak bowiem miały się w istocie rzeczy z ową "źrenicą", poznamy, przerzuciwszy się na chwilę na grunt ekonomiczny.

Była to bowiem zarazem walka ekonomiczna, prowadzona o prowincję, posiadającą nadzwyczajną doniosłość w ówczesnych szlakach handlu powszechnego. Z polskiej strony prowadzono ją w imieniu całego społeczeństwa, potrzebującego spławu i dostępu do morza, z niemieckiej atoli w interesie jednego tylko stanu. Szlachta i miasta pruskie były w tej walce po stronie polskiej (już w r. 1410), bo z Polską wiązały ich interesy ekonomiczne. Panowanie krzyżackie było więc tam niekorzystnem dla rozwoju rolnictwa, handlu i przemysłu, skoro sami przedstawiciele tych zawodów pragnęli gorąco pozbyć się Zakonu. Nie reprezentowali tedy Krzyżacy nad Bałtykiem niczyjego interesu ekonomicznego, jak tylko swój własny.

Czymżeż byli oni pod względem ekonomiczno - społecznym ? Cała odpowiedź w tych słowach: młodszymi synami szlachty niemieckiej. Zakon stał się instytucyą zapomogową dla tego stanu, mającą fortuny szlacheckie w Niemczech nie tylko chronić od rozdrobnienia, ale wzmacniać je finansowo. "Rycerz" taki nie tylko nie potrzebował niczego od rodziny, ale sam mógł jej dawać i niejedną podnieść na nowo. Sami przyznawali bez ogródki, że sprawa tak się ma i nazywali rzecz po imieniu, gdybyli sami pomiędzy sobą. Do Flandrii, Francji i Anglii pisało się: "Ratujcie chrześcijaństwo!" ale odezwy przeznaczone dla krajów niemieckich nie odgrywały komedii, lecz wołały jasno i po prostu: "Ratujcie szpital szlachty niemieckiej!" A wyraz "szpital" oznaczał wówczas schronisko dla pielgrzymów, zakład dobroczynny z bezpłatnem utrzymaniem.

Ze stanowiska ekonomicznego byli ci "rycerze" wyzyskiwaczami i pasożytami warstw produkcyjnych, nad którymi panowali. Wbrew ich woli, przemocą. Ten sposób załatwiania swej walki o byt mieli już we krwi, w trądycji: wszak byli potomkami "rycerzy-rabusi". Istota państwa krzyżackiego polegała na tym, że zajęcie rycerza - rabusia zorganizowało się na wielką skalę, korporacyjnie.

Polacy walczyli o Pomorze w imię pracy i wytwórczości; Niemcy w imię pasożytnictwa.

Ale opinia europejska była po stronie krzyżackiej, po stronie "źrenicy w oku chrześcijaństwa".

Dnia 15 lipca 1410 wygraliśmy jedną z najważniejszych bitew w dziejach wojennych Europy, pod Grunwaldem, a dnia 10 października tegoż roku drugą walną bitwę pod Koronowem i odzyskaliśmy zaledwie Ziemię Dobrzyńską, zastawioną nieprawnie przez Opolczyka. Żmudź wracała do Jagiełły i Witolda tylko w dożywocie, pozostając w zasadzie własnością Zakonu. Takie były warunki pokoju. Ileż wypisano z tego powodu zarzutów i ubolewań nad polską niezdatnością do wyzyskiwania własnych zwycięstw! Wszystko to niesłuszne.

My, wielkich ojców nie zawsze godne potomki, zatraciliśmy świadomość, jak się robi historię. Zdaje nam się, że do tego starczy zapał, jedna i druga chwila triumfu i poświęcenia skoncentrowane na pewien moment dziejowy. Zdaje się nam, że historia miewa takie chwile słabości, w której można ją robić i byłe "sposobność" wyzyskać, już wszystko! Ale rzeczywistość jest inną. Historię robi się zawsze, całymi pokoleniami, z dnia na dzień, bez dnia jednego przerwy, a gdy się jest przygotowanym do czynu, wtedy wywołuje się samemu "sposobność", o co już bardzo łatwo, bo chcący a mogący zawsze ją znajdzie.

Nie znam większego bólu przy studiowaniu dziejów polskich, nad ten, gdy się musi słuchać, jak pokolenie, pozbawione do reszty twórczości politycznej, wyczekujące "sposobności", jako jałmużny losu (żeby przyjść do gotowego), śmie robić zarzuty pokoleniom, które same sobie wytwarzały "sposobności", robiąc historię wśród gigantycznych wysiłków, zapełniających wszystkie dni żywota i każdy kąt kraju i wykuwając przy tym kulturę narodową...

Bitwy grunwaldzkiej nie można traktować epizodycznie, wyrywając z całości "wielkiej wojny". Powszechnie mniema się, jakoby pokonanie Zakonu było dziełem kilku miesięcy, podczas gdy owa "wielka wojna" trwała całych lat 30, bo zaczęła się już w roku 1406, a skończyła się dopiero 31 grudnia 1435 (pokój brzeski). Całe pokolenie!

Były jednak ciągłe przerwy, rozejmy a nawet pokoje w ciągu tych lat 30 i przez to ogół zatracił wątek pragmatyczny tych wydarzeń, które stanowią razem jedno zjawisko dziejowe. Są związane z sobą ściśle nie tylko przyczynowo, ale - co ważniejsza - w świadomości współczesnych celowo, z programem określonym z obydwóch stron tak ściśle i jasno, jak rzadko kiedy w dziejach powszechnych.

Przerwy owe były zresztą względne, bo tyczyły tylko polsko - pruskiego placu boju. Wojna miała zaś zakres i politycznie i terytorialnie znacznie szerszy. Obejmowała nie tylko Polskę, Litwę, Ruś Białą, Prusy i Inflanty, ale pograniczne kraje niemieckie Czechy i Węgry, a zahaczała pośrednio o Moskwę i Tatarów i wciągała całą Rzeszę Niemiecką, wywołując rozmaite nowe kombinacje polityczne aż do Francyi i Włoch.

Wojna zaczepna z Zakonem obmyślona była i ułożona już na r. 1396 (na sierpień), ale nie doszła do skutku przez Witolda, który na własną rękę zawarł rozejm, a nawet darował im w ten czas całą Żmudź, byle mieć wolne ręce do swych planów wschodnich, które zlikwidowała następnie klęska nad Worsklą w r. 1399. Szlachcie wielkopolskiej za dużo było tego zwlekania, żeby się dał utrzymać na wodzy animusz wojenny i w r. 1406 zaczęła się faktycznie wojna na linii Noteci, chociaż oficjalnie był pokój pomiędzy Krakowem a Malborkiem. Zakon chciał go bezwarunkowo utrzymać, bo... dobywał właśnie Pskowa.

Wie się o udziale pułków smoleńskich w bitwie grunwaldzkiej (przekręca się to na rzekomy udział w niej "Rosji"!), ale nie wie się o tym, że Ruś Biała była poważnie przez Krzyżaków zagrożona. Już w XIII wieku starali się zagarnąć z Inflant Psków i część Rzpltej nowogrodzkiej, zwaną Watland. Otóż w latach 1406 -1409 odbyli Krzyżacy cztery wyprawy pskowskie, a wszystkie pomyślne. Jeszcze jedna, a sam gród Psków miał paść wyczerpany. Spodziewano się w r. 1410 skończyć z tą republiką białoruską.

Właśnie podczas trzeciej wyprawy pskowskiej nastąpiło wypowiedzenie wojny ze strony polskiej (9 września 1409). Zakon prosił o rozejm, uzyskał go do czerwca 1410, nie załatwił aż do tego czasu z Pskowem, przedłużenia rozejmu nie otrzymał i dnia 9 lipca 1410 przekroczyły wojska polskie powtórnie granicę krzyżacką, a bitwa grunwaldzka (15 lipca) pierwsze korzyści niosła nie Litwie i nie Polsce, lecz tej Rusi północnej, uwalniając ją raz na zawsze od niebezpieczeństwa niemieckiego.

Pokój zawarto 1 lutego 1411, a już w r. 1414 wybuchła wojna na nowo (tzw. "głodowa"), poczym rozejm dwuletni, przedłużony do kwietnia 1419 i znowu wielka wyprawa (t. z. "odwrotowa") i rozejm na samej granicy na nowo przedłużony, a w r. 1422 czwarta wyprawa (tzw. "gołubska"), trwająca siedem tygodni (przerwana ze względu na sprawę czeską) i pokój nad jeziorem melneńskiem, przerywający "wielką wojnę" na tym terenie na lat dziewięć, podczas gdy wrzała ona w najlepsze na terenie czeskim. I tu i tam chodziło o to samo, chociaż innymi metodami. Zdawał sobie z tego sprawę Zakon, nie strzymał, zerwał pokój melneński, gdy nadarzyła się sposobność osaczenia Polski z kilku stron (tzw. bunt Świdrygiełły), a gdy w r. 1432 prosił o rozejm, dano mu go dopiero w roku następnym, dotarłszy przedtem orężnie do samego wybrzeża Bałtyku. Upokorzony Zakon zawiera rozejm aż na lat 12, ale tylko z Prus, pozostawiając na wszelki wypadek wolną rękę swej inflanckiej gałęzi; tamtędy znajduje sobie wojna dalsze ujście, aż wreszcie walna bitwa pod Wilkomierzem dnia 1 września 1435 roku (stawiana przez współczesnych na równi ze zwycięstwem grunwaldzkiem) zmusza Zakon do zawarcia pokoju brzeskiego, drugiego "wieczystego" po kaliskim.

Zwróćmy uwagę, że pomiędzy wojnami "wielką" (1406-1435), a "trzynastoletnią" (1454-1466) jest tylko 19 lat przerwy. Nie dłużej trwał pokój, niż wymagała konieczność wzajemna wypoczynku, nabrania tchu na nowo. Ogólne wypowiedzenie posłuszeństwa Zakonowi przez własnych jego poddanych i prośba o przyłączenie do Jagiellońskich dzierżaw, nie były oczywiście w r. 1454 jakąś improwizacyą polityczną. Trzeba roboty lat wielu, żeby coś takiego stać się mogło jawnie i Związek Jaszczurczy musiał się do tego dobrze przygotowywać, nie bez tego żeby się nie porozumiewać z Polakami. Zawierając więc pokój stały, według ówczesnej terminologii, "wieczysty", tj. na czas nieograniczony, nie tylko nie myślano wcale o tym, żeby miał trwać wiecznie, lecz przeciwnie, zdawano sobie sprawę z tego, że trzeba przysposabiać się na nową wojnę, żeby nie tylko w polu Zakon pokonywać, ale i odebrać zagarnięte przez niego polskie ziemie.

Gdybyśmy weszli w szczegóły, dlaczego mianowicie nie można było dotychczas zwycięstw wyzyskiwać, okazałoby się, że przyspasabianie się do odzyskania Pomorza trwało stosunkowo niedługo i że ta przerwa 19-letnia nie mogła być krótszą. Jest ona zapełniona pracą usilną u obydwóch stron walczących, pomnych dobrze, że je czeka w niedalekiej przyszłości ponowna ciężka rozprawa. Lata te nie rozrywają bynajmniej perspektywy dziejowej dwóch wojen, lecz owszem, łączą je z sobą w jeden obraz niezmordowanej, nieprzerwalnej, systematycznej, celowej pracy dwóch pokoleń polskich 1396-1466. Wyrwany z tej całości epizod roku 1410, rozpatrywany luźnie, musi być mniej zrozumiałym i pod niejednym względem zagadkowym, bo z dziejów jednego roku nie da się oświetlić wszechstronnie.

Zwracałem wyżej uwagę, jak papiestwo celowało brakiem ślepego przywiązania do formy, Ale rzecz prosta, że formy ogólnie przyjętej, która okazywała się dobrą długim czasem i szerokim krajem, nie rozbija się na prędce, pod wpływem jednego lub drugiego zdarzenia, nawet takiego, dla którego robi się wyjątek od obowiązującej normy. Odsunięcie się Kościoła od teorii imperializmu chrześcijańskiego nie nastąpiło nagle i wymagało również pracy pokoleń, Zaczęło się to (o ile w takich rzeczach można dawać ścisłe daty) w r. 1320 (pierwszy proces kanoniczny przeciw Zakonowi), a dokonało dopiero 1424 r. (ostateczne potępienie Falkenberga przez Marcina V).

Papież wezwał obie strony walczące przed forum soborowe. Polacy wiedzieli, że w Konstancji dużo znaczy i wiele może cesarz Zygmunt Luksemburczyk, Polski wróg największy, że siła biskupów, prałatów i uczonych mężów sympatyzuje z Zakonem. Wiedząc to, pojechali. Przechodzili tam nieraz chwile nadzwyczaj przykre, przez sytuacje najcięższe; zostali, wytrwali całe trzy lata i dzięki temu na koniec wygrali.

Wieźli z sobą broń nowo wynalezioną, która wprawiła w zdumienie zebranych Ojców soborowych, a zgromadzony kwiat inteligencji europejskiej nieraz w osłupienie, zwłaszcza prawników .

Wieźli uczony traktat, scholastyczny: Tractatus de potestate papae et imperatoris respectu infidelium. Autorem był Paweł Włodkowic z Brudzewa, doktor dekretów, rektor uniwersytetu jagiellońskiego, kanonik i kustosz katedralny krakowski, geniusz, godzien, by go stawiać, jako odkrywcę, obok Kopernika, by go czcić i szczycie się nim na równi z tamtym.

Dokonał on dwóch odkryć:

1) że względem pogan obowiązują te same prawa, co względem chrześcijan,

2) że nie wolno przemocą narzucać wiary.

Z tych dwóch tez wypływała już konsekwentnie ruina i teorii imperialistycznej i związanej z nią racji bytu Zakonu.

Twierdzenia Brudzewskiego, tak proste dziś dla nas, a i w poprzednich epokach spotykane, były na owe czasy rewolucyjnymi. Rozbijały pośrednio formę ustroju europejskiego, co też miało się niebawem okazać jawnie.

Strona przeciwna tem bardziej akcentowała zasady imperialistyczne i wysnuwała z nich jak najdalsze konsekwencye. W roku 1916 będą mogli Niemcy obchodzić pięciowiekowy jubileusz hasła ausrotten. Falkenberg głosił bowiem w r. 1416, że nie może być większej zasługi wobec chrześcijaństwa, jak walczyć z Polakami; dla obrony porządku chrześcijańskiego wolno bez grzechu zabić każdego Polaka, dostojnikom zaś polskim i królowi należą się szubienice. Takich rzeczy nasłuchali się polscy delegaci w Konstancji i zostali, (nie myśląc ustępować pola nieprzyjaciołom). Dzisiejsze pokolenie zarzuciłoby im "brak godności narodowej", gdyby się bardziej interesowało historią polską i wiedziało o tych faktach.

Brudzewski zadał Zakonowi klęskę jeszcze cięższą, niż Witold i Zyndram z Maszkowiec. Ludzie dobrej woli poczęli opuszczać sprawę Zakonu. Odtąd mógł Zakon trzymać się już siłami tylko tych, dla których był "szpitalem". Wysychać poczęły źródła, z których płynęły opieka i wsparcia całej zachodniej Europy, Zachód był odtąd neutralnym w dalszych wojnach krzyżacko - polskich.

Do wypędzenia Krzyżaków trzeba było jednak czegoś więcej, niż "życzliwej neutralności" dalekich widzów; trzeba było sojuszów z ościennymi. Położenie było pod tym względem fatalne; wszak w Czechach i na Węgrzech panował Zygmunt Luksemburczyk. Węgierska wyprawa na Kraków wpłynęła na przyspieszony odwrót z Prus po zwycięstwach grunwaldzkiem i koronowskiem.

Niebawem wypowiedzieli Czesi posłuszeństwo Luksemburczykowi, a w kwietniu 1420 przybyło do Krakowa pierwsze z poselstw czeskich, ofiarujących koronę Władysławowi Jagielle.

Ruch narodowy przeciw Niemcom rozpoczął się w Czechach w roku 1409, a Zyzka przebył pierwszą szkołę wojenną na wyprawie grunwaldzkiej. I w Pradze i w Krakowie odczuwano wzajemnie doskonale, że się ma wspólne cele. Zresztą związek inteligencji czeskiej a polskiej był jak najściślejszy jeszcze od ostatnich lat życia królowej Jadwigi, której działalność odegrała wielką rolę w zbliżeniu obydwóch narodów. Poczucie solidarności słowiańskiej zrodziło się właśnie w tych czasach z wymiany myśli pomiędzy uniwersytetem krakowskim a praskim. Posiadamy mnóstwo dowodów źródłowych, że poczucie to było w Polsce żywe i głębokie; akty XV wieku roją się od powoływań na pobratymstwo słowiańskie. "Wojny husyckie i potem jeszcze sprawy Jerzego Podiebradzkiego oddziaływały stale na politykę polską względem Zakonu. Były to dwa objawy jednej i tej samej rzeczy: wojny "z całą nacją niemiecką", jak wyrażają się źródła polskie, a rozumiano przez to wojnę z systemem imperialistycznym.

Różnica objawów tej samej sprawy w Czechach a Polsce jest godna głębszej uwagi Czesi poprzestawali na asymilacyi kulturalnej i własnych teorii politycznych nie snuli. Praktyka, (zmiana ordynacyi uniwersyteckiej przeciw Niemcom, wypowiedzenie posłuszeństwa Zygmuntowi) obywała się u nich bez teorii. Obalali to, co było dla nich szkodliwym, nie zajmując wobec teorii imperialistycznej samej żadnego stanowiska, ani positwe ani negative. Ich walka "z całą nacją niemiecką", chociaż na zewnątrz efektowniej szła od polskiej, była w gruncie rzeczy słabszą i płytszą. Jakoż husytyzm nie wyrwał Czech z zaczarowanego koła Rzeszy niemieckiej i systemu imperialistycznego, a nawet w dalszych swych następstwach przykuł Czechy jeszcze bardziej do Rzeszy, Czechy pozostały Rzeszy cząstką, solidaryzowały się potem na nowo z jej sprawami, walczyły w imię stronnictw rzeskich i los swój związawszy ze sprawą jednego obozu niemieckiego, za niemiecką sprawę położyły głowę w r. 1620.,

Ruch polski zaczyna się kosmopolityczno - abstrakcyjnymi dociekaniami Brudzewskiego i staje się wybitnie narodowym, nie znoszącym na sobie żadnej obcej powłoki. Ruch czeski zaczyna się od wypędzenia Niemców z Pragi, a kończy się na zupełnem ugrzęznięciu Czechów w sferze interesów niemieckich. "Król zimowy", mający być ostatnim przedstawicielem niepodległości narodu czeskiego, był w istocie rzeczy tylko przedstawicielem jednego ze stronnictw niemieckich.

Bez teorii niema świadomych dążeń, niema kultury czynu. Czesi walczyli z Niemcami żywiołowo, odruchowo - Polacy systematycznie, z uświadomieniem tej walki do najgłębszej jej istoty. Czesi zwalczali Niemców tylko, jako niebezpiecznych cudzoziemców; Polacy jako reprezentantów i wykonawców pewnego systemu międzynarodowego.

Rewolucyjność myśli polskiej zwróciła się od razu na pole świeckie, nie tykając w niczem katolicyzmu, mogąc mieć w papiestwie nawet siłę sprzymierzoną. Inaczej myśl czeska. Była ona bardziej "średniowieczną", tj. zależną od wykształcenia teologicznego, zdolna patrzeć na sprawy świeckie tylko przez pośrednictwo aparatu teologicznego. Podczas gdy Brudzewski sięgał do samych głębin zasady chrześcijańskiej i z etyki wysnuwał wnioski polityczne, husytyzm czynił to samo z dziedziny absolutnie do tego się nie nadającej, a mianowicie z dogmatyki. Gdy Polacy wygrywali swą sprawę wobec soboru i papieża, wypowiadając w zasadzie uznanie cesarzowi, równocześnie Hus głosił, że nie można uznać papieża zwierzchnikiem Kościoła, bo ani Piotr św. głową jego nie był, a papiestwo i jego przywileje są dziełem cesarzy. Stawał więc Hus na stanowisku skrajnie imperialistycznym, a był równocześnie (boć to fakt) ojcem odrodzenia narodowego, skierowanego przeciw cesarstwu niemieckiemu.

Biorąc rzeczy teoretycznie, tezy Husa były o wiele mniej rewolucyjne, niż to, co głosił Brudzewski. Cała nauka Husa mieściła się w teorii doskonale w dotychczasowym ustroju europejskim, dla którego istnienia obojętnem było, kto jest praescitus a kto praedesiinatus (fundamentalne założenie Husa).

W praktyce jednak wyglądało to inaczej. Brudzewski burzył jedno, ale stawiał od razu drugie; w jego teorii tkwiła zasada braterstwa narodów, system unii, a obok tego druga, że prawo publiczne ze społeczeństwa wypływa, a nie z dynastyczności.

Hus w dziedzinie życia politycznego niczego nie burzył, ale robił wszelkie życie społeczne niemożliwem. Wystarcza jego teza, że osoba, piastująca urząd (duchowny czy świecki), traci władzę, popadłszy w grzech śmiertelny, aż do oczyszczenia się z grzechu. Najmniejsza próba wprowadzenia tego w praktykę wiodłaby do anarchii i jest związek genetyczny pomiędzy tą tezą, a Adamitami. To też husytyzm miał w sobie ogromną siłę żywiołową, ale brak mu było pierwiastka twórczego, pozytywnego. Nie dał się z niego wykrzesać nowy ustrój. Zamienił się też na wojny domowe, które miały tylko rozstrzygnąć, kto kogo będzie prześladować, czy katolicy czescy husytów, czy husyci swych katolickich rodaków.

Naprzeciw temu świeci zasada, wypowiedziana przez samego Brudzewskiego krótko i po prostu: fldes ex necessitate esse non debet. Urządzane na husytów krucjaty nie miały znaczenia dla umysłów polskich, bo sprzeciwiały się zasadzie, że nie wolno nawracać przemocą.

Wiadomo, że do pomyślnego rozstrzygnięcia drugiej części "wielkiej wojny" przyczynili się w znacznej części husyci, którzy okazali się dzielnymi sprzymierzeńcami.

Pomagali nam wbrew królowi czeskiemu, Zygmuntowi Luksemburczykowi, Korzystaliśmy z pomocy "buntowników", Nie tylko to! Buntowaliśmy z całą świadomością poddanych przeciwko ich rządom. Można wskazać ze źródeł po imieniu wysłanników buntujących Węgrów przeciw Zygmuntowi, stany pruskie przeciwko Zakonowi. Otrzymali oni i tu i tam zapewnienia, że stany będą z całych sił przeszkadzały wypowiedzeniu wojny Polsce, Ale posunięto się jeszcze dalej.

Kiedy w r. 1433 układano się o pokój, podano z polskiej strony dwa warunki, iście rewolucyjne na owe czasy. Ani papieska, ani cesarska władza nie mają odtąd mieć znaczenia w sprawach pomiędzy Polską a Zakonem; pokój ma być poręczony przez stany obydwóch państw.

Warunek ten, podany ze strony polskiej całkiem poważnie, wywołał oburzenie w zachodniej Europie. Dopatrywano się w takiej teorii państwowej zmiany cywilizacji i wszelkiego ładu. Jako żywo nie słyszano o prawach ludów, znało się tylko prawa królów! Rozprawiano o polskich wymysłach z wielkiem ubolewaniem na soborze bazylejskim. Cesarz, Zakon i Świdrygiełło domagali się, żeby Jagielle wytoczyć proces kanoniczny. W Niemczech cesarz i książęta oświadczyli, że wyprą się Zakonu, jeżeli przystanie na tak horendalny warunek, burzący wszelki ład w ustroju europejskim!

Odrzucił go też Zakon i chciał zabrać się na nowo do wojny, ale stany pogroziły, że poszukają sobie innego pana, który pokój zabezpieczy. I musiał W. Mistrz zawrzeć choć rozejm 12-letni, przyczem wyraźnie zastrzeżono, że gdyby go nie dotrzymał, poddani mają prawo wypowiedzieć mu posłuszeństwo!

Jak widzimy, sprawa przechodziła szybko z uczonych traktatów do praktyki.

Polska ówczesna sprawiała Europie raz wraz niespodzianki. Dnia 15 października 1432 przeprowadził Oleśnicki równouprawnienie schizmatyków. Prosta konsekwencya nauki Brudzewskiego! Skutek był cudowny; całe powiaty wyrzekały się Swidrygiełły. Dzięki temu sojuszowi z husytami można było ukończyć "wielką wojnę", zwłaszcza, że Zygmunt Luksemburczyk, chociaż panował na Węgrzech, nie śmiał już urządzać stamtąd drugiej wyprawy na Kraków, bo Stany węgierskie zawarły poza jego plecami przymierze ze Stanami polskimi!

Wygraliśmy więc "wielką wojnę". Dzięki temu, żeśmy (nie wyrzekając się ani katolicyzmu, ani jak najgorliwiej uprawianej propagandy katolickiej) nie byli wrogiem nikomu za to, że był innej wiary (husyckiej, schizmatyckiej); żeśmy na miejsce poddaństwa państwowego wstawili pojęcie obywatelstwa; żeśmy głosili zasadę, że nie społeczeństwo ma służyć tronowi, lecz tron społeczeństwu i pozyskaliśmy dla tej zasady ościenne ludy; żeśmy burząc imperializm podnieśli sztandar braterstwa narodów, a pozostając sami katolikami, pojmowali to braterstwo bez względu na wyznanie.

I odtąd rośliśmy stale, pókiśmy zostali wierni teorii Brudzewskiego.

Oto "teoria Grrunwaldu", podana w najogólniejszym szkicu. Do należytego jej opracowania trzeba, żeby była zbadana i opracowana naukowo scholastyka polska. Kto tego doczeka, niech pisze dalej ...

Odniosłem z badań nad tym przedmiotem wrażenie, że pozostaje on w związku ze sporami o to, czy unwersalia ante rem, czy in re, czy też post rem? Nominalizm zachowywał się obojętniej względem dogmatycznej części teologii, a w uniwersytecie krakowskim mieliśmy świetnych nominalistów. Największy geniusz twórczy średniowiecza, św. Tomasz z Akwinu, był umiarkowanym realistą (in re).

Te rzeczy trzeba dopiero badać. Mówi się, że byliśmy tu w Krakowie epigonami scholastyki. Jakież to epigonostwo, co wydaje nowe teorie, wiodące na wieki całe do nowego, a lepszego ułożenia stosunków społeczeństw. Nigdy z epigonostwa nie wykuje się kultura narodowa, a wszak to stało się na tle naszej scholastyki.

Kultura ta opartą była na tak głębokich podstawach, że nie poruszył jej ani legizm. Przyjęliśmy humanizm oprócz legizmu i u nas nie było recepcji prawa rzymskiego i związanego z tym nowego rozwoju teorii imperialistycznej, przeinaczonej w zmienionych czasach i warunkach na zasady despotyzmu i wszechwładzy państwa.

Rzut, dokonany przez krakowskich scholastyków z początkiem XV wieku, był tak potężny, że starczył na półtrzecia stulecia. Epigonowie nie miewają takiej dużej ręki. W scholastyce naszej kryje się jakaś tajemnica. Mnie nie jest danem więcej, jak wskazać jej istnienie innym, szczęśliwszym, którzy ją odkryją. Ale to zrobione być musi, I jest to obowiązkiem tej Szkoły, której rektor stał się prawdziwym Ojcem Ojczyzny na cały okres jej świetności. Teoria Grunwaldu musi być zbadaną do gruntu.

Wygraliśmy i staliśmy się nie tylko mocarstwem, lecz nowym, samodzielnym czynnikiem kulturalnym, dzięki temu, że czyny nasze nie były ślepe, lecz oparte na wielkiej a pozytywnej teorii. Poruszyliśmy pół Europy do nowego życia, bo mieliśmy w sobie kulturę czynu, mając najpierw dokładnie uświadomione inpotentia, co się ma wprowadzić in actum, w myśl wielkiej tezy św. Tomasza z Akwinu:

Movere nihil aliud est, quam educere aliquid de potentia in actum.

Plemię Brudzewskiego miało czym movere, bo miało teorię, posiadło własny pogląd na świat, pogląd wywołujący postęp, twórczy pogląd.

Dziś pisać o tym ogromnie smutno, w otoczeniu pokolenia, które karmi się teoriami niemieckimi i rosyjskimi i bierze je za własne, gdy po polsku spisane, już nawet rozpoznać nie umie, że to tylko... wolny przekład. Czym my mamy Polskę movere nie mając jej w samych sobie in potentia ? Wszak stając się polską imitacją Prusaków i Moskali, tracimy władzę nad dalszym biegiem sprawy polskiej.

Lęk zdejmuje w smutną rocznicę Grunwaldzką nie dla ustawy o wywłaszczeniu, nie dla nacjonalistycznej reakcji rosyjskiej. Od takich rzeczy my silniejsi. Ale co pomogą serca polskie, gdy mózgi polskie będą zgermanizowane i zrusyfikowane?

Wyrzeknijmyż się w tę rocznicę stosowania do sprawy polskiej pruskich i moskiewskich poglądów na świat, a gdy to nastąpi, będzie można zawołać pomimo wszystko: Sursum corda.