WSTĘP

1. Przeżywamy okres bezprzykładnego rozrostu irracjonalizmu. Ścisłe myślenie oparte na zasadzie konsekwencji jest kozłem ofiarnym, na którym skrupiły się wszystkie klęski naszych czasów. Na karb racjonalizmu, opartego na postulacie ścisłego myślenia, zaliczono wojnę światową i wszystkie orgie rozpanoszonego kapitalizmu. Ścisłe mydlenie miało być przyczyną wyschnięcia świętego zapału i zblazowania uczuciowego naszej epoki. Ono rzekomo stało się źródłem przerostu kultury materialnej połączonego z nieprawdopodobnym skurczeniem się i wyjałowieniem kultury duchowej. Wołanie o nową logikę, o nowe prawa myślenia, bardziej odpowiadające potrzebom tycia duchowego, stało się konikiem, na którym wyjechała w świat cała plejada obskurnych i skłamanych doktryn, począwszy od wznowionej dialektyki Hegla, a skończywszy na pragmatyzmie, uniwersalizmie i husserlizmie.

Doktryny te powstały w wielu wypadkach z pospolitego nieuctwa, a niekiedy podyktowane były zgoła nieuczciwymi tendencjami. Właściwym ich źródłem były od wieków tragiczne załamania się nauki i rozpacz zrodzona z poczucia własnej bezsilności.

Historia kultury duchowej ludzkości da się sprowadzić do walki między wiarą w twórczą potęgę ścisłego myślenia a zwątpieniem i bezwładnym ukorzeniem się przed nieodpowiedzialnym obłędem fantastów, którzy nigdy nie próbowali rozwiązać jakiegokolwiek zagadnienia konkretnego i zrezygnowali z rozkoszy przezwyciężenia rzeczywistych trudności. Walka ta prowadzona była od wieków z zmiennym szczęściem, a obecnie weszliśmy w okres nieprawdopodobnego poniżenia nauki i wyraźnej przewagi hałaśliwej zgrai nadętych chwalców irracjonalnego nonsensu, prowadzących ludzkość na ogół bezwiednie, nieraz jednak całkiem świadomie, do jawnej zbrodni i gwałtu.

2. Zastanawiając się nad tymi smutnymi sprawami pisze prof. Władysław Natanson co następuje:

"Czy nie powinniśmy za złe poczytać wszechludzkiej nauce, że nieobliczalnej potęgo narzędzia podała narodom, które nie dorosły do nich moralnie? Opanowaliśmy siły natury, ale samych siebie nie opanowaliśmy. To też wynosi się krótko widzący egoizm i rodzi, jak zwykle klęski: cofa nas, wstecz zawraca. Milczeniem, pozorną zgodą nauka szkodzi swej wysokiej godności. Narodom nauka ma wiele do powiedzenia: kiedy przemówi? Kiedy znajdzie dość natchnienia i mocy, ażeby przestrzec, powstrzymać, przekonać?"

Myślę, te niepokojących tych pytań nie można żadną miarą zostawić bez odpowiedzi. Musimy za wszelką cenę dotrzeć do źródła zła. Odsłonić je w całej nagości i wykorzenić je radykalnie. Zobaczymy, te sprawa Jest o wiele prostsza, niżby się wydawać mogło na pozór. Na dnie czai się nic innego, jak tylko trwoga i pospolity bezwład.

3. Pomimo wysiłków odwiecznych przesąd o metafizycznych podstawach nauki nie został do dzisiaj przezwyciężony.

Radykalny krytycyzm, który laicy przypisują wielkim uczonym, nie sięga dostatecznie głęboko. Kiedy komediopisarz Bruno Winawer szydził z filozofów, przeciwstawiając im przedstawicieli nauk ścisłych, jako twórców nowych form tycia na ziemi, to nie liczył się z tym faktem, że właśnie ci wielcy uczeni korzą się przed filozofami i pragną za wszelką cenę pozować na mędrców odkrywających kamień filozoficzny.

Tak było, dopóki nie przeczytał popularnych wykładów twórcy teorii falowej Schrödingera. Przeczytał je I uląkł się morza nieodpowiedzialnych frazesów i tępych alegorii, zestawiających współczesną fizykę z t zw. nową rzeczowością w sztuce, a elektrony z poszczególnymi jednostkami ludzkimi. Uląkł się jeszcze bardziej, kiedy zapewniłem go, te fakt ten jest powszechny, a podobnych wypadków można cytować na funty.

4. Jest faktem, te przyrodnicy o typie skrajnie krytycznym ograniczają się zbyt często do badań szczegółowych w swoim zakresie, pozostawiając na boku walkę o racjonalistyczny pogląd na świat. Właściwy wpływ wywierają przyrodnicy folgujący metafizycznym przesądom i poszukujący popularności w imię doktryn wychodzących daleko poza zakres zdrowego rozsądku i ścisłego myślenia.

Doszło do tego, że mówić dzisiaj o przeciwstawieniu przedstawiciela czystej nauki metafizykowi naprawdę trudno, bo w pismach słynnych matematyków, fizyków, astronomów i biologów znajdujemy korne poddanie się autorytetowi opłakanych metafizycznych elukubracji. Zacytuję następująca przykłady.

Słynny matematyk niemiecki Hermann Weil poprzedził swoje dzieło pt. Raum, Zeit, Materie, w którym stara się ująć w systemem teorię Einsteina, filozoficznym wstępem, godnym zawodowego metafizyka pośledniego gatunku. Staje on na stanowisku, że filozofia oscylująca od systemu do systemu jest smutną koniecznością. a której nie możemy zrezygnował, o ile; poznanie nie ma zamienić się w chaos pozbawiony sensu. Innymi słowami. musimy budować na trzęsawisku w myśl tragicznego hasła: Alle Anfänge sind dunkel.

W całej koncepcji podstaw nauki podanej przez Weyl''a nie znajdujemy śladu skromności i bezpretensjonalności teoretycznej, godnej przedstawiciela nauk ścisłych. Niema śladu tej wielkiej prawdy, że punktem wyjścia budowy naszego poglądu na świat nie powinny być męty metafizyczne, ale prawdy proste l jasne, oparte na doświadczeniu i ściąłem rozumowaniu. Weyl pomija zupełnie ten fakt, że teorie fizykalne są czystymi abstrakcjami, których nie możemy nawet uważać za obraz rzeczywistości, i że rola ich sprowadza się do tego, że umożliwiają nam systematyczną klasyfikację zjawisk i celowe badania nad wykrywaniem zjawisk nieznanych. Przechodzi do porządku nad tą okolicznością, że filozofia, o ile w ogóle ma być brana poważnie, musi ograniczyć się do krytycznej analizy stosunku teorii naukowych do doświadczenia, nie może natomiast żadną miarą stanowić podstawy tych teorii. Zamiast szukać podstaw nauki w ograniczeniu niewczesnych ambicji, woli zanurzyć ją w chaosie paradoksów, byle tylko nie zrezygnować z pięknie brzmiącego, efektownego frazesu.

Metafizyczny zamęt pojęć zaznacza się nawet u takich przedstawicieli fizyki teoretycznej, którzy budują swoje teorie całkiem świadomie z elementów fikcyjnych, nic wspólnego z rzeczywistością nie mających. Wszyscy oni zdają się tęsknić mniej lub więcej świadomie za rzeczywistością absolutną i podstawiają swoje fikcje na jej miejsce. Pomimo wyraźnych zastrzeżeń sformułowanych na wstępie, mówią ostatecznie o indeterminizmie świata mikrofizycznego tak, jak gdyby to była jakaś rzeczywistość wyjęta z pod praw fizyki. Operują przy tym bardzo samowolnie pojęciem sensu. Powołując się na ten fakt, że im mniejszy jest błąd w pomiarze położenia elektronu, tym większy jest błąd w pomiarze jego prędkości i na odwrót, stwierdzają, że w tych warunkach pojęcie położenia i prędkości elektronu nie posiada jasno określonego sensu. Często jednak zapominają dodać że z tego punktu widzenia także pojęcie samego elektronu i w ogóle świata mikrofizycznego nie posiada określonego sensu. Jeśli więc nie mówimy o prawach ruchu poszczególnych elektronów, to tylko dlatego, że nie chcemy zapuszczać się zbył daleko w elektronową fikcję.

Podobne nieporozumienia występują u astronomów. Kiedy piszą o rozszerzaniu się wszechświata, twierdząc zarazem, te wszechświat jest ukończony, to odnoszą się do tych praw zupełnie w ten sposób, jak gdyby chodziło o rozdymanie gumowego halonu. Kiedy słynny Eddington stwierdza, że teoria ta zawiera elementy tak paradoksalne, że gdyby on sam w nią nie wierzył, wiara taka budziłaby w nim oburzenie, to w tym wszystkim tkwi na dnie zupełnie prymitywny realizm, w którym trudno dopatrzyć się cienia tych zastrzeżeń poznawczych, na jakich opiera się dzisiejsza nauka. Jeśli chodzi naprawdę o pomocnicze konstrukcje, to przecież niema podstawy do oburzenia, bo jest zupełnie wszytko jedno, czy są takie, czy inne, jeśli zaś jest naprawdę podstawa do oburzenia, to może przecież rodzi się ona z niewczesnej pretensji do poznaniu istoty wszechświata na obraz i podobieństwo otaczających nas przedmiotów.

Nie dość na tym. Nie bacząc na to. że wiadomości ich o tzw. wszechświecie są niesłychanie fragmentaryczne, radziby astronomowie rozstrzygać takie sprawy, jak np. czy życie znajduje się gdzieś poza naszym globem i to w sensie negatywnym. Radziby jednym słowem za wszelką cenę powrócić do średniowiecznego geocentryzmu.

Kiedy myśli się o tych rzeczach, trudno nie zapytać, w imię jakiej zasady mamy lekceważyć filozofów i w imię jakiej zasady mamy oczekiwać od nauki tego ożywczego słowa, o którym pisze profesor Natanson. Jedli chodzi o biologów, to trzeba wyznać, że ciąży na nich przygnębiający ogrom antropomorfizmów i nieodpowiedzialnych antropologicznych dywagacji, stanowiących obfity żer dla filozoficznego dytetantyzmu.

Słynny Driesch jest zdania, że biologia nie może obejść się bez pojęcia entelechii, której wewnętrznym korelatem jest dusza. Założenie to prowadzi go do przyjęcia jakiegoś ostatecznego dynamiczno-duchowego elementu, który może znajdować się zarówno w stanie bytu jednostkowego, jak i wielorakiego. Nie potrzeba dodawać że mamy tu do czynienia z irracjonalizmem, który jest jawnym zaprzeczeniem tego, co na szczęście nazywa się dziś jeszcze naukowym myśleniem.

Równocześnie behawioryści doprowadzają do absurdu tę wielką prawdę stwierdzoną przez Macha, że cudze stany psychiczne nie mogą być przedmiotem bezpośredniego poznania. Behawioryści postępują tak, jak gdyby pomiędzy zjawiskami życia a zjawiskami nieorganicznymi nie było żadnej różnicy. Nie liczą się z tym faktem, że tak zwane współczucie lub jego brak są w zasadzie reakcjami na otaczające nas zjawiska równie godnymi uwagi jak widzenie lub niewidzenie. Nieliczenie się z tymi reakcjami doprowadza do kolosalnych nieporozumień, które nie mogą przyczynić się do podniesienia autorytetu ścisłej nauki.

Zwróćmy teraz uwagę na polemikę Maxa Schelera, metafizyka z pod znaku Husserla, z pomysłami holenderskiego anatoma Bolka. Według Bolka człowiek jest zdegenerowaną małpą, niezdolną do normalnego rozwoju, Jest zatem wyraźną negacją życia i impasem przyrody. Max Scheler polemizuje z tą teorią w imię siły ducha, w imię kultury i sztuki, i czuje się oczywiście najzupełniej w swoim żywiole, zdając sobie sprawę, że cała fachowa wiedza jego przeciwnika nie uczyniła go bynajmniej groźnym. Na terenie takich ogólników można przecież przelewać z pustego w próżne do nieskończoności.

5. Pragnę w końcu zwrócić uwagę na niefortunne rozważania znakomitego neurologa profesora Freuda na lemat miłości bliźniego. Nie należę bynajmniej do przeciwników Freuda i przyznaj chętnie, że jest on jednym z największych filozofów współczesnych. Niemniej muszę stwierdzić, że polemika z zasadą miłości bliźniego, zamieszczona w książce Freuda "Das Unbehagen in der Kultur", prowadzona jest przy pomocy argumentów prymitywnych, opartych na ciasnym, ultraburżuazyjnym poglądzie na świat. Mamy tutaj klasyczny przykład zgubnych skutków braku logicznego treningu. Zdrowy rozsądek przyjmuje się razem z wszystkimi przesądami tkwiącymi w odnośnej klasie społecznej, nie bacząc na to, że jego granice tą o wiele ciaśniejsze, niżby się wydawało na pozór.

Zasada, że jest bardziej pożądane mieć samemu więcej, niż dać drugiemu, nie jest bynajmniej tak oczywista, jakby się wydawało. Może być, że skrajny altruizm, polegający na rezygnacji z samego siebie na rzecz innych, jest zamaskowaną formą egoizmu, ale jest to egoizm tak zasadniczo różny od egoizmu trywialnego, że sprowadzenie obydwu do tego samego instynktu musi być uważane ca jawne za brnięcie w metafizykę godną Hegla lub Bergsona.

Kiedy porównamy te dywagacje z dziełem jakiegokolwiek filozofa, opartego na tradycji pozytywizmu, np. z "Traité de la Monte" prof. Dupéela, to musimy stwierdzić, że jasna musi i radykalny krytycyzm jest w tym wypadku właśnie po stronie filozofii zawodowej. Musimy stwierdzić, że wielka tradycja nauk ścisłych zachwiała się za naszych czasów i że granica pomiędzy tymi naukami a irracjonalnym obłędem stała się trudna do ustalenia. Jest pewne, że istnieją różne stopnie nonsensu i że wyfiltrowanie z otaczającego nas chaosu tego, co naprawdę zasługiwałby mogło na nazwę czystej nauki, jest naprawdę trudne. Ale z tego nie wynika bynajmniej, żebyśmy mieli iść na lep gołosłownych frazesów dlatego tylko, że gwarantują nam rzekomo jednolity pogląd na świat. Trzeba powiedzieć wyraźnie, że metafizyka nie jest i być nie może poglądem na rzeczywistość, opiera się bowiem na zasadniczej pomyłce tkwiącej u jej korzenia, a mianowicie na założeniu, że istnieje jakieś poznanie inne prócz doświadczenia i ścisłego rozumowania.

Tęsknota za takim poznaniem występowała w ciągu historii zawsze wtedy, kiedy wielkie ambicje racjonalistycznej nauki rozbijały się o rafę paradoksów. W rzeczywistości paradoksy te świadczyły tylko o tym, że jesteśmy na drodze do nowych odkryć i do nowego głębszego formułowania pytań naukowych. Ale ociężałość i bezwład tkwiący na dnie naszego umysłu nie dopuszczały entuzjazmu i powtórnego twórczego wysiłku, podsuwając nam łatwą furtkę irracjonalnego wykrętu.

Z drugiej strony ci przedstawiciele nauki, którzy nigdy nie stracili w nią wiary, troszczyli się zaiste zbyt mało o niepokojące zjawiska otaczającego ich życia. Zasklepiali się w ciasnym kole badań szczegółowych, pełni trwogi i niepokoju. Ile razy nauka podniosła dumnie głowę i zabrała się do dyktowania praw swoich ludzkości, tyle razy natrafiała na sprzeczność wewnętrzną i musiała wycofywać się z terenu walki, złamana i zawstydzona.

Przełomów takich było bardzo wiele. Wymienię tylko: odkrycie niewspółmierności boku kwadratu i jego przekątni, paradoksy Zenona z Elei, system kopernikański, teorię grawitacji, krytykę czystego rozumu, geometrię nieeuklidesową, teorię Darwina, paradoksy teorii mnogości, doświadczenie Michelsona i opartą na nim teorię Einsteina, odkrycie radu i odkrycie kwantowych właściwości promieniowania. - Za każdym razem nauka cofała się przerażona swoim własnym dziełem i zamykała się w sobie, zostawiając losy kultury ludzkiej na łasce indywiduów niezdolnych do odczucia tajemniczej grozy dokonywujących się zdarzeń i właśnie dlatego dostatecznie uzbrojonych do walki o władzę nad umysłami. W takim właśnie momencie wypłynął na powierzchnię Platon, takiemu momentowi zawdzięczał swój niebywały sukces Hegel, a potem Nietzsche i Bergson i ich pomniejsi następcy. Przynosili oni zawiedzionej ludzkości narkotyk wizji i marzenia, podstawiając go na miejsce ścisłej myśli, a zarazem przysposabiali społeczeństwo do poddania się autorytetowi duchów wybranych i rezygnacji z radykalnej krytyki panujących stosunków. Nie przeczę, że pomysły ich były nieraz naprawdę godne podziwu, niemniej nie mogę cofnąć się przed bez względne m potępieniem ich działalności.

6. Racjonalny krytycyzm zrodził się w Grecji, przyjmując zrazu formę zbyt radykalną, prowadzącą do bezradnego sceptycyzmu. Grecy nie posiadali sztuki rezygnowania z zbyt wielkich ambicji poznawczych i dlatego poddawali się zbyt łatwo nastrojowi depresji w chwilach niepowodzenia. Wiadomo, że paradoksy Zenona z Elei powstrzymały rozwój matematyki greckiej, wiadomo również, że słuszne w zasadzie odkrycia Heraklita i Protagorasa doprowadziły do zupełnego zahamowania wiary w naukę opartą na doświadczeniu.

Trudno nam dzisiaj ocenić właściwą rolę społeczną sofistów, bo działalność ich znamy tylko z pism ich zdecydowanych wrogów. Niemniej jest pewne, że przyczynili się oni w najwyższym stopniu do zdemaskowania fałszywych metod rozumowania, występujących w środowiskach opartych na tradycji i nieodłącznym od niej autorytecie. Jest wiadome, że w środowiskach takich uważa się za oczywiste najrozmaitsze absurdy dlatego tylko że przyzwyczajono się do nich od szeregu pokoleń. Zdrowy rozsądek identyfikuje się właśnie z kultywowaniem tych absurdów. Wszelką opozycję tępi się bezwzględnie jako synonim złośliwego obłędu. W tych warunkach dyskusja rzeczowa jest zgoła niemożliwa, a fakt ten uogólniony zbyt pośpiesznie prowadzi prostą drogą do zupełnego sceptycyzmu.

Jest pewne, te sofiści poszli w swoim krytycyzmie, zbyt daleko, niemniej trzeba zaznaczyć, że nauka grecka nie umiała przeciwstawić się ich doktrynie, nie posiadała bowiem kryteriów ścisłego myślenia i nie znała jego granic.

Walka z sofistami, przedsięwzięta przez Sokratesa, oparta była na wierze, te istnieje jakaś dziedzina myśleniu, naprawdę niezależna od naszej fantazji, ale terenem jej był świat pojęć ogólnych, mętnych i płynnych, tych właśnie które do dzisiaj pozostały obfitym żerem dla indywidualnej interpretacji, i dlatego skazana była z góry na przegraną.

Lew Szestow wydobył na wierzch tę wielką prawdę, znaną zresztą niejednemu starszemu autorowi, że argumenty, którymi w dyskusji posługuje się platoński Sokrates, są równie wykrętne i równie osobiste. Przy czym, w przeciwieństwie do argumentów sofistycznych, mają pretensję do zupełnej obiektywności i do bezwzględnej prawdy.

Platon był niewątpliwie indywidualnością twórczą najwyższej miary, ale to właśnie, co się zawsze uważało za główną jego zasługę, a mianowicie, te w pojęciach ogólnych znalazł ucieczkę przed dowolnością i subiektywizmem, było największą jego pomyłką i źródłem długotrwałego zastoju.

Zanim ludzkość odnalazła właściwą dziedzinę ścisłego rozumowania, upłynęły wieki. Przez ten czas była dialektyka platońska właściwym źródłem mitologii upozowanej na wiedzę obiektywną, począwszy od słynnego Plotyna, a skończywszy na Heglu i pragmatystach.

Niemniej nie da się zaprzeczyć, że pierwszy krok na drodze do zbudowania systemu zasad ścisłego myślenia został dokonany przez, ucznia Platona, Arystotelesa. System Arystotelesa był fragmentem i nie był wolny od zasadniczych błędów. Był to zaledwie pierwszy krok na drodze żmudnej i dalekiej, Nieszczęście chciało, te ludzkość uznała dzieło Arystotelesa za doskonałe i nie chciała wyjść poza nie przez długie wieki historii, a i dziś jeszcze broni go i trzyma się go namiętnie, choć już wie, te jest to tylko bezużyteczny rekwizyt. Przez, długie wieki uczeni teologowie narzucali ludzkości doktryny nie mające nic wspólnego z ściąłem rozumowaniem, jako prawdy udowodnione ściśle przy pomocy niezawodnego systemu Arystotelesa. W rzeczywistości wyzyskiwali tylko mniej lub więcej świadomie niejasności i luki tkwiące w tym systemie.

Niemniej postulat konsekwencji, sformułowany przez Arystotelesa pod postacią słynnej zasady sprzeczności (principium contradictionis), był olbrzymim triumfem racjonalnego myślenia. Można było starać się go ominąć, można było wykręcać się sianem z sprzeczności, do których doprowadzały założenia fałszywe, podyktowane względami utylitarnemu ale nikt nie miał odwagi powiedzieć, że istnieje jakieś inne, lepsze rozumowanie, wolne od obowiązku liczenia się z zasadą konsekwencji. Co więcej, zasada ta pozwalała wykrywać błędy rozumowania przynajmniej w łych wypadkach, gdzie bezprawie posuwało się zbyt daleko i folgowało nadmiernie swoim brutalnym zachciankom.

Filozofowie bolszewiccy ze szkoły Bucharina potępiają logikę Arystotelesa za to, że przyjąwszy fikcję sztywnych pojęć pierwotnych, utrwalała istniejący ustrój społeczny razem z ohydą niewolnictwa, Heglowi przypisują zasługę zdemaskowania przesądu o niezmienności pojęć pierwotnych otwarcia w ten sposób szerokiej drogi dla społecznego postępu.

Cała ta doktryna zrodziła się z nieporozumień.

Postulat konsekwencji stworzył dostateczną podstawę do obalenia opartego na niewolnictwie społecznego systemu Organizacja niewolnictwa roiła się od bijących w oczy sprzeczności, które starano się pokryć mniej lub więcej zręcznymi frazesami. Z jednej strony uważano niewolników za istoty zasadniczo niższe, za coś rdzennie odmiennego od ludzi wolnych, a z drugiej strony dopuszczano prawo sprzedania wolnego człowieka w niewolę. Paulus Aemillus wydał Epir na pastwę żołdactwa, a 15.000 ludzi wolnych sprzedał w niewolę. Wśród sprzedanych byli oczywiście ludzie bardzo wysoko rozwinięci umysłowo i etycznie, wysubtelnieni i wrażliwi niezmiernie. Z chwilą sprzedania w niewolę stawali się przedmiotami oddanymi do nieograniczonej dyspozycji właściciela, który z tego swojego prawa korzystał w wielu wypadkach w sposób bezecny i okrutny. Pieniądze uzyskane ze sprzedały rozdano między żołnierzy. Na każdego wypadło po kilka drachm Plutarch pisze że nie było nikogo, kto by nie zadrżał na myśl o tej straszliwej klęsce, która przyniosła tak małe korzyści. Ta słowa Plutarcha są znamienne. Widzimy z nich, że tam, gdzie kultura uczuć nie wznosi się dość wysoko, działa jednak hamulec zrodzony z zasady konsekwencji.

Przesąd o sztywności pojęć pierwotnych został obalony, jeśli nie w teorii to przynajmniej w praktyce, znacznie przed Heglem, przez racjonalistów wieku XVIII, którzy przygotowali Wielką Rewolucję. Jest faktem niewątpliwym, te Wielka Rewolucja zrodziła się z kultury racjonalistycznej, opartej na ścisłym myśleniu, przepojonej kultem dla matematyki i lekceważącej wszystko to, co wychodzi poza sferę ścisłego i jasnego myślenia.

Kultura ta była dalszą fazą rozwoju dogmatycznego racjonalizmu wieku XVI i XVII, opartego na wierze, że metody matematyczne i przyrodnicze pozwolą nam dotrzeć do istoty wszechrzeczy. Wiara ta doprowadziła do szeregu sprzecznych z sobą systemów filozoficznych, a w dalszym rezultacie obudziła potrzebę radykalnej krytyki.

Siła filozofów przedrewolucyjnych polegała nie na pozytywnych konstrukcjach, ale na krytycyzmie opartym na metodach nauk ścisłych, a posuniętym do granic nie osiągniętych w żadnym poprzednim okresie. Materialiści obalili mit o substancjonalności duszy. Hume demaskował fałszywe ambicje dogmatycznego racjonalizmu. Voltaire ośmieszał fałszywy patos średniowiecza, kult diabła i wyuzdany obłęd feudalnych panów. Montesquieu obalił wiarę w aprioryczny charakter prawa i moralności przez proste zestawienie faktów, zaczerpniętych z różnych czasów i różnych środowisk. Jean Jacques Rousseau obalił przesąd o wyższości duchowej sfer uprzywilejowanych. Encyklopedyści odebrali nauce tajemniczy urok księgi o siedmiu pieczęciach.

Wiadomo, że właściwym twórcą socjalizmu jest Saint-Simon, typowy racjonalista, oparty na krytycznym poglądzie na świat epoki przedrewolucyjnej. Twórcą socjologii jest pozytywista August Comte. na którego Saint-Simon wywarł wpływ ogromny. Do tego, żeby dostrzec niekonsekwencję ustroju społecznego, polegającego na gnębieniu klas biednych przez klasy posiadające, nie była wcale potrzebna dialektyka Hegla. Wystarczyła najzupełniej arystotelesowska zasada konsekwencji i kultura uczuć, oparta na nauce Chrystusa. Jeśli tak się zdarzyło, że wielki obrońca pokrzywdzonych Karol Marx był uczniem Hegla, i powoływał się na jego dialektykę, to był to przypadkowy zbieg okoliczności. Wpływ dialektyki Hegla odgrywa w dziełach Marxa rolę drugorzędną i raczej szkodzi, niż pomaga, wytwarza bowiem złudzenie, jakoby Marxowi szło o myśl przeczącą samej sobie. W rzeczywistości szło Marxowi tylko o niedolę klas pracujących I o konstrukcję takiego poglądu na świat, któryby doprowadził do jej przezwyciężenia. Dialektyka Marxa nie różni się w twojej istocie od metody konstrukcyjnej nauk ścisłych. Jeśli Marx nie pisał o miłości bliźniego, to tylko dlatego, że zasada miłości bliźniego była już wtedy zużytym rekwizytem, który nie był zdolny odegrać jakiejkolwiek roli hamującej w stosunku do rozbestwionych geszefciarzy.

Pozytywistyczna doktryna Augusta Comte'a wywarła kolosalny wpływ na umysły uczonych XIX w., wytwarzając typ krytycznego badacza, który wzorem Newtona nie pragnie wcale odpowiedzieć na pytania: co to jest? i dlaczego jest tak a nie inaczej? wiedząc, że prowadzą one do bezpłodnych dociekań, stara się natomiast rozszerzyć jak najbardziej granice doświadczenia i sformułować prawa rządzące zjawiskami. Doktryna ta utrzymała się do dnia dzisiejszego, uległszy z biegiem lat radykalnym modyfikacjom. Dzięki pracom Macha, Poincaré'go, Einsteina i wielu innych badaczy, wytworzył się współczesny przyrodniczy pogląd na świat, oparty na sformułowanej przez Macha zasadzie ekonomii myślenia i względności zasad nauk teoretycznych. Można było sądzić, że doktryna ta doprowadzi do zwycięstwa idei tolerancji i sprawiedliwości społecznej. W rzeczywistości stało się inaczej. Okazało się, że w całym tym poglądzie na świat pozostały pewne słabe punkty, przez które wdarła się w jego wnętrze irracjonalna reakcja, doprowadzając do obecnego smutnego stanu rzeczy. Jest pora. żeby zajrzeć do źródła tej reakcji i rozprawić się z nią ostatecznie.

7. Właściwym twórcą irracjonalizmu współczesnego jest niewątpliwie Hegel. Doktryna Hegla zrodziła się z nieporozumień, wywołanych powierzchowną znajomością filozofii Kanta i zupełnie błędną koncepcją analizy matematycznej. Kant przeciwstawił metafizyce matematykę, jako tę dziedzinę, w której mamy do czynienia z pojęciami ściśle określonymi, podczas gdy pojęcia pierwotne metafizyki prowadzą nas z konieczności do paradoksów. Doktryna Kanta stała się trwałą zdobyczą ludzkości, jakkolwiek trzeba było jeszcze wiekowej pracy, żeby zrozumieć, że pojęcia pierwotne matematyki są równie płynne jak wszystkie pojęcia pierwotne a siła ich polega jedynie na tym, że mamy sposoby ustalenia ich zakresu przy pomocy ścisłej symboliki, Otóż z tego właśnie słabego punktu doktryny Kanta skorzystał Hegel, żeby znaleźć podstawę dla swojej dialektyki Hegel uczepił się tego taktu, że ówczesna analiza matematyczna opierała się na bardzo mętnym pojęciu przyrostów nieskończenie małych, Nieskończenie małe rozumował Hegel - są i niema ich, są to zatem niewątpliwie przedmioty sprzeczne.

Z drugiej strony jest faktem, że analiza matematyczna pozwała nam sięgnąć niezmiernie głęboko w prawa rządzące przyrodą, podczas gdy wolna od sprzeczności algebra jest w gruncie rzeczy zupełnie bezpłodna. Z tego wynika jak na dłoni, że analiza matematyczna zawdzięcza swoją płodność tkwiącej na jej dnie sprzeczności. Jeśli zaś tak jest, to ten fakt, że metafizyka prowadzi do sprzeczności, nie tylko nie jest jej ułomnością, ale jest właśnie gwarancją jej twórczej potęgi. Przestańmy tedy lękać się sprzeczności. Przeciwnie, zdobądźmy się na odwagę pracowania przy ich pomocy, a wtedy odkryjemy tę właśnie istotę rzeczy, którą Kant uznał za niepoznawalną, a mianowicie tę właśnie myśl twórczą przeczącą sobie na każdym kroku.

Jeśli chodzi o stopień bezczelności, to oczywiście przewyższył on wszystko, na co dotychczas ludzie potrafili się zdobyć.

Paradoks, który od początku historii kultury umysłowej był uważany za nieszczęście, stał się nagle źródłem największego optymizmu i narzędziem poznania prawdy bezwzględnej. Pokusa była zbyt wielka. Trudno się dziwić, że doktryna ta zyskała wielu zwolenników i że żyje do dziś dnia pod płaszczykiem różnorodnych etykiet. Myślę, że walka radykalna z tą doktryną jest zasadniczym obowiązkiem przedstawicieli prawdziwej nauki.

Styl, w jakim Hegel przemówił do swoich uczniów, był wyraźnym echem mistyki popularnej. Można było sądzić, że jakiś złośliwy figlarz powycinał z dzieł naukowych kawałki zdań i pozestawiał je w sposób dowolny, ażeby ludzkość ogłupić i przerazić. Pomiędzy zwały nonsensów i bzdur pretensjonalnych potrafił jednak wsunąć całe i podyktowane wielką znajomością natury ludzkiej wielką zdolnością propagandy.

Zaczyna się od tego, że być i nie być jest to samo, po czym dodaje się następujące objaśnienie:

Jeśli to bliżej ustalimy, to mamy tu ustawione zdanie, które przy bliższej obserwacji posiada ruch, prowadzący do tego, że znika samo przez się. W ten sposób staje się z nim samym to, co ma tworzyć jego właściwą treść, mianowicie stawanie się.[1]

Kiedy czytelnik zrozumiał wreszcie, że nigdy nie potrafi zgłębić myśli mistrza i może tylko zbierać okruchy z jego stołu porzucone mu łaskawie, aplikuje mu się następującą doktrynę:

Boga pojmuje się jako ducha, który zdwajając się dla siebie samego tarasem znosi tę różnicę, by pozostawać w niej dla siebie i w sobie. Zadaniem świata w ogóle jest pojednanie się z duchem, poznanie siebie w nim.[2]

W tym momencie czytelnik zaczyna rozumieć, że mistrz odsłonił przed nim właściwy cel, do którego powinien dążyć za wszelką cenę. Nie wie jednak, w jaki sposób ma to uczynić, czuje się onieśmielonym i nie wierzy własnym siłom. Wtedy mistrz przemawia do niego zupełnie nowym językiem, językiem najzupełniej codziennym, takim właśnie, jakim posługuje się każda kucharka i każdy sklepikarz prowincjonalny. Powiada po prostu:

Podjęcie tego zadania przypadło w udziale narodowi germańskiemu.

Razem z Heglem i całym tzw. romantyzmem niemieckim zaczęła się nowa epoka filozofii. Zaczęło się wyzyskiwanie płynności pojęć pierwotnych do celów takich, jakie danemu autorowi były na rękę. Zaczęło się przystosowywanie koncepcji wszechświata do potrzeb arystokratycznej reakcji świadome posługiwanie się tanim retorycznym efektem. Daremnie Schopenhauer starał się zdemaskować metodę Hegla. Głos jego został przygłuszony przez oklaski rozentuzjazmowanych wielbicieli. Wkrótce znalazła się falanga naśladowców. Hegliści pojawili się w wszystkich niemal krajach Europy, a wiemy dobrze, że cała filozofia polska pierwszej połowy XIX w. rozwinęła się pod wpływem Hegla.

Zaraza irracjonalizmu rzucona w świat przez Hegla rozrosła się do granic fantastycznych. Stłumiona zrazu przez kolosalny rozrost nauk matematycznych i przyrodniczych, skorzystała z kryzysu, jaki rozpoczął się w tych naukach na przełomie wieku XIX i XX, żeby podnieść głowę pod nowymi postaciami.

Zaczęło się od artystycznego ujęcia rzeczywistości przez Fryderyka Nietzschego. Wkrótce potem wypłynął Bergson z swoją rehabilitacją paradoksów Zenona z Elei i kultem nowej władzy poznawczej, nazwanej intuicją. Bergsona uczepiła się potworna doktryna pragmatystów, a równocześnie zaczęła się szerzyć w Niemczech "naukowa" filozofia Husserla dążąca do stworzenia nowej scholastyki w imię wiary w bezwzględne poznanie.

Po wojnie Europa zalana została mnóstwem nieodpowiedzialnych irracjonalistycznych systemów, które w gruncie rzeczy nie przyniosły nic nowego, operując znanym już dawniej tanim frazesem, przyczyniły się jednak niezmiernie do wytworzenia atmosfery depresji i trwogi wśród przedstawicieli nauk ścisłych, wywierając zarazem mniej lub więcej uświadomiony wpływ na ich sposób myślenia. Czytając wywody Bergsona, trudno nie przyjść do przekonania, że na ich dnie jest kompleks nie załatwionych zagadnień matematycznych. Bergson potępia metodę matematyczną i chce podstawił na jej miejsce metodę inną, lepszą, którą jednak charakteryzuje właśnie przy pomocy pojęć matematycznych, tytko zniekształconych i odbarwionych do cna.

Bergson opiera się na pojęciach płynnych i giętkich, idących symbolami aktów umysłowych osobliwego rodzaju, których wykonać wprawdzie nie możemy, ale których możliwość Bergson odczuwa intuicyjnie. Ma to być prawdziwe zetknięcie się umysłu z swym przedmiotem. doświadczenie ode zł on kowane, u zatem bezwątpienia odkształcone, doświadczenie wyższe od tego. które nazywamy ludzkim. Żeby dojść do tego doświadczenia, trzeba zrezygnować z pewnych przyzwyczajeń myślenia, a nawet spostrzegania, trzeba umieścić się w tym punkcie, gdzie zaczyna się doświadczenie ludzkie. Wtedy dopiero będziemy mogli dotrzeć do tego, co Bergson nazywa nieskończenie małymi elementami krzywej rzeczywistości. Zadanie metafizyka - powiada Bergson - sprowadza się wówczas do kwadratury tej krzywej, będzie więc zupełnie analogiczne do zadania matematyka.[3]

A więc zostawmy matematykę na boku bo nie zadowala jakiejś tam naszej zachcianki, której nawet sformułować nie jesteśmy w stanie. Na miejscu matematyki zrobimy sobie nową naukę, o wiele łatwiejszą i przyjemniejszą. Zamiast biedzić się nad zawiłymi zagadnieniami teorii funkcji matematycznych, będziemy wykonywali działania bez porównania ponętniejsze, nie natrafiając na żaden opór bo przecież nikt nie znajdzie podstawy do opozycji. Jeśli będzie innego zdania, to powiemy mu, że nie posiada intuicji, i każemy mu wczuwać się w głębiny naszego ducha. Po pewnym czasie zrozumie nas, lub będzie udawał, że rozumie. W ten sposób wznowimy tradycję dawnych magów, którzy umieli prowadzić społeczeństwa na pasku wiedzy tajemnej I ezoterycznej. Zorganizujemy niewolę duchową na wielką skalę i zanurzymy w niej ludzkość na zawsze. Takie lub tym podobne myśli musiały się zrodzić na dnie umysłów skrajnie indywidualistycznych i skłonnych do oportunizmu pod wpływem teorii Bergsona. Wystąpiły one jawnie i cynicznie w krajach anglosaskich pod nazwą pragmatyzmu (William James) i humanizmu (F. C. Schiller).

Obie te doktryny wyzyskały zręcznie pozytywistyczną koncepcję ekonomii myślenia (Ernest Mach), z której zrobiły groteskową karykaturę według recepty Bergsona.

Zasada ekonomii myślenia nie da się ściśle sformułować; w praktyce sprowadza się do tego, że celem nauki jest zbudowanie teoretycznego systemu pojęć, któryby w sposób możliwie najprostszy pozwolił nam poznać prawdę, tzn. orientować się w świecie rzeczywistym. Jako przykład przytoczyć można teorię Kopernika, która właściwie nic nie rozstrzygnęła, bo z równą słusznością możemy twierdzić, że ziemia obraca się dokoła słońca, jak też i to, że słońce obraca się dokoła ziemi, a to z uwagi na względność wszelkiego ruchu. Niemniej teoria Kopernika pozwoliła nam ująć ruchy planet w sposób niezmiernie prosty, a w dalszej konsekwencji doprowadziła do Einsteinowskiej zasady względności.

Zasada ta z kolei nie może być uważana za prawdę bezwzględną, niemniej pozwala nam zbudować system kosmologiczny bez porównania bardziej jednolity od systemu newtonowskiego, odsłaniając przed nami zjawiska, o których przedtem wcale nam się nie śniło. System Einsteina, wzięty w całości, jest bez porównania bardziej skomplikowany od systemu Newtona, niemniej w stosunku do zadań, jak sobie stawia, jest o wiele ekonomiczniejszy. Widzimy tedy że nie idzie tu o prostą, naiwną ekonomię, ale o stosunek środków do celu poznawczego jaki mamy przed sobą.

Pragmatyści nie zadawali sobie trudu żeby przemyśleć te sprawy do głębi. Powiedzieli po prostu: jeśli mówi się o ekonomii, to idzie o wartość, a więc o użyteczność, a nie o prawdę. Prawdy niezależnej od pojęcia użyteczności niema wcale. Prawdziwe jest to, co jest użyteczne. Niema czystego myślenia i niema czystego poznania. Zawsze i wszędzie decydujący jest element wiary i indywidualnej potrzeby. Zajmowanie się sprawami nie związanymi z naszym życiem jest mrzonką. Rzeczywistość codzienna jest prawdziwą rzeczywistością - pisze F C. Schiller. Prawdziwą rzeczywistość tworzymy zgodnie z naszą potrzebą. Pewne wahanie w przyjęciu tej teorii pochodzi stąd, te założenie rzeczywistości otaczających nas rzeczy i osób uważamy za rzecz użyteczną. Skoro jednak zrozumiemy, te wiara w naszą zdolność tworzenia nowej rzeczywistości jest o wiele bardziej użyteczną, to nie zawahamy się poddać się jej bez zastrzeżeń.

Właściwym twórcą humanizmu według F. V. Schillera jest Protagoras. Doktrynę Protagorasa interpretuje F. C. Schiller ais jako krytycyzm zbyt daleko posunięty, ale jako nowy gatunek metafizyki.

Trudności połączone z faktem istnienia matematyki załatwia F. C. Schiller krótką uwagą, że oczywistość i obiektywność matematyki jest iluzją, wywołaną przez oswojenie się z matematycznymi postulatami, przez ogólnie przyjętą wiarę w ich praktyczne znaczenie i przez to, że system matematyki jest zwarty w przeciwieństwie do prawd rozważanych oddzielnie.

O tym, że takie prawdy jak ta, że dwa razy dwa jest cztery, nie mogą być zanegowane niezależnie od wszelkiego systemu, jakkolwiek w wielu wypadkach mogłoby nam to wyjść na korzyść, F. C. Schiller nie wspomina wcale. Niema na pewno człowieka, który nie przyznałby, te jest dla niego korzystniej przyjąć taką arytmetykę, że jeśli ma komuś płacić, to 2 + 2 jest 5, a jeśli jemu kłos ma płacić, to 2 + 2 jest 3.

Wprawdzie wynika z tego sprzeczność, ale sprzeczność okazała się w wielu wypadkach bardzo użyteczną i jest chyba nierozłączną z rozumowaniem, opartym na uczuciu i namiętności. Jeśli więc matematyka uchodzi ogólnie za naukę obiektywną i jeśli źródłem tej opinii ma być użyteczność, to iść tu może li tylko o jakąś użyteczność, nie wspólnego nie mającą z kryteriami indywidualnymi, jakąś użyteczność metafizyczną i niedostępną zwykłej intuicji. Ale taka użyteczność Jest czystym frazesu to, o ile nie jest po prostu synonimem tego, co nazywamy prawdą.

F. C. Schiller nie cofa się przed tajemnymi trikami demagogicznymi. Sprawy racjonalnego krytycyzmu pozostawia na boku, walcząc jedynie z naiwnym idealizmem niektórych metafizyków angielskich. Na tym mdławym tle wywody jego wydają się ultrainteligentne i efektowne. Trudno się dziwić, że powierzchowny czytelnik ulec im może łatwo, zwłaszcza jeśli przyjdzie mu w pomoc tendencja do szybkiego i łatwego załatwienia sprawy poznania. Wpływ doktryny F. C .Schillera i Jamesa był o wiele większy niżby wydawało się na pozór. Cytuje się ich stosunkowo mało, ale żyją oni na dnie wielu powojennych metafizyk niemieckich i deprawują psychikę ścisłych badaczy na całym świecie.

Polemika z nimi wydaje mi się sprawą bezpłodną. Myślę, że wystarczy podkreślić tkwiący na dnie ich doktryny nonsens, u wiele ważniejsze jest przeciwstawienie im konsekwentnego poglądu na świat, opartego na krytycznym racjonalizmie i naprawdę wolnego od założeń metafizycznych. Pierwszym krokiem do tego celu musi być rozpatrzeni podstaw logiki i pytania, czy naprawdę możliwe Jest zbudowanie systemu logiki wolnego od metafizycznych założeń.

8. Osobliwy gatunek irracjonalizmu stanowi szkoła fenomenologów, założona przez Husserla.

Husserl nie przeciwstawia się nauce, pragnie ją jednak uzupełnić naukową filozofią, opartą na przekonaniu o możliwości bezwzględnego poznania. Pozwolę sobie przytoczyć tu uwagi, które poświęciłem tej szkole na wstępie mojej rozprawy p. t. Tragedii werbalnej metafizyki:[4] Wiara w możliwość bezwzględnego poznania, do absurdu doprowadzana na każdym kroku przez samych fenomenologów, zmusza ich jednak do bezprzykładnych wysiłków, które działają na umysł podniecająco i skłaniają opozycję do pogłębiania swych własny poglądów i do wyjścia poza sferę wygodnego konwencjonalizmu. Niemniej grzech werbalizmu, uświęconego przez opłakaną "czystą gramatykę" Husserla, rozgryza tę szkołę do dna i ściąga ją z wymarzonych wyżyn na mętny padół rzeczywistości...

Czysta gramatyka ma być środkiem zaradczym na krytykę granic potocznego języka, przeprowadzoną przez przyrodników i przyrodniczo zorientowanych teoretyków poznania. Badacze Ci zwrócili uwagę na sprawę sensu pytań filozoficznych, na pozór niewinnych i naturalnych, wyprzedzając w ten sposób ścisłe badania, prowadzone pożniej przez logików, a przede wszystkim przez słynnego Bertranda Russella. Między innymi szło o takie odwieczne pytania, jak np. co to jest prawda? co to jest materia? co to jest człowiek? co to jest dobro? co to jest dzieło sztuki? itp.

Nauka, rezygnując z tych pytań, miała rzekomo zatracić kontakt z rzeczywistością, wkraczając w sferę fikcji; odbudowa tego kontaktu miała być głównym zadaniem fenomenologów.

Środkiem do tego celu miało być poszukiwanie istotnej treści pojęć, nie różniącej się zasadniczo od tej, o której marzył Platon. Metody zastosowano odmienne, ale równie samowolo* i mętne. Husserl zaczął od wykrętnej krytyki nominalizmu Hume'a, zarzucając mu, że nie wykazał, jak się to dzieje, że wyrazy wywołują w nas pewne skojarzenia myślowe. Otóż pretensja ta jest oczywiście dziecinna, bo idzie tu o zjawiska bez porównania bardziej złożone od zjawiska grawitacji, o którego istocie nic do dzisiaj nie wiemy, ani też nie spodziewamy się wiedzieć, Przyjmować samodzielne pojęcia dla uzasadnienia rozumienia, to jest mniej więcej to samo, co przyjąć wolę materii do znalezienia się w środku świata dla uzasadnienia prawa grawitacji. Pozytywna praca Husserla nie wyjaśniła nic, bo musiała się oprzeć z konieczności na założeniach dowolnych i mętnych. Dzieła jego roją się od takich założeń.

Tak np. dla Husserla jest jasne, że wyraz coś posiada znaczenie proste. Przeżycie, łączące się ze zrozumieniem tego wyrazu, jest niewątpliwie złożone, ale znaczenie nie posiada cienia złożoności.[5]

Otóż to właśnie odróżnienie znaczenia wyrazu od zrozumienia jest produktem werbalizmu i samowoli; nie można bowiem dostrzec niczego, co byłoby różnym od wyobrażeń nasuwających się w momencie zastanawiania się nad sposobem użycia w mowie wyrazu coś, a co można by nazwać znaczeniem tego wyrazu. Odwołanie do takiej hipotezy uważają husserliści za jedyny ratunek przed relatywizmem, który ma rzekomo uniemożliwić naukę. W rzeczywistości właśnie metoda fenomenologiczna czyni naukę niemożliwą, uzależnia ją bowiem od jakiejś osobliwej władzy poznawczej, która nie ma nic wspólnego ani z rozumowaniem, ani z doświadczeniem i nie da się żadną miarą skontrolować. Gdybyśmy rzeczywiście poszli drogą wskazaną przez husserlistów, to powrócilibyśmy - czy prędzej, czy później - do wiedzy ezoterycznej starożytnego Wschodu i do połączonej z nią niewoli duchowej i materiałnej. Rozprawa husserlisty Reinacha: Ober die apriorischen Grandlagen des burgelichen Rechtes, ogłoszona przed wojną, była jawnym wyrazem tego rodzaju tendencji.

Rewolucja bolszewicka i jej nieoczekiwany sukces obaliła w proch iluzje społeczne husserlistów, transponując je na jawny irracjonalizm hitlerowskiego obłędu.

9. Ujemną stroną zarówno pozytywizmu, jak i materializmu jest niemożność wyznaczenia właściwych granie nauk ścisłych przynajmniej w przybliżeniu. Przede wszystkim trudno jest określić tę wyjątkową rolę matematyki. Stary argument kantowski, polegający na tym że prawdy matematyczne są pewne, a prawdy przyrodnicze są przybliżone, był do niedawna obowiązujący i jeszcze Poincaré brał go zupełnie poważnie. Głosy przyrodników zwracających na to uwagę, że arytmetyka byłaby nie do pomyślenia w świecie płynnym (Le Dantec), nie wywierały silniejszego oddźwięku. Główną uwagę zwracano na fakt, że świat geometrii jest idealny i zasadniczo różny od świata zmysłowego. Próby przedsięwzięte przez Johna Stuarta Milla uznania punktów, linii i płaszczyzn za przedmioty hipotetyczne okazały się niefortunne, podobnie jak pomysły Macha, zmierzające do odnalezienia tych utworów w świecie zmysłowym. Było jasne, że geometria jest najzupełniej niezależna od tego rodzaju dociekań, i na tym właśnie opierali swój autorytet aprioryści.

Decydującym momentem w tej dyskusji było sprowadzenie arytmetyki t geometrii do zasad logiki formalnej, dokonane na początku tego stulecia przez Whiteheada I Russella.

Fakt powstania wielkiego systemu logiki, obejmującego wszystkie nauki aprioryczne, otwarł przed nauką zupełnie nowe perspektywy, stwarzając właściwe podstawy dla krytycznego racjonalizmu. System logiki, pozwalający na przeprowadzenie twierdzeń matematycznych bez udziału intuicji twórczej jednostki, przy pomocy pracy mechanicznej, dostępnej dla każdej człowieka, zdolnego do zrozumienia zwykłej arytmetyki, byłby triumfem nauki tak wielkim, że wobec niego wszystkie zakusy irracjonalizmu musiałyby wydać się dziecinną zabawką. Mogło się było wydawać, że przedstawiciele radykalnego krytycyzmu przyjmą dzieło Whitehead'a i Russell'a z entuzjazmem/ Stało wprost przeciwnie.

Już pierwsza próba Peano'a sformułowania aparatu pojęć i aksjomatów matematyki wywołała gwałtowną reakcję Poincaré'go. Poincaré szydził z Peano'a, powołując się na nieobliczalne możliwości twórczego geniuszu. Na dnie była obawa przed wyłamaniem się z pozytywistycznej tradycji a zarazem nieufności umysłu skrajnie krytycznego w stosunku do dzieła wykazującego wiele punktów naprawdę słabych. Aparat pojęć Peano'a był jeszcze daleki od doskonałości i można było powątpiewać, czy nie straci swojej siły z chwilą, kiedy zechcemy zmechanizować go w sposób radykalny.

Drugim momentem decydującym były znane paradoksy cantorowskiej teorii mnogości, która tkwiła u podstawy nowej logiki. Wprawdzie Russellowi udało się usunąć te paradoksy dzięki słynnej teorii typów logicznych, ale dzieło to dokonane zostało kosztem pewnych metafizycznych założeń, z którymi umysł radykalnie krytyczny żadną miarą pogodzić się nie może.

Naprzód trzeba było założyć istnienie jakichś indywiduów, o których nic bliższego powiedzieć nic można. Istnienie tych indywiduów wynikało z systemu, jakkolwiek nie mogło być poparte żadnym przykładem. Tym samym właściwym terenem logiki był jakiś świat abstrakcyjny, bardzo podobny do świata platońskiego. Pierwotne pojęcia logiki przybrały również charakter idei platońskich, należało bowiem odróżniać je wyraźnie od znaków, przy których pomocy zostały wprowadzone. W końcu potrzebne było przyjęcie dodatkowej hipotezy zapewniającej istnienie nieskończenie wielu indywiduów, gdyż bez niej bylibyśmy skazani na nieuchronny finityzm. Z drugiej strony przyjęcie tej hipotezy pociągało konieczność przyjęcia istnienia przedmiotów niewyrażalnych przy pomocy pojęć systemu.

Krótko powiedziawszy, system Whitehead'a i Russell'a Jest taki, że albo niema w nim klasy liczb naturalnych, albo jest w nim klasa liczb rzeczywistych, obejmująca liczby, niewyrażalne przy pomocy pojęć systemu. Ta ostatnia konsekwencja, prowadząca zarazem do stwierdzenia istnienia aktualnej nieskończoności, wywołała osobliwie gwałtowną reakcję ze strony Poincaré'go. Poincaré był zdecydowanym nominalistą I nie mógł pogodzie się z istnieniem przedmiotów niewyrażalnych, a tym mniej z istnieniem nieskończonych klas takich przedmiotów. To swoje przekonanie sformułował Poincaré w następującym postulacie, z którego miała się zrodzić nominalistyczna logika: Nie dopuszczajcie przedmiotów, których nie potraficie skonstruować.

Wysuwając ten postulat, sądził Poincaré, że unicestwia całą konstrukcję Whitehead'a i Russell'a. Tego samego zdania byli wszyscy niemal zwolennicy nowej logiki. Fakt ten świadczy dobitnie o tym, do jakiego stopnia nauka zależna jest od poglądów filozoficznych.

Matematycy podzielili się na dwie grupy. Jedni nazwali się empirystami i poszli za Poincaré'im. Myślę, że należałoby nazywać ich nominalistami. Nominaliści odrzucili systematyczną logikę i poprzestali na intuicji matematycznej, ograniczając się do słownej charakterystyki metody intuicyjnej, nie mającej nic wspólnego z ściśle określonym systemem (Brouwer). Drugą grupę stanowią Idealiści, których nazwałbym raczej realistami ze względu na średniowieczną tradycję. Grupa ta opiera się na teorii Cantora, pomija jednak system Whitehead'a i Russell'a, ograniczając się do intuicyjnych prób wykazania niesprzeczności aksjomatów matematyki (Hilbert). W tych warunkach oczekiwane odrodzenie nauk ścisłych przez oparcie się na wielkim systemie logiki, wyznaczającym ich granice, zawiodło na razie w zupełności.

Niemniej gra nie została skończona.

Dalsze badania wykazały, że metafizyczne założenia systemu Whiteheada i Russella mogą być usunięte przez oparcie się na czystej teorii typów logicznych, uwolnionych od założeń dodatkowych, przyjętych przez tych autorów, oraz na ujętej w symbole nauce o wyrażeniach, którą nazwałem semantyką.

W ten sposób powstał nowy system logiki, spełniający nominalistyczny postulat Poincaré'go i zgodny najzupełniej z duchem krytycznego racjonalizmu. Pomimo tak daleko idących ograniczeń, system ten nie jest wcale uboższym od systemu matematyki, opartego na aksjomatach Zermeli, posiada więc wszystkie dane. żeby zostać przyjętym przez ogół matematyków.

Z chwilą, kiedy system ten zostanie wykończony będzie nam wolno twierdzić, że rozporządzamy niezawodnym aparatem oddzielającym myślenie ścisłe od innych form myślenia.

Dawne marzenia logików o zrealizowaniu maszyny logicznej przestaną być w tych warunkach mrzonką. Z czasem będziemy mieli aparaty służące do wyprowadzania ogólnych twierdzeń semantyki tak, jak dziś posiadamy arytmometry.

Myślę jednak, że nie ma powodu czekać na realizację tego ideału.

Samo stwierdzenie takiej możliwości daje nam wystarczającą broń w rękę przeciw atakom irracjonalizmu i stawia nas naprawdę poza sferą jego działania.

Oparta na niezawodnym systemie logiki, wolnym od irracjonalnych założeń, będzie mogła nauka spełnić wobec społeczeństwa tę misję, jakiej od niej domaga się profesor Natanson. Taka nauka nie będzie mogła powiedzieć narodom:

Budujcie nowe pojęcia, bo i my nie czynimy nic innego, ale strzeżcie się samowolnego operowania tym, co zbudujecie. Pamiętajcie, że na tej drodze grozi wam chaos i obłęd, którego można uniknąć jedynie przez oparcie się na pełnym, na zasadzie konsekwencji zbudowanym systemie.

Miejcie odwagę zajrzeć do najgłębiej ukrytych zakamarków waszego systemu tak właśnie, jak my to czynimy, i nie wstydźcie się przyznać, że byliście na błędnej drodze, jeśli z waszych założeń wyprowadzicie wnioski sprzeczne z tymi założeniami. Nie wierzcie w to, że ścisła analiza musi koniecznie prowadzić do bezwładu i do zaniku wyobraźni i życia uczuciowego

Ten fakt te za naszych czasów naród o wielkiej tradycji kulturalnej został opanowany przez jednostki brutalne I ciemne, świadczy tytko o tym, że naród ten był przeżarty do głębi przez irracjonalną metafizykę.

Historia uczy, że ostateczne zwycięstwo było zawsze udziałem narodów opartych na zasadach ścisłego rozumowania. Ścisła analiza deprawuje tylko jednostki mdłe i nieudolne, po prostu dlatego, że jest dla nich za trudna. Społeczeństwa młode i zdrowe nie powinny się jej lękać. Znajdą one zawsze dość siły, żeby myśli zdobyte przez długoletnią ścisłą analizę wprowadzić w czyn i oprzeć na nich życie bujne i twórcze.