ZAGADNIENIE RZECZYWISTOŚCI

1. Zagadnienie stworzenia ścisłego języka filozoficznego, wzorowanego na języku nauk ścisłych, niepokoiło logików od czasów najdawniejszych. Taką próbą była niewątpliwie syłogistyka Arystotelesa, taką próbą była Ars Magna Rajmunda Lulla, taką wreszcie próbą byk "characteństica generalis" Leibniza i Ethica ordine geometrico demonstrata Spinozy. Nie potrzeba tu dodawać, że próby te okazały się iluzoryczne, jakkolwiek ich autorzy przypisywali im bardzo wielkie znaczenie. Jak wiele spodziewał się Leibniz po swoim odkryciu, świadczą o tym następujące jego słowa, cytowane przez Śleszyńskiego[1]:

"...w osiemnastym roku życia, pisząc książkę: De arte combinatoria, którą wydałem w dwa lata później, natrafiłem na pewną myśl przewodnią, przedziwną tajemnicę prawdziwej analizy, której wynikiem jest język, czyli charakterystyka rozumowa. Nikt inny, myślę, tego nie spostrzegł, bo inaczej ten, kto to spostrzegł, porzuciłby wszystko, aby się tym zająć, bo nic większego nie jest w stanie człowiek dokonać. Algebra i analiza stanowią tylko jej bardzo małą gałąź, ponieważ ona to daje językom - słowa, słowom - litery arytmetyce - cyfry, muzyce -nuty; ona to nareszcie pozwala nam rozumować z małym wysiłkiem, kładąc symbole na miejsce rzeczy, aby wyprowadzić z kłopotu wyobraźnię".

Wiemy dziś, że ta myśl Leibniza posiada tylko teoretyczne znaczenie. System metamatematyki racjonalnej pozwala nam budować odpowiedniki schematycznych przedmiotów doświadczenia, takich właśnie, z jakimi mamy do czynienia w fizyce. Jest to zupełnie naturalne, bo przecież te przedmioty, na których system nasz się opiera, a mianowicie litery, są właśnie takimi schematycznymi przedmiotami. Nie należy zapominać, że cały szereg właściwości liter pozostawiamy na boku. W szczególności nie mamy teoretycznego sposobu odróżniania poszczególnych ich egzemplarzy. Otóż, jest jasne, że w tych warunkach nie możemy oczekiwać, że metamatematyka racjonalna okaże się płodna tam, gdzie będzie szło o przedmioty doświadczenia jako takie, nie zaś o ich schematy. Tam, gdzie zaczyna się badanie indywidualnych przedmiotów, gdzie idzie o ten właśnie egzemplarz litery o ten właśnie samochód, o ten właśnie organizm ludzki, o to właśnie społeczeństwo, tam działanie naszego systemu urywa się automatycznie. Wnosić stąd, że rzeczywistość jest irracjonalna, a my możemy tylko częściowo ją racjonalizować, jak to uczynił Meyerson, do tego nie ma wcale podstawy. Nie mamy powodu sądzić, że rzeczywistość jest irracjonalna, ale po prostu musimy stwierdzić, że rzeczywistość nigdy nie jest nam dana jako coś gotowego, a to, z czym mamy do czynienia, są tylko schematy rzeczywistości. Do każdego schematu znajdziemy odpowiednik; im dalej będziemy posuwali się w procesie schematyzacji, tym bardziej będzie komplikował się nasz system, ale ostatecznie zawsze potrafimy przystosować go do nowych schematów. Idzie tylko o to, że ten proces nigdy nie będzie skończony.

Dopóki schematyzacja jest stosunkowo łatwa, tak jak to jest w fizyce, dopóty system metamatematyki racjonalnej będzie użyteczny w sensie pozytywnym, tzn. że zawsze będziemy szukali w nim odpowiedników schematów rzeczywistości.

Cała tajemniczość życia i cały jego pozorny irracjonalizm polega na tym, że schematyzacja rzeczywistości staje się od pewnego punktu niezmiernie trudna i nie może być dokonywana przez proste zastosowanie metody indukcyjnej. Wiadomo, że schematy rzeczywistości, jakimi posługuje się prawo, są grube i nieudolne, jak to wykazał ponad wszelką wątpliwość Petrażycki[2] .

W tych warunkach dążenie do konstrukcji systemów prawniczych, zwanych kodeksami, musi być uważane za nieporozumienie. Wszystko, co robi się w tym kierunku, uznane być musi za smutną konieczność. Właściwym zadaniem prawa jest dyskusja takich schematów pojęciowych, jak zbrodnia, własność, odpowiedzialność itd. Wiemy, że dyskusja ta prowadzi do namiętnych sporów i że wplątane są w nią niskie tendencje i zakamieniałe przesądy. Otóż, sprawy te są oczywiście zupełnie niezależne od zagadnienia prawdy i fałszu. Związane są jedynie z zagadnieniem sensu pojęć, tj. z pytaniem, czy schematyzacja rzeczywistości dokonana za pomocą danego pojęcia jest wystarczająca. Jeśli np. wieśniak, którego zakuto w kajdany za wywiezienie z lasu dąbczaka, twierdzi, że dąb nie jest niczyją własnością, bo posadził go Pan Bóg, to cała sprawa obraca się dokoła zagadnienia schematyzacji rzeczywistości za pomocą tego lub innego pojęcia własności. W tych warunkach nie może być oczywiście mowy o naiwnym stosowaniu zasady sprzeczności. Nie możemy mówić, że dąbczak jest własnością dziedzica, albo nią nie jest. Jest nią w pojęciu dziedzica, nie jest nią w pojęciu chłopa. Mówić tak, jak tego żąda dialektyka, że jest nią i nie jest, jest to, jak już zauważyłem, za mało. Byłoby to tylko stwierdzenie, że jednak omijamy ten niewątpliwy fakt, że mamy tu do czynienia z dwoma różnymi pojęciami, tj. z użyciem wyrazu w dwu zasadniczo różnych znaczeniach.

Z chwilą, kiedy raz dopuścimy konieczność operowania różnymi znaczeniami tego samego wyrazu, tj. różnymi schematami rzeczywistości, wówczas zadanie nasze komplikuje się niezmiernie, nie posiadamy bowiem dostatecznych kryteriów, które pozwoliłyby nam rozstrzygnąć, którego znaczenia należy użyć w danej chwili. Jeśli zdecydujemy się na jakąkolwiek konwencję, to ktoś inny będzie mógł wysunąć konwencję inną. W tym punkcie przekraczamy granice nauk ścisłych, tutaj też zaczyna się dziedzina indywidualnych rozstrzygnięć. Nie wynika z tego bynajmniej, żeby w tym punkcie występowała swoboda wyboru. Przeciwnie, tutaj właśnie spotykamy się z bardzo silnymi wewnętrznymi nakazami, wobec których jesteśmy bezradni. Zadaniem metanauki jest analiza i klasyfikacja tych nakazów.

Jako przykład charakterystyczny zagadnień metanauki zacytuję zjawisko bezwładności schematów rzeczywistości, tj. dążenie ich do utrzymania się na powierzchni. To zjawisko zostało zanalizowane do głębi przez dialektykę materialistyczną i stanowiło jej tytuł do wyższości w stosunku do filozofii pozytywistycznej. Widzimy, że nasza metanauka chwyta je na równi z dialektyką materialistyczną. Pozwala ona nadto sięgnąć głębiej i znaleźć przyczyny oporu budzącego się przeciw panującemu schematowi. Opór ten rodzi się z pogłębienia schematyzacji rzeczywistości. Po prostu ten fakt, że dany schemat utrwalił się od pewnego czasu, stwarza podstawę do dalszej schematyzacji, która z konieczności otwiera przed nami różne możliwości, prowadząc do różnych nowych systemów. Otóż z chwilą, kiedy raz mamy do dyspozycji doskonalsze systemy teoretyczne, jest naturalne, że przeciwstawiamy się schematyzacji życia opartej na systemach starych.

Tak np. jeśli nauczymy się regulować płeć noworodków, jest jasne, że nasunie się konieczność nowej schematyzacji życia[3] . Po prostu dlatego, że urzędnicy będą coraz to głębiej wnikali w szczegóły życia jednostki, ewentualna ich nieuczciwość czy nieudolność będzie coraz to bardziej rażąca. Jest dobrze pamiętać, że obawa, jaką w nas budzi coraz to dalej posuwająca się schematyzacja życia, nie jest wywołana tym, co jest w niej przeprowadzone faktycznie, tylko tym właśnie, co powstało w stanie pierwotnego zamętu i co może wmieszać się w życie w sposób zgoła nieoczekiwany, tym głębiej, im bardziej jesteśmy uzależnieni od środowiska.

Metoda metanauki przezwycięża raz na zawsze dylemat subiektywności i obiektywności. Podmiot figurujący w systemach nauki objętych metanauką jest zobiektywizowany, tzn. jest takim samym przedmiotem doświadczenia, jak każdy inny. Podmiot aktualny, żywy, występuje tylko w chwili obecnej, teraz właśnie, kiedy piszę te słowa. Ale o tym podmiocie nie mogę mówić z sensem, bo mówić z sensem mogę tylko o przedmiotach. Już filozofia indyjska wiedziała, że o podmiocie żywym można tylko milczeć. System metanauki pozwala nam stworzyć odpowiednik tego stanu rzeczy przez wprowadzenie metanaukowej teorii typów, zupełnie podobnej do teorii typów metamatematycznej. Jeśli mówię o moich myślach, jeśli, innymi słowami, zajmuję się pewnym systemem nauki, to uprawiam naukę wyższego typu. Ten fakt, że naukę tę uprawiam, nie może być przedmiotem badań nauki typu niższego. W ten sposób każdy poszczególny system nauki ma z konieczności zadanie ograniczone, wyznaczone danym typem schematyzacji.

Jeśli np. pytam, czy kryteria rzeczywistości, jakie ustawiłem, chwytają ten fakt, że właśnie ustawiłem te kryteria, to odpowiedzieć trzeba, że tak żadną miarą być nie może, bo idzie o schematyzację wyższego typu. Natomiast kryteria moje powinny być zbudowane w ten sposób, żeby podnosiły się automatycznie do wyższego typu i żeby wówczas mogły uchwycić fakt wspomniany.

Dobrze jest zauważyć, że wszystkie paradoksy i wszystkie fałszywe dowody starej i nowej metafizyki tłumaczą się automatycznie za pomocą tej teorii. W szczególności odnosi się to do krytyki teorii poznania podanej przez Nelsona[4]

2. Praca schematyzacyjna potrzebna do budowania systemu metanauki jest oczywiście tak wielka, że trudno objąć ją myślą. Wiemy, że schematyzacja matematyki, którą przeprowadziliśmy zupełnie dokładnie, jest z punktu widzenia praktycznego i tak nie do strawienia, przynajmniej na razie. Nie ma mowy o tym, żebyśmy faktycznie przeprowadzali wszystkie rozumowania za jej pomocą. Zaczynamy od wprowadzenia skrótów semantycznych. Z kolei wprowadzamy skróty rozumowania, w końcu przestajemy na rozumowaniach intuicyjnych, w tym przekonaniu, że mogą być w danym wypadku przeprowadzone zupełnie ściśle. Z chwilą, kiedy mamy gotowy system wyrażeń, możemy sobie na takie postępowanie pozwolić bez obawy zaplątania się w niejasności. Ale z chwilą, kiedy mamy jeden system naukowy opracowany porządnie, możemy pozwolić sobie na operowanie intuicyjne pojęciem takiego systemu. Wówczas posuwamy się o krok dalej. Mówimy już nie o tym, że w danym systemie można przeprowadzić pewne rozumowanie, ale że pewne zagadnienia dadzą się sformułować w pewnym poprawnym systemie. Mając dany wzór, możemy nawet pozwolić sobie na pewne licencje i mówić o systemie nie tak doskonałym, jak system metamatematyki racjonalnej, ale czyniącym zadość przynajmniej głównym postulatom wydedukowanym z doskonałego wzoru. W ten sposób odzyskujemy szeroki oddech, stłoczony zrazu nadmierną, do ostateczności doprowadzoną manią ścisłości. Powiadamy otwarcie: Nie chcemy być pedantami. Szło nam o to tylko, żeby tego, co jest mniej więcej, nie brać za ścisłość. Szło nam o to, że nie warto mozolić się nad ścisłymi dowodami tam, gdzie u podstaw jest bagno. Żeby załatwić się z tym groźnym zagadnieniem, przedsięwzięliśmy trud przebudowania podstaw nauki od dna i ustalenia wzoru ścisłego formułowania. Z chwilą, kiedy raz wiemy, co to jest ścisłość, i gdy już znamy te przesmyki, którymi wtłacza się do naszej myśli idealistyczna ułuda, możemy pozwolić sobie na postępowanie swobodniejsze, tak właśnie jak robotnik fabryczny lub funkcjonariusz kolejowy, który w miarę nabierania wprawy w pracy coraz mniej krępuje się pedantycznym regulaminem. Oczywiście, zdajemy sobie sprawę, że jest to pewna konieczność podyktowana obecnymi warunkami życia. W danych warunkach życie jest szybsze niż myśl. Myśl jest leniwa i nieudolna i podąża za życiem z największą trudnością. Marzenie o przewidywaniu zdarzeń jest na razie bardzo nieaktualne. Wiemy, że fizycy, którzy ciągle mówią o przewidywaniu, nie mogą nadążyć mnożeniu się zasadniczych odkryć, zanim jeszcze zdołali oswoić się z odkryciami wczorajszymi. Cóż dopiero mówić o zagadnieniach ekonomicznych i społecznych.

W tych warunkach branie się serio do formalizacji choćby częściowego systemu rzeczywistości jest bezcelowe. Próba konstrukcji podana przez prof. Carnapa[5] . byłaby scholastyczną zabawką, gdyby nie posiadała znaczenia polemicznego, polegającego na usprawiedliwieniu wrażeniowej koncepcji rzeczywistości. Myślę, że i tak posunięta jest zbyt daleko, bo z uwagi na to, że opiera się na przestarzałej, prostej teorii typów i musi być objaśniona za pomocą całego mnóstwa zwykłych enuncjacji, zaczerpniętych z magazynu starego filozoficznego słownika, nie może być uważana za definitywną.

System, który potrzebuje objaśnień, jest fragmentem i nie może być punktem oparcia. Może być tylko środkiem pomocniczym. Na to nie ma rady.

W jednym ze świeżo ogłoszonych artykułów[6] stara się Carnap uzasadnić swoje stanowisko za pomocą następującego argumentu Wittgensteina [7]

Wittgenstein zgadza się ze wstępem podanym w języku potocznym, ale zaznacza, że rola tego wstępu jest nieistotna. Twierdzenia wstępu nie muszą posiadać jasnego sensu, bo jedynym ich celem jest ułatwienie zrozumienia twierdzeń systemu. Otóż, ułatwić zrozumienie czegoś można za pomocą środków, których nie rozumiemy. Z chwilą, kiedy te środki cel swój osiągną, możemy je odrzucić jako niepotrzebny rekwizyt.

Koncepcja ta jest bardzo dowcipna i oparta na godnych uwagi spostrzeżeniach. Objaśnienia, jakich udziela nam nauczyciel pływania, mogą być niezupełnie jasne, z chwilą jednak, kiedy nauczymy się pływać, nie będziemy trapili się tym, że język, któremu zawdzięczamy ten wynik, był daleki od poprawności.

Trzeba jednak pamiętać, że analogia ta byłaby wtedy zupełna, gdybyśmy rzeczywiście mogli zbudować zamknięty system metanauki. Ponieważ jednak jest to, jak widzieliśmy, niemożliwe, sytuacja jest taka, że właśnie to, co nie jest sformalizowane, narzuca nam się jako rzecz najważniejsza, a to, co jest gotowe, banalizuje się i schodzi na plan drugi. Stąd to pochodzi, że ostatecznie skazani jesteśmy na posługiwanie się językiem potocznym, a to, co jest sformalizowane, jest tylko środkiem kontroli i ostoją przed kaprysami tego języka i płynącymi z nich iluzjami.

Muszę się przyznać, że systemy logiki symbolicznej, opracowane z niezwykłą dokładnością, ale oparte na idealistycznych założeniach, są dla mnie bez porównania mniej jasne od trywialnych opisów opartych na języku potocznym. Trzeba pamiętać, że próba precyzowania jest bronią obosieczną. Odbiera nam zdolność automatycznej reakcji związaną z językiem potocznym, a nie zawsze daje nam na jej miejsce zrozumiałe ekwiwalenty.

Myślę, że jest tu decydujące następujące powiedzenie prof. Dupreela: "Formuły uczonego posiadają sens i budzą zainteresowanie jedynie w związku z pewnym pospolitym, gotowym przedstawieniem rzeczy, na którego miejsce podstawiają się w drodze konwencji" [8] .

3. Wyeliminowanie podmiotu prowadzi nas do materializmu. Trzeba jednak pamiętać, że pojęcie materializmu jest tylko z grubsza określone i kryje w sobie wielorakie możliwości. Idzie po prostu o to, że to, co radzi byśmy nazwać przedmiotem doświadczenia, czyli materią, jest nieuchwytne. Mamy do czynienia jedynie z narzucającymi się nam schematami, a schematy te mogą różnić się od siebie zasadniczo. Raz mamy do czynienia z rzeczami i ich właściwościami, innym razem z właściwościami nieuchwytnego materialnego procesu, albo z tym, co nazywamy elementami wrażeniowymi (Mach), albo wreszcie z elementami wyobrażeniowymi, czyli obrazami (Bergson).

Wszystko to może narzucać nam się w danym momencie jako jedyna, prawdziwa rzeczywistość po to tylko, żeby w chwili następnej zamienić się w nieudolną fikcję i zostawić miejsce czemuś innemu. Wskazane przez Bergsona[9] wyczuwanie jakiejś prawdziwej rzeczywistości, która przedstawia się nam na różne sposoby, musi prowadzić do idealistycznej fikcji i związanego z nią irracjonalizmu, a nie usuwa bynajmniej trudności, której mowa. Po prostu dlatego, że ta prawdziwa rzeczywistość będzie znowu jedną z możliwych rzeczywistości i rozpłynie się w pewnej chwili w nicość, zostawiając miejsce czemuś, co miało być tylko jedną jej stroną.

W tych warunkach nie ma podstawy do mówienia o jednej prawdziwej rzeczywistości. Musimy stwierdzić, że istnieje wiele pojęć rzeczywistości że raz jedno, innym razem drugie użyte być musi dla opisania tego bezpośredniego doświadczenia, z którym mamy do czynienia, konstatując, że coś jest rzeczywiste. Doświadczenia takie nazwałem kiedyś metafizycznymi, pragnąc zaznaczyć, że prowadzą one do metafizycznej złudy. Są to doświadczenia obiektywne, są bowiem od nas niezależne i dostępne wszystkim ludziom, którzy zechcą zająć się tymi sprawami z dostateczną pilnością. Równocześnie jednak posiadają te doświadczenia pewną cechę subiektywności, bo narzucają nam się jako prawda bezwzględna nawet wtedy, kiedy wiemy o tym doskonale, że po pewnym czasie mogą podstawić się na ich miejsce doświadczenia inne.

Z tego stanu rzeczy wynika, że kryteria rzeczywistości odgrywają w stosunku do kryteriów zdrowego rozsądku rolę drugorzędną. Jeśli przyjmiemy kryteria rzeczywistości jako podstawę naszego poglądu na świat, to wtedy prędzej czy później popadniemy w sprzeczność z samym sobą. Jeśli jednak oprzemy się na kryteriach zdrowego rozsądku i odwołamy się do opartej na nim metanauki, to wówczas będziemy mogli przezwyciężyć piętrzące się trudności. Wówczas nie będziemy zmuszeni odbierać sobie i innym tego, co jest dla nas wewnętrzną koniecznością, ale będziemy mogli ograniczyć siłę rodzącej się z tego stanu rzeczy iluzji.

Jest bowiem jasne, że nawet najskrajniejszy indywidualizm może być użyteczny, jeśli jest świadomy sam siebie i jeśli nie jest połączony z naiwną lub cyniczną pretensją do obiektywności.

4. Siła rzeczywistości naturalnej polega na tym, że kryteria zdrowego rozsądku, którymi się posługujemy, rozwinęły się razem z kryteriami tej rzeczywistości. Naturalnego poglądu na świat nie można przezwyciężyć w sposób radykalny. Działanie jego jest tak silne, że nikt nie może uchronić się od mniej lub więcej świadomego powrotu do niego w pewnych okresach życia. Jeśli nawet przeświadczyliśmy się o tym, że rzeczywistość naturalna jest pewnego rodzaju mitem, odziedziczonym po bezkrytycznym okresie wieków ubiegłych, nie możemy uchronić się od momentów narzucającej się pewności, że wszystko inne jest teorią wyprodukowaną w sposób sztuczny, a rzeczywistość jest jedna i taka właśnie, że osoby i rzeczy, z których się składa, posiadają właściwości barwne, dźwiękowe, smakowe itd., niezależnie od nas i, co więcej, są same przez się przyjemne lub nieprzyjemne, dobre lub złe, piękne lub brzydkie[10]

Nie pomoże teoria fal świetlnych ani analiza gry barw i kształtów otaczającego nas świata. Wiemy, że ta suknia jest niebieska, że ten stół jest prostokątny, a wszystkie zmiany występujące w momencie obserwacji uważamy za sprawę drugorzędną. Nie pomoże uwaga, że, idąc dalej tą drogą, popadamy we wszystkie przesądy popularnego poglądu na świat, które budzą w nas lekceważenie i pogardę. Działanie rzeczywistości naturalnej przezwycięża wszystkie zapory, narzucając nam wewnętrzną konieczność identyfikowania jej kryteriów z kryteriami zdrowego rozsądku.

Słabym punktem rzeczywistości naturalnej są obrazy wizyjne. Obrazy te mogą, jak wiadomo, dojść do wielkiej wyrazistości, skutkiem czego nie różnią się w sposób zdecydowany od rzeczy i osób. Bezkrytyczne poddanie się temu stanowi rzeczy prowadzi do niebezpiecznych konsekwencji. Najgroźniejsze okazało się pomieszanie plotki opartej na wizji z rzeczywistością naturalną, takie właśnie, z jakim mamy do czynienia w każdej mitologii.

Zwrócę uwagę na następujące przykłady:

W Konstantynopolu skazano na śmierć pewnego osobnika wraz z synem, ponieważ biskup miał objawienie, że ten człowiek przez sztuczki czarnoksięskie sparaliżował działanie cudu[11]

Św. Tomasz z Akwinu pisze:

"I tak trzeba powiedzieć, że wszystkie przemiany rzeczy cielesnych, które mogą dokonać się przez jakieś właściwości naturalne, do których należą wspomniane nasiona, mogą dokonać się przez działanie demonów przy posłużeniu się takimi nasionami, tak jak niektóre rzeczy zamieniają się w węże lub żaby, które mogą zrodzić się z rozkładu" [12]

Osławiony Sprenger, autor Młota na czarownice, wierzył, że diabeł może zmienić kobietę w kotkę na czas jakiś[13]. Brat Ubaldo Stoiber ogłosił w r. 1726 w Augsburgu uczone dzieło pt. Armamentarium Ecclesiasticum, w którym podaje nader ścisłe wskazówki, w jaki sposób odróżnić diabła od anioła, od duszy czyśćcowej i od zjawy magicznej. Między innymi zastanawia się poważnie nad tym, czy dusza czyśćcowa może na siebie przyjąć kształt zwierzęcia, i przychodzi do przekonania, że to nie jest wykluczone, bo pewien mnich franciszkański widział nagą kobietę w towarzystwie dwóch wilków. Okazało się, że kobieta owa była duszą pewnej rozpustnicy, a wilki duszami dwu proboszczów, którzy byli swojego czasu jej spowiednikami[14] .

Dzisiaj wiemy, że cały ten stek nonsensów zrodził się z pobieżnej obserwacji takich zjawisk, jak złudzenia zmysłowe. Mówiąc ściśle, stało się po prostu to, że rzeczywistość obrazów, która podstawiła się na miejsce rzeczywistości naturalnej, interpretowano za pomocą kryteriów naturalnych. Rzeczywistość naturalna posiada wiele cech reakcyjnych. Właśnie dlatego, że uświęcona jest starą tradycją i skrystalizowana w języku potocznym. I jeszcze dlatego, że to, do czegośmy przywykli, jest inne od tego, co się dopiero tworzy.

To, co się dopiero tworzy, jest zawsze niezupełnie jasne i zawsze jest niepewne. Nie mamy podstawy do twierdzenia, że ktokolwiek potrafi uchronić się od powrotu do rzeczywistości naturalnej w pewnych momentach życia, zwłaszcza wtedy, kiedy życie staje się bardzo przyjemne, albo też bardzo ciężkie. Myślę jednak, że wystarczy uświadomić sobie tę możliwość, żeby uchronić się przed jej szkodliwymi konsekwencjami. Myślę, że dążenie do radykalnego przezwyciężenia rzeczywistości naturalnej prowadziłoby do zacieśnienia zakresu naszych doświadczeń. Powroty do rzeczywistości naturalnej mogą być nawet użyteczne, o ile potrafimy zachować dostateczną dozę krytycyzmu. Idzie tylko o to, żeby to była rzeczywistość typu wyższego, utrzymująca się w danym momencie pomimo świadomości, że są inne rzeczywistości i że one z kolei wysunąć się mogą na plan pierwszy.

5. Zagłębienie się w studia przyrodnicze, wżycie się w świat teleskopowy i mikroskopowy i dążenie do znalezienia związków i praw rządzących tymi światami może narzucić nam z równą siłą inną zupełnie rzeczywistość. To, że pojęcie materii ulega ciągłej ewolucji i jest dalekie od precyzyjnych i zgodnych z doświadczeniem określeń jest sprawą drugorzędną. Wszystko jedno, czym jest materia i jakie działają na nią siły. Czy jest tak, czy inaczej, niepodobna obronić się przed absolutną pewnością, że tylko materia jest prawdziwą rzeczywistością, że życie psychiczne jest tylko właściwością procesów zachodzących w mózgu, a stany psychiczne są zjawiskami drugorzędnymi, nie wpływającymi na historię wszechświata. Rzeczywistość, z którą mamy w tym wypadku do czynienia, nazwałem rzeczywistością fizykalną. I ona, tak samo jak rzeczywistość naturalna, jest dla pewnych ludzi jedyną rzeczywistością i nikt nie może być pewny, że w danym momencie nie narzuci mu się jako jedyna rzeczywistość. I tu znowu nie pomoże świadomość, że przecież w innych momentach życia narzucają nam się z równą siłą inne rzeczywistości. Potęga sugestii jest zbyt wielka. W stosunku do tamtych nakazów wewnętrznych mamy tylko uśmiech politowania, bo przecież wiemy na pewno, że prowadziły nas do złudy.

Ciekawy opis oscylacji na pograniczu rzeczywistości naturalnej i fizykalnej podaje Eddington. Mówi on o dwu stołach, o stole zwykłym i o stole naukowym, tj. o pewnym kompleksie atomów[15]

Opis ten świadczy, że teoria wielości rzeczywistości, która 15 lat temu uchodziła w sferach filozofów zawodowych za absurd, zaczyna coraz głębiej przenikać do umysłów uczonych. Rzeczywistość fizykalna zrodziła się w w. XVI razem z rozwojem matematyki, nauk przyrodniczych i perspektywy (Leonardo da Vinci). Stanowi ona podstawę wielkich systemów filozoficznych XVII w. Zarówno Hobbes i Locke, jak Descartes, Spinoza i Leibniz, opierają się na tej rzeczywistości, jakkolwiek rozmaicie pojmują stosunek jej do abstrakcyjnej koncepcji Boga i duszy. Jednych można uważać za materialistów, drugich za spirytualistów, ale to są sprawy teoretyczne, nie należące do kryteriów rzeczywistości, tylko do ich interpretacji.

We wszystkich wypadkach należy uważać za pewne, o ile w takich sprawach w ogóle może być coś pewnego, że myśliciele ci przebywali w rzeczywistości procesów materialnych i praw rządzących nimi. Najsilniej narzuca się ta sugestia w systemie Spinozy. Jego dowody geometryczne są paralogizmami, ale jego bezpośrednie wyczucie samodzielnego bytu Natury-Boga narzuca się z niesamowitą siłą. Absolutny determinizm przyrody i nikła rola człowieka we wszechświecie występują jako prawdy bezwzględne, w stosunku do których wszelka polemika jest iluzoryczna:

"Rzecz, która jest zdeterminowana do zdziałania czegoś, przez Boga z konieczności została tak zdeterminowana, a ta, której nie zdeterminował Bóg, nie może sama siebie zdeterminować do działania. Rzecz, która jest zdeterminowana do zdziałania czegoś przez Boga, nie może sama siebie uczynić niezdeterminowaną"[16]

"Działać rozsądnie jest to po prostu wykonywać to, co wynika z konieczności naszej natury, rozważanej samej w sobie"[17].

Myśli te stały się z czasem prawdami elementarnymi, które podstawiły się na miejsce popularnego poglądu na świat.

Wielka ich siła jest do dziś dnia aktualna.

Spinoza stał się ojcem współczesnego materializmu, który w istocie swej tym tylko różni się od spinozyzmu, że pojęcie Boga zastąpił pojęciem natury.

Ważny krok naprzód w budowie pojęcia rzeczywistości fizykalnej uczynił La Mettrie. Był on lekarzem. Obserwacje, jakie robił na sobie samym, będąc w stanie silnej gorączki, doprowadziły go do wniosku, że procesy psychiczne mogą być wyjaśnione przez odwołanie się do procesów fizjologicznych. Była to myśl genialna, która zadecydowała o rozwoju nauki człowieku.

Koncepcje materialistyczne w. XVII rozbiły się o pojęcia podmiotu, z którym ubogie środki ówczesnej logiki nie mogły dać sobie rady. Rezultat był ten, że rzeczywistość fizykalna utonęła na czas długi w odmętach heglowskiego irracjonalizmu.

Warto znać przynajmniej jeden ustęp z dzieł Feuerbacha, materialisty opierającego się na Heglu, żeby nabrać pojęcia o jego stylu. Jest on zaiste jawnym zaprzeczeniem zdrowego rozsądku. Cytuję w przekładzie Trentowskiego:

"Duch bezwzględny, który dopiero w duchu człowieczeńskim nabiera wiedzy o sobie, to nic, które dopiero w tobie lub we mnie staje się bytem. Duch człowieczeński przeto, robiący tu z niczego coś, jest jego stwórcą. Jakoż on sam i cała jego dziedzina spekulacyjna, poród głowy naszego Hegla! Zaczem nie bezwzględny, lecz człowieczeński duch, absolut i Bóg"[18].

Z koncepcji Hegla i Feuerbacha utrzymała się tylko ta idea, że rzeczywistość fizykalna nie da się opisać dokładnie za pomocą pojęć, bo zmienia się nieustannie. Idea ta podjęta została przez Marksa, Engelsa, Lenina ich następców. Idea ta została potwierdzona przez wyniki doświadczeń fizycznych. Wszystko zdaje się wskazywać na to, że pojęcia, jakimi operuje fizyka, są tylko pierwotnymi schematyzacjami rzeczywistości. Z tego nie wynika bynajmniej, żeby metoda dialektyczna dawała nam jakąś wiedzę dokładniejszą. O tym nie może być mowy. Niemniej wydobywa na wierzch ten fakt, że fizycy dają się stale unosić naiwnej nadziei, iż poznali już istotę materii, a kiedy ta nadzieja zawiedzie, wpadają w rozpacz i przenoszą się w inną rzeczywistość. Otóż jest jasne, że z tego, iż pewien obraz materii okazał się niedokładny, nie można wyprowadzać wniosku, że nie ma materii.

Rzeczywistość fizykalna jest wynikiem krytyki rzeczywistości naturalnej. Jako taka jest rzeczywistością wyższego typu. Przeoczenie tego zjawiska prowadzi do bolesnych nieporozumień. Tak np. niektórzy filozofowie zapominają, że z tego, iż w rzeczywistości fizykalnej czyny nasze są zdeterminowane przez procesy materialne, nie wynika bynajmniej, że nie ma wolnej woli w sensie pospolitym. Idzie o to, że posiadamy bezpośrednie kryteria czynności dobrowolnych i wymuszonych, które pozwalają nam orientować się z grubsza w życiu codziennym. Kryteria te zawodzą w wypadkach nieco bardziej skomplikowanych i przecenianie ich jest oczywistym błędem, ale niemniej błędne byłoby nieliczenie się z nimi. Z tego nieporozumienia zrodziło się zamieszanie pojęć, prowadzące do radykalnej negacji etyki[19] .

Otóż, zagadnienia etyki są niezależne od procesów materialnych decydujących o naszym życiu i nie mają nic wspólnego z tzw. odpowiedzialnością. Możemy zgodzić się na to, że działanie nasze jest podyktowane najniższymi instynktami, możemy przyznać rację prof. Freudowi, że miłość matki do syna jest tylko pewną formą seksualnego egoizmu, ale i tak będziemy musieli odróżnić matki troszczące się o swoje dzieci od matek niedbałych, i nazwać pierwsze dobrymi, a drugie złymi. Rezygnacja z tej klasyfikacji byłaby bezpłodnym zubożeniem życia. Trzeba tylko pamiętać, że bezkrytyczne posługiwanie się tą klasyfikacją prowadzić może do zbrodni.

6. Podstawy rzeczywistości wrażeń zostały zbudowane przez Hume'a. Tym, który ostatecznie dotarł do jasnego jej sformułowania, był Ernest Mach. Obok niego należy wymienić Avenariusa. Avenarius stworzył koncepcję czystego doświadczenia, tj. takiego doświadczenia, z którego zostało wyeliminowane wszystko to, co jest domysłem, nawykiem i konwenansem. Doktrynę swoją nazwał empiriokrytycyzmem.

Pojęcie czystego doświadczenia nie jest dostatecznie jasne. Bez porównania jaśniejsze jest sformułowanie Macha. Mach pisze, co następuje:

"Barwy, tony, ciepła, uciski, przestrzenie, czasy itd. są ze sobą związane w wieloraki sposób, a z nimi związane są nastroje, uczucia i wole. Z tego splotu wysuwa się na pierwszy plan to, co jest stosunkowo mocniejsze i trwalsze, wrzyna się w naszą pamięć i wyraża się w mowie. Jako względnie trwalsze występują naprzód przestrzenie i czasowo związane kompleksy barw, dźwięków, ucisków itd., które z tego powodu otrzymują nazwy osobne i są nazywane ciałami... Jako względnie trwały występuje dalej kompleks wspomnień, nastrojów, uczuć, związany z pewnym osobliwym ciałem, który zostaje nazwany: Ja" [20].

"W końcu oddzielają się od ciał elementy wrażeniowe, takie jak: barwy, smaki, tony itd. Elementy te są najprostszymi składnikami rzeczywistości"[21].

Zważmy, że ta pierwotna koncepcja Macha nie ma nic wspólnego z idealizmem. Elementami rzeczywistości są wprawdzie wrażenia, ale wrażenia pojęte tu są niezależnie od koncepcji świata zewnętrznego i tzw. Ja. Widzimy, że zarówno świat zewnętrzny, jak i tzw. Ja są to tylko pewne kompleksy wrażeń. Zamiast o wrażeniach możemy mówić o elementach wrażeniowych. W ten sposób podkreślamy dobitnie pojęciową niezależność rzeczywistości od podmiotu.

W rzeczywistości elementów wrażeniowych figurują osoby i rzeczy, ale są one czymś zasadniczo odmiennym od tego, za co je uważamy w rzeczywistości naturalnej. Słońce jest to koło świecące. Księżyc jest to przedmiot zmieniający swój kształt co tydzień. Raz jest okrągły, drugi raz ma kształt sierpa. Słońce i księżyc pojęte jako elipsoidalne masy materialne są tylko konwencjami stworzonymi dla orientowania się w rzeczywistości wrażeń. To samo odnosi się do organizmu ludzkiego i dokonujących się w nim procesów fizjologicznych.

Zadaniem nauki jest poszukiwanie stałych związków pomiędzy tymi konwencjonalnymi przedmiotami. Zjawisko rozdwojenia się ołówka, obserwowanego z bliska, może zadecydować o narzuceniu nam się rzeczywistości wrażeń. Obydwa ołówki są najzupełniej równouprawnione. Rzecz nie mogła się rozdwoić. Zatem rzeczy pojmowanej w sensie naturalnym nie ma. Rzecz jest konwenansem. Ołówek jest tylko obrazem.

Oczywiście, możemy zlekceważyć to doświadczenie i położyć je na karb anormalnych warunków spostrzegania, ale wolno nam stwierdzić, że koncepcja normalnych warunków spostrzegania jest konwenansem dosyć mętnym i wolno nam nie chcieć uważać jej za podstawowe kryterium rzeczywistości.

Bertrand Russell objaśnia przejście do rzeczywistości wrażeń za pomocą analizy stołu, analogicznej do tej, jaką spotkaliśmy u Eddingtona. Byłby to, mówiąc językiem Eddingtona, stół nr 3, który nie posiada własnego kształtu ani własnej barwy naprawdę, ale jest po prostu kompleksem wrażeń, zmieniających się zależnie od punktu obserwacji, od oświetlenia i od dyspozycji naszych organów zmysłowych[22].

To, że pewne kompleksy wrażeń identyfikujemy ze sobą, uważając je zawsze za ten sam stół, to jest tylko pewien konwenans. Zresztą z podobnym konwenansem mamy do czynienia w rzeczywistości fizykalnej, gdzie przecież musimy liczyć się z nieustanną zmiennością kompleksów materialnych.

Rzeczywistość wrażeń wywarta kolosalny wpływ na rozwój fizyki współczesnej, przyczyniając się w wysokim stopniu do zaostrzenia krytycyzmu i przezwyciężenia idealistycznych zakłamań. Niemniej tkwią w niej niemałe niebezpieczeństwa, płynące z tendencji do nieliczenia się z możliwością zasadniczego rozszerzenia zakresu naszego doświadczenia. Jest rzeczą godną uwagi, że tendencje te występują w czasach, kiedy ludzkość wyszła poza granice tradycyjnego doświadczenia o wiele dalej, niż tego mogli się spodziewać najśmielsi fantaści ubiegłego okresu. Idzie o to, że rozszerzenie granic doświadczenia nie może być nigdy dokonane za pomocą istniejących schematów, liczenie się więc z tego rodzaju możliwością jest niewątpliwie fikcją. Ale fikcja nie jest synonimem nonsensu, jak tego chcieliby wyznawcy rzeczywistości wrażeń. Rzeczywistość wrażeń połączona z odrzuceniem fikcji skazuje nas na obracanie się w zamkniętym kole danych doświadczalnych i doprowadzić musi do niesłychanego ograniczenia naszych możliwości twórczych.

Taką postać przybiera ona w jednej z ostatnich enuncjacji cytowanego wyżej prof. Heisenbergaü[23]..

Uczony ten jest zdania, że ambicja nieograniczonego rozszerzania zakresu doświadczenia jest równie płonna, jak marzenie dawnych badaczy o odkryciu krańców ziemi. Myślę, że porównanie to nie jest szczęśliwe. Należałoby raczej powiedzieć, że wiara w granice doświadczenia jest zupełnie podobna do starej wiary w granice ziemi.

Rzeczywistość wrażeń doprowadza w życiu zbyt często do cynicznego egoizmu w stylu Antystenesa lub nawet do zimnego okrucieństwa. Nigdy prawie nie łączy się z instynktem społecznym i skłonnością do poświęcenia. Niebezpieczeństwa te wydobył na wierzch Lenin z niesłychaną bystrością[24].

Leninowi udało się przezwyciężyć Macha, Avenariusa i pokrewnych im immanentnych filozofów, ale nie udało mu się przezwyciężyć rzeczywistości elementów wrażeniowych. Nie udało się to także Emiliowi Meyersowi ani też jego duchowemu następcy drowi Metallmannowi[25].

Rzeczywistość elementów wrażeniowych przezwyciężyć się nie da i byłby czas, żeby filozofowie pogodzili się z tym stanem rzeczy.

Osobliwie zjadliwą formą zniekształconej rzeczywistości wrażeń jest behawioryzm, odrzucający cudze stany psychiczne jako zasadniczo niepoznawalne. Ale nasze własne stany psychiczne przeszłe i przyszłe są przecież w równym stopniu niedostępne bezpośredniemu doświadczeniu, jak to słusznie zauważył prof. Łapszin[26].

Jeśli liczę się ze swymi własnymi cierpieniami przeszłymi i przyszłymi, to nie mam prawa odrzucać cierpień cudzych.

Żeby scharakteryzować nastawienie podyktowane doktryną behawiorystyczną, której rozrost uważam za jedno z najgroźniejszych niebezpieczeństw naszych czasów, pozwolę sobie zacytować za Edgarem Quinet następujący ustęp, wyjęty z dzieła: Święty arsenał albo praktyka urzędu świętej Inkwizycji (Rzym 1730), dedykowanego "sławnemu inkwizytorowi, Św. Piotrowi Męczennikowi".

W dziele tym czytamy:

"W tym wypadku panowie inkwizytorowie, spostrzegłszy opór oskarżonego, postanawiają, żeby został poddany torturze... I zarządzają, żeby oskarżony został zaprowadzony na miejsce męki, żeby został rozebrany do naga, przywiązany, przymocowany do liny. Tak prowadzony, podczas rozbierania, wiązania, przymocowania do liny, jest łagodnie napominany, pouczony po ojcowsku (benigne monitus, paterne exhortatus) przez panów inkwizytorów, żeby powiedział prawdę i nie czekał, aż zostanie podniesiony za pomocą liny, jak rzeczywiście podniesiony będzie, jeśli nie ustąpi. Wtedy panowie inkwizytorowie, zasiadłszy i widząc, że wymieniony oskarżony, obnażony, związany, przymocowany do liny, odmawia powiedzenia prawdy, zarządzają, żeby go powieszono. Który tak podniesiony zaczyna krzyczeć, mówiąc: Ah! Ah! biada!... O najświętsza Mario Panno etc, albo zachowuje milczenie".

Opis ten przypomina pod wieloma względami sprawozdania lekarskie z ćwiczeń dokonywanych na tzw. materiale klinicznym, tzn. na ludziach biednych i bezbronnych. W tym samym stylu utrzymane są sprawozdania z wiwisekcji i doświadczeń psychologicznych robionych na zwierzętach. Do tej samej grupy należy obrzydliwa ustawa sterylizacyjna, obowiązująca w Niemczech.

7. Rzeczywistość elementów wyobrażeniowych występuje w swojej pierwotnej postaci u dzieci i u ludów prymitywnych na tle pomieszania kryteriów snu i jawy. Widzimy, że rzeczywistość ta jest w wyższym stopniu bezpośrednia od rzeczywistości naturalnej. Rzeczywistość naturalna jest produktem uzyskanym przez wielowiekową walkę kryteriów zdrowego rozsądku z kryteriami rzeczywistości wyobrażeniowej.

Analiza doświadczenia oparta na zdrowym rozsądku zmusiła nas po prostu do podzielenia otaczających nas przedmiotów na dwie kategorie zasadniczo odmienne. Do pierwszej zaliczyliśmy osoby i rzeczy i zdarzenia dokonujące się w świecie osób i rzeczy, do drugiej kategorii zaliczyliśmy marzenia senne i wizje.

Trzeba jednak pamiętać, że podział ten jest jednostronny. Marzenia senne i wizje są zdarzeniami, które przecież zdarzają się rzeczywiście, i musimy się z nimi liczyć. Narkoman, który popełnia zbrodnię, żeby tylko zdobyć upragniony specyfik, wizjoner, odrzucający wszystkie dobra materialne, żeby tylko móc oczekiwać w skupieniu pojawienia się upragnionego obrazu, wreszcie działacz społeczny, wódz czy przemysłowiec, narażający na wielkie niebezpieczeństwa siebie i swoich towarzyszy, żeby tylko osiągnąć cel, który niejednokrotnie jest najzupełniejszą fikcją, każdy z nich ma po swojemu rację. Po prostu dlatego, że wizja, o którą im idzie, jest dla nich czymś bardziej rzeczywistym i czymś bardziej godnym pożądania niż to wszystko, czego dostarczyć im mogą osoby i rzeczy.

Jeśli te oczywiste fakty nie są powszechnie uznane, to przyczyną tego jest pomieszanie kryteriów rzeczywistości z kryteriami użyteczności. Św. Augustyn był zdania, że potrawy widziane we śnie są mniej rzeczywiste niż te, z którymi spotykamy się na jawie, bo w przeciwieństwie do tych ostatnich nie są pożywne[27].

Zapomniał jednak, że w takim razie trucizna byłaby jeszcze mniej rzeczywista, bo nie tylko nie przedłuża życia, ale je skraca. Lekceważenie rzeczywistości wyobrażeń jest podyktowane tym faktem, że jedynie na tej drodze możemy uchronić się przed jej niebezpiecznym rozrostem. Sabat czarownic był zrazu rozrywką nieprzyzwoitą, ale zabawną i do tego tanią. Prześladowania uczyniły z niego rozkosz niesamowitą, godną najwyższego pożądania[28] . Zmiana warunków życia codziennego z jednej, a wzrost tolerancji z drugiej strony unicestwiły sabat w sposób radykalny. Coraz łatwiej było o miłość pospolitą, a o amory z diabłem było coraz trudniej. Podróże na łopacie wyszły z mody[29].

Walka z pierwotnymi formami rzeczywistości wyobrażeń jest koniecznością społeczną, podobnie jak walka ze wszystkimi objawami przerostu indywidualności. Inaczej przedstawia się sprawa z chwilą, kiedy mamy do czynienia z rzeczywistością wyobrażeń typów wyższych, taką, do jakiej doprowadza nas zagłębienie się w zagadnienie rzeczywistości, posunięte do granic ostatecznych. Mam tu na myśli takie doświadczenie, o jakim pisze Kartezjusz na początku swoich Medytacji. Kartezjuszowi szło o to, że nie mamy podstawy do twierdzenia, że jawa różni się od snu w sposób radykalny. Kiedy uwaga ta nasunęła mu się jako nieunikniona konieczność, przeraził się i przyszedł do przekonania, że stan ten jest nie do zniesienia. Jedyny ratunek widział w Bogu i schronił się na Jego łonie, jak dziecko strwożone chroni się na łonie matki. Wydawało mu się, że gdyby naprawdę nie było pewne, że jawa jest czymś radykalnie różnym od snu, to nie moglibyśmy ufać naszemu rozsądkowi i bylibyśmy skazani na pogrążenie w wiecznych ciemnościach.

Kartezjusz zapomniał o tym, że jawa może różnić się od snu jedynie wyższym stopniem prawidłowości. Argument ten zawdzięczamy d'Alembertowi[30]. Rozpatrywana z tego punktu widzenia filozofia Kanta może być pojęta jako system praw rzeczywistości wizyjnej. Taka interpretacja filozofii Kanta przekreśla oczywiście rzecz samą w sobie. Ale Kantowska rzecz sama w sobie była od początku przepojona mrokiem[31]. Był to taki sam przedmiot sprzeczny, jak cesarz polski. Po prostu z tego powodu, że jeśli coś oddziałuje na nas w znany nam sposób, przy czym działanie to może być przewidziane z góry, to nie możemy twierdzić, że jest niepoznawalne (argument Plechanowa[32] ).

Jeśli odrzucimy rzecz samą w sobie, to wtedy wyobrażenia stają się jedyną rzeczywistością. Wtedy oczywiście i my sami stajemy się wyobrażeniem. To samo odnosi się do naszych wrażeń. Nie mamy przecież czystych wrażeń, jak to słusznie zauważył Bergson. Koncepcja wyobrażeń jako słabych refleksów elementów wrażeniowych, wprowadzona przez Hume'a, nie da się w żaden sposób utrzymać. Przeciwnie, wrażenia zależne są w wysokim stopniu od wyobrażeń i mogą być uważane za osobliwy gatunek wyobrażeń. Żeby się o tym przekonać, wystarczy zwrócić uwagę na stopniowy rozwój zdolności spostrzegania pod wpływem wykorzystania wspomnień i wskazówek udzielanych nam przez innych ludzi. Dość powiedzieć, że tam, gdzie idzie o zobaczenie czegoś nowego w warunkach, do których nie przywykliśmy, np. przez mikroskop, nie potrafimy dać sobie rady, dopóki nie będziemy wiedzieli, co mamy zobaczyć[33].

Rzeczywistość elementów wyobrażeniowych wyższych typów odgrywa rolę decydującą tam, gdzie idzie o twórczość w wielkim stylu. Właśnie dlatego słuszne jest powszechnie uznane zdanie, że granica między geniuszem a wariatem jest trudna do uchwycenia. Decydująca jest tu rola zdrowego rozsądku. Dopóki zdajemy sobie sprawę z tego, że kryteria rzeczywistości tracą wszelkie znaczenie z chwilą, kiedy wchodzą w kolizję ze zdrowym rozsądkiem, dopóty rzeczywistość wyobrażeń jest rzeczą dla nas, że użyję pięknego powiedzenia Engelsa. Z chwilą jednak, kiedy nasze wyobrażenia usamodzielnią się na tyle, że zdrowy rozsądek ugina się pod ich naporem, wtedy zaczyna się rozkład i klęska. Do tego, żeby taki niepożądany przerost rzeczywistości wyobrażeń nie nastąpił, potrzebna jest wielka siła zdrowego rozsądku i wielka filozoficzna kultura. Żeby dać sobie radę z rzeczywistością wyobrażeń, trzeba koniecznie przeżyć rzeczywistość wrażeń i rzeczywistość fizykalną i uświadomić sobie do głębi ten fakt, że nie ma jednej prawdziwej rzeczywistości. W przeciwnym razie zamieni się rzeczywistość wyobrażeń w idealistyczną fikcję, która doprowadzi nas prędzej czy później do kolizji ze zdrowym rozsądkiem.

Idealizm jest zakłamaną rzeczywistością wyobrażeń. Rodzi się z przeoczenia tego faktu, że w rzeczywistości wyobrażeń prawda i fałsz są równouprawnione. Twierdzenia z gruntu fałszywe mogą fascynować nas przez całe życie na równi z twierdzeniami prawdziwymi i narzucać nam się jako nieubłagana konieczność. Dopóki nie zdajemy sobie sprawy, że kryteria prawdy i fałszu są niezależne od tego, w jakiej znajdujemy się rzeczywistości, i od naszego przekonania, dotąd pogrążeni jesteśmy w idealistycznym obłędzie. Ale do tego, żeby dojść do tej świadomości, przydatne jest wżycie się w rzeczywistość wyobrażeń w wysokim stopniu, daje nam bowiem dostateczny materiał porównawczy. Walka z idealizmem prowadzona w imię rzeczywistości wyobrażeń podobna jest do tej walki, jaką Chrystus prowadził z faryzeuszami. Po prostu jest tak, że pełnia nasyconego krwią życia przeciwstawia się nadętej pustce.

8. Teoria wielu rzeczywistości jest doktryną relatywistyczną, nie ma jednak nic wspólnego z konwencjonalizmem. Skutkiem pomieszania tych dwóch pojęć uważa się relatywizm za doktrynę społecznie niebezpieczną. Przeciwnie, absolutna powinność, absolutne dobro i piękno i absolutne przepisy policyjne uchodzą za podstawę mądrej organizacji społecznej.

Krytyce tego stanowiska poświęcę jeszcze słów parę.

Historia obyczajów wszystkich czasów i wszystkich krajów uczy, że absolutne kryteria bywają stosowane prawie zawsze do innych, a tylko bardzo rzadko do siebie samego. Myślę jednak, że właśnie ci ludzie, którzy stosują je konsekwentnie do samych siebie, są najniebezpieczniejsi, sądzą bowiem, że będąc bez grzechu, mają prawo ciskać na drugich kamieniem.

Interpretowanie relatywizmu jako doktryny oportunistycznej, która pozwala nam przyjąć zawsze teorię korzystną w danej chwili, polega na pomieszaniu pojęcia przekonania wewnętrznego z wypowiedzianym frazesem.

Z tego, że widzimy różne możliwości, nie wynika bynajmniej, żebyśmy mieli zbaczać z naszej własnej drogi. Grozi nam to raczej właśnie wówczas, jeśli naszą drogę uważamy za jedyną, bo każde zboczenie afirmujemy jako nieuniknioną konieczność.

Zdrowy rozsądek jest potrzebny właśnie po to, żeby demaskować argumenty zakłamane, które dyktuje nam tęsknota za poznaniem bezwzględnej prawdy. Jest dobrze dodać, że tęsknota ta rodzi się bardzo często z opieszałości w poznawaniu czegokolwiek. Po prostu nie poznajemy niczego, bo prawdy bezwzględnej poznać i tak nie można, a prawd względnych poznawać nie warto. System metanauki jest potrzebny do tego właśnie, żeby umocnić zdrowy rozsądek tam, gdzie bezpośrednie jego kryteria przestają działać. Zdrowy rozsądek jest zbyt nieśmiały i zbyt słabo odgraniczony od common senseu, żeby dał sobie radę równocześnie z autorytetem, z idealistyczną logiką i tzw. opinią publiczną. Do tej walki potrzebna mu jest pomoc z zewnątrz, maszyna logiczna, która wprawdzie jest jego własnym produktem, ale funkcjonuje niezależnie od jego nastrojów. W chwili przemęczenia możemy stracić wiarę w kryteria zdrowego rozsądku. Wtedy pozostaje nam system metanauki funkcjonujący automatycznie. Nie jest to oczywiście ostateczne załatwienie sprawy, bo możemy zwątpić i w ten system, ale jest z tym tak, jak z browningiem i pięścią. Zawsze lepiej bronić się przy użyciu browninga albo przynajmniej mieć go w rezerwie.

Odgraniczenie życia codziennego od przeżyć wyjątkowych i zdarzeń niesamowitych nie da się ściśle przeprowadzić. Nie ma takiej dziedziny życia codziennego, w którą nie zakradłoby się niekiedy obłędne przerażę nie lub szał lekkomyślny. Nawet tak proste zadanie, jak to, które ma przed sobą buchalter sumujący kolumny cyfr, może przybrać charakter demonicznej grozy i rozpasanego bezprawia. Dzieje się to wtedy, kiedy za każdym razem wypada co innego i na żaden sposób nie można rachunku uzgodnić. Może wówczas narzucić nam się wątpliwość, czy to w ogóle jest możliwe, czy nie ma jakiejś tajemniczej siły, która miesza nam szyki, i wtedy przenosimy się w zupełnie inną rzeczywistość, w naiwną rzeczywistość przeżyć osobistych, wyobrażeń i wizji, która wyprowadza nas daleko poza życie codzienne.

Na ogół nie pozostajemy długo poza codziennością. Odwołujemy się do pomocy naszych znajomych i tak już jest, że ci umieją wyprowadzić nas z takich sytuacji. Jeśli im się to nie uda, uznają nas za obłąkanych i umieszczają w sanatoriach. Jest jasne, że w tym wypadku nie myślimy wcale o tym, że oni mają rację. Przeciwnie, przychodzimy do przekonania, że rzeczywistość, z którą się liczą, jest ochłapem niegodnym jednego spojrzenia. Na argument, że bez liczenia się z rzeczywistością codzienną nie potrafimy długo utrzymać się przy życiu, odpowiedź jest prosta: - Po co utrzymywać się przy życiu? Lepiej jest przeżyć naprawdę jeden dzień niż oszukiwać się przez czas długi. Baty wymierzone pyrroniście molierowskiemu poskutkowały tylko dlatego, że był to po prostu blagier. W wypadku obłędu lub ekstatycznego natchnienia są, jak wiadomo, zupełnie bezskuteczne.

Jeśli nie mamy sposobu przekonania przemęczonego buchaltera o poprawności tabliczki mnożenia, to jednak nie ma powodu, dla którego mielibyśmy liczyć się z jego wątpliwościami.

Sprawy te byłyby niepokojące tylko w tym wypadku, gdybyśmy chcieli uważać kryteria zdrowego rozsądku za źródło prawdy absolutnej. Jeśli jednak zgodzimy się na to, że zdrowy rozsądek jest jedyną deską ratunku, na której możemy się schronić przed dowolnym tworzeniem fikcji pozującej na prawdę (the making of truth), to nie pozostaje nam nic innego, jak pocieszać się myślą, że po niesamowitej nocy przepełnionej obłędem i strachem nastąpi dzień, który przyniesie ze sobą powrót zdrowego rozsądku. Jeśli ten powrót nigdy nie nastąpi i jeśli cała ludzkość znajdzie się w tym samym położeniu, to wtedy cały nasz dzisiejszy wysiłek będzie stracony. Ale to samo stanie się, jeśli np. nastąpi jakaś wielka katastrofa kosmiczna. Przeciwstawiać takim zdarzeniom wiarę w idealne istnienie idei i prawd idealnych, jest mniej więcej tak samo, jak śpiewać rozgrymaszonemu dziecku piosenki lub opowiadać bajeczki.

Można na to powiedzieć, że może właśnie takie piosenki i bajeczki są jedynym wyjściem z sytuacji, bo do takiego stanowiska sprowadza się właściwie teoria Jamesa i F.C. Schillera. Można protestować głośno przeciw nudzie i nieznośnej niewoli narzuconej nam przez zdrowy rozsądek. Rudolf Eucken przeciwstawiając Arystotelesa Platonowi pisze:

"Z tym zanikiem religii odpada serdeczność duszy i ponadśmiertelna wielkość ducha Platona. Zycie otrzymuje węższe granice, a jego ton uczuciowy staje się trzeźwiejszy"[34]. [34]

A przecież lektura Arystotelesa może być i tak uważana za rodzaj narkotyku w porównaniu z tym, czego dostarcza nam zdrowy rozsądek i logika na nim oparta.

Jeśli porównamy proste i naiwne nieraz prawdy zawarte w dziełach Hume'a lub Macha ze wzlotami fantazji Platona, Plotyna, Orygenesa, Spinozy, Hegla, Schellinga, Schopenhauera, Nietzschego lub Lwa Szestowa, to wydawać nam się może, że zamiast katarynki podwórzowej grają srebrne trąby archaniołów i samo zestawienie tych dwóch światów może nas pobudzić do śmiechu.

Ale wtedy nasunąć się może refleksja, czy nie lepszy jest nastrój zrodzony przez prawdziwą katarynkę od zakłamanego patosu statystów operowych przebranych za archaniołów. Kto daje nam gwarancję, że te właśnie wzloty fantazji geniuszów nie są czymś podobnym do przedstawienia Pierścienia Nibelungów, kiedy to zamiast prawdziwych bohaterów występują chuderlawe aktory, z przekrzyczanymi po części głosami, a papierowe drzewa zerkają ironicznie na rozbuchanego dyrygenta orkiestry? A jeszcze do tego cala potęga Wagnerowskiej muzyki jest dla publiczności niezrozumiałym hałasem, a dla tych nielicznych, którzy ją rozumieją, jest już dzisiaj przeżytkiem i po części banałem. Przykład ten zaczerpnąłem od Lwa Tołstoja. Muszę wyznać, że do zrozumienia go potrzebowałem pracy długotrwałej, gdyż sugestia wysokiego patosu działała na mnie z wielką siłą. Sugestia artystyczna jest potęgą, która decyduje o atmosferze umysłowej społeczeństw. Posiada ona niewątpliwie wiele stron dodatnich, gdyż czyni życie zajmującym i pełnym uroku. Prowadzi jednak zbyt często do ciężkich zbrodni, a w chwili, kiedy działać przestanie, pozostawia niesmak i obrzydzenie.

Ten właśnie stan rzeczy pochodzi z czasów pierwotnych, kiedy to kryteria moralne i kryteria artystyczne mieszały się z kryteriami prawdy, produkując zawiły splot przekonań, który nazywamy common sensem.

Na to można powiedzieć, że lepiej jest poddać się wzniosłym złudzeniom, choćby nawet miały nam grozić gorzkie zawody, niż od samego początku poprzestawać na małym i skazywać się w ten sposób na życie w ciasnym kole myśli prostych i banalnych. Po tym, co powiedzieliśmy wyżej, łatwo jest dać sobie radę z tą obiekcją.

Rzeczywistość, w której żyjemy, jest czymś zasadniczo różnym od prawdy. Bogactwo życia wewnętrznego nie wyklucza wcale prostych i skromnych kryteriów rozumowania. Z tego, że w budowie podstaw naszej nauki nie chcemy się liczyć wcale z interwencją Boga, nie wynika wcale, żebyśmy mieli rezygnować z tęsknoty za istotą wyższą od nas, która potrafi zrozumieć nas do głębi. Powinniśmy jednak zdawać sobie sprawę, że z tego faktu, iż odczuwamy taką tęsknotę, nie możemy wyprowadzić żadnych konsekwencji i że jest to tylko sprawa naszego przeżycia. Ograniczenie się do kryteriów zdrowego rozsądku nie jest wcale synonimem zrezygnowania z wizji i marzenia. Właśnie dzięki temu, że posiadamy jasne kryteria analizy, możemy zapuszczać się w świat najniebezpieczniejszych urojeń bez obawy wewnętrznego zamętu. Po prostu dlatego, że dzięki tym kryteriom nie będziemy chcieli wyciągać konsekwencji społecznych z tego, co dzieje się w marzeniu i wizji.

Jakkolwiek takie hipotezy, jak liczby nieskończenie małe, eter lub aktualna nieskończoność Cantora, zrodziły się z fantazji, przekraczającej granice zdrowego rozsądku, to jednak twórcza ich rola polegała właśnie na tym, że to, co w nich było istotnie wartościowe, dało się wciągnąć w system nauki oparty na zdrowym rozsądku.

O takiej mechanizacji nauki i życia, która by przekreślała radykalnie fantazję twórczą i myśli nabrzmiałe przeczuciem ciemnym i niepokojącym, nikt serio myśleć nie może, a obawy formułowane przez niektórych filozofów są doprawdy politowania godne. Jeszcze zabawniejsza jest trwoga przed zanikiem przesądów i zupełnym odbarwieniem życia i zamienieniem go w nędzną wegetację. Przesądów nigdy nie braknie, bo na trupach przesądów starych rodzą się w naszych czasach przesądy o wiele groźniejsze a zarazem pełne podziwu godnej wzniosłości. Nie ma też obawy, żeby mechanizacja życia posunęła się kiedykolwiek zbyt daleko. Rzekoma mechanizacja życia za naszych czasów jest typowym perspektywicznym złudzeniem. Jestem pewny, że dzisiejszy urzędnik pocztowy w prowincjonalnej mieścinie ma życie bez porównania bardziej urozmaicone niż dawny magnat, siedzący kamieniem na swoim zamku. Co ciekawsze, w wielu wypadkach posiada o wiele większą bujność temperamentu i nieraz równie dziką namiętność. Najzabawniejsze jest to, że najgorętszymi obrońcami indywidualizmu są ludzie, o których można z góry powiedzieć, co będą robili w ciągu dnia w okresie kilku najbliższych miesięcy. Takich przykładów można by wymienić bardzo wiele. Dodam tylko, że do tej samej kategorii należy obawa przed zanikiem pokarmów organicznych, występujących w okresie, kiedy te rzeczy niszczy się masowo, a olbrzymia większość ludzi przymiera głodem.

Całe to nieporozumienie wzięło się z braku radykalnej krytyki opartej na zdrowym rozsądku i jest podyktowane przez tę złośliwą potęgę, drzemiącą na dnie organizmu ludzkiego, którą Nietzsche nazwał duchem ciężkości.

Jest pewne, że gdybyśmy np. wykastrowali całą ludzkość, jak tego zdają się pragnąć członkowie towarzystw eugenicznych, to wtedy mogłyby zajść zmiany naprawdę niepokojące. Ale trzeba powiedzieć wyraźnie, że wszystkie takie pomysły są produktem irracjonalnej metafizyki i braku krytycyzmu. Właśnie dlatego, żeby ochronić ludzkość od takich wybryków przerafinowanego intelektualizmu, potrzebna jest obrona zdrowego rozsądku i opartej na nim logiki. Właśnie dlatego potrzebna jest bezlitosna krytyka przesądów, prowadzona z konsekwentnym uporem za pomocą tych wszystkich środków, jakimi rozporządzamy. Myślę, że wielkość celu zapłaci stokrotnie trud poniesiony.

Nie mogę taić, że trud ten jest bardzo wielki, a wyniki uzyskane wydają się w stosunku do niego zawsze i tak zbyt nikłe. Ale taki jest już los każdej pracy ludzkiej. Biada temu, kto nie zechce pogodzić się z tym wielkim prawem życia.

L. Chwistek, Pisma filozoficzne i logiczne, t. II, Warszawa 1961, s. 211-232